sobota, 28 listopada 2015

W służbie króla smoków

W końcu mam dla Was jakąś recenzje! :) Zagonienie niestety, nie sprzyja czytaniu, udało mi się jednak w końcu przebrnąć przez widoczną w tytule posta pozycje do końca.
Na początku jednak mała informacja dotycząca powieści - nie jest ona dostępna w księgarniach. Jeśli kogoś z Was zaciekawi można dostać ją na Allegro, jest również dostępna w wersji elektronicznej (udostępniłam ją na swoim chomiku - linka do niego znajdziecie po lewej).

Tytuł serii: Saga o Królu Smoków
Tytuł: W służbie króla smoków
Autor: Stephen Lawhead
Liczba stron: 359
Gatunek: powieść przygodowo-fantastyczna

Quentin od dziecka mieszka w świątyni. Pobiera w niej nauki, aby pewnego dnia zostać kapłanem. Niestety, jego plany krzyżuje niespodziewany gość, który odwiedza święty przybytek. Jest nim ciężko ranny rycerz, niosący list od króla dla królowej. Nie może jednak go dostarczyć... Quentin, wiedziony przeczuciem, zgłasza się na ochotnika, który ma dokończyć zadanie umierającego i wyrusza w podróż, która na zawsze ma odmienić jego życie.
Historia tego młodego bohatera sprawiła, że poczułam sporą dawkę nostalgii. Powieść Lawheada to sztampowa fantastyczna przygodówka. Mamy piętnastoletniego Quentina, który wyraźnie ma w sobie coś niezwykłego, jego przyjaciół w których wierność nie wątpimy nawet przez chwilę oraz czarne charaktery, jakby wyjęte żywcem z bajki Disney'a, zmienione tylko nieco, aby pasowały do realiów świata wykreowanego przez Lawheada.
Narrator powieści od razu daje nam do zrozumienia, kto jest dobry, a kto zły - przymiotników określających bohaterów jest w tej powieści na prawdę nie mało, co szczerze mówiąc, nieco mnie zaskoczyło. To dość typowy dla tej powieści element. Poza nim, w stylu autora nie ma nic nadzwyczajnego - język jest dość prosty, poprawny, nieprzedłużający. Wykreowani bohaterowie są niezbyt głębocy. Mają podstawowe cechy charakteru, dzięki którym możemy ich rozpoznawać, ale na pewno W służbie króla smoków nie jest powieścią psychologiczną, która ukazuje nam ich wnętrze. Przez taki zabieg nie są też nazbyt ciekawi: mają wykonywać zadania, które postawi przed nimi autor powieści i z resztą, to robią całkiem nieźle, ale nie powiedziałabym, abym bardzo wczuła się w ich pozycje i nadzwyczaj ich pokochała.
Jak już napisałam, pierwsza część Sagi o Królu Smoków to typowa dla swojego gatunku powieść. Na prawdę, nie ma w niej nic nadzwyczaj zaskakującego. Fabuła jest bardzo prosta, przewidywalna, lekka. Bohaterowie nie raz postępują głupio i naiwnie, nie przeszkadza to im jednak w przezwyciężaniu zła. Od początku, do końca wiadomo jak całość mniej więcej się potoczy.
To, na co szczególnie zwróciłam uwagę czytając ten tom Sagi to.... nawiązania do chrześcijańskiego Boga, których w powieści jest na prawdę wiele. Czy to dobrze? Trudno mi to do końca ocenić. Na pewno takie podejście do sprawy będzie odpowiadać osobą głęboko wierzącym, choć mnie, szczerze mówiąc, nieco irytowało.
W służbie króla smoków to powieść, która powinna zadowolić każdego, kto jest spragniony bezpiecznych wrażeń ze świata fantasy. Jeśli szukacie nostalgii, albo chcecie polecić jakąś powieść młodszemu bratu, ta świetnie się do tego nada. Jej prostota i naiwność szybko może skraść komuś serce :) Niestety, choć czytało mi się ją całkiem przyjemnie, moje dalej jest na swoim miejscu - chyba jednak wymagam od powieści czegoś więcej.

