niedziela, 31 maja 2015

Wiedźmin: Sezon Burz

Gdy dowiedziałam się, że ma wyjść, pierwsze, co poczułam, to niezwykle przyjemne zaskoczenie - akurat skończyłam czytać wszystkie części wiedźminowskiej sagi (bo nader długo zajęło mi kupowanie ich), a tu proszę! Niespodzianka od Sapkowskiego, kolejna książka o Geralcie z Rivii! Niestety... akurat wydałam wszystkie swoje kieszonkowe na inne książki i nijak mogłam sobie na nią pozwolić... gdy los chciał, aby ta książka pojawiła się w Biedronce wkrótce po wydaniu. A skoro już tam była... to trafiła do mojego koszyka. 
A więc, panie i panowie, oto Sezon Burz, który - przynajmniej według Sapkowskiego - częścią wiedźmińskiej sagi nie jest, mimo, że opowiada historię właśnie jej bohaterów.

Tytuł serii: Wiedźmin
Tytuł: Sezon Burz
Autor: Andrzej Sapkowski
Liczba stron: 404
Gatunek: powieść fantasy

Powracamy do Geralta z Rivii. Do czasów sprzed opowiadania Wiedźmin, które zapoczątkowało cały cykl książek o tym bohaterze. Biały Wilk wplątuje się w niezłą aferę: traci miecze, mniej lub bardziej świadomie bierze udział w politycznych intrygach, daje się ponieść emocją i... staje się kochankiem czarodziejki. I nie, nie jest to żadna z tych, które pojawiły się w poprzednich częściach, mimo, że jak najbardziej, była wspominana.
Czytając, miałam wrażenie, że Sezon Burz opowiada o niczym konkretnym... a jednocześnie cholernie wciąga. Czytając, czułam, że akcja jest luźna, autor nie ma na nią większego zamysłu, jest po prostu zwykłą historią, która kiedyś tam przydarzyła się Geraltowi. Mimo to, czytanie jej było czystą przyjemnością: klimat, wprawdzie nieco inny niż w pozostałych książkach z tej serii, dalej jest przepełniony magią i przekleństwami, Jaskier dalej jest Jaskrem, czarodzieje dalej knują, dalej na każdym kroku czeka śmierć... I chociaż jest to powieść, a więc ma ciągłą linię fabularną, to kilka fragmentów mogłoby być spokojnie wydane osobno, jako opowiadania - i te niczym nie ustępują tym z Ostatniego Życzenia, czy Miecza Przeznaczenia.
W pamięć najbardziej zapadła mi historia o aguarze, która właśnie spokojnie mogłaby być osobnym opowiadaniem. Zaskakująca, utrzymana w klimacie za którego Wiedźmina uwielbiam, z pouczeniem typowym dla Sapkowskiego. Sam romans Geralta również jest dość ciekawym wątkiem, a to, jak autor zbudował samą powieść i jak ją zakończył sprawiło, że nie tylko przypominają się przy tym niektóre wątki z poprzednich części serii, ale przy okazji mnie zaskoczyło. Co prawda, nie mogłam przy tym nie poczuć ukłucia smutku... ale na to chyba wiele nie da się poradzić.
Sezon Burz, mimo, że chronologicznie pierwszy, nie jest książką napisaną dla osób, które nie miały wcześniej styczności z światem Wiedźmina. Takie osoby może zdezorientować i sprawić, że będą czuły się zagubione. Jeśli dla tych, którzy przeczytali wcześniej napisane przez Sapkowskiego tomy, na pewno będzie wisienką na torcie. Takim miłym powrotem do uwielbianej historii, do cudownego klimatu, w jakim utrzymywana jest cała seria. Bo... to jest magia, najczystsza magia, tyle, że nieco bardziej zaawansowana, dlatego, aby po nią sięgnąć, należy zapoznać się z podstawami.


- Ciemność wciąż istnieje - potwierdził - Pomimo dokonującego się postępu, który, jak się nam każe wierzyć, ma rozjaśniać mroki, eliminować zagrożenia i odpędzać strachy. Jak dotąd, postęp większych skucesów w tej materii nie odniósł. Jak dotąd, postęp tylko wmawia nam, że ciemność to wyłącznie ćmiący światło przesąd, że nie ma się czego bać. Ale to nie prawda. Jest się czego bać. Bo zawsze będzie istniała ciemność. I zawsze będzie rozpanoszone w ciemności Zło, zawsze będą w ciemności kły i pazury, mord i krew. I zawsze będą potrzebni wiedźmini. I oby zawsze zjawiali się tam, gdzie są właśnie potrzebni. Tam, skąd dobiega wołanie o pomoc. Tam, skąd się ich przyzywa. Oby zjawiali się, wzywani, z mieczem w ręku. Mieczem, którego błysk przebije ciemność, którego jasność mroki rozproszy. Ładna bajka, prawda? I kończy się dobrze, jak każda bajka powinna.
A. Sapkowski, Sezon Burz, str. 402

piątek, 29 maja 2015

Być jak płynąca rzeka

Kto nie słyszał o Paulo Coelho? Ileż jego cytatów można znaleźć w sieci! Ale... wydaje mi się, że mało osób po jakiekolwiek jego dzieło sięgnęło. Ja jak najbardziej byłam wśród tej grupy, dopóki nie wpadłam na poniższą książkę - i kupiłam, właściwie tylko po to, aby dowiedzieć się, kim w ogóle ten człowiek jest i jak pisze.

