poniedziałek, 29 czerwca 2015

Włóczęga

Było nieco bardziej poważnie, to teraz czas na książkę dedykowaną młodym ludziom :) Zapraszam do posta!


Tytuł: Włóczęga
Autor: Kathe Koja
Liczba stron: 108
Gatunek: powieść obyczajowa

Reachel to utalentowana, choć nietypowa dziewczyna. Najlepiej czuje się w towarzystwie zwierząt, jednak ponieważ jej rodzice nie chcą jej pozwolić na posiadanie psa, pomaga w schronisku. Pewnego dnia trafia do niego zdziczała suka rasy collie... Reachel, zafascynowana zwierzęciem, postanawia mu pomóc, jednocześnie pisząc opowiadanie na konkurs, właśnie o nim.
Nie oszukujmy się, Włóczęga to bardzo ważna dla mnie, choć krótka, książka. Trudno nazwać mi ją powieścią - bo to tak prosta historia, że chyba bardziej zasługuje na miano opowiadania. Ale... chyba właśnie dzięki takiej budowie wywarła na mnie swego czasu tak ogromne wrażenie. 
Powieść Koji pozornie tylko opowiada historię psa - w rzeczywistości jednak całość skupia się na zmaganiach wewnętrznych zagubionej w swoim życiu nastolatki, która szuka swojego miejsca i nie potrafiąc go znaleźć, zaczyna szamotać się jak zwierzę w ciasnej klatce. Dość głęboko wchodzimy więc w życie i świat Reachel, którą przynajmniej ja bardzo polubiłam. Jest inteligentna, nietypowa, ma swoje zdanie i swoje talenty, ale właśnie przez to jest nierozumiana przez większość rówieśników oraz rodzinę. Schronisko to dla niej odskocznia, drugi dom - to tam najchętniej spędza czas. I... gdy pewnego razu trafia na zdziczałego psa zaczyna widzieć w nim siebie, dlatego tak skupia się na nim, próbując mu pomóc, przy tym pomagając sama sobie. W jaki sposób? Nie będę pisać, bo obawiam się, że w przypadku tak krótkiej książki za dużo bym Wam zdradziła. 
Włóczęga składa się z dwóch... rodzajów narracji. Główny - to historia Reachel, napisana w narracji pierwszoosobowej, poboczny zaś to opowiadanie o psie, która dziewczyna pisze i które świetnie odzwierciedla to, co akurat bohaterka czuje. Obydwie na prawdę dobrze się dopełniają.
Nie będę tu pisać więcej, bo i... nie ma o czym przy jednowątkowej powieści. Ale na prawdę gorąco polecam Włóczęgę, zarówno po to, by przeczytać sobie coś krótkiego w ramach odskoczni, jak i po to, by zachęcić jakąś koleżankę, czy kolegę, który nie przepada za czytaniem z racji niewielkiej obszerności tej książki. To na prawdę dobra, poruszająca historia, która powinna spodobać się większości nastolatków, a szczególnie tym, którzy lubią zwierzęta.

sobota, 27 czerwca 2015

Zbieg

Ostatnio było o swojskiej, śląskiej rodzinie, to teraz czas na nieco więcej emocji. Słyszał z Was ktoś o Margolinie? Ja przed sięgnięciem po poniższą książkę nie... nic z resztą dziwnego - to, co autor pisze, nie jest to rodzaj literatury, jaką jakoś wyjątkowo się interesuje. Co więc sądzę o Zbiegu? Jeśli chcecie wiedzieć, zapraszam do recenzji :)

Tytuł: Zbieg
Autor: Philip Margolin
Liczba stron: 405
Gatunek: sensacja/kryminał

Charlie March, drobny oszust, odsiaduje swój niewielki wyrok. Niedługo przed zwolnieniem go z więzienia, jego towarzysz niedoli próbuje ucieczki. Charlie nie tylko powstrzymuje go przed tym, ale również ratuje życie jednemu ze strażników, za co szybko zostaje okrzyknięty bohaterem. Po wyjściu z więzienia pisze książkę i zdobywa sławę... i wszystko byłoby w porządku, gdyby wkrótce nie został posądzony o morderstwo. Ucieka więc z USA do Batangi, szukając schronienia. Po kilkunastu latach ma dość nieustannego życia w strachu przed rządzącym krajem tyranem, a ponieważ grozi mu dość poważne niebezpieczeństwo, postanawia wrócić do kraju i stawić czoła rozprawie sądowej, jaka czeka go na miejscu.
Zbieg to połączenie kryminału z sensacją, przedstawiającą przy okazji zmagania adwokatów w obronie swoich klientów. Muszę przyznać, że mniej więcej tego się po książce spodziewałam - mamy wielką, nagłośnioną sprawę i powiedziałabym, że typowe dla Amerykanów szybkie zwroty akcji. W powieści sporo się dzieje, nie można narzekać przy niej na nudę, szczególnie, że styl autora jest dość przyjemny i Zbiega czyta się na prawdę szybko. Czy jest to jednak tak wyjątkowa książka? Nie. Nie zaskoczyła mnie zbytnio ani swoją treścią, ani formą.
Bohaterzy są zarysowani w wystarczający sposób - najmocniej poznajemy oczywiście Charliego oraz jego adwokat, Amandę. Większość, jeśli nie wszyscy z nich (a muszę przyznać, że postaci Margolin wprowadził całkiem sporo) mają silny charakter. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę warunki w jakich fabuła się odgrywa, niemniej, jeśli lubicie płaczące, delikatne dziewczynki, to w Zbiegu ich nie znajdziecie. W każdym razie nie mam się tu do czego przyczepić. Bohaterów nie da się pomylić, są dobrze skonstruowani i choć ja żadnego jakoś nadzwyczaj nie polubiłam, to całkiem przyjemnie obserwuje się ich losy.
Gdybym należała do osób, które śledzą fabułę kryminału i próbują rozwiązać zagadkę, pewnie zrobiłabym to stosunkowo szybko, jednak ja po prostu czytam to, co autor mi podaje i nie analizuje tego głębiej. Dlatego zwroty akcji potrafiły nieco mnie zaskoczyć, jednak nie wywołało to u mnie jakiegoś większego zachwytu, bo choć pojawiają się, nie nazwałabym ich bardzo spektakularnymi. Przy odrobinie pomyślunku część tajemnic da się bez większego problemu odgadnąć. Dlatego też choć w sporej mierze Zbieg jest kryminałem, to jednak sama akcja zdaje się być w nim najważniejsza. 
Sama książka wygląda... zwyczajnie. Okładka, mówiąc szczerze, nie podoba mi się i uważam, że nie pasuje do takiej treści. Wewnątrz znajduje się biały papier i stosunkowo duża, sprzyjająca czytaniu czcionka. Nie ma tu nad czym bardziej się rozwodzić.
Jeśli lubicie amerykańskie kino akcji i interesuje Was nieco sądownictwo, Zbieg będzie dobrym wyborem. To całkiem fajna pozycja, warto po nią poznać i sięgnąć w takim przypadku. Co prawda nie zwaliła mnie z nóg, ale nie miałabym oporów, aby przeczytać ponownie coś podobnego. Z czystym sumieniem mogę więc ją polecić.

