poniedziałek, 29 lutego 2016

Liebster Blog Award #4


Do dzisiejszego LBA nominowała mnie Desari z bloga Czas dla książek - wprawdzie od tego czasu minął już prawie miesiąc, ale miałam już ustaloną kolejkę postów :c Bardzo dziękuję za pamięć o mnie ;)
Jak zawsze przy tagach - wybaczcie, nie nominuje nikogo i nie wymyślam pytań, no chyba, że komuś będzie bardzo zależało i napisze o tym w komentarzu :)

Pierwsza książka, do której napisałaś recenzję?
Chciałabym powiedzieć, ale... szczerze mówiąc, nie mam bladego pojęcia. Miałam już bloga tylko z recenzjami, na onecie, którego przestałam prowadzić, gdy dałam go do oceny... i dostałam piękną pałę. W każdym razie, na pewno pojawiła się tam recenzja Aniołów i Demonów Browna, jak również kilku części Heartlandu.

Jaka jest książka, której nigdy nie zapomnisz?
Seria o wiedźminie Sapkowskiego, historie o Holmesie Doyla i cykl  Pan Lodowego Ogrodu Grzędowicza to jedne z moich ulubionych pozycji,  jak do tej pory i na zawsze zostaną w mojej pamięci, ale nie mogę zapomnieć o książkach, których wprawdzie nie uważam za wielkie dzieła, ale przy tym bardzo wpłynęły na to, co czytałam. O nich wszystkich na blogu była mowa. Mam na myśli oczywiście moją pierwszą książkową miłość, czyli Harry'ego Pottera (o którym przeczytacie tutaj i tutaj), Dziedzictwo Paolniego (tutaj jest post o tej serii) i... aż wstyd się przyznać, Zmierzch (recenzja: tutaj).

Ulubiona para książkowa?
Szczerze mówiąc, nie mam takowej. Uwielbiam kilka wątków miłosnych, ale to nie oznacza, że są moimi najulubieńszymi i najkochańszymi postaciami. Po prostu uznaje, że są dobrze skonstruowane i już :) Ale gdybym miała teraz, natychmiast wybierać, postawiłabym na Tenade i Geda z Grobowców Anutanu, mimo, że tak do końca parą nie są. I choć może cykl wiedźmiński pominę, uwielbiam również opowiadanie Maladie twórcy autora tej właśnie serii. 

Słuchasz muzyki podczas czytania czy wolisz ciszę?
Różnie z tym bywa. Zwykle muzyka pomaga mi się skupić, ale czasem po prostu nie mam na nią nastroju. Często też jestem poza domem z książką - a wtedy nigdy niczego nie puszczam w tle. Po prostu niepewnie się z tym czuje :)
Jeśli już coś puszczam, to nigdy nie są to jakieś konkretne piosenki - zwykle wyszukuje w youtube różnych epic music mixów.


Czy masz w domu jakiegoś zwierzaczka?
Moi rodzice prowadzą hodowlę psów, więc i owszem, na dodatek, całkiem sporo :)

Bierzesz udział w wyzwaniach czytelniczych? Jeżeli tak to w jakich?
Nie, nie biorę - nie lubię być zmuszana do czytania i poddawana jakiejś presji, a miałabym to robić z własnej woli? :c 

Jaka jest książka twojego dzieciństwa?
O mojej świętej trójcy wspominałam już przy jednym z poprzednich pytań :) Ale myślę, że mogę tu dorzucić również różnorakie baśnie i pojedyncze, drewniane książeczki - o jednej z nich wspominałam w poprzednim tagu.

Jakimi zasadami kierujesz się w życiu?
Ciągle szukam tych zasad, to fakt. Dlatego grzebie. Czytam pozycje filozofów, rozmawiam, dyskutuje.  Na tą chwilę jednak wydaje mi się, że najważniejsze, to dbać o samego siebie, postępując racjonalnie i dążąc do swojego szczęścia, nie zapominając przy tym o tym, że choć ludzie bywają szarzy, zasady moralne zawsze są czarne, lub białe.

Bajka Disney'a, którą lubisz najbardziej.
Dwa, trzy lata temu nie wiedziałabym, którą wybrać, tyle by ich było. Dziś zaś sama nie wiem, o której z czystym sumieniem mogę powiedzieć że ją lubię, uwielbiam i nie mam żadnego ale w stosunku do niej. Na pewno Król Lew ma cudowny klimat, fabularnie także daje radę. Dzwonnik z Notre Dame jest zupełnie inny niż większośc bajek Disney'a - dlatego on też byłby raczej dość wysoko na mojej liście.

Możesz udać się do świata z jednej książki. Gdzie trafiasz?
Do mojej Zalenii oczywiście, pędząc, by porozmawiać z moimi ukochanymi postaciami - mimo, że książki jako takiej (jeszcze!) nie napisałam. A z istniejących? Sama nie wiem. Widzicie, obawiam się, że w żadnym bym nie przeżyła pięciu minut...

Podaj tytuł książki, do której na samym początku nie mogłaś się przekonać, ale później ją pokochałaś.
Metro 2033! Początkowo, nie przepadając za postapokalipsą,  nie potrafiłam wbić się w jego klimat... a teraz nie umiem zrozumieć, jak można nie lubić tego rosyjskiego dzieła. Mogę wspomnieć też o Czarnoksiężniku z Archipelagu - próbowałam czytać go w gimnazjum, jednak treść zupełnie do mnie nie przemówiła, a teraz jestem zachwycona stylem Le Guin.


sobota, 27 lutego 2016

Spotkanie z Ziemiomorzem: Najdalszy Brzeg


Witam na moim blogu. Oto już czwarty post traktujący o Ziemiomorzu Ursuli Le Guin. Mam nadzieję, że seria Was do tej poru nie znudziła? :) Oczywiście, zapraszam do przejrzenia pozostałych, poprzez kliknięcie odpowiedniej etykietki.


