sobota, 30 lipca 2016

Solaris: Szukając kontaktu

źródło
Po Lema planowałam niby sięgać od dawna, ale tak na prawdę cały czas coś mnie od jego książek odpychało. Po moim nieudanym spotkaniu z jego Bajkami Robotów w podstawówce chyba po prostu bałam się po niego sięgnąć, a że nie mam go ani w swojej biblioteczce, ani w bibliotece miejskiej to uznawałam, że mogę przeczytać go później, czy kiedyśtam. W końcu jednak się przemogłam i choć w wersji elektronicznej, to jednak po jego chyba najbardziej znaną pozycje - Solaris - sięgnęłam. I dobrze mi z tym :D Lubię pokonywać swoje słabości tego typu.

Tytuł: Solaris
Autor: Stanisław Lem
Liczba stron: 340
Gatunek: science-fiction

Kris Kelvin ma pomóc w badaniach nad planetą Solaris, jednak już od chwili przybycia na stację badawczą odkrywa, że coś jest nie tak. Jeden z trzech członków załogi nie żyje, a dwójka pozostałych zachowuje się co najmniej dziwnie. Jakby tego było mało ma wrażenie, jakby ktoś poza nimi zamieszkiwał stacje...
Jakie niebezpieczeństwo kryje się przez Kelvinem? I jak ma się do tego olbrzymi, podobno żywy, ocean, pokrywający Solaris?

Moim pierwszym wrażeniem, po przeczytaniu kilku pierwszych stron powieści była myśl: hej, ja wiem co będzie dalej. Znam ten motyw z filmów (jako, że SF nie czytam zbyt często)! Osoba, czy załoga, stacja, albo planeta, która lada moment okaże się mieć w sobie coś strasznego i zabójczego. Tona akcji, niekonieczne sensownej, trochę strachów i elektroniki. Czyli coś, co trawię, ale dość ciężko i zdecydowanie za czym nie przepadam. Styl autora był jednak godny pozazdroszczenia - naprawdę, Lem doskonale operuje swoim rodzimym językiem - poza tym to w końcu klasyka, która zwykle jest schematyczna, dlatego... warto byłoby przez nią przebrnąć, prawa?
źródlo
Jakież było moje zdziwienie, gdy z biegiem czasu fabuła rozwijała się jednak nieco inaczej, niż zakładałam na początku. W swojej powieści Lem porusza przede wszystkim zagadnienie dotyczące kontaktu i możliwości ludzkiego poznania - niezależnie, czy mówimy o tym w kontekście międzyplanetarnym, czy międzyludzkim. Autor stawia przed nami zagadkę do rozwiązania, nie kończąc przy tym historii jednoznacznie. Zadaje nam pytania i nie odpowiada na nie w pełni.
Powieść napisana jest w formie pierwszoosobowej, co przynajmniej mi kojarzy się zwykle z kiepskimi młodzieżówkami. W Solarisie jednak taki zabieg sprawdza się doskonale, bo dzięki niemu wraz z bohaterem powoli coraz głębiej wchodzimy w świat przedstawiony przez autora. 
A jaki jest ten świat? Naprawdę dobrze opisany. Tak, Lem dobrze objaśnia to, jak Solaris działa i o dziwo, jest to... całkiem ciekawe. Nie jestem ogromną fanką science-fiction, te całe planety i mechanika nie przemawiają do mnie zbytnio, ale to przyznać muszę. Pomysł autora na stworzenie planety z takimi, a nie innymi właściwościami jest warty poznania. 
Samych bohaterów powieści mamy czterech. Na ponad trzysta stron powieści to ilość wystarczająca, aby dobrze ich opisać i scharakteryzować, jednak tak naprawdę bliżej poznajemy tylko Kelvina, w którego głowie z resztą siedzimy. Pozostałe postacie służą raczej do stawiania nam pytań i wprawianiu w ruch fabuły, której akcja przebiega jednocześnie... szybko i wolno. Czemu? Bo z jednej strony cały czas odkrywamy nowe wskazówki i jesteśmy utrzymywani w napięciu, z drugiej... tu nie ma wielkich wybuchów i wielkich akcji. Po prostu zagadka, która stawia przed nami filozoficzne rozważania.
No właśnie, filozoficzne. Czy Solaris to ciężka lektura? Nie, jeśli potraktujemy ją jako zwykłą książkę science-fiction, która ma przynieść nam trochę rozrywki. Styl Lema naprawdę nie jest ciężki, choć potrafi być stosunkowo surowy. Jest czysty, bez przekraczania granic moralności, literacki, ładny. Niemniej, przy tym niezanudzający i łatwy do czytania. Innymi słowy, dobry do stosunkowo chłodnego science-fiction, które w moim odczuciu nie chce grać na emocjach tak bardzo, jak fantasy. Bo ten gatunek skupia się na faktach, na mózgu, nie na serduchu i bajkach, które w nim tkwią. Jeśli jednak zaczniemy tą historię rozważać i się nad nią zastanawiać... cóż, wtedy można do przeróżnych rzeczy i faktów się dokopać.  
Jak to jest więc z tym Solarisem? Warto? Nie warto? Jasne, że warto! Ba, nawet trzeba - to w końcu jedna z najbardziej znanych polskich pozycji i myślę, że nawet osoby nielubiące fantastyki powinny się z nią zapoznać, zwłaszcza, jeśli chcą uchodzić za oczytane osoby. Czy jednak wszyscy ją pokochają i będą uwielbiać? Zdecydowanie nie. To ciekawa lektura, napisana doskonale, ze świetnie poprowadzonymi wątkami, ale porusza raczej umysł, nie serducho - a zdaje sobie sprawę, że nie każdy tego w książkach szuka :)