czwartek, 25 czerwca 2015

Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny

Janosha znam od dawna jako autora książek dla dzieci, które - szczerze mówiąc - nie zrobiły na mnie zbyt pozytywnego wrażenia. Zdziwiłam się więc nieco, gdy dostałam jego powieść dla dorosłych. Ba, nawet nie jedną, a dwie! Postanowiłam więc zabrać się za poniższą, by zobaczyć, co autor ma do zaoferowania.



Tytuł: Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny
Autor: Janosh
Liczba stron: 247
Gatunek: literatura współczesna

Janosh to mężczyzna urodzony w latach 30. XX wieku w Zabrzu i właśnie o tym mieście w Cholonku opowiada. Autor jest niemieckojęzyczny, nigdy w Polsce nie mieszkał, mimo, że bywał w niej kilkukrotnie (swego czasu miałam nawet okazje się z nim spotkać, chociaż skończyło się na zdjęciu i podpisaniu książki). Jego powieść opowiada nam historię rodziny Świętków oraz ich sąsiadów, czy znajomych. Są to prości, niezbyt bogaci ludzie, mający więcej wspólnego z Polakami, niż Niemcami. Córka Świętkowej, Michcia, ma wkrótce rodzić - ojcem jej dziecka jest nijaki Stanik Cholonek, za którym gospodyni nie przepada. Jakby tego było mało, wszystko wskazuje na to, że malec przyjdzie na świat 29 lutego... a każdy wie przecież, że to może przynieść pecha!
Tym razem pozwólcie, że zacznę od wizualnej strony. Książka, którą mam jest na prawdę porządna - gruba okładka, z obrazkiem, który wprawdzie niezbyt mi się podoba, ale pasuje do tego, o czym powieść traktuje. Wewnątrz mamy dwa zdjęcia: jedno przedstawiające stare Zabrze, drugie - familioki, w których wychował się autor. Wewnątrz mamy dość grube, białe kartki, tekst zaś pisany jest niebieskim tuszem - co uważam za plus, jako, że przy takim papierze i czarnym tuszu łatwo o ból oczu, gdy czytamy na dworze (przynajmniej u mnie), w chwili, gdy na kartkę zacznie świecić słońce. Przy każdym rozdziale jest niewielki rysunek, wykonany w stylu tego okładkowego.  Na prawdę, pod tym względem książka prezentuje się bardzo dobrze.
Przynajmniej dla mnie jednak z jej treścią jest znacznie gorzej.  Dlaczego? Cóż, należy zacząć od tego, że to nie jest typowa powieść, z fabułą i akcją. Janosh opisuje życie mieszkańców Śląska, a nie konkretną historię: jasne, najważniejsza jest Michcia i jej dziecko, dlatego do niej autor bardzo często wraca, jednak większość opisów to jednak krótkie historie sąsiadów, albo przemyślenia Świętkowej na temat tego, jak powinien żyć porządny człowiek (które znacznie odbiegają od naszego patrzenia na świat). I kto jak kto, ja czegoś takiego po prostu nie lubię. Chcę zżyć się z bohaterami, a Janosh mi na to po prostu nie pozwolił.
Druga rzecz, która sprawiła, że Cholonka nie polubiłam to sam klimat powieści. Mieszkam na Śląsku, jednak tutejszego klimatu, kultury, gwary nigdy do końca nie polubiłam, a ta książka jest tym wszystkim wręcz przesycona. I chociaż cenię ją za to co robi - bo na prawdę fajnie pokazuje te tereny w latach 30., aż do czasów zakończenia II Wojny Światowej - to jednak nie potrafię jej za to lubić.
Opis z tyłu okładki wszem i wobec ogłasza, że to nie tylko jedna z niewielu prawdziwych książek o Śląsku, ale przy tym niebywale śmieszna. Iii... może niektórych ten sposób przedstawiania rzeczywistości będzie śmieszył, ale ja się do tych ludzi na pewno nie zaliczam. Treść mnie wręcz odrzucała i czytałam ją najszybciej, jak to było możliwe, byleby tylko wiedzieć, o co mniej więcej w tym chodzi.
Nie... to nie jest lektura dla większości młodych ludzi, bo po prostu nudzi. To raczej coś dla bardziej dojrzałych czytelników, których interesuje Śląsk i chcą się czegoś o nim dowiedzieć - a że ja się do tej grupy nie zaliczam, nie tylko jej nie lubię, ale i polecać nie mam zamiaru. Jak już pisałam, cenię Chlonka za to, czym jest, ale najzwyczajniej w świecie zupełnie nie trafił on w mój gust i istną katorgą było dla mnie czytanie go.

wtorek, 23 czerwca 2015

O moich książkach

Książki kupować lubiłam już w podstawówce. Wydawałam na nie większość kieszonkowych, co dziś zmieniło się tylko po części. Niestety, gdy w 2012 roku przeprowadzałam się, większość z nich trafiła do pudeł, gdzie dalej siedzi, z racji niekończącego się remontu... Po prostu nie mam gdzie ich dać. Gdy robiłyśmy więc wtedy z siostrą spis, książek było prawie 500, gdzie dziś mam w nim około 200...  Dodać muszę, że sporo z nich to encyklopedie, głównie dla dzieci - nasza mama kupowała nam ich sporo. Dlatego też, jeśli chcecie recenzje jakiś, dajcie znać, chętnie zrobię :)

Nie trzymam książek tak, jakbym chciała. Obecnie kilkanaście leży na półce, zajmują dwie szuflady, moją piracką skrzynię oraz jeden kartonik. Reszta znajduje się wśród maaasy rzeczy w naszym domowym magazynie. Chce je przynieść, ale chyba jedno pudło to na razie wystarczająco... Później pojawia się problem z utrzymaniem wszystkiego w czystości :(