Tytuł: Najdalszy Brzeg
Tytuł serii: Ziemiomorze
Numer tomu: 3
Autor: Ursula K. Le Guin
Liczba stron: 264

Arren przybywa na Roke z okropną wieścią - w kraju władanym przez jego ojca zanika magia. Szybko okazuje się, że nie jest to jedyna wyspa, w której źle się dzieje. Arcymag Krogulec postanawia opuścić mury szkoły i  wyruszyć w niebezpieczną podróż, mając zamiar naprawić to, co zostało zepsute. Nie wyrusza jednak zupełnie sam - wraz z Arrenem i swoją ukochaną łodzią, Bystrym Okiem, wypływają na morze, próbując pokonać coś, czego natury nie znają.
Liczyłam, że kolejna część historii Ziemiomorza będzie opowiadała o Krogulcu i Tenarze... dlatego fabuła Najdalszego Brzegu w pierwszym momencie bardzo mnie zaskoczyła i nieco zasmuciła. Nasz bohater to dorosły, dojrzały mężczyzna, który wiele przeżył i osiągnął. Teraz w roli młodzieńca występuje Arren - odważny chłopak, kochający Krogulca ponad swoje własne życie.
Ged od pierwszego tomu zmienił się nie do poznania: daleko mu do dumnego i niecierpliwego chłopca z Czarnoksiężnika. Jest osobą spokojną i wyrafinowaną, nie bojącą się jednak dalekich podróży i niebezpieczeństw, jak na arcymaga z resztą przystało. Nie powiem, cudownie obserwować tak dużą i wyraźną zmianę w głównym bohaterze. Mimo to, ta część Ziemiomorza nie poruszyła mną tak bardzo, jak poprzednia.
Le Guin nieustannie korzysta ze znanych nam schematów, dodając od siebie wiele kreatywnych pomysłów. W historii bezustannie coś się dzieje, a nasi bohaterowie przeżywają liczne przygody. Jednak choć to dobra pozycja, napisana z niezwykłym kunsztem, nie wyróżnia się szczególnie na tle innych, niedługich powieści.
By nie było, to dobry kawałek literatury. Mamy smoki, czarny, zagadkę i tajemnicę. Mamy dobrych bohaterów i na prawdę dobry styl - taki, dzięki któremu słowa pochłania się szybko, a jednocześnie nie ubolewa się nad zbyt lekkim i łatwym językiem. Najdalszy Brzeg to niewątpliwie pozycja warta poznania, tak samo, jak warte poznania były poprzednie tomy Ziemiomorza.
Mimo wszystko jednak obecność pewnych znanych nam schematów i fakt, że o samym funkcjonowaniu świata Le Guin wiemy trochę, nie sądzę, aby kolejny tom był ogromnym - pozytywnym, czy negatywnym - zaskoczeniem dla czytelnika. W Czarnoksiężniku obserwowaliśmy przepiękną baśń, Grobowce dały nam poszukiwanie ciepła i zaufania drugiej osoby wśród mroku zapomnianego przez świat labiryntu. Najdalszy Brzeg zaś to po prostu przygodowa historia niezwykłego maga i jego towarzysza.
Oczywiście, Najdalszy Brzeg polecam wszystkim fanon fantastyki - tak cenione pozycje po prostu trzeba znać. Ale czy ta książka będzie dla Was czymś wyjątkowym? Być może, i owszem, ma ku temu zadatki. Niestety, dla mnie ta historia pozostaje po prostu kolejną dobrą, ale nie nader magiczną opowieścią.

środa, 24 lutego 2016

Spotkanie z Ziemiomorzem: Grobowce Atuanu

Od poprzedniego postu o Ziemiomorzu minęła chwila, ale mam nadzieję, że pamiętacie o co chodziło z tą inicjatywą :) Jeśli nie, lub po prostu jesteście tu pierwszy raz zapraszam do naciśnięcia etykiety Ziemiomorze - zostaniecie od razu przeniesieni do innych postów o tej tematyce, włącznie z recenzją pierwszego tomu. 


Tytuł serii: Ziemiomorze
Numer tomu: 2
Tytuł: Grobowce Atuanu
Autor: Ursula K. Le Guin
Liczba stron: 224
Gatunek: powieść fantasy


Tenar jako niewielkie dziecko zostaje odebrana rodzicom - ma przygotowywać się na najwyższą kapłankę Bezimiennych, wielkich bóstw, istniejących od początku świata i przywiązanych do wyspy Atuan, Pozbawiona imienia, ma być teraz zwana Arhą, kolejnym wcieleniem kapłanki, która co żywot powraca do swojego ciała. Lata mijają i dziewczyna powoli zaczyna odkrywać, że ludzie, którzy ją otaczają nigdy nie byli jej tak oddani, jak mogło jej się to wydawać...
Znacie to uczucie, gdy sięgacie po coś, czytacie... i nagle okazuje się, że ta historia jest po prostu wasza. Rozumiecie bohaterów, uwielbiacie ich, niezależnie od słów, jakie wypowiadają, a każde kolejne słowo zdaje się wlewać Wam prosto do serca?
Właśnie czymś takim okazały się być dla mnie Grobowce Atuanu.
W kolejnej części swojej historii Ursula Le Guin rezygnuje z patetycznej, baśniowej formuły. Ta niedługa opowieść już tym aż tak bardzo się nie wyróżnia, ale dzięki temu jest zdecydowanie łatwiejsza do przyswojenia. Na szczęście, mimo, że atmosfera w Grobowcach jest zdecydowanie luźniejsza, niż w Czarnoksiężniku, dalej możemy cieszyć się świetnym stylem autorki: trafnymi porównaniami i prześlicznymi, zgrabnie rozmieszczonymi opisami. 
To jednak nie sam sposób pisania sprawił, że tak pokochałam tą historię. Sama kreacja głównych bohaterów - naszej Tenar i poznanego w poprzedniej części Krogulca - jest godna podziwu, a opis relacji stopniowo budującej się między nimi jest jednym z piękniejszych, jakie dane mi było kiedykolwiek przeczytać. Każdy gest, każdy ruch postaci zdaje się być logiczny, w pełni uzasadniony i wykonany w odpowiednim momencie. 
Oczywiście, historia nie byłaby tak dobra, gdyby nie cały świat przedstawiony wokół - grobowce, pustynia, tajemnica, krew i śmierć - to codzienność, wokół której Arha się obraca. Autorka świetnie kreuje poboczne postacie, ukazując nam przeróżne spojrzenia na świat i typy charakterów, a choć jej świat dalej pozostaje niezwykle barwny i baśniowy, ma w sobie jakąś grozę, która potrafi przerazić.
Wydaje mi się, że można spokojnie zapoznać się z nią nie znając pierwszego tomu, jednak sama mimo wszystko nie polecałabym takiego rozwiązania. Pierwszy tom doskonale wprowadza w świat stworzony przez autorkę, a ten go po prostu nieco rozwija, dając nam piękną historię.
Rzadko kiedy na prawdę zachwycam się książką - ta jednak w pełni na to zasługuje. Od dawna nie miałam w rękach czegoś tak pięknego. Le Guin świetnie łączy prostotę z głębszą treścią i perfekcyjnie operuje słowem. Jeśli spodobał się Wam pierwszy tom opowieści z Ziemiomorza, po ten po prostu nie możecie nie sięgnąć, a nawet, jeśli poprzednia historia się Wam nie podobała, Grobowcom warto dać szansę :)

niedziela, 21 lutego 2016

Czemu nigdy nie będę sławna?

Nigdy nie należałam do tych popularnych, często z własnej woli odcinając się od rówieśników. Teraz, choć mam zdecydowanie lepszy kontakt z ludźmi wokół (mimo, że wciąż stosunkowo niewielki), dalej trudno nazwać mnie osobą popularną, czy lubianą. Dziś jednak nie o mojej codzienności, a o sieci mowa, w której z resztą sprawa ma się podobnie. Nigdy popularna nie byłam, nie jestem i raczej nie mam wrażenia, aby ten stan się zmienił. Dlaczego?