źródło

środa, 27 lipca 2016

Chłopcy 3. Zguba: Cień, co w głowach mąci


Jeszcze nie ochłonęłam po części drugiej, a już miałam za sobą trzecią. Fajnie jest mieć całe serie od razu u siebie :D Niestety, rzadko mi się to zdarza... Ale no nic, trzeba się cieszyć tym co się ma, nie? :D

Tytuł: Chłopcy 3. Zguba
Tytuł serii:  Chłopcy
Numer tomu: 3
Autor: Jakub Ćwiek
Liczba stron: 352
Gatunek: urban fantasy

Dzieci nie można ani na chwilę spuścić z oczu, co Dzwoneczek niewątpliwie potwierdzi.
Cień wkroczył do akcji i, ku zgubie mamy, szykuje dla Piotrusia Pana najlepsze powitanie, jaki Wieczny Chłopiec może sobie wyobrazić. Mąci, pląta i kombinuje tak, aby w końcu Ziemia przestała być nudnym miejscem i aby zaczęła się najlepsza zabawa we wszechświecie. Jak jednak poradzi sobie z tym wróżka? I co na to zamknięci w swoich nudnych, uplecionych przez Cienia żywotach Zagubieni Chłopcy?

Trzeci tom ii... znów, tak jak w przypadku Kłamcy, powieść. Niezbyt długa, a przez liczne wątki - nie ukazująca nam zbyt wiele poczynań konkretnych bohaterów, ale dalej dobra. Tylko... czy tak samo jak poprzednie części?
Nie. A przynajmniej - moim okiem. Czemu? Zaraz do tego dojdę.
Fabularnie jest prosto, trochę ciężej niż w przypadku opowiadań, ale dalej stosunkowo lekko, gorzko, nieco ironicznie. Pomysł Ćwieka jest dobry, dość zaskakujący, ale nie na tyle głęboki, aby nad nim dumać i zastanawiać się całymi dniami. Gwarantuje jednak trochę dobrej, niezobowiązującej zabawy oraz troski o Chłopców i Drugą Nibylandię, która zdecydowanie przeżywa mały kryzys.
Z samych tytułowych bohaterów poza mamą moją uwagę najbardziej zwrócił Kędzior i Kubuś, z resztą, chyba tej dwójki było w tym tomie najwięcej. Relacja między nimi w Zgubie jest nieco inna niż w poprzednich dwóch (czemu? Kto przeczyta, ten się dowie :) ), ale połączenie tak silną relacją postaci dobrodusznego, ogromnego brutala z inteligentnym chłopcem po prostu nie mogło skończyć się źle.
W końcu dane jest nam poznać osobiście Piotrusia Pana. Jest niewinny, na ten dziecięcy, najgorszy sposób, w którym maluch nawet nie wie, że czyni źle i niesłusznie - on po prostu chce się bawić. I tak, naprawdę, tę postać obserwuje się niezwykle przyjemnie, dopóki... autor nie przegina z wulgaryzmami. 
W przypadku tomu pierwszego i drugiego obserwujemy liczne brutalności, słuchamy o licznych zabawach łóżkowych, ba! Nawet je obserwujemy. Ale w trzecim jest tego po prostu trochę za dużo, albo raczej - jest to na tyle kiepsko wpasowane, że przynajmniej mnie wybijało to z rytmu czytania. Bo co nie obchodzi, co Kędzior i dlaczego, i po co robi z kim na boku? Albo w sumie nieznana mi postać? A o ciałach ciągniętych za motocyklami też nie mam większej ochoty słuchać, zwłaszcza, gdy chce wiedzieć, co będzie z postaciami, które naprawdę polubiłam. I tak, tak, wiem - to Chłopcy, oni tak po prostu mają. Ma być wulgarnie i brutalnie. Tylko... chwilami miałam wrażenie, że autor gubił gdzieś poczucie smaku. Może to dlatego, że jestem panią, a ten tekst był pisany pod męską publikę? Może. Ale to nie zmienia faktu, że tym razem było tego trochę za dużo nawet dla mnie, a ja wcale do bardzo wrażliwych osób na takie rzeczy nie należę. 
No jest fajnie no... Kontynuacje trzyma poziom i po ostatnią część sięgnę na pewno. Mam tylko nadzieję, że zakończenie cyklu będzie nieco lepiej wyważone, niż ta część.