niedziela, 22 listopada 2015

Opoclon 2015

Tak, tak, znów nie pisze i znów nic o książkach. Brakuje mi jednak czasu, by częściej coś pisać i robić. W każdym razie, wczoraj odwiedziłam Opolcon 2015, czyli konwent fantastyki w Opolu.
To był mój pierwszy konwent. Poszłam na niego standardowo z aparatem, mając potem wysłać zdjęcia do organizatora. Przy okazji, miałam zamiar wypróbować moją pierwszą i zupełnie nową lampę - Genesis Stroboss 58N. Jak na razie, jestem z niej zadowolona :)
Sam konwent... cóż, nie lubię dużych imprez, na dodatek, byłam na nim zupełnie sama, dlatego czułam się po prostu trochę samotnie i nieswojo. I choć mogłabym na prawdę na to narzekać, to chyba... tylko na to. Załatwiłam, co miałam do załatwienia. Zdjęcia jakoś mi wyszły (choć nie perfekcyjnie, ale jednak), książka za 2zł zakupiona (miało być więcej, ale nie miałam jak tego wszystkiego nosić), podobnie jak wiedźmiński medalion. Przy okazji zrobiłam male przedświąteczne zakupy i byłam na paru prelekcjach, z czego chyba prowadzona przez Dema była najciekawsza i najswobodniejsza, choć nie narzekam na pozostałe, bo też było miło :)
Nie zanudzając Was dłużej, zapraszam do przejrzenia kilku zdjęć z wydarzenia :)













Jeśli ktoś na konwencie nie był, bo o nim nie wiedział, a chciałby go odwiedzić w przyszłym roku zachęcam do obserwacji jego strony na facebooku. Zapraszam również na mój fanpage :) Obrazki przeniosą Was w odpowiednie miejsce.

 


niedziela, 15 listopada 2015

Listopad to szarość?

Hej, hej :) Znów nie wrzucam postów tak często, jakbym chciała, niestety, czas robi swoje. Ale by nie było, że się obijam! Pracuję, cały czas coś robię :) Dziś pozwólcie, że podzielę się z Wami wczorajszymi zdjęciami. Pozowała Violetta, wraz z Adamem, a sama sesja odbyła się na terenie Gliwic.
















Na koniec jak zawsze przy postach ze zdjęciami, zainteresowanych zapraszam na mój fanpage na Facebooku :) Kliknięcie w logo przenosi wprost do niej.



sobota, 7 listopada 2015

Pewnego razu przy Kościele

Każdy z nas żyje w jakiejś wspólnocie. Czy to w domu, czy to w szkole. Każdą grupę ludzi, która ze sobą współpracuje w konkretnym celu możemy właściwie tak nazwać. No bo właśnie, cel jest czymś, co gromadzi wokół siebie ludzi, sprawia, że dążą do jednego punktu. Razem, bo osobno może okazać się to trudniejsze, lub nawet niemożliwe. A cele mogą być przeróżne. Od wychowania dzieci, po projekt firmy dla Japończyków. Każdy z członków wspólnoty musi czerpać ze swojego udziału jakieś profity, w innym wypadku po prostu z niej odejdzie.
Dziś chciałabym poruszyć jednak temat wspólnot działających przy Kościołach, opowiedzieć Wam trochę o sobie i pokazać moje, niekoniecznie typowe, zdanie o takich miejscach. Notka pewnie będzie długa, ale mam nadzieję, że choć trochę Was zaciekawi.