Drewniany Most niby jest o wszystkim, ale nie trudno zauważyć, że głównym tematem na nim obecnie są książki. Czytam i chce się tym dzielić, nic dziwnego w tym nie ma :) Jest jednak pewna drobna kwestia, która sprawia, że nawet w tak stosunkowo małym towarzystwie trudno mi się często odnaleźć.
Powód jest wyjątkowo prosty. Nie należę do targetu, który opanował tą część blogosfery, odwiedzana przeze mnie z racji tematu bloga.

A jaki jest ten target? Zauważyłam, że większość osób piszących blogi recenzenckie zainteresowana jest literaturą kobiecą, lub typowo młodzieżową. A ja nie przepadam do końca ani za jednym, ani za drugim typem książek. Nie jest to ani dobre, ani złe, po prostu mam odmienne niż większość gusta. Jedynie przykre jest to, że gdy wpadam na Wasze blogi i chce coś napisać o Waszym tekście, po prostu nic w pełni szczerego często nie przychodzi mi do głowy. Bo co, po raz tysięczny mam pisać, że prezentowana przez Was książka mi się nie podoba...? 
Mimo tego, martwi mnie pewna drobna sprawa, którą zauważyłam zarówno u Was, jak i w swoim otoczeniu.
Rozumiem, że większość blogów prowadzą panie, często w młodym wieku, stąd właśnie tak wiele u Was książek które nijak do mnie trafiają. Ale nie powiem, nie raz trafia mnie przysłowiowy szlag, gdy widzę, że ktoś uważa siebie za zagorzałego fana fantastyki... czytając głównie powieści pokroju Szeptem, lub Percy'ego Jacksona, często ograniczając się niemal tylko do takich. Ach, no dobrze, często przy okazji widzę wzmiankę, że ktoś kocha/lubi/uwielbia Tolkiena. 
A skąd to moje wzburzenie? Z bardzo prostej przyczyny. 
Paranormal romance, jakim jest właśnie Szeptem to historie, które stoją na pograniczu fantastyki i obyczajówki, tak na prawdę z tą czystą fantasy nie mając nic wspólnego. Z drugiej strony mamy niedojrzałą fantasy, pisaną dla dzieci - jaką jest właśnie Precy Jackson. Bez nadzwyczaj rozbudowanego świata, opartą na znanych nam wszystkich schematach.
Ale dobrze, każdy lubi, to co lubi, nic mi do tego...
Tylko czemu książki, których targetem jest wiek 12-16 (bo tak, to target wyżej wymienionych książek) zachwycają się często znacznie starsze osoby...? I nie chodzi mi o przeczytanie, uznanie, że no, to miła lektura, miło mi się ją czytało, a młodsi ją na pewno pokochają, była fajnym powrotem do starych czasów, a o uwielbianie takich książek, mimo, że często są to osoby starsze, nieraz dobrze oczytane.

I później się okazuje, że mamy setki fanów fantastyki, którzy tak na prawdę czytają tylko i wyłącznie książki kierowane dla dzieci. 
Co widzę w tym negatywnego?
Nie, nie sam fakt czytania. Czytać można wszystko :)
Ale są dwie rzeczy, które w skutkach mogą być na prawdę nieprzyjemne.
Skutek pierwszy - osoby poboczne, które są na prawdę dojrzałymi czytelnikami, ale chcą dopiero wejść w świat fantasy, po wizycie u tego typu fanki fantastyki mogą poczuć uraz do tego gatunku.
Porządna książka fantastyczna, z dobrym uniwersum, fabułą i historią ma bawić i uczyć wszystkie pokolenia. 12-latek znajdzie w niej bajkę, 20-latek epickie walki na miecze, a osoba mająca 40-50 lat będzie mogła zastanowić się nad samym losem bohaterów i ich przemyśleniami, nie raz bardziej życiowymi od tych zawartych w obyczajówkach. 
Niestety, jeśli osoba zielona w temacie fantastyki, ale mająca wysokie wymagania, usłyszy od setnej osoby, że Mroczne Umysły, Rywalki i Szeptem to wybitna, cudowna, najcudowniejsza fantastyka i nic ponadto lepszego nie ma... Prawdopodobnie wyrobi sobie złe zdanie na temat całokształtu tej twórczości. Czy to nie przykre...? 
Niby to wina tej osoby również, nie powinno się oceniać czegoś, czego się nie zna... ale tak, takie opinie są destrukcyjne dla fantastyki i odpychają od niej niejednego.
 Skutek drugi - chyba poważniejszy. Brak rozwoju intelektualnego.
Jeśli mając 18-20 lat dalej czytasz książki napisane dla osób w wieku 12-15 lat (i tylko i wyłącznie takie)... to przepraszam, ale... chyba coś nie gra?
Sięgając po książki tego samego typu, opierające się na znanych schematach, popularne, bestsellery, zamykamy się i w żadnym razie nie jest to dla nas pozytywne. A co dopiero, gdy są to historie pisane z myślą o dzieciach, na dodatek w bardzo bezpieczny, schematyczny sposób? Nawet, jeśli masz te 15 lat, ale masz za sobą już kilkanaście książek z wcześniej wymienionych przeze mnie targetów, bo nic innego właściwie nie czytasz... nie lepiej byłoby coś zmienić? Sięgnąć po lepszą historię? Nie mówię nawet o fantastyce. Reportaż, biografia, przygodówka, akcyjniak... cokolwiek. Byle wyrwać się z tej wręcz chorej i często ogłupiającej rutyny.


Broń boże, nie neguje nikogo, ani nie wytykam palcem. Nie chce, by ktokolwiek odebrał to jako atak. Piszę po prostu o tym, co zauważyłam i co mnie od jakiegoś czasu męczy. Dla mnie samej niepojęty jest sukces wielu amerykańskich bestsellerów, bo po prostu nie przemawiają do mnie i nic ciekawego w moje życie nie wnoszą. Niestety, smuci mnie nieco taka tendencja. I fakt, że na Waszych blogach tak rzadko znajduje coś, co na prawdę mnie zainteresuje... Nie wiecie, jak często wpadam gdzieś z nadzieją ooo, tak, fajna okładka, to musi być dobre, na pewno jest dobre, czytam opis... i spotyka mnie kolejny zawód, bo znów widzę młodzieżówkę.
W ogóle, gdzieś w otchłani youtube słyszałam kiedyś teorię, że nawet najgorsze rzeczy, historie, filmy można nawet uwielbiać i nie ma w tym kompletnie nic złego - grunt, by zdawać sobie sprawę, że sięgamy po, brzydko mówiąc, kupę. I w sumie, trudno mi się z tym nie zgodzić.
A Wy? Co o tym sądzicie? Zaliczacie się do tych targetów? Jeśli tak, dajcie znać - czemu akurat taką literaturę wybieracie? Bo nie powiem, niezmiernie ciekawią mnie Wasze odpowiedzi.