Tytuł: Być jak płynąca rzeka
Autor: Paulo Coelho
Liczba stron: 285
Gatunek: książka filozoficzna


Być jak płynąca rzeka jest zbiorem esejów, anegdot i krótkich opowiadań napisanych przez Paula Coelho i zebranymi w jednej książce. Wnętrze więc jest tak różnorodne, że trudno powiedzieć o nim coś konkretnego - bo tu nie ma fabuły, czy konkretnej myśli filozoficznej, a... po prostu wszystko. Mamy legendę o dziewczynie, która zakochała się w księciu, ale była zbyt uboga, by w ogóle móc być jego żoną, mamy urywki z życia i luźne przemyślenia autora, mamy konkretne, dłuższe rozważania na różne tematy - jak choćby przemyślenia na temat modlitwy, książek, pieniędzy, czy wolności osobistej. Myślę, że dzięki temu każdy może znaleźć w tej pozycji coś dla siebie, coś, co mu się spodoba i dotknie, jak i to, z czym się nie zgodzimy.
Jeśli nie czytacie na co dzień książek filozoficznych, a chcecie liznąć tego tematu, na prawdę warto po to sięgnąć. Coelho pisze lekko, przyjemnie. Teksty w Być jak płynąca rzeka nie są długie - niektóre nie mają więcej niż dwie strony. Muszę przyznać, że mi się to nie do końca podobało, jako, że wolałabym, aby temat był w pełni wyczerpany, jednak dzięki temu osoby które takich rozważań nie lubią będą w stanie cokolwiek o tym przeczytać bez zasypiania. Nie da się w ten sposób głębiej wejść w myśl autora i na tematy przez niego poruszone długo myśleć, ale na pewno do jakiejś refleksji Was zachęci. 
Po tej książce widać, że Coelho to człowiek świetnie piszący dla mas - bo myślę, że pozycja zainteresuje zarówno osoby w wieku nastoletnim, jak i dorosłych, czy osoby nieco starsze, o ile nie czytają regularnie filozoficznej literatury (bo dla takich osób będzie po prostu zbyt płytka). Jeśli więc na nią traficie, weźcie ją do ręki, bo myślę, że warto znać chociaż niewielki fragment twórczości kogoś, kto w sieci jest wszechobecny i o kim często się mówi... mimo, że mało kto tego autora tak na prawdę poznał.


Kto rozumie sens życia, wie, że nic nie ma początku, ani końca, dlatego nie popada w rozpacz. Walczy o to, w co wierzy, nie starając się nikomu niczego udowadniać, zachowując wewnętrzny spokój człowieka, który miał odwagę wybrać własny los.
Zasada ta obowiązuje zarówno w miłości, jak i podczas wojny.
Paulo Coelho, Być jak płynąca rzeka, str. 202

środa, 27 maja 2015

Pierwsze próby - nikkorn 50mm f/1.4

Chce Wam zaprezentować moje pierwsze próby z nikkornem 50mm f/1.4 :D
Zdjęcia robione były w okolicy godziny 18-19, dzisiaj czyli 27 maja. Na zewnątrz było i jest z resztą pochmurno, na dodatek nie robiłam ich w jakimś bardzo jasnym miejscu, a efekty? Cóż, zakochałam się w tym sprzęcie od pierwszej chwili :D Zdjęcia nie są idealne, jednak były robione tylko na próbę i jak na nią, obiektyw wypadł świetnie!







Uwaga: chętnych na zdjęcia z okolicy Gliwic, lub Opola, zapraszam do kontaktu, bo coraz pilniej szukam modeli. Mogę zrobić zarówno zwykły portret, zdjęcia ze zwierzętami, czy tylko zdjęcia zwierząt, otwarta też jestem na inne pomysły.

wtorek, 26 maja 2015

Musicale mają moc!

Słucham różnych gatunków muzyki, niestety, nie mam dobrych słuchawek, ściany są cienkie... dlatego nie mogę słuchać głośno rocka, czy metalu, a to zdecydowanie utrudnia mi odbiór tych utworów, które mają być mocne... z tego względu często idę w stronę piosenek z musicali - lubię, gdy utwór jest częścią jakiejś historii, której fragment mogę mieć wtedy w głowie, przy okazji często są dość rytmiczne i po prostu przyjemne, dlatego na stałe goszczą w moim repertuarze. Jeśli też czasem lubicie takiej muzyki posłuchać, lub też - jesteście ciekawi, jaka jest, zapraszam do listy kilku utworów, które lubię i od czasu do czasu słucham :)


Wicked - No Good Deed
Jeśli chcecie polską wersję tego utworu, zapraszam tutaj, bo jest całkiem dobra :) To ciekawa po względem tekstu i naładowana emocjonalnie piosenka. Gdy mam zły nastrój i jestem zdołowana, jednocześnie chcąc się na kimś wyżyć, nie raz w jakiś dziwny sposób poprawia mi humor.

Les Miserables - On My Own
Nie byłabym sobą, gdybym nie wrzuciła tutaj tej piosenki i to w wykonaniu mojej ukochanej Lei Salongi. Uwielbiam głos tej kobiety, jednocześnie nie raz świetnie wczuwając się w nastrój tego utworu i choć wiem, że książkowa Epomine w życiu tego by nie zaśpiewała... to i tak do niej często wracam.

Notre-Dame de Paris - La monture
Zazwyczaj słucham tego utworu w polskiej wersji językowej, bo najzwyczajniej w świecie nie przepadam za francuskim i po prostu lepiej mi się jej słucha. Co jak co, ale... gdybym miała grać w tym musicalu, nie chciałabym głównej kobiecej roli, jaką jest rola Esmeraldy, a właśnie, wolałabym być niekoniecznie fajną Fleur De Lys... choćby przez wzgląd na ten utwór, który z bliżej niewyjaśnionych powodów lubię.

Jekyll i Hyde - Konfrontacja
Wrzucam tu tylko polską wersję, jako, że tylko jej w ogóle słucham :) Uwielbiam to wykonanie! Pan Adrian Wiśniewski jest świetnym aktorem z dobrym głosem i zarówno słuchanie, jak i oglądanie nagrania jest dla mnie czystą przyjemnością.