Wszystko chyba zaczęło się od pewnego wyjścia z moją ciocią.
Miałam może cztery, może pięć lat. Moi rodzice i dziadkowie z jakiegoś powodu nie mieli czasu, aby się mną zająć i oddali mnie na jedno popołudnie pod opiekę mojej cioci. Ta była i jest tylko jedenaście lat starsza ode mnie, dlatego sama była jeszcze nastoletnim dzieciakiem. Sama jednak miała w ten dzień obowiązki - miała poprowadzić zajęcia z przygotowania do bierzmowania dla jakiejś grupki. Poszłam z nią. Miałyśmy pójść do wielkiej sali Radość przy kościele o której tyyle mi opowiadała! Na miejscu okazało się, że jednak... jest zajęta. Młodzież wspólnotowa akurat miała jakąś imprezę. Poszłyśmy więc do małej salki obok. Ja dostałam kredki, a ona prowadziła zajęcia i tłumaczyła coś dziewczynom. Jedyne, co pamiętam, co stwierdzenie, że wszystkie drogi, nie ważne, jaką obierzemy, prowadzą do Pana, tylko ta jedna, jedyna, dla nas przeznaczona jest najkrótsza i dzięki niej trafimy do niego najszybciej. Oczywiście, nie cytuje, ale taki mniej więcej był sens jej wypowiedzi.
źródło: i.huffpost.com
Byłam zafascynowana tym, co robi moja ciocia. Imponowało mi to, że z księżmi rozmawia jak ze zwykłymi znajomymi (no, prawie), że pomaga przy robieniu Ołtarzy na Boże Ciało, że chodzi na pielgrzymki, że ma klucze do kościoła, o czym zwykły śmiertelnik może sobie pomarzyć. Pomagałam jej więc, gdy nadarzyła się okazja, choć... chyba pomagałam tylko według samej siebie, przynajmniej dopóki trochę nie podrosłam :)
To siedziało we mnie na tyle głęboko, że po Komunii Świętej postanowiłam dołączyć do grona Marianek razem z koleżanką. Byłyśmy na (aż) jednym spotkaniu. 

W każdym razie, o ile cały czas gdzieś o byciu przy kościele myślałam, jakoś ciągle mi to umykało. Miałam szkołę, jakiś tam znajomych - wprawdzie było ich na prawdę bardzo mało, nigdy nie byłam otwartym, popularnym dzieckiem - ale czas sobie leciał, a ja nie potrafiłam się zmusić, by gdzieś dołączyć, mimo, że miałam taką możliwość.

W drugiej klasie gimnazjum okazało się, że przeprowadzamy się. Miałam do końca roku chodzić do mojej starej szkoły, później miałam zmienić ją na inną, bo przez kilka miesięcy mieliśmy mieszkać u mojej babci, w mieście obok. W tym czasie rodzice mieli wyremontować dom, by nadawał się do mieszkania. 
Babcia wprawdzie ma duży dom, ale wiadomo, nagle cztery osoby wpadły do niego, a już mieszkały tam na dobrą sprawę dwie rodziny (babcia z dziadkiem, moja ciocia, o której pisałam wyżej i jej siostra z rodziną). By nie było, miałam osobny pokój, podobnie jak siostra i moi rodzice. Jak mówiłam, to spory dom ;p Ale przy takiej ilości ludzi, atmosfera chcąc nie chcąc była ciągle napięta. Ja byłam wiecznie przemęczona, bo dojazd do domu zajmował mi na prawdę wiele czasu, a nawet nie miałam komu się wygadać... Nie miałam wielu znajomych, a przez odległość, nijak miałam się z kim spotkać. W okolicy też nikogo nie znałam... bo nawet, jeśli z kimś bawiłam się jako dzieciak, teraz byliśmy dla siebie kimś zupełnie obcym. 
Nie będę może poruszać tematu tego, kto tak na prawdę wtedy mi pomógł, bo zboczyłabym z tematu. W każdym razie, do trzeciej klasy gimnazjum poszłam do nowej szkoły. Było całkiem OK, miałam grupę, którą lubiłam, i taką, która mnie nienawidziła z wzajemnością, poza tym, miałam zacząć przygotowania do Bierzmowania. W tej samej parafii, do której uczęszczałam razem z ciocią. 
Przygotowania prowadzone były przez grupę młodzieżową. Spotkania co tydzień, przez nawet cztery godziny. Byliśmy podzieleni na niewielkie grupki, każdy miał swojego animatora. Lubiłam sobie pofilozofować, dlatego i na spotkania, gdzie mogłam porozmawiać i wyrazić swoje zdanie mi odpowiadały. Po miesiącu, czy dwóch, postanowiłam dołączyć do Wspólnoty, licząc, że też będzie tak fajnie. Też będziemy rozmawiać, a szybko staniemy się ze wszystkimi Najlepszymi Przyjaciółmi Na Świecie. Bo tak chyba było, nie? W każdym razie, mówili mi, że tak będzie, że wszyscy zdobywają tam przyjaciół. A ja chciałam przyjaciół. No i Boga, a raczej tego niezwykłego klimatu nabożeństw i mszy przygotowanych przez młodzież.