W moich zbiorach przeważają więc encyklopedie oraz fantastyka, którą uwielbiam, jednak znajdzie się u mnie również parę bardziej naukowych rozpraw, kilka kryminałów oraz spora liczba książek dla dzieci, które kupowałam w podstawówce. Dodatkowo, mam stosunkowo dużo książek z odzysku - z szarymi okładkami i pożółkłymi stronami :)
To, co mnie boli, to fakt, że mam w tym wszystkim niezły bałagan... niestety, ciągle w nich grzebiąc i nie mając ich ustawionych okładką do góry trudno czasem zachować większy porządek...

niedziela, 21 czerwca 2015

Zmierzch

Zmierzch... seria dla mnie aż nadzwyczaj nostalgiczna: będąc w podstawówce, jechałam na obóz. Jakaś dziewczyna w pociągu czytała Zaćmienie. Oczywiście, dopytywałam się co to za książka, a po wzięciu w ręce i przeczytaniu paru zdań uznałam, że nie dla mnie, bo nie lubię narracji pierwszoosobowej. Ale... po powrocie do domu i po przeczytaniu o Zmierzchu gdzieś jeszcze, uznałam, że obejrzę film. Miałam wtedy 11 lat i coś takiego było dla mnie zupełną nowością, nic dziwnego więc, że szybko sięgnęłam po książkę i zaczęłam ją uwielbiać. Od tego czasu minęło jednak parę lat i mój sposób patrzenia na świat zupełnie się zmienił... i dlatego też, choć o twórczości Meyer było dużo i dalej - jest niemało - uznałam, że napiszę tą recenzje.
UWAGA: możliwe spoilery.





Tytuł serii: Zmierzch
Tytuły części: Zmierzch, Księżyc w Nowiu, Zaćmienie, Przed świtem
Autor: Stephenie Mayer
Liczba stron: 416 / 488 / 560 / 719
Gatunek: romans, horror

Zmierzch opowiada o losach Belli Swan, która przeprowadza się ze słonecznego Phoneix do niewielkiego miasteczka Forks, leżącego w stanie Waszyngton. Tam, w nowej szkole poznaje tajemniczego Edwarda Cullena, który wyraźnie skrywa jakąś tajemnice i choć początkowo trzyma się od Belli z daleka, coś zdaje się ich do siebie przyciągać. W tym samym czasie nasza bohaterka poznaje na nowo znajomego z dzieciństwa - indianina Jackoba. 
Opis brzmi wręcz typowo, czyż nie? Fabuła w końcu taka właśnie jest - zwyczajna. Niemniej, przynajmniej w pierwszej części wszystko trzyma się jako tako kupy: mamy zakochaną parę, jakieś tam niebezpieczeństwo i szczęśliwe zakończenie. Później... cóż, jest coraz gorzej. Autorka wpycha niepotrzebnie nadmiar bohaterów, na siłę zmuszając ich do wykonania ruchów, do których niekoniecznie są stworzeni, a zakończenie całości, jeśli nawet jest zaskakujące to w bardzo negatywny sposób. Nie chcę spoilerować zbyt wiele, ponieważ wiem, że są osoby, które serii nie czytały, ale chyba jak napiszę, że wielkie przygotowania przez całą część Przed Świtem zakończyły się fiaskiem pozbawionym jakiegokolwiek dramatyzmu to nic takiego się nie stanie, prawda?
Główni bohaterowie serii są co najmniej puści. Na prawdę, oni nie mają charakteru! Bella ciągle się potyka, ale poza tym jest strasznie przezroczysta: niby lubi czytać, ale nie ma nawet konkretnych książek, które lubi (no, poza Romeo i Julią oraz Wichrowymi Wzgórzami). Jej sposób myślenia jest często pozbawiony logiki i nie ma w niej nic nadzwyczaj ciekawego. Edward, poza tym, że jest przystojny i gra na pianinie, również nie ma jakiś mocnych cech charakteru. Nieco ciekawsza i bardziej wyraźna jest jego rodzina, jednak ponieważ skupiamy się raczej na tej dwójce, nie jest to najlepsze. Ale... we wszystkim istnieje pewien mały haczyk. To właśnie brak charakteru Belli i Edwarda sprawił, że seria odniosła tak duży sukces! Dlaczego? A no, dlatego, że nie ma najmniejszego problemu ze wcieleniem się w jakąś w tych postaci podczas czytania i zrobienia z nich tych bohaterów, których chce się widzieć. Mi to nie odpowiada, ale jednak ogół w tym przypadku zadecydował. 
Narracja jest pierwszoosobowa, a styl autorki jest bardzo prosty i sprzyjający szybkiemu czytaniu, dlatego muszę przyznać, że sama sięgam czasem (czyli raz na parę lat) po pierwszą część dla odmóżdżenia. To sprawia, że choćby fabula była bardzo słaba (a jest...), to da się przez to przebrnąć.
Samo przedstawienie wampira przez Meyer jest bardzo... nieciekawe. Przepraszam, ale świecące wampiry to zdecydowanie nie moja bajka. Nie ma w nich ani grama grozy, są... po protu zwykłymi, skrzywdzonymi ludźmi, którzy ładnie wyglądają. Tyle. Nic więcej.
Jak już pisałam wcześniej, uważam, że poza pierwszą, kolejne trzy części nie powinny mieć prawa do zaistnienia. Są w pełni zbędne i naciągane. Nie trzymają się kupy. Ale... co ciekawe, uważam, że pierwszy tom miał niezły potencjał - gdyby Meyer lepiej poprowadziła bohaterów, na bazie takiego pomysłu można by zrobić coś całkiem fajnego. Szczerze mówiąc, sama miałam ochotę to przerobić, ale nie wiem, czy ktoś miałby ochotę to czytać. Co Wy na to, abym spróbowała i wrzuciła tu może kiedyś moje próby?
To, co zawsze mnie zastanawiało, to fakt, że w wielu miejscach można znaleźć Zmierzch nazwany horrorem. Długo się z tym nie zgadzałam, nie rozumiałam do końca, dlatego w tym miejscu jest ustawiany. Ale teraz rozumiem i tak, ta seria to horror. Przynajmniej w pewnym sensie. Mamy wampiry, mamy mrok, nadzwyczajne zjawiska... a to właśnie charakteryzuje ten gatunek.
Jeśli chcecie przeczytać Zmierzch - idźcie, czytajcie. Dacie radę przez to przebrnąć, bo książka pisana jest bardzo lekko, ale jak większość serii pisanych dla mas, jest słaba, dlatego nie spodziewajcie się nie wiadomo czego. No, chyba, że lubicie puste i płytkie książki, wtedy raczej Wam się spodoba. Ja sama mam w stosunku do niej dwojakie uczucia: z jednej strony widzę w końcu coś na prawdę złego... a z drugiej, pierwszą książkę o miłości, jaką kiedykolwiek przeczytałam i o której plotkowałam z koleżankami godzinami. 

piątek, 19 czerwca 2015

Maleństwo

Cztery zdjęcia z 28 maja 2015 roku. Na nich mały Max :D






Uwaga: chętnych na zdjęcia z okolicy Gliwic, lub Opola, zapraszam do kontaktu, bo coraz pilniej szukam modeli. Mogę zrobić zarówno zwykły portret, zdjęcia ze zwierzętami, czy tylko zdjęcia zwierząt, otwarta też jestem na inne pomysły.