Shrek - I Know It's Today
Shreka uważam za przyjemną baśń zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci, a na scenie wypada całkiem nieźle. Szczerze, uwielbiam ten utwór! Jest nieco smieszny, przyjemnie się go słucha... i oddaje klimat filmu :D 

Next to Normal - I'm Alive
Nie mam pojęcia o czym jest ten musical, ale fakt, że piosenka jest na prawdę chwytliwa, czasem u mnie gości, szczególnie, gdy mam dobry humor. Prosta i niewymagająca, a czasem... właśnie na to mam ochotę :)


A Wy? Oglądacie musicale? Słuchacie z nich muzyki? Czy może wcale nie interesuje Was coś takiego?

niedziela, 24 maja 2015

Pan Lodowego Ogrodu. Tomy II-IV

Jak część z Was wie, nie lubię rozkładać recenzji o jednej serii na więcej notek, szczególnie, jeśli przeczytałam ją w całości, nie jest przy tym zbyt długa i jest jedną, nieoderwaną od siebie w jakikolwiek sposób całością. Dlatego też postanowiłam, że i Pan Lodowego Ogrodu będzie w jednym poście - co prawda od drugiego tomu, jako, że moją opinię na temat pierwszego znajdziecie tutaj ale jednak.





Tytuł serii: Pan Lodowego Ogrodu
Tomy: 2-4
Autor: Jarosław Grzędowicz
Liczba stron: 632 / 504 / 896
Gatunek: naukowe fantasy

Nim przejdziecie do tej recenzji, polecam przeczytać moją opinię na temat pierwszego tomu, a do tego przejść tylko, jeśli nie boicie się kilku spoilerów dotyczących poprzedniej części, bo chcąc nie chcąc, kilka informacji o powieści będę musiała tu zamieścić. A więc, czujcie się ostrzeżeni, a ja zaczynam :)
Na początku drugiej części Pana Lodowego Ogrodu jeden z naszych głównych bohaterów,Vuko, jest zaklęty w drzewo i nijak może kontynuować swoją misję posprzątania po przybyszach z Ziemi na Midgaardzie. Gdy mu się to udaje, odkrywa, że nie wszystko jest takie, jak być powinno, a szaleństwo jego przeciwnika, Dykena, zdaje się być jeszcze większe... 
W tym samym czasie młody Filar podróżuje przed niegdyś swoje imperium opanowane w całości przez kult Podziemnej Matki, szukając swojego przeznaczenia z nadzieją na uratowanie swojego ludu.
Jak byłam zachwycona częścią pierwszą, tak uwielbiam kolejne. Nie powiem, by zawsze było idealne - bo i owszem, miałam kilka zgrzytów podczas czytania - ale dalej, ta seria to coś niezwykłego! Możemy w niej znaleźć wszystko: dzieci zaklęte w kraby, smoki, wielkie, marmurowe zamki, niewolników, romanse, dążenie do władzy, jedzące mięso konie, magiczne włócznie, ba! Możemy znaleźć w tu nawet Wielką Stopę, czy ekologicznych fanatyków. Całkowity misz-masz, ale przy tym będący tak logiczny, jak logiczna może być powieść tego typu ;) W Panu Lodowego Ogrodu nie brakuje też aluzji do tego, jak wygląda nasz świat i do czego on dąży - Grzędowicz ma chyba jakieś pojęcie o polityce, bo i o tym jest mowa, chociaż pobocznie i przynajmniej mi się wydawało, że autor z niektórych kwestii sobie po prostu drwi, niemniej, ja odebrałam to jak najbardziej pozytywnie.
Bohaterów trudno nie lubić. Vuko jest prostym facetem, który wie, czego chce, Filar zaś rozwija się w dobrym kierunku i ostatecznie staje się na prawdę mądrym i wartościowym człowiekiem. Są wyraźni, konkretni. Nie da się ich pomylić. Nawet ich narracja (która od tomu pierwszego zmianie nie uległa - dalej mamy podział na trzy, z czego dwie tyczą się najbardziej Vuka, jedna zaś przedstawia świat z perspektywy Filara) pozwala po pierwszych słowach poznać, z kim mamy do czynienia. Ich przyjaciół jest dużo, a ja nie mam głowy do imion i nazwisk, dlatego... cóż, nieco ich myliłam, ale... to przez samą siebie, a nie ich szarą barwę.
Styl jest fajny, chociaż wiem, że może niektórych męczyć: jest bardzo opisowy, narracja pierwszoosobowa nie jest lubiana przez każdego, niemniej, ja sama na prawdę nie mam się do czego przyczepić. 
Ogrom akcji, jaki w książce jest sprawia, że nie da się przy niej nudzić, a zakończenie całej serii sprawiło że... poczułam się, jakby ktoś wylał mi na głowę kubeł zimnej wody. Nie będę może go zdradzać, ale na prawdę, nie spodziewałam się tego i miałam wrażenie, jakby przez wszystkie tomy Grzędowicz sobie po prostu ze mnie żartował. Nie, nie mówię tego w złym kontekście, przeciwnie! Nieczęsto zakończenie mnie zaskakuje, a tu, proszę :)
Serię polecałam, polecam i polecać będę, bo to kawał dobrej fantastyki. Idźcie i jedzcie z tego wszyscy, albowiem Pan Lodowego Ogrodu wzywa, a jemu się nie odmawia :D


- Jest tylko teraz - odparłem. - To, co było, już zniknęło. Została tylko pamięć. Jutro jeszcze nie nadeszło i jest zakryte. Trzeba żyć tym, co mamy w zasięgu ręki. Tak, żeby pamiętać potem każdą chwilę. Nie wiadomo, ile ich mamy.
Jarosław Grzędowicz, Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

czwartek, 21 maja 2015

Danina. Nowoczesna Baśń.