Moje pierwsze spotkanie? Robiliśmy pierniki na święta, a moja mama dzwoniła do mnie z 16 razy, bo jakimś cudem nie wiedziała, gdzie jestem (a mówiłam!). Nie odebrałam, bo akurat byliśmy na Mszy. W każdym razie, było OK. Bez szału, ale wiadomo, nie znałam zbyt wielu ludzi.
źródło: womenofgrace.com
Tyle, że... czas mijał, a szału dalej nie było. Przychodziłam na spotkanie, posiedziałam, rzadko z kimś rozmawiając, po czym wychodziłam, często nieco zdołowana. Czułam się samotnie. 
Ale chciałam tam być. W końcu, to było moje marzenie, nie?
Na wiosnę pojechałam z częścią z nich w góry. W zasadzie, było nas dziewięć, w tym cztery dziewczyny. Podczas wyjazdu okazało się, że jestem podobno w grupce z jedną z dziewczyn, która pojechała ze mną (byłam z nimi na jednych rekolekcjach i fakt, faktem, była wtedy naszą animatorką, ale nikt nie wyjaśnił mi, że to tak na stałe). Dowiedziałam się też, że robią sobie swoje własne spotkania, o których nie miałam bladego pojęcia. Spotykały się razem, bawiły... a ja... nie. A chciałam! Wprawdzie nie mieszkałam już na stałe u babci, weekendy spędzałam w domu, ale no kurcze, chciałam być częścią ich wspólnoty. 
Animatorka obiecała mi, że już czegoś takiego nie będzie, że da mi znać o kolejnych spotkaniach.
Odetchnęłam.
Tyle, że informacji o żadnym spotkaniu później nie dostałam.

Na wakacje pojechałam z nimi na rekolekcje. Moja grupka liczyła osiem osób i nijak się z nimi dogadywałam. Ogólnie, mało z kim rozmawiałam, ale sam klimat nabożeństw, czy mszy mi się podobał, dlatego nie narzekałam, mimo doskwierającej mi samotności.
Oczywiście, taki stan rzeczy miał się do chwili, w której nie wytrzymałam.
Mieliśmy sobie prawić komplementy. Nawzajem. Miały być, niezależnie, co o innej osobie myślimy. Sztuczne, wymuszone... nie podobało mi się to. Odmówiłam robienia tego przy wszystkich (mieliśmy kartki na plecach, na których mieliśmy pisać sobie fajne rzeczy). Potem odmówiłam robienia tego w grupie.
Nie pamiętam, jak, ale wtedy się zaczęło.
źródło: beliefnet.com
Pożarłyśmy się. One miały mi za złe, że się nie angażuje. Że nie chodzę na spotkania, które przecież są, że nie spędzam z nimi czasu, teraz, na rekolekcjach. Że mówię, nie myśląc, co mówię (chodziło o konkretną sytuacje - powiedziałam kiedyś, myśląc o swoim znajomym, że nie umiem dogadać się z ludźmi z rodzin alkoholików. Moja animatorka z takowej była, o czym nie wiedziałam). A ja... próbowałam się bronić. Siedem dziewczyn przeciwko mnie, gdzie ja nie rozumiałam do końca, co zrobiłam źle. O spotkaniach nie wiedziałam (OK, były sobotnie spotkania wspólnoty, ale nie chodziłam na nie, bo nie miałam jak, a nikt mnie nie oświecił, że wtedy są spotkania grupek - w górach mówiły, że spotykają się w domach, a przynajmniej ja to tak zrozumiałam), czasu nie spędzałam, bo po prostu nie czułam się przy nich najlepiej... wolałam iść gdzieś indziej, pośpiewać, czy co...
Skończyło się na tym, że miałam pogadankę z księdzem jako ta najgorsza, a my ledwo ze sobą gadałyśmy już do końca rekolekcji.
Przeprowadzka sprawiła, że i tak, i tak, nie mogłam być częścią tamtej wspólnoty. Odeszłam, nieodwołalnie, ale było mi trochę przykro. Zawiodłam siebie, znów gdzieś nie pasując, znów nie doprowadzając swoich marzeń do końca. A jakby nie było, miałam do tych wydarzeń pewien sentyment.
W grudniu, po wakacjach, dołączyłam do kolejnej wspólnoty. Ten sam szyld, tylko inne miasto - do nich po prostu byłam w stanie dojeżdżać. 
Było lepiej. Na prawdę, było lepiej. W końcu miałam jakąś grupkę, ludzi, których na prawdę lubiłam. Wspólnota była mniejsza, bardziej swojska. Byłam z nimi na zimowych rekolekcjach, pomagałam im kręcić film na konkurs. Mimo odległości (40km), byłam u nich średnio dwa razy na tydzień. A potem rekolekcje letnie.
Nie było szału, ale było lepiej. Dogadywałam się z moją grupką, jakoś się zgrywałyśmy, nie byłam już tak samotna. Wiadomo, sytuacje wynikały różne, ale generalnie, byłam zadowolona.

