sobota, 7 listopada 2015

Pewnego razu przy Kościele

Każdy z nas żyje w jakiejś wspólnocie. Czy to w domu, czy to w szkole. Każdą grupę ludzi, która ze sobą współpracuje w konkretnym celu możemy właściwie tak nazwać. No bo właśnie, cel jest czymś, co gromadzi wokół siebie ludzi, sprawia, że dążą do jednego punktu. Razem, bo osobno może okazać się to trudniejsze, lub nawet niemożliwe. A cele mogą być przeróżne. Od wychowania dzieci, po projekt firmy dla Japończyków. Każdy z członków wspólnoty musi czerpać ze swojego udziału jakieś profity, w innym wypadku po prostu z niej odejdzie.
Dziś chciałabym poruszyć jednak temat wspólnot działających przy Kościołach, opowiedzieć Wam trochę o sobie i pokazać moje, niekoniecznie typowe, zdanie o takich miejscach. Notka pewnie będzie długa, ale mam nadzieję, że choć trochę Was zaciekawi.

Wszystko chyba zaczęło się od pewnego wyjścia z moją ciocią.
Miałam może cztery, może pięć lat. Moi rodzice i dziadkowie z jakiegoś powodu nie mieli czasu, aby się mną zająć i oddali mnie na jedno popołudnie pod opiekę mojej cioci. Ta była i jest tylko jedenaście lat starsza ode mnie, dlatego sama była jeszcze nastoletnim dzieciakiem. Sama jednak miała w ten dzień obowiązki - miała poprowadzić zajęcia z przygotowania do bierzmowania dla jakiejś grupki. Poszłam z nią. Miałyśmy pójść do wielkiej sali Radość przy kościele o której tyyle mi opowiadała! Na miejscu okazało się, że jednak... jest zajęta. Młodzież wspólnotowa akurat miała jakąś imprezę. Poszłyśmy więc do małej salki obok. Ja dostałam kredki, a ona prowadziła zajęcia i tłumaczyła coś dziewczynom. Jedyne, co pamiętam, co stwierdzenie, że wszystkie drogi, nie ważne, jaką obierzemy, prowadzą do Pana, tylko ta jedna, jedyna, dla nas przeznaczona jest najkrótsza i dzięki niej trafimy do niego najszybciej. Oczywiście, nie cytuje, ale taki mniej więcej był sens jej wypowiedzi.
źródło: i.huffpost.com
Byłam zafascynowana tym, co robi moja ciocia. Imponowało mi to, że z księżmi rozmawia jak ze zwykłymi znajomymi (no, prawie), że pomaga przy robieniu Ołtarzy na Boże Ciało, że chodzi na pielgrzymki, że ma klucze do kościoła, o czym zwykły śmiertelnik może sobie pomarzyć. Pomagałam jej więc, gdy nadarzyła się okazja, choć... chyba pomagałam tylko według samej siebie, przynajmniej dopóki trochę nie podrosłam :)
To siedziało we mnie na tyle głęboko, że po Komunii Świętej postanowiłam dołączyć do grona Marianek razem z koleżanką. Byłyśmy na (aż) jednym spotkaniu. 

W każdym razie, o ile cały czas gdzieś o byciu przy kościele myślałam, jakoś ciągle mi to umykało. Miałam szkołę, jakiś tam znajomych - wprawdzie było ich na prawdę bardzo mało, nigdy nie byłam otwartym, popularnym dzieckiem - ale czas sobie leciał, a ja nie potrafiłam się zmusić, by gdzieś dołączyć, mimo, że miałam taką możliwość.