niedziela, 24 lipca 2016

Kod Lyoko. Podziemny zamek: Coś dla młodszych


Gdy trafi mi się coś stosunkowo ładnie wyglądającego i na dodatek nie kosztuje dużo, czasem po prostu nie mogę tego nie wziąć ;D I tak też było z poniższą książką, zakupioną trochę przypadkiem w Biedronce. Znacie? Kojarzycie tą pozycje? Podejrzewam, że nie, ale nic dziwnego, sama dopiero przy zakupie dowiedziałam się o jej istnieniu ;P


Tytuł: Kod Lyoko. Tom 1. Podziemny zamek
Tytuł serii: Kod Lyoko
Numer tomu: 1

Autor: Jeremy Belpolis (Pierdomenico Baccalario)
Liczba stron: 272
Gatunek: dla dzieci / science-fiction

Yumi, Ulrich, Odd i Jeremy to czwórka przyjaciół, która odkrywa istnienie zamkniętej w internetowej przestrzeni dziewczynki - Aelity. Próbując ją ratować natrafiają na groźny wirus komputerowy, X.A.N.Ę. Tylko ich nowa koleżanka może go powstrzymać... tylko czy jej się to uda? Jak ma to zrobić? I co najważniejsze, w jaki w ogóle sposób Aelita trafiła do sieci?

Kod Lyoko to seria, która powstała na bazie francuskiego serialu dla dzieci. Sama nigdy nie miałam z nim styczności, nie oglądałam go, jednak... podobno jest całkiem popularny. Dlatego też na jego podstawie stworzona została seria książek, którą ja sama polecałabym dla dzieci w wieku od 8 do może 12, 13 lat? Podziemny Zamek napisany jest ciut łatwiejszym językiem niż np. Złodziej Pioruna. Z resztą, sam wygląd książki świadczy, że nie została ona stworzona dla starszego odbiorcy - litery wewnątrz są dość duże, jak to zwykle przy takich książkach bywa. 
W czasie zakupu moją uwagę do tej książki przyciągnął przede wszystkim jej wygląd. Książka ma obwolutę z bardzo przyjemną dla oka grafiką. Po jej ściągnięciu oczom ukazuje się prosta, acz twarda i fajnie zaprojektowana okładka, a wewnątrz poza zwykłymi nielicznymi obrazkami możemy znaleźć kolorową wkładkę. Naprawdę, ta pozycja prezentuje się bardzo dobrze i uważam, że dlatego nieźle nadawałaby się na prezent.
Jak jednak sprawa mnie się w środku? Hmm... całkiem nieźle, jak na książkę dla dzieci. Nie jest to wprawdzie historia najwyższych lotów, ale dla dziecka? Czemu nie. Powinna się sprawdzić. Historia jest bardzo prosta i dość oklepana jak na science-fiction, nie ma w niej w sumie nic bardzo zaskakującego, ale bohaterowie są przyjemni, stosunkowo wyraźni, a prosty styl powinien młodego czytelnika bez problemu wciągnąć. 
Jedyne, czego się mogę nieco bardziej przyczepić, to... mały chaos w fabule. Autor nieco skacze z teraźniejszości w przeszłość, czasami wrzuca nam krótkie scenki z innych żyć - i to przynajmniej mnie trochę rozpraszało, zwłaszcza, że przez skoki w czasie autor moim zdaniem za dużo rzeczy odkrywa na raz. Wolałabym przeczytać osobną książkę o początku przyjaźni dzieciaków z Aelitą, a osobną o tym, co było dalej... Wszystko byłoby bardziej składne. No ale cóż, może taki rozwój wydarzeń dyktował serial?
Nie mam tu zbyt wiele do dodania. Podziemny zamek to powieść, która spełnia swoje zadanie jako rozrywka dla dzieci, daleko jej jednak do książki wysokich lotów, z której zrobiłby się dziecięcy klasyk. Ale jeśli tylko znacie dzieci, którym by się spodobała, nie bójcie się na nią polować, bo jest całkiem przyzwoita :)