Do czasu, aż po powrocie z rekolekcji wyjechałam po raz pierwszy sama z innymi znajomymi i zrozumiałam, że to, co było tam, było w cholerę wymuszone i sztuczne. Na wyjeździe dostałam dokładnie to, czego brakowało mi na rekolekcjach i powoli zaczęło do mnie docierać, że ta wspólnota, to nie to, czego szukam.
Od września chodziłam na spotkania, lecz już niechętnie. Bywałam tam coraz rzadziej, ale samych ludzi lubiłam. Chciałam mieć ich obok, tylko nie chciałam tej sztucznej otoczki wokół tego wszystkiego... Byłam z nimi na zimowych rekolekcjach, później bywałam sporadycznie, by w maju/czerwcu tego roku zupełnie stracić z nimi kontakt. Nikt do mnie od tamtego czasu nie napisał, nie spytał się co tam u mnie. Trochę szkoda... ale nie mam im tego za złe, w żadnym razie. Nasze relacje nie powstały w naturalny sposób, były bardzo wiotkie i uważam, że wymaganie ode mnie, lub od nich utrzymywania kontaktu byłoby głupotą.

Ta cała historia skłoniła mnie do pewnej refleksji.
Jak pisałam na początku, jestem we wspólnocie, bo mam z ludźmi jakiś cel. Ale jeśli dołączasz gdzieś, chcąc zaprzyjaźnić się, to wybij sobie ten pomysł z głowy, bo z tego jedyne, co prawdopodobnie wyjdzie, to cholernie sztuczne i niezdrowe relacje, szczególnie, gdy jest to wspólnota kościelna.
źródło: carriegerlachcecil.com
Czemu? A no, przez mentalność takowej społeczności. Wmawiają ci, że jesteśmy braćmi, wszyscy się kochamy i wszyscy musimy się wspierać, a szczerze mówiąc, to gówno prawda. Wbijają Ci do głowy, że jesteś odpowiedzialny za ludzi, których tak na prawdę masz w dupie. Ale chodzisz tam, bo czujesz obowiązek, bo chcesz zdobyć tych przyjaciół, bo chcesz im pomagać i być obok nich. Ale oni, ta druga strona, tego niekoniecznie chce i niekoniecznie potrzebuje. Tylko ty, jako samotny człowiek, domagasz się tego, a jedyne, co prawdopodobnie ostatecznie z tego wyniknie, to kolejne zranienia.
Poza tym, ten sposób myślenia, strasznie niszczy. Na prawdę, widzę to po sobie. Od kiedy uwolniłam się od tamtej grupy, jestem panią samej siebie, mogę być pewna, dumna, ze swoim własnym zdaniem. Robię to, co uważam za słuszne. Będąc częścią takiej wspólnoty, musisz robić to, co za słuszne uważa grupa, jako, że inaczej jesteś grzesznikiem. Muszę mówić, jak cholernie to blokuje? 
Nie uwierzycie, jak bardzo się rozwinęłam od chwili, gdy odeszłam z tej grupy. A to niby wspólnota, trwanie w niej powinno bydować i rozwijać...