Mam naście lat, a dopiero teraz zauważyłam, że na tym blogu ani jedna książka napisana typowo dla osób w moim wieku jeszcze się tu nie pojawiła! Dziwnego nic w tym nie ma - ja po prostu takich pozycji czytam bardzo mało :) Ale, by nie było, że nie sięgam po nie wcale! Dziś przykład właśnie takiej książki, napisanej z myślą o nastolatkach, wygrzebanej parę lat temu z wielkiego kosza z tanimi książkami... a której recenzje pisałam już chyba kilka razy. Nie przedłużając, zapraszam do przeczytania mojej opinii o Daninie. Nowoczesnej Baśni!

Tytuł: Danina. Nowoczesna Baśń
Autor: Holly Black
Liczba stron: 222
Gatunek: powieść urban fantasy

Poznajcie szesnastoletnią Kayę - dziewczynę bez własnego miejsca na ziemi, od lat przeprowadzającej się z jednego miasta, do drugiego. Gdy kapela jej matki rozpada się i ta zostaje bez pracy, wracają do domu babci nastolatki, w którym nasza protagonistka się wychowała. Szybko okazuje się, że Kaye wplątana jest w walką dwóch skrzacich dworów i wszystko wskazuje na to, że duszki poznane w dzieciństwie należą do o wiele groźniejszego świata, niż ta kiedykolwiek przypuszczała.
Tajemniczy klimat, prosty język, szybka akcja i trochę romansu sprawiają, że gdy czytałam Daninę po raz pierwszy nie mogłam się od niej oderwać. Jak na książkę pisaną z myślą o młodzieży, to na prawdę kawałek dobrego tekstu. Co prawda, alkohol, papierosy i przeskakiwanie na początku przez autorkę z jednego epizodu na drugi nie koniecznie będzie się każdemu podobać, ale poza tym, na prawdę nie mam tej powieści wiele do zarzucenia.
Najbardziej cenię sobie Daninę za coś, czego w większości tego typu książek nie znajdziemy, a mianowicie, za brak podziału na dobro i zło. Wszyscy mają swoje za uszami, nikt nie jest nieskazitelne czysty - i to sprawia, że świat przedstawiony jest dość realistyczny, bardziej... prawdziwy. Tak, to chyba jeden z głównych powodów dla którego polecam ją, jeśli tylko usłyszę, że ktoś szuka typowej książki dla nastolatek.
Bohaterzy są dość typowi, jak na taką książkę, jednak nie zmienia to faktu, że dają się lubić. Kaye jest osobą, która zdaje się mieć świat w czterech literach i trudno ją za to dziwić: matka przez przeprowadzki sprawiła, że ta nigdy nie była z nikim w bliższej relacji. No, poza jej przyjaciółką, Janet, z którą również nie widziała się przez bardzo długi czas. Główny męski bohater powieści, Roiben, to tajemnicza postać, mająca jednak powody, aby takim być. Przy tym nie jest idealny, popełnia błędy - ale mnie na prawdę zaciekawił, gdy czytałam tą powieść. Inni ludzie, czy skrzaty, na jakich wpadamy w Daninie też w większości są wyraźnie zarysowani, z konkretnymi charakterami dlatego pod tym względem jest na prawdę dobrze. 
Książka może nie jest w pełni logiczna - no, magiczny koń wychodzący z kałuży to raczej nie jest coś, co wydaje się realne do zrealizowania - ale utrzymuje całkiem fajny klimat, magia w niej jest wszechobecna, mamy też sporo na prawdę ciekawych wątków. Czego więc chcieć więcej od książki dla nastolatek? Ciekawego zakończenia...? Czemu nie. Mnie nieco zaskoczyło, więc i Wam może się spodobać. 
Macie dość bezstellerów którzy czytają wszyscy, a jednocześnie szukacie typowej, młodzieżowej literatury, będącą przy tym wcale niezłą książką? Jeśli tak, to lećcie po Daninę! Akcja, magia, romans... na prawdę, to wystarczająco dobra pozycja, aby po nią sięgnąć.

wtorek, 19 maja 2015

Czemu warto czytać?

Temat czytania poruszany jest wielokrotnie, czy to w domu, czy to w szkole, u znajomych. W sieci również znajdziecie tego tony. Mimo to, uznałam, że sama zrobię tu listę argumentów, za czytaniem. Może akurat kogoś to zainteresuje, przekona, lub pozwoli czytającym odkryć inne powody dla których po książki sięgać warto, a ja już teraz zachęcam Was do dopisywania swoich przemyśleń na ten temat pod tym postem :D


Większa wyobraźnia
Coś, co porusza chyba każdy, próbują namówić do sięgnięcia po książki i przy okazji rzecz najbardziej oczywista. Im więcej historii poznajemy, tym łatwiej jest nam wymyślać kolejne: weźmiemy kawałek z życia, coś z ciekawej książki, coś z nudnej, ale jednak zostało nam w głowie... i proszę bardzo, mamy bajkę dla młodszej siostry, czy córki, albo świetnie przygotowane, zmyślne kłamstwo (bądź co bądź, ta umiejętność bywa przydatna... nie bym namawiała Was do używania takowych środków). Nasz umysł jest pobudzony, myśli szybciej, sprawniej, lepiej łączy fakty... no, większa wyobraźnia, to większe możliwości i na prawdę warto ją rozwijać.