Wybaczcie, że ten post to tylko ściana tekstu, bez konkretnych grafik i gratuluje tym, którzy się nie przerazili i go przeczytali - ale jakby nie było, wywołanie efektu nie czytam, bo długie było po części moim zamiarem, tak, by sprawdzić, kogo na prawdę interesuje to, co jest tu napisane, a nie to, jak treść wygląda :)
Oj, możliwe, że nieźle mi się oberwie... ale co tam, raz się żyje, a swoich odczuć ukrywać nie lubię.

UWAGA! Post o fantastyce, o którym pisałam w komentarzach pojawi się 29.03! Także zainteresowanych zapraszam do czekania :D

czwartek, 18 lutego 2016

Okręt Liniowy: Horatio Hornblower i jego najbrzydszy statek

Czy jest tu ktoś, kto pamięta, jak wspominałam o tej książce, lub recenzowałam poprzednią część jej serii? Przeleżała u mnie na półce kilka miesięcy, nietykana i zapomniana. W końcu jednak się do niej dokopałam :) Nim jednak przejdziecie dalej, polecam zapoznać się z moją recenzja jej poprzedniczki, którą znajdziecie tutaj

Tytuł: Okręt Liniowy
Tytuł serii: Powieści Hornblowerowskie
Numer tomu: VII (chronologia wydarzeń) | II (data napisania)
Autor: C. S. Foreser
Liczba stron: 330
Gatunek: powieść przygodowo-historyczna / marynistyczna

Kapitan Hornblower wrócił do Anglii po swojej poprzedniej, udanej misji. Jego żona, Maria, spodziewa się dziecka, lecz nie może zostać w domu, aby doglądać swojej rodziny. W końcu, kto by to widział, aby kapitan marynarki wojennej siedział w domu, gdy trwa wojna z Napoleonem? Hornblower dostaje więc wielki (i brzydki) okręt liniowy HSM Sutherland i wypływa na wody Morza Spokojnego, aby wesprzeć Hiszpanów w wojnie z Francją.
Mimo niepozornego wyglądu, mogę obiektywnie stwierdzić, że Okręt Liniowy to ciąg dalszy na prawdę dobrze napisanej serii. Forester kreuje świat, który niewątpliwie spodoba się osobom lubującym się w marynistycznych klimatach, ale i dla innych może okazać się całkiem przyjemną lekturą.
Główny bohater, Hornblower, to postać po prostu ludzka - potrafi czasem zirytować swoim zachowaniem, jak na człowieka przystało, ale chyba nie sposób nie poczuć do niego nici sympatii. Dba o swoją załogę, jak najlepiej potrafi, nie jest człowiekiem okrutnym i za każdym razem stara się pokazać swój honor i opanowanie, nawet, jeśli wewnątrz jest przerażony i zdesperowany. Może nie jest to postać, w której bym się rozkochała, ale jest dobrym spoiwem całej serii.
Nie jest to młodzieżówka, którą czyta się wyjątkowo lekko - mamy tu i nazwy miejsc, i typowe dla marynistyki wyrażenia, które czasami zmuszają do zastanowienia się gdzie akurat jesteśmy, lub sprawdzenia, co postacie mają na myśli. Mimo tego, przynajmniej mi czytało się ją bardzo szybko, szczególnie, że na morzu wbrew pozorom wcale nie jest tak spokojnie, szczególnie, gdy obserwujemy statek brytyjski, wypływający, by walczyć z siłami Napoleona.
W powieści znalazło się kilka chwil, w których nie mogłam się nie uśmiechnąć, jednak zdecydowanie, to historia utrzymana w dość poważnym klimacie. Poważny nie oznacza jednak zły - Okręt Liniowy to po prostu dojrzała historia, a jej autor niewątpliwie wiedział, o czym pisze. Przy tym wszystkim jest dość zwięzły i surowy w opisach, co może być i wadą, i zaletą, zależnie od tego, kto co lubi.
Warto zwrócić uwagę na sam sposób pisania Forestera w tej serii. Każda część dotyczy innej historii. W swojej budowie przypomina choćby serialowych Przyjaciół - nie ważne, po którą sięgniecie, i tak zrozumiecie, o co w niej chodzi. Obecnie taki zabieg jest dość typowy, jednak nie należy zapominać, że Forester napisał swoją historię w 1938 roku :)
Jeśli należycie do osób, które czytają tylko lekkie romansidła, lub paranormal romance - możecie od razu sobie tą książkę, czy nawet całą serię odpuścić, bo raczej nie znajdziecie tu tego, czego szukacie. Ze spokojnym sumieniem mogę ją jednak polecić każdemu, kto ma ochotę wejść na olbrzymi statek linowy i wraz z brytyjskim kapitanem zaatakować Żabojadów :) Nie będzie to może nadzwyczaj barwna historia, ale na pewno nie będziecie się nudzić, a myślę, że warto sięgać po nieco mniej znane pozycje.

wtorek, 16 lutego 2016

Słodki Tag


Nie robię tagów zbyt często, dlatego uznałam, że znów czas na jakąś małą odskocznię :) Wygrzebałam go na jakimś z blogów. Standardowo, nikogo nie nominuje, chyba, że ktoś ma akurat na niego ochotę!


Ciastko
- książka, która złamała ci serce

Książki raczej nie doprowadzają mnie do łez, czy śmiechu i trudno o taką, którą zapamiętałabym z powodu zawodu miłosnego :) Pamiętam jednak, że po przeczytaniu Opowieści z Narnii byłam strasznie smutna z wyboru Kaspiana: uwielbiałam Zuzannę i liczyłam, że będą parą. 


Cukierek
- ulubiona krótka książka, lub książka z dzieciństwa

Hmm... w zasadzie, chyba największe wrażenie z krótkich książek sprzed lat wywarła na mnie Włóczęga Kathe Koi, ale trudno nazwać ją historią z lat bardzo wczesnego dzieciństwa. A spośród tych pamiętam małą książeczkę, o drewnianej okładce, opowiadającą o kucyku, którego ugryzła osa, czy pszczoła - dostałam ją w wakacje i męczyłam mamę o czytanie jej w kółko :)


Czekolada
- książka, którą możesz czytać na okrągło i nigdy ci się nie znudzi

W ciemno mogę powiedzieć, że jest to cała saga o Wiedźminie Sapkowskiego. Wspominam o niej często, tak, wiem, ale kunszt tego autora i bajkowość, tkwiąca w tej historii sprawia, że po prostu mogłabym do niej cały czas wracać.