W drugiej klasie gimnazjum okazało się, że przeprowadzamy się. Miałam do końca roku chodzić do mojej starej szkoły, później miałam zmienić ją na inną, bo przez kilka miesięcy mieliśmy mieszkać u mojej babci, w mieście obok. W tym czasie rodzice mieli wyremontować dom, by nadawał się do mieszkania. 
Babcia wprawdzie ma duży dom, ale wiadomo, nagle cztery osoby wpadły do niego, a już mieszkały tam na dobrą sprawę dwie rodziny (babcia z dziadkiem, moja ciocia, o której pisałam wyżej i jej siostra z rodziną). By nie było, miałam osobny pokój, podobnie jak siostra i moi rodzice. Jak mówiłam, to spory dom ;p Ale przy takiej ilości ludzi, atmosfera chcąc nie chcąc była ciągle napięta. Ja byłam wiecznie przemęczona, bo dojazd do domu zajmował mi na prawdę wiele czasu, a nawet nie miałam komu się wygadać... Nie miałam wielu znajomych, a przez odległość, nijak miałam się z kim spotkać. W okolicy też nikogo nie znałam... bo nawet, jeśli z kimś bawiłam się jako dzieciak, teraz byliśmy dla siebie kimś zupełnie obcym. 
Nie będę może poruszać tematu tego, kto tak na prawdę wtedy mi pomógł, bo zboczyłabym z tematu. W każdym razie, do trzeciej klasy gimnazjum poszłam do nowej szkoły. Było całkiem OK, miałam grupę, którą lubiłam, i taką, która mnie nienawidziła z wzajemnością, poza tym, miałam zacząć przygotowania do Bierzmowania. W tej samej parafii, do której uczęszczałam razem z ciocią. 
Przygotowania prowadzone były przez grupę młodzieżową. Spotkania co tydzień, przez nawet cztery godziny. Byliśmy podzieleni na niewielkie grupki, każdy miał swojego animatora. Lubiłam sobie pofilozofować, dlatego i na spotkania, gdzie mogłam porozmawiać i wyrazić swoje zdanie mi odpowiadały. Po miesiącu, czy dwóch, postanowiłam dołączyć do Wspólnoty, licząc, że też będzie tak fajnie. Też będziemy rozmawiać, a szybko staniemy się ze wszystkimi Najlepszymi Przyjaciółmi Na Świecie. Bo tak chyba było, nie? W każdym razie, mówili mi, że tak będzie, że wszyscy zdobywają tam przyjaciół. A ja chciałam przyjaciół. No i Boga, a raczej tego niezwykłego klimatu nabożeństw i mszy przygotowanych przez młodzież.

Moje pierwsze spotkanie? Robiliśmy pierniki na święta, a moja mama dzwoniła do mnie z 16 razy, bo jakimś cudem nie wiedziała, gdzie jestem (a mówiłam!). Nie odebrałam, bo akurat byliśmy na Mszy. W każdym razie, było OK. Bez szału, ale wiadomo, nie znałam zbyt wielu ludzi.
źródło: womenofgrace.com
Tyle, że... czas mijał, a szału dalej nie było. Przychodziłam na spotkanie, posiedziałam, rzadko z kimś rozmawiając, po czym wychodziłam, często nieco zdołowana. Czułam się samotnie. 
Ale chciałam tam być. W końcu, to było moje marzenie, nie?
Na wiosnę pojechałam z częścią z nich w góry. W zasadzie, było nas dziewięć, w tym cztery dziewczyny. Podczas wyjazdu okazało się, że jestem podobno w grupce z jedną z dziewczyn, która pojechała ze mną (byłam z nimi na jednych rekolekcjach i fakt, faktem, była wtedy naszą animatorką, ale nikt nie wyjaśnił mi, że to tak na stałe). Dowiedziałam się też, że robią sobie swoje własne spotkania, o których nie miałam bladego pojęcia. Spotykały się razem, bawiły... a ja... nie. A chciałam! Wprawdzie nie mieszkałam już na stałe u babci, weekendy spędzałam w domu, ale no kurcze, chciałam być częścią ich wspólnoty. 
Animatorka obiecała mi, że już czegoś takiego nie będzie, że da mi znać o kolejnych spotkaniach.
Odetchnęłam.
Tyle, że informacji o żadnym spotkaniu później nie dostałam.