czwartek, 21 lipca 2016

Motywy: Relacje matki i dziecka

Przedstawiam Wam drugi post z serii Motywy. O co w tym chodzi? Jeśli chcecie wiedzieć kliknijcie tutaj, a dowiecie się wszystkiego :)
Nie przedłużając, zapraszam Was do dzisiejszego postu, który przyjrzy się relacji matki i ich dzieci w dziełach, które dane było mi poznać. Przez to, że nie czytam raczej historii obyczajowych prosiłabym Was jednak o inne przykłady poniżej: bo mimo wszystko to one zwykle najbardziej skupiają się na tym motywie.


Thor Hohlebeina
W Thorze autor dość mocno skupił się na postaci Urd oraz jej dzieci. Intensywnie je charakteryzuje, ukazując nam stosunkowo zwyczajną relację matki i jej dzieci. Jeśli więc interesuje Was w miarę zdrowa relacja rodzinna, spokojnie możecie sięgnąć po tą powieść.

Chłopcy Ćwieka
Gdyby nie Dzwoneczek, kto wie, co by się stało z Zagubionymi Chłopcami? Choć przypominają nieco patologiczną rodzinę i choć ich Mama nie jest z nimi spokrewniona, bez wątpienia taką rolę pełni. Jest jedyną osobą, której się słuchają i której bezgranicznie ufają - a na dodatek, wcale nie jest spychana na drugi plan

Złodziej Pioruna Riordana
Percy jest wychowywany przez samą mamę, dlatego bądź co bądź, pełni ona bardzo ważną rolę w jego życiu. Jest dla swojego chłopca najmilszym człowiekiem na ziemi. Dba o niego, troszczy się i pilnuje, aby jej synkowi żyło się jak najlepiej. Szukacie słodkiej, ale niewymuszonej relacji matka-dziecko? Sięgajcie po tą książkę Riordana.


Tehanu Le Guin
Tenar być może nie jest powiązana z Tehanu więzami krwi, jednak to właśnie ona stała się dla tej dziewczynki mamą. Troszczy się o nią i pilnuje, aby rosła zdrowo. Uczy ją i walczy o nią. Poza tym bohaterka ma też dwoje rodzonych dzieci, o których wcale nie zapomina, dzięki czemu w przypadku takiego motywu sprawdzi się znakomicie jako przykład.


Gwiazd Naszych Wina Greena
Co rodzice czują, gdy ich dziecko jest ciężko chore...? Może i rodzice głównych bohaterów są nieco zepchnięci na drugi plan i traktowani raczej razem - ale spokojnie w przypadku tej historii możecie rozważać zachowanie matki, gdy jest postawiona w sytuacji, w której jej dziecku pisana jest śmierć w młodym wieku.


Korona Śniegu i Krwi Cherezińskiej
Może i ta historia nie daje wielkiego pola do popisu, niemniej, i w tym przypadku możemy znaleźć matkę. Jest nią... Ryksa szwedzka. Choć postać - zarówno książkowa, jak i historyczna - umiera młodo, osieracając swoją córkę, to mimo wszystko, matką była. W przypadku Korony możemy też mówić o postaci mamki, jaką była dla małej Ryksy Małgorzata Brandenburska.