Do tego wszystkiego, muszę dodać też jeszcze jedną refleksje. Potrafię spotykać się z ludźmi z drugiego końca kraju, których poznałam przypadkiem już dawno temu. Spotykać się ot tak, dla samego faktu spotkania. A moja wspólnota? Ani razu nie byłam z kimś z tej grupy sam na sam, czy w mniejszej grupie, by się spotkać ot tak, bo mieliśmy ochotę. Ani razu.

Nie chcę mówić, że w tego typu grupach nie da się znaleźć przyjaciół i robić ciekawych, fajnych rzeczy. Bo da się, na prawdę, da się, jeśli macie już jakiś znajomych w takich miejscach, albo chcecie tam być, bo czujecie potrzebę jakiegoś... wewnętrznego rozwoju. Zalecam jednak uważać na motywacje dołączania do nich. Wieem, wiem, że to potrafi kusić samotne osoby. Wspólnota, która jeździ razem na rekolekcje, wspólnota która jest jak rodzina, jest jak coś najbliższego, wspólnota, która sobie nawzajem pomaga, bo Bóg tak chce! Ale najpierw wypadałoby się zastanowić, co mogą dać mi ludzie, którzy są moimi znajomymi nie dlatego, że chcą nimi być, a dlatego, że jakaś randomowa istotka się do nich przypałętała i muszą się nią zająć.

Gratuluję tym, którzy dotrwali do końca, jeśli w ogóle ktoś taki się trafił ;P Podkreślam na sam koniec, że tekst tyczy się tylko samej istoty wspólnot przy kościołach chrześcijańskich - o samej wierze może napiszę kiedy indziej. Do napisania!

wtorek, 3 listopada 2015

Tajemnice Królów

Pamiętam, jak kiedyś zakochiwałam się co chwilę w starożytnym Egipcie - na początku przez grę komputerową (Faraon), później - przez mitologie, gazetki, filmy i bajki. Byłam fanką Tuta, a Klątwę Tutenchamona oglądałam chyba kilkanaście razy. W gimnazjum próbowałam nawet uczyć się Staroegipskiego.... z dość marnym skutkiem. I choć moja mania minęła, do tego kraju ciągle mam jakąś słabość. Nie dziw więc, że w końcu nadszedł czas na recenzje powieści z nim związanej.

Tytuł: Tajemnice Królestwa
Autor: Victoria Gische
Liczba stron: 331
Gatunek: powieść historyczna

Starożytny Egipt, okres Nowego Państwa. Po śmierci króla Aja, władzę przejmuje Horemheb. Nowy władca wpada na trop złamanego przed laty prawa. Postanawia rozwiązać zagadkę i w tym celu wysyła młodego egipcjanina, Sharadana. Zadanie jednak nie jest proste, szczególnie, że do głosu zaczyna dochodzić przeszłość żołnierza, niekoniecznie mu przychylna...
Opis z tyłu okładki obiecuje nam ogrom wrażeń, akcje, dynamizm! Coś nadzwyczajnego, ciekawego! Co jednak dostajemy? O tym jednak za chwilę. Pozwólcie, że najpierw rozliczę się z samą oprawą graficzną książki.
Pierwsze, co przyszło mi na myśl, gdy zobaczyłam tą okładkę to tania, niewypromowana, być może nowa? Nie jest jednak tak źle. Ilustracja nie jest tragiczna, napisy proste i dobrane kolorystycznie. Ot, zwykła książka. Wewnątrz nieco zabolała mnie tania czcionka używana do nazw tytułów, jednak poza tym, wielkość tekstu, jego układ i podział wygląda na prawdę przyzwoicie. Papier też nie jest najgorszej jakości. Innymi słowy - Tajemnice Królestwa wyglądają na przeciętną, niczym wyróżniającą się książkę, która dla mnie, osoby, która wcześniej z Gische się nie zetknęła, na początku miała zupełnie czystą kartę.
Nie potrzebowałam jednak zbyt wiele czasu, aby zacząć kształtować swoje zdanie na temat tej pozycji. Pierwszym, co przyszło mi na myśl po przeczytaniu kilku stron, było: cholera, ten tłumacz spieprzył. Zdania często zbyt krótkie, niekoniecznie dobrze ze sobą powiązane, język niby prosty, ale styl wyraźnie kulejący. Ale dobra, zdarza się. Wydawnictwo źle dobrało tłumacza, nie ma co się przejmować, nie? 
Tyle że... tyle, że potem okazało się, że Gische to polska autorka... 
Zdecydowanie, nie przypadł mi do gustu sam sposób pisania tej pani. Tajemnice Królów wydają się być chwilami wręcz infantylne. W żadnym razie nie oddają magicznej atmosfery Egiptu, w której zakochałam się jako dzieciak, a dialogi między postaciami czasem są po prostu śmieszne. To, co jeszcze zwróciło moją uwagę, to próba wepchnięcia przez Gische czytelnikom wiedzy o tym starożytnym kraju. Może wynika to z faktu, że jakąś tam wiedzę mam, ale moim skromnym zdaniem, autorka po prostu nie potrafiła wpleść w fabułę ciekawostek w delikatny sposób. Nie jest osobą, która wykorzystuje magię opisów, dlatego też, gdy taki się pojawia i niemal za każdym razem tyczy się jakiegoś Egipskiego zwyczaju jest po prostu zbyt zauważalny. 
W tym miejscu, jeśli już o stylu i klimacie mowa, muszę wspomnieć o imionach. A właściwie jednym imieniu, które zupełnie nie wpasowało się w całą powieść i gdy tylko się pojawiało, wywoływało u mnie wewnętrzny bunt...
Niech mi ktoś wyjaśni, jak można nazwać geparda Rafi?!
Na dodatek będąc Egipcjaninem, żyjącym na królewskim dworze?
Gdyby to był skrót od imienia tego zwierzęcia. Ale nie. To jego pełne miano...