Większa wiedza
Każda książka czegoś uczy, choćby i była to dla nas wiedza zupełnie zbędna. Rzecz jasna, to, co znajdujemy w powieściach zwykle prawdą, czy faktami nie jest, dlatego tu ilość konkretnych informacji jest mała... ale przecież książki to nie tylko zmyślone historie! Biografie, książki historyczne, filozoficzne, turystyczne, kucharskie... Wystarczy sięgnąć po takową, aby dowiedzieć się w nie raz bardzo przyjemny sposób o wielu rzeczach i później móc tą wiedzę w sprytny sposób wykorzystywać. 

Uczy myśleć!
Telewizja ogłupia. Zostawia pustkę w głowie, nie zmusza do refleksji, wyłącza mózg - przynajmniej, jeśli o te masowe produkcje lecące w telewizji chodzi. A książka? Nawet ta pisana dla mas zmusza mózg do ruszenia się i wyprodukowania tych kilku obrazów. Te zaś zostają w głowie i chcąc nie chcąc, zaczynamy o nich myśleć. Oceniać. Analizować. Łączy się to z resztą z dwoma poprzednimi punktami, bo tylko osoba z wyobraźnią oraz sporą wiedzą jest w stanie myśleć w sposób racjonalny i logiczny.

Uczy pisać!
Pisanie rozwija się na dwa sposoby - pisząc i czytając. Osoba, która w życiu nie sięgnęła po powieść, takowej po prostu nie napisze. Gdy coś czytamy, widzimy, jaki sposób pisania nam się podoba, jaki nie. Jacy bohaterzy nas ciekawią, a jacy są nudni. Nasz mózg sam z siebie uczy się, gdzie stawiać kropki, a gdzie spacje, jak budować zdania i dialogi, tak, aby były ciekawe. Im więcej przeczytasz, tym lepiej i ciekawiej będziesz pisał, a to przydatne jest zawsze! Poprawnie napisane wypracowanie, czy sprawozdanie do pracy na pewno będzie czymś chwalonym przez przełożonego, kimkolwiek jest, a własnym językiem jednak warto posługiwać się poprawnie, zarówno w mowie, jak i na papierze.

Zapewnia relaks
Nie uważam, aby książka była dobra po męczącym dniu w pracy, czy w szkole - gdy już zasypiamy, trudno skupić się na tekście i go rozumieć, szczególnie, jeśli sięgamy po trudniejszą literaturę. Jednak jeśli mamy wszystkiego dość, to chyba nie ma lepszego sposobu na wyciszenie się, niż zabranie książki, do łóżka, ogródka czy parku i zabranie się za czytanie. Ucieczka od świata bywa przydatna, pozwala się nam zdystansować i daje sporo dobrej rozrywki, o ile rzecz jasna dobrze wybierzemy lekturę. 

Motywuje
Jeśli mamy doła i nic nam się nie chce, dobór odpowiedniej lektury może na prawdę dać nam cel, aby się z tego wszystkiego wydostać. Bo skoro bohater książki, którą właśnie czytamy daje sobie radę w podobnej do naszej, dość trudnej sytuacji, dlaczego MY sobie mamy nie dać rady, skoro to MY, a nie ON istnieje na prawdę? No. Damy. Nie będziemy gorsi od wytworu czyjejś wyobraźni, prawda? 
Oczywiście, inną kwestią są książki napisane właśnie po to, aby motywować - po takie też w niektórych sytuacjach warto sięgnąć. 

Od czego więc zacząć...?
Nie każdy czyta dużo, czasem więc po prostu nie wiadomo po co sięgnąć. A prawda jest taka, że każdy znajdzie coś dla siebie :D Tylko... co będzie odpowiednie? To już zależy od tego, kim jesteś i co lubisz.
Jeśli lubisz filmy produkowane dla mas (czyli takie pokroju Harry'ego Pottera, czy Piratów z Karaibów) to właśnie wśród bestsellerów powinieneś grzebać: Igrzyska Śmierci, Zmierzch, Gwiazd Naszych Wina to pierwsze tytuły, które przychodzą mi na myśl, gdy myślę o książce dla takiej osoby. Rzecz jasna, sporo zależy tu od wieku i płci, jednak właśnie to ten typ książek.
Zachwycają Cię filmy pokroju Hobbita i uwielbiasz Grę o Tron, a jeszcze może grasz w jakieś gry komputerowe? Pierwsze, co powinieneś zrobić, to przeczytać trochę klasycznej fantastyki! Mam tu na myśli rzecz jasna książki Tolkiena, czy Sapkowskiego, dobre są również Opowieści z Narnii Lewisa, o ile odpowiada Ci baśniowość, ale pozbawiona epickości, jaką możemy znaleźć choćby w Władcy Pierścieni.
Lubisz akcje i historie detektywistyczne? Zabieraj się za opowiadania Doyle'a o Sherlocku Holmesie, albo bierz jakąś książgę Agaty Christe. Możesz również pogrzebać w książkach przygodowych, takich jak Wybrzeże Szkieletów Cusslera. 
A może w ogóle nie interesują Cię zmyślone historie, nie masz ochoty czegoś takiego czytać, a jednak sądzisz, że warto byłoby po coś sięgnąć? Jeśli tak, poszukaj literatury faktu, czy poradnika na temat, który Cię interesuje - takich na rynku znajdziesz na prawdę niemało, mimo, że na co dzień wcale się o nich nie mówi. 

Tak... powiedz mi co czytasz, a powiem Ci kim jesteś, a jeśli powiesz mi kim jesteś, powiem Ci, co masz czytać :D Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tym postem i jeszcze raz, na koniec, gorąco polecam czytanie! 

niedziela, 17 maja 2015

Rezydent Wieży. Księga I

Ta recenzja miała się tu pojawić dawno temu... ale jakoś nie mogłam się za nią zabrać. Teraz jednak uznałam, że najwyższy czas podzielić się z Wami moją opinią na temat tejże niedługiej książeczki.