Seria Heartland Brooke
Choć mama Amy, głównej bohaterki, umiera już w pierwszym tomie, jest gdzieś tam bezustannie obecna: dziewczyna cały czas ją wspomina. Próbuje naśladować, tęskni za nią. Poza tym, gdyby nie ona, nie powstałoby schronisko dla koni, które prowadzi Amy, jest więc, bądź co bądź, dość istotną postacią.


Pieśń Lodu i Ognia Martina
Cersei, Catelyn Stark, lady Selyse, nawet Dany - w historii Martina znajdziecie ogrom matek, z przeróżnym podejściem do wychowania swoich potomków. Nie ważne, czy chcecie zobaczyć zdrową relacje matki z dziećmi, czy tą nieco bardziej patologiczną, do Pieśni warto zerknąć.



Peonia Pearl S. Buck
Ta historia żydowskiej rodziny żyjącej w Chinach skupia się wprawdzie na relacji Peonii z Dawidem, jednak matka chłopaka jest tu niemniej ważna! To właśnie ona wybiera dla swojego synka przyszłą żonę, poza tym - ma ogromny wpływ na to, co dzieje się w domu. Jest po prostu... prawdziwą gospodynią.


Imperium Feist i Wursta
Główna bohaterka w trakcie trwania całej trylogii zmienia się, ewoluuje - i przy okazji, staje się matką. Choć ma na głowie nie tylko wychowanie swoich pociech, są dla niej niezwykle istotne, co widać szczególnie w niektórych scenach. Ba! W pewnej sytuacji jej synek jest nawet jej jedynym pocieszeniem i motywacją, by żyć dalej...


Wiedźmin Sapkowskiego
Kolejne dzieło, w której matka wcale nie jest spokrewniona ze swoją pociechą. Mowa oczywiście o Ciri i Yennefer. Tu jednak znajdziemy też inne obrazy dotyczące matczynej miłości, m. in. relacje Lwicy z Cintry oraz jej córki. Nie są to już główne wątki historii, ale jednak warto o nich pamiętać :)

poniedziałek, 18 lipca 2016

Chłopcy 2: Bangarang: Kolejna podróż pełna przygód!

Przyznam Wam, że w przypadku Chłopców bardzo przyjemnie wyszukuje mi się tych drobnych różnic na okładkach między starszym, a nowszym wydaniem :D To drobne detale, a jednak zmieniają trochę oblicze książki z zewnątrz. Uważam, że to świetny zabieg w przypadku odnawiania tytułów :D No ale dość już o drobnych edycjach wydawnictwa! Zanim jednak przejdę do recenzji drugiego tomu, zapraszam do mojej opinii na temat tomu pierwszego, którą znajdziecie TUTAJ.
Tytuł: Chłopcy 2. Bangarang
Tytuł serii:  Chłopcy
Numer tomu: 2

Autor: Jakub Ćwiek
Liczba stron: 304
Gatunek: urban fantasy / zbiór opowiadań

Koniec ze Skrótami. Koniec z handlem proszkiem. Czas wyjechać na prawdziwą Drogą i zająć się prawdziwym biznesem, a co za tym idzie - dorosnąć.
Co, oczywiście, w przypadku tak wielkich dzieciaków, jakimi są Chłopcy, wcale nie będzie łatwe...