środa, 17 czerwca 2015

Odgrzebane starocie!

Przez przypadek wpadłam ostatnio na bardzo krótki fragment tekstu, który sama napisałam w 2012 - został stworzony na lekcji, jako, że ta wizja chodziła wtedy za mną przez tekst znajomej: bo choć jej praca nie do końca mi się podobała, to uznałam, że można to napisać tak, by było znacznie ciekawsze.. a że zajęcia nie zawsze są ciekawe... to cóż, powstało. Te kilka zdań nie ma większego zamysłu, ani głębszej fabuły, to tylko luźna scena, zupełnie wyjęta z kontekstu, ale aby się nie zgubiła, postanowiłam, że ją tu wrzucę :) Od razu mówię, że tekst nigdy nie był redagowany, a z racji jego pamiątkowej funkcji nie mam zamiaru tego robić, niemniej, oczywiście zachęcam Was do wyrażania swoich opinii na jego temat.

***

Znajdowała się w pustym magazynie. Swoje łapy stawiała ostrożnie, cichutko, rozglądając się bezustannie w poszukiwaniu zagrożenia. Wnętrze bestii wyżerał strach, a jej serce biło głośno i szybko, nie pozwalając na uspokojenie oddechu.
Dziwiło ją, że pod tym przerażeniem mogą zmieścić się jeszcze inne emocje. Poza strachem czuła przede wszystkim potężny smutek z sobie tylko znanego powodu oraz nienawiść, kierowaną ku tym istotom, przez które musiała zjawić się w tym okropnie strasznym, cuchnącym miejscu.
Nagle w hali rozległ się cichy szelest folii. Ktoś lub coś było tutaj, w tym budynku, tuż obok. Za nią!
Wilkołak odwrócił się gwałtownie, warcząc przy tym. W mroku błysnęły pazury wyłaniające się z potężnych łap, zdumiewająco podobnych do ludzkich rąk.
Odetchnęła. To była tylko mysz. Tylko mała, bezbronna mysz... Czuła ją. Stworzonko schowało się w jednym z kartonowych pudeł, które swoimi stertami przyozdabiały podłoże hali.
Dokładnie w chwili, w której miała się odwrócić, by pójść dalej, usłyszała jak coś nad nią ze świstem przecina powietrze.
Sieć spadła prosto na wilkołaka, przygniatając go do podłogi.
Potwór próbował walczyć, szarpiąc się, gryząc liny i warcząc, jednak sznury nie chciały dać się zerwać. Na dodatek substancja, jaką była nasączona sieć, sprawiła, że gęba wilkołaka aż pulsowała z powodu piekącego bólu.
Zrezygnowała z próby ucieczki. Przestała się ruszać, przyległa do ziemi. Z jej pyska wydobyło się głośne skomlenie, a z oczu bestii popłynęła jedna, pojedyncza łza.
To już koniec. Nie udało mi się - przeszło jej przez myśl. - Zawiodłam ich.

grafika z www.sampaikini.com

niedziela, 14 czerwca 2015

Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa

Kto nie słyszał o detektywie wszech czasów? Sherlock Holmes wszedł do popkultury i został w niej chyba na zawsze... Sama jednak nie miałam większej ochoty na czytanie czegoś o nim... dopóki pewnego razu nie trawiłam na piękną, ogromną książkę, jaką jest Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa. Chyba nie muszę mówić, że w samym jej wyglądzie od razu się zakochałam i szybko trafiła do mojej biblioteczki jako swoiste trofeum.

Tytuł: Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa
Autor: Sir Arthur Conan Doyle
Liczba stron: 1108
Gatunek: zbiór opowiadań i nowel kryminalnych

Gdy nie było jeszcze telewizorów, to opowiadania i powieści publikowane w gazetach pełniły rolę seriali. Do takich właśnie dzieł zaliczały się niegdyś  historię o Sherlocku Holmesie i już na początku swojego istnienia podbiły serca czytelników. I na prawdę, nic w tym dziwnego! Mimo upływu czasu, opowiadania Doyle'a wcale nie straciły na swojej jakości.
Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa jest niczym innym jak kryminalną Biblią. Zawiera - jak sam tytuł wskazuje - wszystkie historię o genialnym detektywie. Cała seria zaczyna się od opowieści Studium w Szkarłacie - jest to dłuższa historia, która pozwala nam poznać Homlesa oraz jego przyjaciela, doktora Jamesa Watsona. Całość pisana jest z narracji pierwszoosobowej. Większość tekstów opowiada Watson, jednak na pewno jest jeden opowiedziany z perspektywy Sherlocka. Sama za taką narracją do końca nie przepadam, lecz w tym przypadku sprawdza się świetnie - pozwala nam wejść głębiej w świat tych dwóch panów i sprawia, że jesteśmy jego częścią. 
Mimo, że historie Doyle'a mają już trochę lat na karku, język opowiadań jest na prawdę przystępny i wciągający: nie czytałam oryginału, dlatego może to być zasługa tłumacza, ale jak nie było, ułatwia to poznawanie historii. W końcu, mogłoby być same w sobie ciekawie, jednak gdybyśmy dostali toporny styl, nie sądzę, aby nawet mi chciało dobrnąć się do końca.
Przez ogromną ilość opowiadań, uważam, że najlepiej czytać tą książkę fragmentami. Ja sama zabrałam się za nią z rozmachem, czytając wszystkie po kolei i nie sądzę, abym dobrze na tym wyszła... historie przez to zaczynają się mieszać, trudno jest je wszystkie na raz objąć. Z tego powodu uważam, że chociaż fajnie jest mieć wszystkie opowiadania z danej serii w jednym tomie, to dobrze jest co kilka z nich robić sobie przerwę i przeczytać coś zupełnie innego.
Trudno mi tu zastanawiać się nad charakterami bohaterów, z powodu bardzo prostego - Holmes to po prostu genialny umysł, zaś Watson od początku miał pełnić rolę obserwatora i... to właśnie autorowi wyszło. Więcej potrzebne tu nie jest: w końcu, to kryminał, a nie książka psychologiczna, dlatego chociaż Sherlock to człowiek bardzo ciekawy, nie mamy się na jego cechach do końca skupiać. 
Nie ważne, czy lubicie kryminały, czy nie - opowiadania o Sherlocku Holmesie warto znać, choćby przez ich obecność w popkulturze. Dlatego z czystym sumieniem mogę polecić je każdemu, w każdym wieku: nie dość, że większości powinny się spodobać, to znajomość twórczości Doyle'a pozwoli Wam lepiej zrozumieć to, co dzieje się w innych powieściach, czy filmach :)