Tytuł serii: Rezydent Wieży
Tytuł: Rezydent Wieży. Księga I.
Autor: Andrzej Tucholski
Liczba stron: 219
Gatunek: zbiór opowiadań fantasy

Mag, mieszkający w wieży, mający olbrzymią moc...
I dzieli się nią, jeśli kogoś na to, rzecz jasna, stać. 
Bo tytuł Rezydenta Wieży nie dostaje byle kto! Tylko najlepsi w swoim fachu.
Czymże są więc opowiadania o kimś tak potężnym? A no, niczym szczególnym. 
Książka zawiera pięć opowiadań o Klaversie, czarodzieju zamieszkującym wieże Irrum. Nie są ze sobą szczególnie powiązane: przypominają tym wiedźmińskie opowiadania, z tym samym bohaterem, jakimiś powtarzającymi się szczegółami, ale poza tym, każda historia jest zupełnie inna. Ah, i by nie było, na tym podobieństwo do dzieł Sapkowskiego się kończy. Klimat w Rezydencie Wieży jest zupełnie inny, niż ten w jego książkach. A jaki jest? Zupełnie luźny, codzienny wręcz. Autor pisze w sposób bardzo lekki, prosty. Wszystkie opowiadania są w pierwszoosobowej narracji, która dla mnie bywa wprawdzie męcząca, ale i tak czyta się je bardzo szybko. By nie było, nie jest jednak tu tak kolorowo, bo wybitną książką Rezydent Wieży na pewno nie jest. Dlaczego? Już tłumaczę!
Jak sporej ilości tekstów, i temu brakuje po prostu wyrazistości. Co z tego, że jest lekki, skoro na drugi dzień już nie wiem, o czym i o kim czytałam? Dodatkowo, to z założenia nie miała być raczej sztywna książka, Tucholski więc próbuje włożyć do opowiadań trochę żartów... co niekoniecznie mu wychodzi. Nie jest to wprawdzie żenujące, jak czasem przy takich próbach bywa, ale po prostu... czytałam coś, wiedziałam, że powinnam przynajmniej się uśmiechnąć... a na mnie nie robiło to najmniejszego wrażenia. 
Nie jest jednak tak źle. Opowiadania czyta się mimo wszystko z zainteresowaniem, a to, co szczególnie zwróciło moją uwagę jest pomysł Tucholskiego związany z... magią opowieści. A no, w jednym z opowiadań takie coś się pojawia, jest w całkiem ciekawy sposób wyjaśnione... i przynajmniej mi dało sporo do myślenia, O co chodzi (jeśli piekielnie boicie się spoilerów, nie czytajcie dalej tego akapitu ;P)? O powiedzmy, żart autora dotyczący głównych bohaterów różnych historii - według jednego z opowiadań ten, kto ma w sobie magię opowieści, ten, kogo magia ta pcha do tworzenia różnych historii nie może umrzeć. Po prostu.. nie może. Wszyscy jego towarzysze zginą w trakcie przygody, ale on przeżyje. Przeżyje i będzie bohaterem, będą o nim mówić, pisać... i nie wiem jak według Was, ale uważam, że przy odrobinie kreatywności, to całkiem fajny pomysł na napisanie czegoś :) Kto wie, może kiedyś sama go wykorzystam?
Kończąc, jeśli szukacie lekkiej fantastyki, albo wypatrzycie tą książkę na jakiejś wyprzedaży, spokojnie możecie po Rezydenta Wieży sięgnąć. Jednak jeśli lubicie sięgać tylko po niezwykle porywające książki, jakieś wielkie, epickie dzieła... to sądzę, że nie ma sensu, aby się za nią zabierać. 

Ucieczki

Wczorajszego dnia, z racji wolnego, w końcu wyszłam na spacer. Chciałabym wychodzić częściej, jednak po szkole do domu wracam dość późno i zwykle coś po południu się dzieje... i po prostu nie jest to możliwe.W każdym razie, ostatnio moje spacery łączę z bieganiem, i rzecz jasna, biorę na niego jednego z moich psów. Wczoraj poszła ze mną moja owczarzyca, Yorra, która... omal nie przyprawiła mnie o zawał.
Zazwyczaj spuszczam ją ze smyczy dopiero, gdy dochodzimy do lasu - tak na wszelki wypadek, aby ktoś na ścieżce się jej nie przestraszył, bo to jednak malutki pies nie jest. Zwykle pierwsze co odbiega kawałek ode mnie, czasem na moment wpada w krzaki, aby po chwilę wrócić. Tym razem nie było inaczej, tyle że... nie wróciła tak szybko jak powinna! Wołałam. Pies nie przychodził. Zeszłam na ścieżkę, na której mogłaby się znaleźć, gdyby poszła tam, gdzie wydawało mi się, że jest... psa nie ma. Wróciłam do poprzedniego miejsca.. nie widzę jej. Zaczynam się poważnie niepokoić - poleciała za sarną? Może. Zdarzyło jej się już kiedyś... a to nie jest zbyt bezpieczne... Znów się cofam, wołam. I, na szczęście, słyszę, jak pies leci za mną, z wywalonym językiem. Pierwsze co, położyła się na chwilę.
Zachowywała się już dobrze, dlatego nie zapinałam jej. Szła obok mnie, jak zwykle. Pod koniec jednak, gdy już miałyśmy się wracać do domu, zauważyłam, że coś się rusza w krzakach pod drzewami. Sarna? Jest ich u nas sporo, sama widuje nie raz. Już chciałam wołać psa, gdy zauważyłam, że nie tylko ja to ruszające się coś widzę. Yorra oczywiście pognała za tym owym czymś, zwierzę wpadło do lasu, ona za nim. Było jednak znacznie mądrzejsze od mojego owczarka, bo zamiast pognać prosto przed siebie, skręciło i wybiegło na skręcającą w prawo drogę. Zając. Oj, kicał szybko! Mój pies stracił zwierzaka z oczu, zaczęła więc szukać po tropie i krążyć z nosem przy ziemi, idąc, jakby nie było, w dobrą stronę... Wołałam i powoli szłam w jej stronę, ale ta, skupiona na węszeniu, jakby mnie nie zauważała. Dopiero, gdy wyciągnęłam jej ulubioną zabawkę, piłkę na sznurku, pies ją zauważył i raczył przyjść do pani, jakby chwaląc się, co przed chwilą widział...
Eh, chyba nie mogę wychodzić na spacer z tym psem bez przygód: bo albo próbują nas pogonić krowy, albo łapie nas deszcz (już kilkukrotnie spotkała nas niezła ulewa), albo pies uznaje, że ma nastrój na uciekanie...
Jakby tego było mało, reszta stada zrobiła sobie dziurę pod płotem... i przedostała się do kur sąsiada. Na szczęście, żadne zwierzę szczególnie nie uciekało. No, może kokoszki się zdyszały i zestresowały... bo wataha miała bez wątpienia niezły ubaw...