Drugi tom Chłopców znów okazał się przyjemną lekturą, która poziomem od tomu pierwszego nie odbiega zupełnie wcale. Historie są inne, owszem, ale konwencja, styl i humor nie zmieniły się ani o krztynę. Jest dużo krwi, dużo przekleństw, dużo seksu i ironii. Nawiązań do opowieści o Piotrusiu Panu oczywiście nie brakuje, a choć drugi tom niby zapowiadał się na poważniejszy moim zdaniem wcale taki nie był. To znaczy, owszem, bohaterowie powoli ewoluują, to normalna sprawa, ale poza tym to dalej dobrzy, starzy Chłopcy z części pierwszej :)
W Bangarang moją uwagę zwrócił szczególnie Kubuś - inteligentny, bystry chłopak, który swoją wiedzą zadziwia nawet Dzwoneczka, a toż przecież niezwykle mądra mama. Jest na swój sposób niezwykle uroczy, zwłaszcza w zestawieniu z zupełnie nieogarniętymi Chłopcami, który mimo trzydziestki na karku cały czas knują coś niedobrego. Oczywiście, innym bohaterom nie mam właściwie nic do zarzucenia. Są dość prości, jasno wykreowani, mają zwoje zwyczaje, żarty, nawyki...   I mimo niezbyt przyjemnych warunków, w jakich dorastali, mimo tego całego przeklinania i braku moralności tworzą na prawdę zgraną rodzinę, choć pozornie mogłoby się to wydawać niemożliwe do zrealizowania. Ale ich relacje i więzi na prawdę działają. Kojarzą mi się troszeczkę z Rodziną Adamsów - postacie z tego filmu czy serialu również były specyficzne, z wręcz chorym spojrzeniem na  świat...  ale rodzina była dla nich największą wartością. Tak samo jest w Chłopcach Ćwieka. Jest patologia. Są motory, Zjazdy i mordobicie. Ale mimo wszystko mają swój bardzo silny szkielet moralny, zbudowany na nierozrywalnych, rodzinnych więzach. I to właśnie, w połączeniu z odrobiną baśniowości tworzy wyjątkowy dla tej książki i bardzo fajny z resztą klimat.
To naprawdę nie jest książka dla każdego. Miłe, grzeczne dziewczynki zdecydowanie nie powinny po nią sięgać, bo łatwo mogą się zniesmaczyć. W końcu to książka o mężczyznach głównie, którzy wcale dżentelmenami nie są (choć nie jestem pewna, czy sami by się z tym zgodzili....), a często kobiety nie tego w książkach szukają. Ale wydaje mi się, że każdy, kto ma ochotę na coś kreatywnego i nie boi się odrobiny zboczenia i krwi powinien Chłopców polubić, a i kontynuacja powinna mu się spodobać, bo jak pisałam wcześniej, poziomem od tomu pierwszego ten tom wcale się nie różni.
Nie jest to seria, która na długo mocno zapada w pamięć. Nie porusza dogłębnie, nie uczy w sumie niczego nowego - ale to doskonały sposób dla fana fantastyki aby odpocząć chwilę po czymś stresującym, nie ważne, czy była to szkoła, praca, czy sytuacja w domu, zwłaszcza, że sporo książek z tego gatunku wcale tak dobra do tego nie jest ;)
Na koniec muszę dodać, że o ile zwykle wszelkie dodatki od autorów czytam zwykle dość pobieżnie, to w przypadku książek Ćwieka to nie ma miejsca. Naprawdę miło jest przeczytać parę słów prosto od tego pana, a już na pewno przyjemną czynnością jest przeczytanie kilku jego rymowanych dzieł, które na końcu Banarang się znalazły :D


piątek, 15 lipca 2016

Takeshi. Cień Śmierci: SF o średniowiecznej Japonii

Czytałam tą książkę ponad tydzień. Zdecydowanie zbyt długo... Czemu? Bo trafiła na nieciekawy, maturalny okres, w którym skupiałam się bardziej na nieco innych sprawach, niż książkach. Czasem trzeba, niestety. Oczywiście, nie samo to było powodem mojego rozleniwienia ale... o tym może niżej ;)
Tytuł: Takeshi. Cień Śmierci
Tytuł serii: Takeshi
Numer tomu: 1
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Liczba stron: 460
Gatunek: science-fiction / fantasy

Niegdyś zabójca i Cień Śmierci, teraz Takeshi, wędrowny artysta, próbujący uciec przed przeszłością.
Już miał nadzieję, że mu się udało, że do końca swoich dni będzie wiódł spokojne życie...
Los jednak chce inaczej. Gdy gospoda, w której przebywa zostaje napadnięta, wdaje się w bójkę, nieświadomie napuszczając na siebie Mariko - psychopatyczną córkę gangstera, która gotowa jest umrzeć, szukając godnego jej przeciwnika.