Podstawowym błędem jest podawanie teorii, zanim uzyska się dane. Niepostrzeżenie zaczyna się dostosowywać fakty, by zgadzały się z teoriami, zamiast próbować stworzyć teorię, która byłaby zgodna z faktami.
Sir Arthur Conan Doyle, Skandal w Bohemii

czwartek, 11 czerwca 2015

Na Tropie Bestii: Tagus. Centaur

Dziś lekko i może nieco nostalgicznie, bo książka, którą chcę Wam przedstawić zaliczana jest jak najbardziej do literatury dziecięcej (która dziwnym trafem często mi w ręce wpada...). Zapraszam :)

Tytuł serii: Na Tropie Bestii
Tytuł: Tagus. Centaur
Autor: Alan Blade
Liczba stron: 126
Gatunek: fantasy dla dzieci

Książeczki z tej serii nie wyglądają wcale najlepiej - nieciekawa, przestarzała grafika na okładce, ta zaś cienka, wyraźnie kiczowata. Na skrzydełkach możemy znaleźć karty do wycięcia, również z średniej jakości obrazkami, co chociaż jest fajnym pomysłem, to nie do końca do książki mi pasuje (bo jak to tak, z nożyczkami do niej?). Wewnątrz jednak nie jest tak źle - wystarczy przejrzeć tomik, by zorientować się, że jest w niej sporo konturowych obrazków, z resztą, nie tak brzydkich. Nie jest więc dobrze... ale... nie jest też najgorzej. Niemniej, książki po okładce oceniać nie należy. O czym więc jest powiastka Blade'a?
Na Tropie Bestii to seria opowiadająca historie Toma, który wraz z przyjaciółmi - Elleną, koniem Piorunem i wilkiem, Srebrnym, musi ocalić Avantie przed złym czarodziejem, tropiąc nękające ludzi bestie. W tym tomie nasz protagonista wpada na Tangusa - centaura, który porywa stada bydła. 
Opowieść jest króciutka, trudno więc nazwać to powieścią, szczególnie, że wątków pobocznych tu nie mamy: opisy są krótkie, język prosty, postacie sztampowe. Ale nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę do kogo Blade swoją serię kieruję :) Mimo tego, postacie są dość przyjemne, a historia powinna spodobać się części dzieci w przedziale wiekowym 9-12 lat, szczególnie, jeśli są chłopcami uwielbiającymi czary. Ja sama przeczytałam ją nawet nie w pół godzinki - czcionka wewnątrz jest na prawdę duża, a obrazków jest sporo. Z tego powodu myślę, że nie znudzi tej najmłodszej młodzieży, a będzie całkiem fajną pożywką dla wyobraźni.
Nie mam zamiaru rozpisywać się tu co do tematyki utworu, jego głębokości i innych takich - bo i nie po to opowieść została ona napisana. Zapewne, gdybym kierowała się tu takimi samymi kategoriami, jak przy książkach dla dojrzałych ludzi, Tangus dostałby bardzo negatywną ocenę, jednak... jak mówiłam, jest to książka dla dzieci i tak też należy ją traktować. Co prawda, jeśli szukacie czegoś na prezent - nie polecam, z racji jej niezbyt eleganckiego wyglądu, ale poza tym, świetnie nada się jako dodatek do domowej biblioteczki i być może stanie się lubianą przez dziecko historią. 

wtorek, 9 czerwca 2015

Muzyka, a czytanie

Gdy słucham muzyki, wole nie być skupiona na niczym innym. To osobna czynność, dlatego gdy idę, albo po prostu coś robię, zwykle mam ją wyłączoną. Zdarza mi się jednak przy muzyce czytać - nieczęsto, jako, że zwykle po prostu nie chce mi się układać playlisty, lub czytam poza domem, jednak gdy już to robię, wybieram utwory z dość niewielkiej grupy gatunków.

Podczas czytania musimy skupić się na tekście i nie odpływać - dlatego przy hałasie, czy interesującej nas rozmowie jest to dość trudne. Podobnie jest z muzyką. Jeśli więc chcesz czytać i przeszkadza Ci cisza wokół, albo przeciwnie - chcesz stłumić hałas, na pewno nie wybieraj swoich ulubionych piosenek. Jeśli zachce Ci się do nich śpiewać, tańczyć, czy po prostu - skupisz się na tekście zaraz odlecisz i chociaż będzie wydawało Ci się że czytasz, nic z lektury nie wyniesiesz. Jeśli koniecznie chcesz, aby w Twoich słuchawkach leciała jakaś typowa piosenka (pop, rock, metal - bez większej różnicy, jaki gatunek) puść radio, albo odtwórz piosenki które słabo znasz. Dobrze jest też dobrać je tak aby były dość rytmiczne: dzięki temu lepiej skupisz się na książce :)

Uważam jednak, że prawdziwy klimat oraz skupienie zapewniają utwory, bez słów. Muzyka klasyczna, elektroniczna, czy napisana specjalnie do filmu sprawdzi się tu chyba najlepiej, a dodatkowo, pozwoli Ci się to zapoznać z takimi utworami :D Same plusy!

Wydaje mi się, że dość ważny jest dobór samej muzyki do treści. Przykładowo, gdy czytamy romans, dobrze jest pogrzebać w muzyce z filmów o miłości o podobnym klimacie. Dzięki temu można uniknąć rozbieżności między tym, co słuchamy, a tym, co czytamy. Bo chyba niezbyt miłe byłoby gdyby w najbardziej romantycznym i uroczym fragmentem książki w naszych słuchawkach poleciała muzyka z fragmentu filmu akcji, napisanego pod scenę strzelaniny...