Choć sam styl jest często czymś kluczowym dla całej powieści, ta nie tylko z niego się składa, autorka jednak na żadnej płaszczyźnie nie podołała w pełni zadaniu. 
Bohaterzy są zwykli i w większości, płytcy. Główny bohater, Sharadan, nie ma żadnych konkretnych cech charakteru, poza tą właściwością, że miał kiepskie dzieciństwo. Jest też nadzwyczaj zmienny - w początkowej fazie powieści poznajemy alkoholika. W kolejnych fazach powieści zmienia się w szpiega, nieudacznika, sprytnego pomocnika króla, dobrego i złego brata... Na prawdę, w nim nie ma nic konkretnego, nic stabilnego, mimo, że Gische kreuje go na kogoś raczej pozytywnego. 
A inni? Władca Egiptu ostatecznie nawet nie wie do końca po co powierzył rozwiązanie zagadki Sharadanowi, ale każe mu ją doprowadzić do końca, bo tak. Siostra naszego głównego bohatera, to zwykła mścicielka, niemyśląca racjonalnie, a czarne charaktery rozpoznać można na kilometr. Na prawdę, nie widzę w postaciach niczego ciekawego.
To może fabuła chociaż gra...? Nie bardzo. Pomijam już to, że początkowo miałam problem, by się w niej odnaleźć. Opis z tyłu okładki gwarantuje nam wielowarstwową powieść, a co dostajemy? Współczesny, banalny kryminał, który niekoniecznie trzyma się kupy, a już na pewno nie gra z historycznymi faktami. I by nie było, historia opisywana w powieści zdarzyła się trzy tysiące lat temu, dlatego nie miałabym zupełnie nic przeciwko pewnym zmianom i fantazjowaniu. Niestety, ta powieść wcale na tym nie zyskała, a nic, po prostu nic nie jest w niej pełni dobre. Skoro więc tak... mogła się chociaż trzymać tego, co ustalili historycy, czyż nie? Pomijam już, że czasy opisane przez Gische są bardzo, bardzo oklepane i wiele nowego do literatury nie wnoszą.