Donut
- książka, w której czegoś ci brakowało

Zdecydowanie, Korona Śniegu i Krwi Cherezińskiej. Liczyłam na polską wersję Gry o Tron, a dostałam łagodną, kobiecą powieść. Ładną, owszem... ale chciałam lejącej się krwi, a nie uniesień miłosnych Przemysła II.


Lody
- książka, która zmroziła ci krew w żyłach

Jeśli ktoś puści mi horror, potrafię podskakiwać co chwilę i bać się ruszyć z miejsca po seansie. Gorzej, niestety, z książkami, które właściwie mnie nie straszą. Choć może to dlatego, że nie czytam zbyt wielu horrorów? Myślę jednak, że mogę wymienić tu dwie pozycje. Pierwsza, Księga Bez Tytułu Anonima przeraziła mnie, gdy dostałam ją w podstawówce. Piekielnie bałam się, że to, co w niej czytam, jest prawdą. Sięgnęłam po nią znów po kilku latach i o dziwo, okazała się... całkiem zabawna.
Drugą taką pozycją będzie Anubis Wolfganga Hohlbeina - nie była to doskonała lektura, ale miałam przy niej przyjemne dreszcze :D


Pudding 
- książka z rozlazłym bohaterem

Oj, znam takich aż nadto. Niestety, większość książek dla młodzieży takich posiada, nie rzadziej można ich spotkać w literaturze kobiecej. Główny bohater Więźnia Labiryntu, tytułowa Irene z Dzień dobry, Irene, Ever z Nieśmiertelnych Noel, czy cała paczka z Domu Nocy - to zdecydowanie postacie, których często miałam dość, przez niezdecydowanie, czy głupie decyzje.


Tort
- najcudowniejsza książka, która zawsze wprowadza cię w dobry nastrój i której niczego nie brakuje

Wspominałam już o Wiedźminie, prawda? Niestety... :c Książki idealnie nie istniają i właściwie każdej mogłabym coś wytknąć, ale na pewno do jednej z takich historii będzie należeć Pan Lodowego Ogrodu, albo opowiadania z Ani Słowa Prawdy Piekary. Nie mogę tu zapomnieć o opowiadaniu Sapkowskiego, Maladie, do którego mam olbrzymią wręcz słabość.


sobota, 13 lutego 2016

Life Is Strange: Pierwsze spotkanie z przygodową fikcją interaktywną

Pamiętacie, jak w styczniu wrzuciłam post ze zdjęć cospley'owych z gdy Life Is Strange? Wtedy ledwie przeszłam pierwszy epizod, dopiero niedawno kończąc całość. Nie jestem zbyt wytrwałym graczem :) W każdym razie, ponieważ przypadkiem zrobiłam dziurę w postach, postanowiłam, że zamiast przekładać je, dostaniecie mały bonus w postaci mojej opinii na temat tej gry :)

Life Is Strange była wydawana w epizodach (w sumie mamy ich pięć) od początku 2015 roku. Nie jest to w żadnym razie MMO, a przygodowa gra przypominająca bardziej powieść wizualną, w której częściowo wpływamy na to, co nasi bohaterowie robią.
Historia, w której bierzemy udział opowiada o Max, która widząc, jak jej przyjaciółka z dzieciństwa, Chloe, zostaje postrzelona, przypadkiem cofa czas. Tym samym ratuje ją i zaczyna odbudowywać znajomość, w międzyczasie wplątując się w sprawę z zaginięciem Reachel, dziewczyny z którą Chloe zaprzyjaźniła się, gdy Max nie było obok.

Nie grałam nigdy wcześniej w nic takiego i szczerze mówiąc, zaintrygowało mnie to nieco. Life Is Strange nie wymaga od nas tak na prawdę żadnych umiejętności - wystarczy umieć klikać i czytać. Chodzimy, rozmawiamy z ludźmi, podejmujemy decyzje, bezustannie obserwując jaki wpływ mają one na rzeczywistość. Nie mamy tu wielkich strzelanin, ataków, zasadzek.... chodzimy i podejmujemy decyzje. Nie raz trudne, ale jednak gra cały czas na tym się opiera :)

Nasze główne bohaterki to dwie zupełnie inne dziewczyny. Cicha Max, chodząca wiecznie z aparatem i robiąca wszystkiemu zdjęcia oraz Chloe, niebieskowłosa, nieco szalona, pewna siebie, ale jednocześnie czująca żal do otoczenia. Charaktery są wprawdzie dość typowe, ale poprawnie stworzone, a relacje dziewczyn obserwuje się na prawdę przyjemnie.
Sama grafika również jest dość miła dla oka, mimo, że sama chyba wole nieco bardziej baśniowe realia. Na muzykę nie mam co narzekać: bywa nieco monotonna, ale jak najbardziej wpasowuje się w klimat gry.
Jedynie dwie rzeczy mogę Life Is Strange wytknąć. Po pierwsze, gra bywa bardzo.. powolna. Wiesz, co już się stanie, wiesz, co powinieneś zrobić dalej, ale nie, musisz oglądać scenkę zachodu słońca, której nie da się przewinąć. Cóż, nie jestem zbyt cierpliwa ;P Druga rzecz, to ostatni, czyli piąty epizod. Nie będę zdradzać, co się w nim działo, jednak o ile zakończenie gry jest całkiem niezłe, o tyle przechodzenie tej części było dla mnie prawdziwą udręką w niektórych momentach.
Nie ważne, czy gracie nałogowo, czy nie lubicie gier - wydaje mi się, że każdy, kto ma wolną chwilę, może po tą grę sięgnąć :) Może być fajną odskocznią od seriali, czy książek: w końcu dalej mamy całkiem niezłą historię z fajnymi bohaterami, z tą różnicą, że w przypadku Life is Strange mamy widoczny wpływ na bohaterów i bierzemy czynny udział w akcji, nie będąc tylko obserwatorami.


środa, 10 lutego 2016

Zły Jednorożec: Księżniczka Niszczycielka na tropie

Swego czasu, uwielbiałam jednorożce ponad wszystko - a racze, uznawałam za zabawne nadużywanie tego słowa, dlatego nawet, gdy ktoś się mnie pytał, o czym piszę książkę, odpowiadałam, że o jednorożcach. Nigdy jednak nie miałam w ręku niczego, gdzie te stworzenia odgrywałyby główną rolę... aż do czasu, gdy w moje ręce wpadła pozycja, którą możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej :)
I tak, ten post miał się pojawić jutro, ale zauważyłam, że przypadkiem zrobiłam nieco zbyt dużo wolnego między postami, a skoro i tak mam ich nadmiar... to macie go już dziś.