Na wakacje pojechałam z nimi na rekolekcje. Moja grupka liczyła osiem osób i nijak się z nimi dogadywałam. Ogólnie, mało z kim rozmawiałam, ale sam klimat nabożeństw, czy mszy mi się podobał, dlatego nie narzekałam, mimo doskwierającej mi samotności.
Oczywiście, taki stan rzeczy miał się do chwili, w której nie wytrzymałam.
Mieliśmy sobie prawić komplementy. Nawzajem. Miały być, niezależnie, co o innej osobie myślimy. Sztuczne, wymuszone... nie podobało mi się to. Odmówiłam robienia tego przy wszystkich (mieliśmy kartki na plecach, na których mieliśmy pisać sobie fajne rzeczy). Potem odmówiłam robienia tego w grupie.
Nie pamiętam, jak, ale wtedy się zaczęło.
źródło: beliefnet.com
Pożarłyśmy się. One miały mi za złe, że się nie angażuje. Że nie chodzę na spotkania, które przecież są, że nie spędzam z nimi czasu, teraz, na rekolekcjach. Że mówię, nie myśląc, co mówię (chodziło o konkretną sytuacje - powiedziałam kiedyś, myśląc o swoim znajomym, że nie umiem dogadać się z ludźmi z rodzin alkoholików. Moja animatorka z takowej była, o czym nie wiedziałam). A ja... próbowałam się bronić. Siedem dziewczyn przeciwko mnie, gdzie ja nie rozumiałam do końca, co zrobiłam źle. O spotkaniach nie wiedziałam (OK, były sobotnie spotkania wspólnoty, ale nie chodziłam na nie, bo nie miałam jak, a nikt mnie nie oświecił, że wtedy są spotkania grupek - w górach mówiły, że spotykają się w domach, a przynajmniej ja to tak zrozumiałam), czasu nie spędzałam, bo po prostu nie czułam się przy nich najlepiej... wolałam iść gdzieś indziej, pośpiewać, czy co...
Skończyło się na tym, że miałam pogadankę z księdzem jako ta najgorsza, a my ledwo ze sobą gadałyśmy już do końca rekolekcji.
Przeprowadzka sprawiła, że i tak, i tak, nie mogłam być częścią tamtej wspólnoty. Odeszłam, nieodwołalnie, ale było mi trochę przykro. Zawiodłam siebie, znów gdzieś nie pasując, znów nie doprowadzając swoich marzeń do końca. A jakby nie było, miałam do tych wydarzeń pewien sentyment.
W grudniu, po wakacjach, dołączyłam do kolejnej wspólnoty. Ten sam szyld, tylko inne miasto - do nich po prostu byłam w stanie dojeżdżać. 
Było lepiej. Na prawdę, było lepiej. W końcu miałam jakąś grupkę, ludzi, których na prawdę lubiłam. Wspólnota była mniejsza, bardziej swojska. Byłam z nimi na zimowych rekolekcjach, pomagałam im kręcić film na konkurs. Mimo odległości (40km), byłam u nich średnio dwa razy na tydzień. A potem rekolekcje letnie.
Nie było szału, ale było lepiej. Dogadywałam się z moją grupką, jakoś się zgrywałyśmy, nie byłam już tak samotna. Wiadomo, sytuacje wynikały różne, ale generalnie, byłam zadowolona.