Tajemnice Królów będą fajnym prezentem dla młodszej, czy starszej kobiety, która lubi proste historie, fascynuje się Egiptem (czyli: podoba jej się ten styl, te kolory, ale nie ma o nim za dużej wiedzy) i nie czyta zbyt wiele. Bo tak, do takiej osoby ta powieść może dotrzeć, dzięki dość prostemu językowi oraz niewymagającej zagadce. Ale do mnie w żadnym razie nie przemówiła i myślę, że jeśli choć trochę czytacie, i Wy zobaczycie w niej sporo błędów oraz niedociągnięć. Po co więc się męczyć, skoro można sięgnąć po wiele lepszych pozycji..? :)

niedziela, 1 listopada 2015

Najbardziej (nie)wdzięczna hodowla

Kto nie lubi piesków? Są małe, duże, średnie, puchate, łyse, radosne, spokojne, milusie, i nie. Ale zawsze są słodkie, czyż nie? Posiadanie szczeniaczków u siebie w domu to marzenie nie jednej dziewczynki. Na całe szczęście, nie każdej się spełnia. Ja niestety, takiego farta nie miałam - chciałam mieć szczeniaczki i dostałam je, orientując się jednak, że wcale tak kolorowo nie jest.

Gdy hodujesz kury na jajka, kupiec interesuje się tym, ile jej przodkowie znosili jaj.
W przypadku świń na mięso, liczy się ostateczna waga prosiaka.
Hodujesz konie? Budowa kopytnego musi być odpowiednia, inaczej nie będzie sportowcem.
A psy (oraz pewnie inni pupile)...?

No właśnie, w przypadku psów liczy się, poza rasą, słodki i zdrowy wygląd. A by to osiągnąć i przyciągnąć klienta, trzeba niczego innego, jak dobrych zdjęć.
Jasne, hodowcy starają się o ładne tytuły przed imionami rodziców, o psy z zagranicy, o dobrą budowę zarówno przodków, jak i ich potomków. Tyle, że doświadczenie mówi mi, że klient kupujący szczeniaka ma to tak na prawdę gdzieś. On chce szczeniaka, który będzie słodki i zdrowy, nic więcej. Tytuł i amerykański typ psa ma, kolokwialnie mówiąc, w dupie.
źródło: accidentalcomic.wordpress.com

Czy zdarzają się wyjątki? Oczywiście, że tak. Czasem pojawi się fan rasy, który chce psa z danej linii. Czasem zgłosi się do ciebie hodowca, byś wyhodował dla niego psa. Ale no właśnie, czasem. To na prawdę pojedyncze przypadku, w gruncie rzeczy ludzie się na tym po prostu nie znają i nie widzą tych drobnych różnic, chcąc ukochanego pupila, a nie championa, który wygra Cruft's.
Bywa i tak, że ktoś szuka psa pod konkretny sport, lub zawód (np. pies policyjny), ale znów, to pojedyncze przypadki, których częstotliwość zależy od rasy.
To, niestety sprawia, że hodowanie psów staje się zajęciem bardzo niewdzięcznym. Co z tego, że się dwoisz i troisz, skoro efekty Twojej hodowli zobaczy nieliczne grono hodowców? Bo żaden z psich sportów nie zalicza się do olimpijskich, a wystawy też nie cieszą się ogromną rzeszą fanów. Ba, ciągle po ludziach chodzi przeświadczenie, że podczas nich psy są wymęczone i wymizerowane (co, oczywiście, jest tylko mitem: takie psy pracują ze swoim właścicielem, spędzają z nim czas, pilnowana jest ich zdrowa dieta oraz odpowiednia waga, ruch i socjalizacja).
Hodowca psów zajmuje się więc dbaniem o jakość rasy tylko i wyłącznie dla samego siebie i nikogo innego. Nawet nie dla otoczenia, bo ludzie zwykle nie widzą tej niewielkiej różnicy, jaką jest lepsza kufa, czy lepiej wystrzyżony psi włos. Pies to pies, nic mniej, nic więcej.

źródło: www.vetstreet.com
By nie było, nie żale się tu, w żadnym razie! Poczułam po prostu potrzebę, aby podzielić się z Wami tymi przemyśleniami :) Hodowla zwierzaków to często fajna zabawa, jeśli się to lubi, ma na to fundusze i czas, ale bez wątpienia, nie jest to zajęcie dla każdego i jeśli komukolwiek z Was wydawało się, że piękny pies, to sprzedany pies, to jeszcze raz, tym razem dosłownie, powtarzam - mylicie się, i to bardzo. Bo to jego słodki, zdrowy  wygląd, rasa i ewentualnie maść i płeć liczą się przy sprzedaży większości psów, a nie predyspozycje do hodowli, wystaw, czy sportu.
Nomida zaczarowane-szablony