Tytuł serii: Zły Jednorożec
Tytuł: Zły Jednożec
Numer tomu: 1
Autor: Platte F. Clark
Liczba stron: 427
Gatunek: powieść fantasy / science fiction

Max należy do tych niepopularnych w szkole dzieci, których głównym zajęciem jest uciekanie przed szkolnym tyranem oraz granie w gry komputerowe wraz ze swoim najlepszym przyjacielem. Pewnego dnia odkrywa jednak niezwykłą książkę, noszącą tytuł Kodeks Nieskończonej Prawilności. Nieświadomy, co tak na prawdę wpadło mu w ręce, zaczyna ją czytać,
Nie ma pojęcia, że to właśnie przez nią wielki mag wyśle za nim w pościg uwielbiającą ludzkie mięso Księżniczkę Niszczycielkę - najbardziej okrutnego jednorożca, jaki kiedykolwiek istniał.
Wystarczy usłyszeć sam tytuł tej powieści, aby zorientować się, że nie można po niej oczekiwać zbyt wiele: bo to na pewno poważna lektura nie będzie. Nie będę ukrywać, że tak też z resztą jest. 
Macie czasem wrażenie, że gdy czytacie coś powinniście się śmiać, a nie robicie tego? Ja przy Złym Jednorożcu miałam je zdecydowanie zbyt często. Często jednak odnosiłam wrażenie, że to nie do końca wina samego autora, a tłumacza: to tak, jak z filmami z dubbingiem. Niby sytuacja jest śmieszna, ale niepoprawne, lub zbyt dosłowne tłumaczenie skutecznie powstrzymuje widzów od śmiechu. 
Mimo powtórzeń, które co jakiś czas wyłapywałam w treści i humoru, który wywołuje u mnie raczej litość, niż prawdziwy uśmiech, powieść czyta się szybko i bardzo lekko. Nie wymaga zastanawiania się, co będzie dalej, nie wymaga wysilania się, aby zrozumieć treść. Bohaterowie są tak strereotypowi, jak tylko się da, a autor bezustannie rzuca ich w wir absurdalnych wydarzeń, nie pozwalając czytelnikowi na nudę. 
Nie jest to jednak pozycja dająca tylko pustą, bardzo lekką rozrywkę, co to, to nie! Choć owszem, to zdecydowanie jej główny cel, zdaje się mieć w sobie co nieco czegoś głębszego. Nasi bohaterowie to osoby, z którymi wielu młodszych czytelników z powodzeniem powinna się utożsamić obserwując, jak pokonują swoje lęki, czy kompleksy.To jednak zdecydowanie nie jest główna rola Złego Jednorożca, a jedynie świadomy, lub nieświadomy dodatek od autora :)
Ta lektura niewątpliwie sprawi mniejszą, lub większą przyjemność każdemu fanowi fantasy, który szuka chwili wytchnienia od cięższych pozycji, jednak mimo wszystko to historia dla niedorosłych jeszcze czytelników. Gdybym miała określić wiek jej czytelników, uznałabym, że najbardziej powinna spodobać się osobom uczęszczającym do gimnazjum, ale ponieważ niej jest to typowa, poważna historia i starsi bez problemu mogą po nią sięgnąć.
Co sądzę o niej ja? Nie żałuję, że mogę ją mieć, że mogłam ją przeczytać. Ale niestety, humor, który powinien być głównym atutem tej powieści, do mnie nie przemówił. Każdy z nas jest jednak inny dlatego myślę, że podczas wizyty w księgarni warto ją znaleźć i przerzucić kilka stron, by się przekonać, czy ta historia ma zadatki na książkową komedię, która przypadnie Wam do gustu.

niedziela, 7 lutego 2016

Magia w Zalenii

Dawno nie było tu posta opisowego o Zalenii, trochę z powodu mojego lenistwa, trochę z powodu braku czasu, ale w końcu coś dla Was mam :) Jeśli nie wiecie o czym mowa, polecam zajrzeć najpierw tutaj i zapoznać się z materiałami w tamtym poście.
Jak pewnie widzicie, dziś na tapet bierzemy temat magii - opiszę jak wygląda, jak mniej więcej działa i o co z nią tak właściwie chodzi :)

Magia - czym jest?
Wszechobecna energia, krążąca wokół, wzięta znikąd. Moc tworząca się w umyśle. Albo moc pochodząca od żyjących istot wokół. Co świat, to inne wyjaśnienie jej pochodzenia, jeśli w ogóle takie jest. W moim świecie jest jednak, od samego początku, czymś nieco... innym, a przynajmniej tak mi się wydaje. Mianowicie, według teorii magów magia to moc pochodząca od istoty, będącego najwyższym bóstwem, które stworzyło wszystko i wszystkich: pozostałych bogów, ludzi, wszelkie rasy, cały świat Zalenii. Przez władających magią, zwana jest Loresą. Jako wszechpotężny byt pozwala istotom ziemskim czerpać ze zgromadzonej w sobie mocy, w jakim jednak stopniu i czego za to chce? O tym już za chwilę :)


Stopnie władania magią
Loresa sama przydziela, komu pozwoli korzystać ze swojej mocy i w jakim stopniu. W praktyce, każdy mieszkaniec Zalenii może w jakiś sposób z niej czerpać, jednak niewielu zdaje sobie z tego sprawę. Wyróżniamy trzy, a właściwie cztery stopnie władania magią, z czego jeden nie jest uznawany przez wszystkich magów, i sposoby czerpania mocy od niej.

Stopień pierwszy może osiągnąć każdy. Nie wymaga on kontaktu z Loresą samą w sobie, a to, na ile zostanie opanowany zależy od ćwiczącego. Można powiedzieć, że dzięki niemu opanować można najprostsze sztuczki: przyciąganie przedmiotów z niewielkich odległości, przeczuwanie zagrożeń, wyciszanie dźwięków. Osoba, która zda sobie sprawę z takich umiejętności i zacznie nad nimi w jakiś sposób panować, nazywana jest czarownikami. Nie ma zwykle nic wspólnego z wielkimi magami - często traktowana jest jako zwykły, miejski, czy wiejski szaman.
Należy tu dodać, że to, w jakim stopniu osoba może opanować te podstawowe umiejętności, jest zależne od rasy, z której się wywodzi. Ludzie mają ten dar mocno ograniczony, elfy - już zdecydowanie mniej. Południowe olbrzymy zwykle z natury potrafią jako tako panować nad tym, w którym kierunku wiatr zawiewa śnieg, a trytony potrafią kontrolować prądy morskie, pozwalające im na komunikacje. W świecie Zalenii takie umiejętności nikogo nie dziwią, mimo, że i owszem, jest to pierwszy stopień władania magią.