sobota, 16 maja 2015

Królowe Wikingów: Ingerid

Poniżej książka, o którą zadawałam w podstawówce mamie mnóstwo pytań - była to jedna z niewielu serii, po które ona sięgnęła i na prawdę kupowała, więc po prostu wzbudziła moje zainteresowanie :) Wcale nie wzięłam jej do ręki szybko, jako, że i okładka, i opis z tyłu jednak nie zachęcał dzieciaka z podstawówki, ale cóż, koniec końców, przeczytałam. A teraz zapraszam Was do zapoznania się z moją opinią o niej.


Tytuł serii: Królowe Wikingów
Tytuł: Ingerid (tom 3)
Autor: Frid Ingulstad
Liczba stron: 228
Gatunek: romans historyczny

Żółty papier w środku, nijaka okładka - chociaż z ładną grafiką, niekoniecznie ciekawy opis... nie, to nie jest książka, która na pierwszy moment zachęci. Jest wyraźnie tania i niezbyt ekskluzywna, a takich rzeczy się po prostu nie lubi, szczególnie, że i nie łatwo ją dostać. Ale wiecie co.. nie jest tak źle, jakby mogło się wydawać.
To trzecia część serii, jednak spokojnie - każda opowiada osobną historię, dlatego nie ma co się bać akurat tego. Ta powieść opowiada nam losy Ingerid: duńskiej księżniczki, która ma wyjść za Olafa Haraldssona, króla Norwegii. Mamy rok 1096, młoda dziewczyna, jaką jest nasza bohaterka właśnie przybywa do swojego nowego kraju. Nie wie jednak, że jej przyszły mąż ma już nałożnicę, w której jest zakochany - Brygidę. A tej, rzecz jasna, wcale nie podoba się to, że król chce wyjść za Ingerid...
Przede wszystkim, to, co podoba mi się w całej serii jest fakt, że autorka dba o to, aby większość faktów historycznych była zgodna z prawdą - dzięki temu można w na prawdę przyjemny sposób uczyć się o średniowiecznej Norwegii! Bo daty, wydarzenia i zwyczaje zaczynają kojarzyć nam się z wydarzeniami z powieści, z jej klimatem, treścią. Co prawda, trzeba wziąć poprawkę na obecność fikcji literackiej, ale na pewno te najważniejsze informacje dotyczące przebiegu historycznych wydarzeń są prawdziwe, o to więc nie trzeba się martwić. 
Niestety, dla mnie problemem tej powieści jest brak wyrazistości - zapomina się ja szybko, nie myśli się o niej. Bohaterzy są, mają jakieś cechy charakteru, ale... nic poza tym. Nie rzucają się w oczy, nie przeżywają niezwykłych przygód, czy uniesień. To bardzo życiowa powieść, bez nadmiaru akcji i jakiś jej niezwykłych zwrotów. 
Ingerid, jak i wszystkie książki z tej serii, które przeczytałam, warto przeczytać, jeśli interesuje Was kultura i historia Norwegii, a przy tym lubicie poczytać o ludziach, nie tak wcale różnych od nas. Jednak jeśli ktoś z Was szuka lekkiej, przyjemnej powieści, którą będzie się szybko czytało i w której będzie dużo się działo - nie polecam, bo po prostu może Was zanudzić. 

poniedziałek, 11 maja 2015

Żadnych chłopaków! Wstęp tylko dla czarownic!: Rywalki Nierozłączki

Otworzyłam dziś szafę w której między innymi trzymam książki... i wyciągnęłam z niej książkę, której okładkę możecie znaleźć poniżej. Myślałam przez chwilę nad nią... po czym uznałam, że chyba muszę o niej tu coś napisać.

Tytuł serii: Żadnych chłopaków! Wstęp tylko dla czarownic!
Tytuł: Rywalki Nierozłączki
Autor: Thomas Brezina
Liczba stron: 138
Gatunek: powieść dla dzieci/nastolatków

