środa, 9 lipca 2014

Nielotek



Wakacje w pełni... pogoda trochę daje mi popalić: zdecydowanie wole, gdy temperatura nie przekracza 20*C, a gdy siedzę na dworze przy 30*C przyprawia mnie o ból głowy... W niedziele aż zaczęło robić mi się ciemno przed oczami, mimo, że stałam w cieniu... Zdecydowanie wole wiosnę i jesień...
Wczoraj zdarzyła mi się mała przygoda. Siedziałam w sadzie, razem z moim owczarkiem. Mamy w nim dużo wróbli - chowają się w drzewach, pokarmu im nie brakuje: niedaleko są pola, much mamy tu od groma, trawy też nie brakuje. Dlatego to, że Yorra za nimi goni nie jest niczym niezwykłym... Nie jednego wróbla przy tym moje psy złapały i próbowały zjeść, w końcu przy takiej chmarze jakiś zwykle im się trafi. W każdym razie, siedziałam i pracowałam sobie nad czymś, pies biegał... aż nagle zauważyłam, że grzebie w ziemi, poluje na coś. Podeszłam i znalazłam małego, przestraszonego i mokrego ze śliny wróbla, ledwie opierzonego. Gdyby już był nie żywy nie zwróciłabym na niego pewnie większej uwagi, ale przecież... gdy już wzięłam go w rękę nie oddam znów psu... a że miał złamaną łapkę, to i na wolności na pewno by sobie nie poradził. Wzięłam więc go do domu. Ledwo się ruszał, jeść nie chciał, pić też, mimo, że podstawiałam mu to pod dziób. Schowałam więc go do klatki, która została mi po papudze i zostawiłam, aby się może uspokoił, wysechł, no i może coś zjadł? Nigdy wcześniej nie miałam takiego ptaka w domu, więc nie miałam pojęcia, jak mogę się nim zająć.
Po południu pojechaliśmy do weterynarza na szczepienie z jednym z naszych psiaków, u którego dowiedziałam się, że jeśli przy dziobie wróbla są hmm... żółte "kreski", to na pewno nie je jeszcze samodzielnie. Dostałam instrukcje obsługi pisklaka. Mam mu dawać przede wszystkim ugotowane na twardo żółtko, ze strzykawki. W internecie doczytałam też, że spokojnie mogę dawać biały ser i muszę, również ze strzykawki, podawać mu wodę. Dodatkowo, podobno łapka powinna spokojnie mu się za kilka dni zrosnąć, a na wolności powinien się sam przystosować i nauczyć zdobywać pożywienie od innych ptaków, dlatego gdy się usamodzielni, może wrócić do sadu.
Wieczorem, po kilku karmieniach (w których pomaga mi siostra), maluch zaczął być coraz bardziej ruchliwy - najpierw wcale się nie ruszał, później już skakał mi po ręce. Rano zaczął ćwierkać. Przyniosłam go koło okna (uchylonego) i co jakiś czas widzę inne wróble, które go słyszą i podlatują przez to do szyby. Poza tym klatka ma trochę za duże rozstawienie prętów i pisklak wystawia przez nie łepek, próbując wyjść... na szczęście, jest za duży by się przecisnąć, a przecież nie mogę go puścić, by biegał po całym domu... wprawdzie potrafi trochę przelecieć, ale jeszcze nie na tyle, by latać...
Cóż, mam nadzieję, że uda nam się go wykarmić i wypuścić :) Jak na razie jeszcze nie otwiera dzioba na karmienie i trzeba go to tego zmuszać... ale może jeszcze się nauczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie, nie zaobserwuje Twojego bloga w zamian za obserwację mojego - wolę mieć garstkę zainteresowanych blogiem czytelników, niż tysiąc zapychaczy.
Usuwam spam.

Nomida zaczarowane-szablony