Nie mam pojęcia, czego spodziewałam się po tej książce. W sumie... chyba niczego konkretnego. Po prostu dobrej historii napisanej prostym językiem, z fajnymi zwrotami akcji i bohaterami. Czy dostałam to, czego chciałam?
Tak, po części owszem.
Takeshi to dobrze wykreowany bohater. Idealny zabójca: inteligentny, zmyślny. Nie jest jednak wszechwiedzący, popełnia błędy, które znacząco wpływają na jego los. Mimo to, został doskonale wyszkolony i to w jego postępowaniu widać. Nie jest jak bohaterka Szklanego Tronu, która tylko z nazwy jest zabójczynią. On na prawdę potrafi zabić bez wahania każdego. 
Drugą dość istotną dla fabuły postacią jest Haru - nastolatka, córka wójta, myśląca, że jest księżniczką. Swoim zachowaniem przypominała mi trochę dziewczynę Light'a z Death Note'a i chyba rzeczywiście ma z nią sporo wspólnego. Była czasami irytująca, niemniej, miała w sobie trochę uroku jako postać. Podobnie było z przyjaciółmi Takeshiego. 
Dopóki autorka trzymała się tych postaci, mimo świata, do którego mam kilka zarzutów (o czym napiszę za chwilę), całość w moich oczach wyglądała całkiem fajne. Na prawdę, polubiłam Takeshiego, choć nie został wcale moją ukochaną postacią. Problemem były wszystkie postacie poboczne, którymi Kossakowska próbowała budować polityczną otoczkę, a która mnie po prostu nudziła. Najmniejszy problem stanowiła Mariko, która była po prostu zupełnie psychopatyczną postacią, ale pozostałe... po prostu mnie nudziły i nie miałam najmniejszej ochoty o nich czytać.
A co z tym światem? Cóż, jest świetnie wykreowany. Na prawdę, jest dobry. Kossakowska połączyła japońskie średniowiecze z biostworami, holoobrazami i skuterami, co dało dość ciekawy efekt. Niemniej... o ile na pewno docenią to fani kultury japońskiej, o tyle mnie to połączenie nie do końca pasowało. Nie jestem wielką fanką tego kraju. Owszem, lubię i doceniam, ale wschodnie imiona niekoniecznie są miłe dla mojego ucha, sama kultura jest dla mnie dość obca, a jeśli jeszcze to połączymy z science-fiction, które niekoniecznie uwielbiam.... to wychodzi świat, w który nie mam ochoty się wgłębiać. Ale jak wspomniałam, to tylko i wyłącznie moje preferencje. Fanom Japonii powinien na prawdę przypaść do gustu, bo w to, że Kossakowska nieźle zagłębiła się w temat nie wątpię. 
Jaki jeszcze jest Takeshi? Pełny akcji, nieprzesłodzony, stosunkowo brutalny, choć dalej muśnięty kobiecą ręką. Sposób, w jaki Takeshi został napisany nieco mnie irytował. Z jednej strony mamy sceny walki, z drugiej ciągle zmieniającą się perspektywę, ciągle to uczucie, że książka nie została dopracowana tak jak powinna... Mamy akcje, która skacze z miejsca na miejsce i treści, które niekonieczne są interesujące. Fabularnie wszystko się klei, ma sens, jest logicznie i dobrze przedstawione... ale.. ale.. nie czuje się przekonana do tej książki. Na prawdę nie.
Takeshi spodoba się tym, którzy szukają czegoś brutalnego i tym, którzy lubią wschodnią kulturę. W takiej sytuacji może okazać się fajnym pożeraczem czasu. Ja jednak jestem do tego tytułu nastawiona bardzo sceptycznie... Jest OK, nie nazwę tej powieści złą książką. Ale czegoś mi jednak w niej zabrakło...

wtorek, 12 lipca 2016

Fantastyka dla początkujących

Witajcie :) Dziś kolejny post dotyczący fantastyki... Huh, chyba mimowolnie zrobiłam z tego mały cykl, ale przynajmniej mi tam się taki obrób sprawy podoba i liczę, że Wam też. Tym razem chciałabym Was zaprosić na, powiedzmy, mały tutorial pisany z myślą o tych, którzy do tej pory fantastyki nawet nie tknęli, albo takich, którzy dopiero powoli wdrażają się w świat takich dzieł kultury. Mam nadzieję, że Was to zainteresuje ;)
Po, lub przed lekturą tego postu zachęcam do zapoznania się również z tym postem, jeśli zaczynacie swoją przygodę z fantastyką.