Rywalki Nierozłączki jest pierwszą częścią dość długiej serii, sama jednak w domu mam może tylko dwie, lub trzy części i to nie w dobrej kolejności. Nim jednak przejdę do sedna, czyli do samej książki pozwólcie, że omówię krótko stronę wizualną. Ta stała się moją własnością jeszcze w czasach podstawówki, także kilka lat ma, a wygląda niemal jak nowa. Na prawdę! Twarda okładka robi swoje :) Na dodatek nie jest brzydka - co prawda to nie jest mój ulubiony styl rysowania, ale jest przyjemna dla oka, schludna. Wewnątrz mamy żółtawy, ale wcale nie bardzo cienki papier, a i na początku, i przy rozpoczęciu każdego rozdziału mamy jakiś obrazek. Myślę, że to na prawdę przyjemne i zachęcające.
No ale, teraz do sedna! Czyli do samej treści. Rywalki Nierozłączki są książką opowiadającą o dwóch dziewczynach - Lissi i Tince, które wręcz się nienawidzą. Chodzą razem do klasy i nie potrafią wytrzymać chwili, aby sobie nawzajem nie dogryźć. Pewnego dnia, niespodziewanie, dowiadują się, że ich rodzice (mama Lissi i tata Tinki wychowywali ich samotnie) mają zamiar się pobrać, a one mają razem zamieszkać. Przy okazji, w ich życie miesza się pewna tajemnicza starsza pani, która również zdaje się mieć plany dotyczące obydwu dziewczynek...
To nie jest książka dla dorosłych. Myślę, że odpowiedni wiek na nią to 9-12 lat, nie więcej, nie mniej, na dodatek jest pisana specjalnie z myślą o dziewczynkach właśnie (chociaż pisał ją mężczyzna... :D) i po sobie wiem, że w tym wieku sprawdza się doskonale jako lektura, szczególnie dla tych małych pań, które lubią poczuć w tym co czytają odrobiny magii. Przynajmniej u mnie się to sprawdziło :) Język jest przyjemny, dość dowcipny i lekki, Treść nie próbuje na siłę pouczać, ale przy okazji, nie jest też głupkowata, co takim książką się zdarza. Sami bohaterzy są prości i wyraźni, nie raz można się uśmiechnąć czytając o tym, co wymyślają, a wplecione do tego wszystkiego czary są fajną odmianą po zwykłych obyczajówkach.
Reasumując, jeśli macie 9-12 lat i jesteście dziewczynami, albo szukacie prezentu dla osoby w takim wieku i takiej płci, ta książka będzie dobrym wyborem. Może nie dla każdego będzie hitem, ale przynajmniej dla większości stanie się miłą lekturą na wieczór, czy na odstresowanie się po szkole.

niedziela, 10 maja 2015

Zdjęciowo

Cóż, zdjęcia robić lubię i kilka się ich tu pojawiło, postanowiłam jednak wrzucić tu mały zbiór moich prac - większość pewnie można znaleźć w sieci, niektóre wybitne wcale nie są, niemniej, to zdjęcia, które po porstu lubię :)















piątek, 8 maja 2015

Gwiezdne Wojny. Darth Bane.

Na tą serie wpadłam podobnie jak na Ścieżki Mocy - gdzieś, kiedyś, na wyprzedaży. Nie kosztowały wiele, a zachęcona tym, jak przyjemnie czytało mi się tamtą serie, sięgnęłam po nie :) Nim jednak przejdę do recenzji, chcę tylko poinformować dlaczego wszystkie trzy są razem - jest to jedna historia i nie uważam, aby konieczne było rozbijanie jej na więcej, niż jeden post, szczególnie, że szczerze mówiąc... dużo tego nie ma.



Tytuł trylogii: Gwiezdne Wojny. Darth Bane
Tytuły części: Droga Zagłady, Zasada Dwóch, Dynastia Zła
Autor: Drew Karphysyn
Liczba stron: 309 / 320 / 296
Gatunek: science fiction

Gwiezdne Wojny... książki z tej serii można często znaleźć za grosze na wyprzedażach, o czym z resztą pisałam już wyżej. Nie przyciągają jednak wzroku w pierwszym momencie - okładki, chociaż często z dobrze zrobionymi obrazkami, są dość ciemne i przestarzałe pod względem graficznego układu, nie kojarzą się ani z czymś miłym, ani mrocznym w ten przyciągający sposób. W środku jednak, o dziwo, przynajmniej w przypadku tej serii, możemy znaleźć całkiem przyzwoitą historię. Obserwujemy w niej losy Darth'a Bane'a - człowieka, który nie miał wcale prostej młodości. Pracując na kopalni, wylewał ostatnie poty, aby spłacić długi, które zostawił mu po sobie ojciec. Musi jednak uciekać z rodzinnej planety... i oczywiście, wplątuje się w przeróżne przygody, które zaczynają kształtować jego charakter i sposób patrzenia na świat. W trakcie całej trylogii poznajemy niemal całe jego życie - od młodości, po starcze lata, nic dziwnego więc, że nasz Bane z pierwszych stron jest kimś zupełnie innym w chwili, gdy dochodzimy do końca.
To nie jest wybitna powieść, która by niezwykle wciągnęła - jeśli komuś nie podoba się konkretny styl, nie lubi science fiction i Gwiezdnych Wojen, to ta seria raczej nie trafi na listą fajnych książek. Jest to jednak dobra lektura, jeśli akurat nie macie niczego lepszego pod ręką, czy jesteście w podróży - nie są to bardzo grube książki, a przynajmniej w moich wydaniach tekst pisany jest maczkiem, dlatego czyta się je stosunkowo długo. 
Bohaterzy są dość dobrze zbudowani, zwrotów akcji jest wcale nie mało. Nie podobają mi się jednak ucinane wątki - chodzi mi o to, że czasem, już, już myślisz, że z tym bohaterem coś będzie się działo, nim jednak zdążysz go lepiej poznać, okazuje się, że... on już nie żyje. Sprawia to częściowo właśnie konkretny styl autora, który nie wchodzi głębiej w psychikę pobocznych postaci, skupiając się tylko na głównych bohaterach.
To nie jest seria, którą się będzie długo pamiętać, długo mówić, czy długo wspominać. Ale jest poprawnie skonstruowana, trzyma napięcie i pozwala poznać świat Gwiezdnych Wojen z nieco innej strony, niż ta filmowa, dlatego jeśli macie ochotę na powieść tego typu, myślę, że bez problemu możecie po nią sięgnąć.
Nomida zaczarowane-szablony