O ile czytacie książkę z dużą ilością akcji, lub powieść fantastyczną, dobrze sięgnąć jest po muzykę z gier: jest ona napisana specjalnie tak, aby użytkownik mógł skupić się na grze, jednocześnie dopasowując do niej to, co robi - szybsza muzyka sprawi, że będziemy chcieli szybciej uciec z walącego się budynku, a wolniejsza i spokojna daje graczowi znak, że jest bezpiecznie i może spokojnie pogrzebać w ekwipunku. Słuchając czegoś takiego, mamy mniejszą, lub większą gwarancie jego, że skupimy się na czytaniu, a pod warunkiem, że dobrze dobierzemy muzykę, wczujemy się w klimat tego, co czytamy.




Świetnie mogą się sprawdzić też wszelakie miksy, czy krótsze utwory, które w ogromnych ilościach można znaleźć na youtubie, a nie zawierają słów. Te pierwsze dają nam możliwość słuchania w miarę ciągłej muzyki o danej tematyce, dzięki czemu nie musimy wyszukiwać ogromnej ilości utworów, aby wystarczyło nam na na przykład, dwie godziny czytania. Drugie zaś działają podobnie jak te utwory, które wcześniej wymieniłam, z tym, że trzeba po prostu pogrzebać trochę więcej w sieci, aby znaleźć to, co nam odpowiada.





Na koniec, nie zapominajcie o klasyce. Czasem dobrze jest poznać utwory powszechnie cenionych takich twórców, a słuchając ich przy czytaniu skojarzycie je z daną książką, czy sytuacją, dzięki czemu mogą na dłużej zapaść Wam w pamięć, szczególnie, jeśli przesłuchacie ich kilkukrotnie. Zazwyczaj nie różnią się zwykle działaniem od tych utworów, które wymieniłam wcześniej, a można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.



Jeśli chodzi o muzykę i czytanie książek, to tyle ode mnie :) Co o tym sądzicie? Macie jakiś ulubionych muzyków, których słuchacie przy książkach? 

niedziela, 7 czerwca 2015

Wichry Archipelagu

Było filozoficznie, to teraz czas na nieco fantastyki :) Zapraszam :)

Tytuł serii: Lays of Anuskaya
Tytuł: Wichry Archipelagu
Autor: Bradley P. Beaulieu
Liczba stron: 632
Gatunek: powieść epic fantasy

Księstwo Kałakowa niszczone jest przez zarazę zwaną wyniszczeniem, które osłabia jego i tak już niezbyt silną pozycje. W miastach zaczyna panować głód, a ugrupowanie Maharratów dąży do przejęcia władzy. Fakt, że żywołaki, nazywane hazanami przechodzą do rzeczywistego świata wcale nie poprawia sytuacji Kałakowa...
Nikadar, młody książę, próbuje rozwikłać zagadkę plagi, tym samym chcąc wyleczyć z wyniszczenia i sobie, i swoją ukochaną siostrę. Szybko okazuje się, że we wszystko może być zamieszany prawdopodobnie niepełnosprawny umysłowo chłopiec.
Książka trafiła do mnie, jak ostatnimi czasy coraz częściej, poprzez wyprzedaż, dlatego też nie spodziewałam się po niej czegoś niezwykłego. I dobrze. Wichry Archipelagu to przeciętna fantastyka, po którą można sięgnąć, jednak nie zapewnia wysokiego poziomu rozrywki.
Pierwsza połowa książki jest po prostu... nudna. Ciężka. Akcja niby się rozwija, niby ciągle coś się dzieje... ale jest to tak nieprzyjemnie opisane, że sporą część opisów po prostu omijałam. Miałam przy okazji wrażenie, że Beaulieu niezbyt dobrze opisał swój świat, nie wyjaśniając do końca kim są takie osoby jak Osieroceni, czy Maharranci, nie tłumacząc połączeń między hazanami, a ludźmi, między dwoma wymiarami, z jakimi w jego krainie mamy styczność. Sprawiło to, że nawet, gdy w drugiej części powieści zaczęło się coś dziać, to nie do końca rozumiałam motywy głównych bohaterów, a to zdecydowanie źle o książce świadczy. 
Beaulieu nie wchodzi zbyt głęboko w psychikę charakterów, skupia się na akcji, dlatego też za bardzo się do nich nie przywiązałam. Mimo to, postacie są dobrze skonstruowane. Nikadarowi co prawda brakuje chyba pasji i czegoś więcej, aby stał cię doskonałym męskim charakterem, a tak duży posłuch matki i siostry mu zdecydowanie nie sprzyja, ale dwie głównie kobiece postacie - Rehada i Atiana - jak najbardziej dają radę. Obydwie są silnymi postaciami, jednak różnią się od siebie, mają inne motywacje. Niestety, straciły wiele przez brak analizy ich charakteru: sceny z nimi są całkiem niezłe, przyjemne, ale... było ich zbyt mało, były zbyt powierzchowne opisane, a zgrzyty wynikające ze złego opisania świata przez autora wcale im nie pomagały. 
Skoro już o paniach mowa, to dobre są również ich rozetki emocjonalne, niemniej, więcej o tym pisać nie chcę, aby nie zdradzać Wam zbyt dużo z samej treści powieści. 
Sam niepełnospranwy umysłowo chłopiec, Nasim to dość papierowa postać. Podobnie jak Nikadar nie ma konkretnych cech charakteru, po prostu... jest. Jest jako coś, co ciągnie wątek, co sprawia, że fabuła musi iść do przodu. Nie jest to ani złe, ani dobre, po prostu taka była jego koncepcja, jednak nie uważam, aby to było nader kreatywne. Na pewno to, że nie jest tym głównym bohaterem, którego poznajemy najbardziej powieści pomaga, ale w dalszym ciągu motyw dziecka ze zbyt dużymi umiejętnościami uważam za bardzo często wykorzystywany. Nie czepiałabym się, gdyby Nasim miał konkretne cechy charakteru... ale no właśnie... nie ma ich. Po prostu jest.
Fabuła daje radę, ale nie jest zbytnio porywająca. Początek to głównie rozmowy, środek - akcja, która jako tako trzyma się kupy. Zakończenie może nieco zaskoczyć, jednak przez brak przywiązania się do bohaterów nie wpłynęło to jakoś szczególnie na mój odbiór tej powieści. 
To, czego jeszcze mogę się czepić, jednak w pełni subiektywnie to... latające statki. Przepraszam, ale.. nie, po prostu nie lubię książek, czy serii w których takowe się pojawiają. Po prostu w bliżej niewyjaśniony sposób i one, i klimat jaki wprowadzają mi nie odpowiada.
Podsumowując, Wichry Archipelagu to przeciętna fantastyka. Jeśli komuś podoba się taka tematyka i nie szuka czegoś z najwyższej półki można po nią sięgnąć, ale w innym przypadku, może się to okazać stratą czasu.