Do czasu, aż po powrocie z rekolekcji wyjechałam po raz pierwszy sama z innymi znajomymi i zrozumiałam, że to, co było tam, było w cholerę wymuszone i sztuczne. Na wyjeździe dostałam dokładnie to, czego brakowało mi na rekolekcjach i powoli zaczęło do mnie docierać, że ta wspólnota, to nie to, czego szukam.
Od września chodziłam na spotkania, lecz już niechętnie. Bywałam tam coraz rzadziej, ale samych ludzi lubiłam. Chciałam mieć ich obok, tylko nie chciałam tej sztucznej otoczki wokół tego wszystkiego... Byłam z nimi na zimowych rekolekcjach, później bywałam sporadycznie, by w maju/czerwcu tego roku zupełnie stracić z nimi kontakt. Nikt do mnie od tamtego czasu nie napisał, nie spytał się co tam u mnie. Trochę szkoda... ale nie mam im tego za złe, w żadnym razie. Nasze relacje nie powstały w naturalny sposób, były bardzo wiotkie i uważam, że wymaganie ode mnie, lub od nich utrzymywania kontaktu byłoby głupotą.

Ta cała historia skłoniła mnie do pewnej refleksji.
Jak pisałam na początku, jestem we wspólnocie, bo mam z ludźmi jakiś cel. Ale jeśli dołączasz gdzieś, chcąc zaprzyjaźnić się, to wybij sobie ten pomysł z głowy, bo z tego jedyne, co prawdopodobnie wyjdzie, to cholernie sztuczne i niezdrowe relacje, szczególnie, gdy jest to wspólnota kościelna.
źródło: carriegerlachcecil.com
Czemu? A no, przez mentalność takowej społeczności. Wmawiają ci, że jesteśmy braćmi, wszyscy się kochamy i wszyscy musimy się wspierać, a szczerze mówiąc, to gówno prawda. Wbijają Ci do głowy, że jesteś odpowiedzialny za ludzi, których tak na prawdę masz w dupie. Ale chodzisz tam, bo czujesz obowiązek, bo chcesz zdobyć tych przyjaciół, bo chcesz im pomagać i być obok nich. Ale oni, ta druga strona, tego niekoniecznie chce i niekoniecznie potrzebuje. Tylko ty, jako samotny człowiek, domagasz się tego, a jedyne, co prawdopodobnie ostatecznie z tego wyniknie, to kolejne zranienia.
Poza tym, ten sposób myślenia, strasznie niszczy. Na prawdę, widzę to po sobie. Od kiedy uwolniłam się od tamtej grupy, jestem panią samej siebie, mogę być pewna, dumna, ze swoim własnym zdaniem. Robię to, co uważam za słuszne. Będąc częścią takiej wspólnoty, musisz robić to, co za słuszne uważa grupa, jako, że inaczej jesteś grzesznikiem. Muszę mówić, jak cholernie to blokuje? 
Nie uwierzycie, jak bardzo się rozwinęłam od chwili, gdy odeszłam z tej grupy. A to niby wspólnota, trwanie w niej powinno bydować i rozwijać...

Do tego wszystkiego, muszę dodać też jeszcze jedną refleksje. Potrafię spotykać się z ludźmi z drugiego końca kraju, których poznałam przypadkiem już dawno temu. Spotykać się ot tak, dla samego faktu spotkania. A moja wspólnota? Ani razu nie byłam z kimś z tej grupy sam na sam, czy w mniejszej grupie, by się spotkać ot tak, bo mieliśmy ochotę. Ani razu.

Nie chcę mówić, że w tego typu grupach nie da się znaleźć przyjaciół i robić ciekawych, fajnych rzeczy. Bo da się, na prawdę, da się, jeśli macie już jakiś znajomych w takich miejscach, albo chcecie tam być, bo czujecie potrzebę jakiegoś... wewnętrznego rozwoju. Zalecam jednak uważać na motywacje dołączania do nich. Wieem, wiem, że to potrafi kusić samotne osoby. Wspólnota, która jeździ razem na rekolekcje, wspólnota która jest jak rodzina, jest jak coś najbliższego, wspólnota, która sobie nawzajem pomaga, bo Bóg tak chce! Ale najpierw wypadałoby się zastanowić, co mogą dać mi ludzie, którzy są moimi znajomymi nie dlatego, że chcą nimi być, a dlatego, że jakaś randomowa istotka się do nich przypałętała i muszą się nią zająć.