Z drugim nie ma tak łatwo. Osiągnąć go moją tylko osoby konkretnie wybrane przez Loresę. Czym się kieruje przy wyborze - tak naprawdę, nikt nie wie, bo wśród magów, jak i wśród każdego społeczeństwa, zdarzają się i ludzie dobrzy, i źli, i głupi, i mądrzy. W Zalenii jednak nie ma zwykłych magów, ot takich standardowych, rzucających zaklęcia, machając kosturami, czy różdżkami. Każdy mag ma przypisaną sobie dziedzinę, czy rzecz, w której jest po prostu dobry. O podstawowych podziałach napiszę jednak w innym podpunkcie :)
Z drugim stopniem wiążą się, można by rzec, dwie rzeczy. Pierwsza, to odpowiedzialność. O ile lewitować sobie kanapkę można bez większego kosztu - tak, jakby taka umiejętność była naturalna i wynikała z budowy świata - o tyle, korzystając ze swojego daru, należy już za to jakoś zapłacić. Zwykle każdy mag ma swój sposób płacenia za korzystanie z mocy, po różnym stopniu ich użycia. Jednych będzie bolała głowa, inni będą tracili energię, ktoś będzie po prostu zasypiał, popadał w obłęd, albo - co też się zdarza - zabijał, by móc z niej korzystać.
Druga istotna rzecz przy drugim stopniu, to wręcz przymus przynależenia do stowarzyszenia magów, Bractwa Błękitnego Feniksa (o nim kilka słów później) - w Zalenii mają oni swego rodzaju monopol na zwerbowanie magów.
Warto wspomnieć tu o tym, że takie osoby nie kontaktują się bezpośrednio ze źródłem swojej mocy. Dostały dar, mają talent, czasem dręczą ich dziwne przeczucia, jednak poza tym, nie ma w nich nic nadzwyczajnego. Mag-wizjoner będzie miał wizje, a ten od wiatru będzie nim władał i... tyle. Tak po prostu.


Trzeci stopień jest ostatnim z podstawowych. Osoby, które go dostąpią, zdarzają się niezwykle rzadko, ale mimo wszystko, pojawiają się w Zalenii. Zwykle jednak nie istnieje więcej, niż jedna taka osoba, poza tym bywa, że zdarza się raz na kilka-kilkaset lat. Takie istoty nazywa się często Dziećmi Loresy, lub wichrzycielami, właśnie z powodu specyfiki posiadanych umiejętności, które często zmieniają obraz świata. W pewnym sensie, są to najbardziej klasyczni magowie. Nie mają oni z góry narzuconych talentów i są niezwykle wszechstronni z bardzo prostego powodu - mają bezpośredni kontakt ze źródłem mocy. Są w stanie w jakiś sposób kontaktować się z nim, czerpać magię prosto z niego, napełniać się nią i robić to, co żywnie im się podoba. W teorii, oczywiście, bo praktyka, jak zawsze wygląda nieco inaczej.

Wichrzyciele mogą prosić Loresę o wszystko i ich prośba zwykle zostaje wysłuchana. Zawsze jednak muszą w jakiś sposób za to zapłacić. W jaki? Wszystko zależy od jej kaprysu, przypadku i ilości pobieranej mocy. Zwykle są oni w stanie wyczuć, ile kosztować będzie ich prośba, nie zawsze jednak. Na przykład, mag A zawsze prosił o podnoszenie wspomnianej wcześniej kanapki i w zasadzie nie czuł żadnego ubytku energii ani w sobie, ani wokół siebie. Był pewny, że może to robić i nic złego się nie stanie. Do czasu, aż pewnego razu ten gest kosztował go tyle energii, że omal nie uszedł z życiem. Z tego powodu Wichrzyciele używają swoich umiejętności bardzo rozsądnie i ostrożnie, bo czasem nie trzeba wiele, by wybić całe miasto, co w historii Zalenii już się zdarzało.

Stopień czwarty nosi nazwę kapłańskiego. Magowie zwykle naśmiewają się z niego i nie zawsze go uznają, mimo, że sami również z niego korzystają. Mowa tu o niczym innym, jak o modlitwach i cudach, które czasem przynoszą. Odpowiednio ułożona modlitwa potrafi przez śpiew, głos, czy myśl wykorzystać magię, nakierowując ją w danym kierunku. Przez modlitwę jednak rozumie się nie tylko sakralne śpiewy, ale również wszelkiego rodzaju złorzeczenia, czy  zwykłe chce, bo tak - te ostatnie jednak rzadko kiedy są postrzegane, jako coś związanego z działalnością Loresy.
Jak magowie wykorzystują ten rodzaj magii? Podczas wszelkiego rodzaju grupowych zebrań, gdy jeden nie jest w stanie poradzić sobie z problemem - połączenie wielu talentów i zbiorowych zaklęć potrafi przynieść niezwykłe efekty, a należy dodać, że Loresa chętniej wysłuchuje tych, których naznaczyła.
Tak, są osoby, które mają rozwiniętą tą umiejętność. Jeśli taka osoba trafia do jakiegokolwiek zakonu, czy religijnego zgrupowania, często staje się naznaczonym przez boga cudotwórcą.



Bractwo Błękitnego Feniksa
Monopol na władanie magią należy właśnie do nich. Bractwo ma swoją główną siedzibę na Wyspie Quilion, na której znajduje się jedno z największych skupisk rozproszonej magii (rozumianej jako wolna energia) w całej Zalenii, co przyciąga do niej utalentowane osoby. Na niej jednak na stałe przebywają tylko najbardziej uzdolnione jednostki (nie tylko pod względem magicznym: wiedza, charyzma etc. też mają tu znaczenie). Jest to swego rodzaju kadra władająca całym bractwem i szkląca najlepiej zapowiadających się Adeptów. Wszyscy inni magowie są szkoleni i zamieszkują ośrodki rozsiane po całej Zalenii.

Werbowanie magów
Właściwie, magowie werbowani są na dwa sposoby. Zacznę jednak od tego, który zdarza się rzadziej.
Gdy u młodej istoty pojawi się dar, talent, ta jest przyciągana przez miejsce ze skupiskiem wolnej magii. Jeśli będzie próbowała do niego dotrzeć, sama prędzej, czy później, trafi w ręce Bractwa, szybko pojawiając się w okolicy najbliższej Akademii. W niezwykłych przypadkach (szczególnie w przypadku trzeciego stopnia władania mocą), takie osoby bezpośrednio wyruszają na Quilion - zdarza się to jednak rzadko, ponieważ adepci nie mają na tyle rozwiniętej aury, aby wyczuwać położone na środku wielkiej wody skupisko mocy.
Drugi sposób jest bardziej banalny. Istnieje pewna grupa magów, wyczuwająca talenty, lub choćby ich zalążki. Wędrują oni po całej Zalenii, zbierając takie osoby, zwykle, gdy są one jeszcze dziećmi. Jeśli trzeba, są one wykupywane od rodziców, w przypadku jednak, jeśli nie ma możliwości na przyciągnięcie takiej osoby do Bractwa, zwykle jest po prostu zabijana. Oj, nie, magowie się nie patyczkują.

Podstawowe talenty
Teraz, już powoli kończąc, krótko, o kilku podstawowych talentach, dotyczących standardowych magów, o których wypominałam wcześniej.