piątek, 5 czerwca 2015

Cnota Egoizmu

Ayn Rand... kobieta żyjąca w XX wieku. Rosjanka pochodząca z żydowskiej rodziny, pisarka, scenopisarska, a przede wszystkim - filozof. Niewątpliwie genialna postać, która uznawana jest za twórczynię filozofii obiektywizmu, o którego założeniach opowiada większość jej książek, czy to zwykłych powieści, czy typowo filozoficznych rozpraw. Dziś chce zaprezentować Wam pierwszą i jak na razie, jedyną książkę, jaką przeczytałam, ale mam nadzieję, że wzbudzę nią Wasze zainteresowanie.

Tytuł: Cnota Egoizmu
Autor: Ayn Rand
Liczba stron: 175
Gatunek: książka filozoficzna

Cnota Egoizmu to nic innego, jak zbiór esejów, w większości autorstwa Ayn Rand, a tytuł książki nieźle oddaje to, co można znaleźć w środku: autorka przez wszystkie strony doskonale udowadnia swoją tezę, według której tylko człowiek będący egoistą może w zdrowy sposób funkcjonować w społeczeństwie. Brzmi zaskakująco? :)
Filozofia obiektywizmu nie jest mi obca, jako, że trochę o niej wcześniej słyszałam, więc wiedziałam mniej więcej, czego mogę się spodziewać po dziele Rand, ale zapewne dla większości z Was to będzie zupełna nowość. Nic dziwnego, z racji tego, że żyjemy obecnie w świecie opierającym się na kolektywistyczno-altruistycznych zasadach, które filozofia ta zupełnie odrzuca i uznaje za niesłuszne, podając przy tym doskonałe argumenty zaprzeczające tej tezie.
Brzmi zaskakująco... i strasznie zapewne, nie tylko przez zapowiadaną treść. Zbiór esejów, jeszcze filozoficznych, nic przyjemnego, nic śmiesznego, gdzie tu odpoczynek? Ale... weźcie poprawkę na to, że pani Rand to pisarka! Pisze lekko i przyjemnie, dodatkowo używa bardzo obrazowych przykładów, co sprawiało, że nawet, gdy na chwilę moje myśli odpłynęły przy trudniejszych stwierdzeniach i po prostu ich nie zrozumiałam, po chwili bez problemu dochodziłam do tego, co autorka ma na myśli. Z tego powodu książka jest na prawdę fajną odskocznią od tych pozycji, które czytamy zazwyczaj - nie męczy zbytnio, a jednocześnie pozwala zdobyć nową wiedzę, poznać dość dogłębnie założenia ciekawej (nawet, jeśli się z nią nie zgadzamy) filozofii, dając całkiem sporą satysfakcje z tego, że przeczytało się coś mądrego.
W dalszym ciągu jednak mogłoby się wydawać, że to książka dla dorosłych, nastoletnie osoby nie mają po co jej czytać...
NIE! W żadnym razie! Wiele nastolatek ma problemu z samooceną, wiele osób ma kompleksy... a przeczytanie Cnoty Egoizmu może być pierwszym krokiem do poradzenia sobie z tymi problemami. I owszem, Rand jest ostra, nie pozwala na mieszanie dobrego ze złym, złego z dobrym... ale cała jej filozofia opiera się na potędze indywidualnej jednostki, dzięki czemu może na prawdę mocno podbudować i zmotywować, robiąc to w sposób o wiele inteligentniejszy od typowo motywacyjnych dzieł. Cnota Egozimu to niezła broń przeciwko złym myślą, jeśli tylko dobrze się ją wykorzysta :)
Bardzo podoba mi się sam rozkład esejów: zaczynamy czytać od lekkich esejów, dotyczących nas, nas samych, podstaw moralności, etyki, pomocy bliźnim... a kończymy, czytając o tym, jak powinien funkcjonować rząd, czy poznajemy zdanie Rand na temat rasizmu. Taki układ sprawia, że po pierwsze, powoli przyzwyczajamy się do stylu autorki, do jej przemyśleń, dzięki czemu nie przytłaczają nas niekoniecznie ciekawe tematy, a po drugie - skoro znamy podstawowe założenia autorki, łatwiej jest nam po prostu zrozumieć te trudniejsze kwestie. Tym samym za bardzo fajny uznaje fakt, że Rand nie uznała, iż od razu musimy całą jej filozofie znać - ona powoli nam ją tłumaczy, pozwala zrozumieć, uczy nas, jak na prawdę dobra nauczycielka. 
Na prawdę, jeśli tylko macie ochotę po Cnotę Egoizmu sięgnąć - nie wahajcie się, bo jest co czytać :) Nie gwarantuje, że każdy będzie zgadzał się z tym, co Rand ma nam do przekazania... ale myślę, że jej filozofie warto poznać, szczególnie, że przynajmniej ta pozycja jest bardzo przystępna i... po prostu dobra.


Kochać to znaczy oceniać. Jedynie racjonalnie egoistyczny człowiek, mający poczucie własnej godności, zdolny jest kochać, ponieważ tylko taki człowiek formułuje mocne, stałe, bezkompromisowe, niezmienne oceny. Człowiek, który nie ceni siebie, nie może także cenić kogokolwiek lub czegokolwiek.
Ayn Rand, Cnota Egoizmu - Etyka Absolutna, str. 36

wtorek, 2 czerwca 2015

O elfach słów kilka

Jedną z najpopularniejszych fantastycznych ras, o których chyba każdy słyszał, są elfy. Ludzie zazwyczaj, słysząc o nich, mają w głowie jeden z dwóch obrazów: albo tolkienowskie, piękne istoty, albo małe skrzaty Świętego Mikołaja. Dziś zapraszam Was do zapoznania się się z tą rasą - może nie będzie to zbyt odkrywczy post, ale może akurat kogoś zaskoczę :)

Elfy to istoty wywodzące się z mitologii germańskiej, nie różniące się początkowo zbytnio od driad, czy chochlików. Były po prostu leśnymi stworzeniami, bóstwami, przestawianymi jako niewielkie, śliczne istotki. W dzisiejszej fantastyce wyglądają jednak nieco inaczej: są zbliżone wielkością do ludzi, niemal zawsze są nieśmiertelne do chwili zranienia, związane są przy tym w silny sposób z magią. Ach, i oczywiście - zawsze mają szpiczaste uszy. To ich znak rozpoznawczy. Stereotyp mówi również o tym, że mają wyostrzony wzrok i świetnie strzelają z łuku, co przez fakt mieszkania w lesie wydaje się jak najbardziej uzasadniony i przez wielu wykorzystywany.