Gratuluję tym, którzy dotrwali do końca, jeśli w ogóle ktoś taki się trafił ;P Podkreślam na sam koniec, że tekst tyczy się tylko samej istoty wspólnot przy kościołach chrześcijańskich - o samej wierze może napiszę kiedy indziej. Do napisania!

6 komentarzy:

  1. Bardzo fajnie, że poruszyłaś taki temat - przyznaję, nie jest mi on zbyt bliski, bo stosunek do Kościoła mam dość... specyficzny i po bierzmowaniu przestałam jakoś czynnie uczestniczyć w życiu lokalnej wspólnoty. Nigdy też nie chodziłam na spotkania podobnej grupy, nie czułam zresztą takiej potrzeby. Ale to, co zawarłaś w tym poście, można podciągnąć do ogólnego wniosku: nigdy nie warto utrzymywać kontaktu z ludźmi, którzy sprawiają, że nie czujesz się sobą. Skoro mówisz, że te wasze kontakty były tak sztuczne, wymuszone i nieprawdziwe, to nie miały najmniejszego sensu. Jak wspomniałam, do żadnej grupy religijnej nigdy nie narzekałam, ale przeszłam w życiu przez parę toksycznych znajomości, byli w moim otoczeniu tacy, którzy sprawiali, że próbowałam się na siłę dopasować. Ale teraz mi przeszło. I trzymam się tylko z tymi, którzy umożliwiają mi pełną naturalność, przy których mogę powiedzieć i zrobić co chcę, a oni po prostu są. To jest najważniejsze, w każdym razie dla mnie.
    Pozdrawiam,
    rude-pioro.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nigdy bym do takowej nie dołączyła, gdyby nie fascynacja ciocią i samotność połączona z nudą ;P Ale przynajmniej coś udało mi się przez to przejść :D
      Oj tak, dopasowywanie się jest złe. U mnie problem zawsze polegał na tym, że chciałam być częścią czegoś, ale tak w pełni dopasować się nie umiałam... Swoje zdanie zawsze gdzieś tam miałam, nawet, jeśli dawałam się zmanipulować, jeśli o poglądy chodzi.

      Usuń
  2. Świetny post :) Bardzo mi się podobał :) Taki bardzo życiowy :) Już czuję, że zostanę Twoją wierną czytelniczką :) Obserwuje i licze na to samo :) Zapraszam do siebie caroliv-photography.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Trafiłam tutaj, ponieważ w jednym ze swoich nowszych postów odsyłacz do niego. Jako chrześcijanka wstyd mi za te osoby, które Cię źle traktowały. "Wmawiają ci, że jesteśmy braćmi..." - bardzo mi przykro, że doznałaś takich rzeczy ze strony Kościoła i jedyne co mogę zrobić to przeprosić za nie. Kościół jak każda wspólnota składa się z ludzi. Obowiązkiem każdego członka Kościoła jest bycie dobrym, przestrzeganie przykazań itd., ale niestety nie każdy tak robi. I przez takie osoby Kościół traci wizerunek. Niestety, widocznie spotkałaś takich ludzi. Jednak pamiętaj, że nie wszyscy są tacy. Osobiście należę do kręgu biblijnego i panuje tam bardzo przyjemna atmosfera. Wszyscy są dla siebie mili.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ale ja tego nie traktuje wcale tak ;) Nie obwiniam Kościoła za nic w tym przypadku - sama się wkopała i sama sobie winna byłam ;)

      Usuń

Nie, nie zaobserwuje Twojego bloga w zamian za obserwację mojego - wolę mieć garstkę zainteresowanych blogiem czytelników, niż tysiąc zapychaczy.
Usuwam spam.

Nomida zaczarowane-szablony