  • Wizjonerzy - osoby, którym zwykle ukazuje się przyszłość, rzadziej zdarzają się ci, którzy widzą fragmentu przeszłości. Ich wizje często są niejasne i nie muszą się sprawdzać, jeśli linia czasu zostanie zakłócona. Albo inaczej - zawsze się sprawdzają, tyle, że niekoniecznie w danym wymiarze.
  • Władający nad przyrodą - rozumiana wszelako. Są magowie od wody, od drzew, od zjawisk atmosferycznych, prądów morskich, śniegu, chmur etc. Oczywiście, im większe zdolności ktoś posiada, tym jest bardziej ceniony.
  • Telekinetycy - krótko mówiąc, ci, którzy specjalizują się w przesuwaniu przedmiotów.
  • Władający czasem i miejscem - to oni pracują nad teleportami, to oni potrafią spowolnić, zatrzymać, czy cofnąć czas. Umiejętności te są jednak zwykle niezwykle wyczerpujące, a ilość osób z tymi darami jest niewielka.
  • Iluzjoniści - postacie potrafiące oddziaływać na rzeczywistość, tworząc mniej, lub bardziej wiarygodne iluzje.




Nie zanudziłam? Mam nadzieję :) Do napisania!

czwartek, 4 lutego 2016

Spotkanie z Ziemiomorzem: Czarnoksiężnik z Archipelagu


Już od kilku postów na blogu nie pojawiła się recenzja, ale mam nadzieję, że nie nudziliście się przez ten czas :) Jak zapowiadałam, dziś oficjalnie otwieram cykl pięciu recenzji odnośnie cyklu Ziemiomorze. Jeśli chcecie zobaczyć wszystkie posty z tej serii, wystarczy nacisnąć etykietę nazwaną tak, jak seria, a zobaczycie wszystkie, powiązane z nim. Myślę też nad tym, by zrobić recenzje filmów o tym świecie - co Wy na to?

Tytuł serii: Ziemiomorze
Tytuł: Czarnoksiężnik z Archipelagu
Autor: Ursula K. Le Guin
Liczba stron: 240
Gatunek: powieść fantasy

Wielki czarnoksiężnik, zwany Krogulcem, nim stał się kimś potężnym był tylko małym chłopcem: nazywał się Duny i mieszkał na Wyspie Gont, położonej w archipelagu Ziemiomorza. Gdy odkrywa swoje zdolności, opiekę nad nim przejmuję jego ciotka, wiejska czarownica, ucząc go, czego tylko potrafi. Do czasu... Gdy wieś, w której mieszka Duny zostaje zaatakowana, ujawnia swoją moc, zwracając na siebie uwagę pewnego czarnoksiężnika, który oferuje mu naukę.
Brzmi całkiem znajomo, prawda? :) I z resztą znajome jest. Czarnoksiężnik z Archipelagu, jak na klasyczną fantastykę przystało, posługuje się uwielbianymi przez większość schematami. No, przez większość, bo ja do nich zdecydowanie się nie zaliczam. Mimo to, tej powieści nie mam zamiaru stawiać na równi z podobnymi historiami. Czemu? Bo choć rzeczywiście trzyma się znanych nam schematów, ma w sobie coś, co czyni ją wyjątkową. 
Przede wszystkim - styl. Zwykle powieści tego typu kierowane są w zasadzie tylko i wyłącznie do młodszych czytelników, przez co napisane są bardzo prostym, przystępnym językiem. Czarnoksiężnik jest napisany zupełnie inaczej. Jak? Pięknie. Po prostu pięknie. Część tą tłumaczył nasz polski poeta, Stanisław Barańczak, i tą poetyckość, delikatność na prawdę w tej powieści da się zauważyć. Przez to powieść brzmi w uszach jak dzwoneczki, choć czyta się ją nieco wolniej i może nieco ciężej, niż zwykle takie historie. Przy tym wszystkim, Ursula Le Guin opowiada nam historię jakby z boku - taki zabieg sprawia, że dialogów jest niewiele, nie wchodzimy głęboko w głowę i uczucia bohaterów, a obserwujemy ich działania. Taki sposób pisania przypomina mi nieco legendy, które podobnie prowadzą nas przez swoją historię. Czarnoksiężnik jest więc pięknie napisaną baśnią, która jak na baśń przystało jest dość sucha i obiektywna w ocenie czynów swoich bohaterów.
Nie tylko w stylu powieść przypomina dzieła Andresena czy Braci Grimm. Sprytnie wykorzystywane przez autorkę schematy sprawiają, że ma w sobie morały, typowe dla tego gatunku. Z tego powodu, jest to historia o dwóch dnach: jedno, to po prostu historia Krogulca, opowiadająca o jego drodze do zostania czarnoksiężnikiem, druga zaś to opowieść o dorastaniu młodego człowieka. Opowiada o ciekawości świata i dumie młodych; o zawiści, próbie bycia najlepszym i błędach, które z tego opowiadają; o dojrzewaniu i podejmowaniu właściwych decyzji. Nie jest to może coś nadzwyczaj odkrywczego, ale potrafi przywołać sporo nostalgicznych wspomnień i pozwala utożsamić się z głównym bohaterem, przynajmniej do pewnego stopnia.
Przez styl Le Guin i niewchodzenie zbyt głęboko w osobowości bohaterów, nie są oni zbyt rozbudowani. To znaczy, cały czas się rozwijają, mają cechy charakterystyczne i umiejętności, jednak to nie budowa ich głębokich charakterów była głównym celem autorki. Jej postacie mają pokazać nam pewne cechy, które kiedyś mieliśmy, mamy, lub być może będziemy mieć oraz skutecznie wykonać zadania, jakie przed nimi stawia. 
Sama w sobie historia nie jest czymś bardzo zaskakującym - w zasadzie, już na początku możemy mniej więcej przewidzieć, jakie będzie zakończenie. Ale mimo wszystko, czytając tą historię, coś do tych ostatnich stron ciągnie i zmusza, by poznać zakończenie.
Czarnoksiężnik z Archipelagu to na prawdę dobry wstęp do cyklu: pozwala nam poznać młodzieńcze lata naszego głównego bohatera, zżyć się w nim i zakochać w pięknie treści tej historii. Nie sądzę jednak, aby spodobała się każdemu: choć fani fantastyki, tacy z krwi i kości, powinni ją przynajmniej docenić, to osoby przyzwyczajone do historii o bardzo lekkim piórze może najzwyczajniej w świecie zmęczyć. Mimo wszystko, myślę, że nikt, kto po nią sięgnie, aby zapoznać się z treścią tej książki nie będzie żałować. Nie jest długa, a baśniowa otoczka powinna odpowiadać i tym, którzy na co dzień nie czytają fantastyki.




Nomida zaczarowane-szablony