A jak ta rasa wygląda na przykładach konkretnej literatury fantasy? Pozwólcie więc, że przytoczę Wam kilka przykładów - raczej z tych bardziej, niż mniej znanych dzieł, chociaż... niekoniecznie :) Ostrzegam jednak, że mogę nieco spoilerować -czasem niestety jest to w takich przypadkach konieczne.

Legolas - in Two TowersŚródziemie stworzone przez J. R. R. Tolkiena
Chcąc, nie chcąc, muszę od tego zacząć, bo właśnie temu panu zawdzięczamy to, jak postrzegamy dziś Piękny Lud. Posługują się oni własnymi językami, które świetnie zostały opracowane przez autora i znam kilka osób, które po prostu się ich uczą. Elfy przedstawione przez tego autora są tymi najbardziej... typowymi - są piękne, nie starzeją się, nie umierają więc też przez starość, choroby raczej się ich nie imają. Cenią sztukę i każdy z nich jest niezwykłej urody. Noszą długie włosy. Przy okazji barwy ich włosów, czy oczu nie różnią się znacznie od ludzkich.



Neverland Sapkowskiego
W stworzonym przez Sapkowksiego świecie, elfy to rasa skazana na wymarcie: są wprawdzie dalej nieśmiertelne, ale rozmnażać mogą się tylko młode osobniki, a tych, z powodu wojen, jest bardzo niewiele. Są długowieczne i niezwykle piękne. Dodatkowo, podzielone są na dwie frakcje: elfy z Neverlandu, Aen Seidhe, czyli Lud Wzgórz, oraz te, które odeszły do równoległego świata - Aen Elle, Lud Olch. To, co jest charakterystyczne dla Neverlandu, to fakt, że elfy nie posiadają kłów, a ich zęby są bardzo drobne, przez co uśmiechy istot tej rasy wyglądają specyficznie. Nigdy nie posiadają zarostu. Co ciekawe, elfki, kopulując z ludźmi, szybciej zachodzą w ciąże, przez co po świecie chodzi wiele półelfów.





W świecie Eragona...
Paolini nie wykazał się wcale kreatywnością. Jego lud do złudzenia przypomina ten stworzony przez Sapkowskiego. Jego elfy są piękne, długowieczne, strzelają z łuku, przybyły zza morza i mieszkają w lesie. Jedyne, czym się wyróżniają, to fakt, że są wegetarianami... co nie jest w żaden biologiczny sposób uzasadnione: elfy Sapkowskiego przynajmniej nie mają kłów, dlatego logiczne byłoby, gdyby nie jadły mięsa. Paolini zaś nie wspomina o tym słowem... a mnie jakoś nie chce wierzyć się, aby cała jakże liczna populacja elfów po prostu uznała sobie, że mięsa nie je, mimo, że pod względem biologicznym jest do tego przystosowana.



A co z Światem Wynurzonym Licii Torsi?
W Kronikach Świata Wynurzonego nie mamy elfów jako takich - poznajemy tylko półelfy, z czego większość została wymordowana. Co się stało z przedstawicielami tej rasy czystej krwi? To wyjaśnione nie zostało, niemniej, półelfy od typowego elfa nie bardzo się różnią. Jedynie to, co mi się w tym przypadku spodobało i je wyróżniło, to fakt, że zarówno włosy, jak i oczy tych istot nie są typowe, ludzkie, a przybierają przeróżne barwy. Na przykład, główna bohaterka wcześniej już wspomnianej przeze mnie trylogii ma fioletowe oczy i granatowe włosy, co wyróżnia ją z tłumu.


17357Rowling też stworzyła swoją wizje elfów!
Tyle, że w książkach o młodym czarodzieju, nie są to ani ważne stworzenia, ani nadmiernie inteligentne... przypominają wprawdzie człowieka, ale jeśli są już przez ludzi wykorzystywane, to w celach dekoracyjnych - to bardziej zwierzątka, niżeli myśląca rasa. Posługują się magiczną mocą, a rozmnażają się poprzez składanie jaj. Mają również skrzydełka. I... nie wiem, jak według Was, ale przynajmniej mi nie do końca takie przedstawienie elfów się podoba. Nie lepiej byłoby nazwać je chociaż wróżkami? Bo wyglądem własnie je elfy Rowling przypominają...


Watching him Sleep by AliWildgooseDanina. Nowoczesna Baśń Holly Black - jeszcze skrzaty, czy jednak elfy?
Holly Black w swoim świecie stworzyła rasę, która zdaje się wcale rasą nie być z prostej przyczyny - jej skrzaty wcale nie są jednolite. Jedne mają skrzydła, inne nie, jedne są zielone, jedne małe, inne do złudzenia przypominają ludzi. Choć nazywane są skrzatami, w jednym z fragmentów powieści możemy znaleźć krótką wzmiankę o tym, jakoby elfy i skrzaty były w gruncie rzeczy jednym i tym samym. To, co wyróżnia jej rasę jest niemożność dotykania przez nią żelaza, które je parzy i może doprowadzić nawet do śmierci.




Celineczka Andresona
Kto nie zna treści tej baśni? A wiecie, że nosi czasem również tytuł Dziecię Elfów? Co, jak co, ale myślę, że ta mała dziewczynka, która jest główną bohaterką tego dzieła bez problemu może zostać nazwana członkiem elfickiej rasy: jest malutka, śliczna, fascynuje ją sztuka. Nie wiemy wprawdzie nic o czym, czy ma szpiczaste uszy, czy nie... ale wydaje mi się, że gdyby Andreson nie zrobił z tej opowieści baśni, a powieść fantasy, to właśnie byłaby rasa naszej uroczej bohaterki.



 Która z wizji elfów najbardziej Wam się podoba? Macie jakieś ulubione książki z tą rasą w roli głównej? A kim w waszej głowie są przedstawiciele elfów?

Nomida zaczarowane-szablony