Fantastyka - dla kogo?
Fantastyka jest tak rozległym gatunkiem z tak licznymi odmianami, że każdy powinien znaleźć w nich coś dla siebie, nie zależnie, czy lubi książki kobiece, krwawą sensacje, albo literaturę faktu. Problemem jest... wpadnięcie na coś, co po prostu się danej osobie spodoba. Dlatego mnie osobiście nieco irytują osoby, które widziały parę filmów fantasy, albo SF i uznają, że całość nie jest dla nich, bo to, rzecz jasna, bzdura. Po prostu przez fabułę, albo uraz do gatunku dana osoba nie potrafiła się wciągnąć :) Jeśli więc tylko szukasz ciekawej historii - fantastyka jest dla Ciebie :) Jedynie nie każdy jej rodzaj może przypaść Ci do gustu. Na prawdę, wystarczy się rozejrzeć, aby znaleźć obyczajowe, czy bardzo kobiece historie wśród tego typu literatury, które przez domieszkę nierzeczywistych przedmiotów stają się fantastyką.

Od czego zacząć?
Jak napisałam wyżej, grunt, to na starcie trafić na coś, co Ci się spodoba, a jeśli to się nie stanie - nie zrażać się do całokształtu. Warto zacząć poszukiwanie dobrej fantastyki dla siebie od bezpiecznych i sprawdzonych historii, które mają szansę na spodobanie się dużej grupie osób, dzięki czemu zweryfikujecie, jaki typ przypada Wam do gustu. Jakie są moje propozycje?

Filmowy Władca Pierścieni
O ile powieść Tolkiena może być po prostu trudna i niekoniecznie przyjemna, jeśli ktoś nie jest przyzwyczajony do tego typu historii, o tyle film jest po prostu bardzo dobrze zrobiony i warto po niego sięgnąć. Jeśli się Wam spodoba ta forma, spokojnie możecie sięgać po high fantasy różnego rodzaju, bo zapewne tego typu historie będą wpasowały się Wasze gusta.

Saga Wiedźmińska Sapkowskiego
Lubicie krew, mroczne klimaty, ale przy tym pociągają Was baśnie? Sprawdźcie więc naszą polską klasykę. Nie jest to lekka lektura, owszem, ale jeśli lubicie stylizacje językową nie wątpię, że przypadnie Wam do gustu :) Jeśli to się stanie, warto szukać książek polskich twórców oraz grzebać w na prawdę różnorakiej literaturze high fantasy.


Igrzyska Śmierci Collins, lub seria filmów na bazie jej książek
Jak część z Was pewnie wie, nie przepadam za tą serią, niemniej, jest świetnym startem przygody z fantastyką przede wszystkim dla młodych pań, które lubią przygodę połączoną z romansem. Spodoba się Wam? To szukajcie młodzieżowej dystopii.

Seria Szeptem Fitzpatrick
Jak wyżej, osobiście nie przepadam za tą serią, ale świetnie sprawdzi się jako początek przygody z fantastyką dla młodych fanek romansu. Jeśli się Wam spodoba ta konwencja, warto szukać innych historii z gatunku paranormal romance.

Wywiad z wampirem Rice
Jeśli szukacie czegoś mrocznego, warto sięgnąć po tą książkę, która przedstawia postać wampira w ludzkim świetle, ale przy tym nie jest w żadnym razie słodkim romansem. Przeciwnie! Jeśli się Wam spodoba, grzebcie w dark fantasy, na pewno znajdziecie tam coś dla siebie :)

Grimm City. Wilk! Ćwieka
Propozycja dla fanów kryminału. To urban fantasy utrzymane w mrocznym klimacie może przypaść do gustu wielu osobom szukającym dreszczyku emocji. Spodoba się Wam? To szperajcie w książkach fantasy o tematyce kryminalnej (a jest ich sporo!), lub właśnie w urban fantasy, zależnie od tego, który pomysł spodoba się Wam bardziej.

Harry Potter Rowling - seria książek, lub filmy na jej podstawie
Nie jedna osoba pokochała fantastykę właśnie dzięki temu dziełu. Wydaje mi się, że to najfajniejsza propozycja dla osób młodych oraz tych, które lubują się w zwykłej, obyczajowej literaturze. Co po niej? Albo szperanie w fantastyce szkolnej (a jest jej trochę), albo próba poznania pozostałych gatunków :)

Metro 2033!
Ta znana już postapokalipsa będzie świetnym startem dla osób, które szukają tajemnicy, mroku i czegoś niekoniecznie baśniowego. To na prawdę dobra literatura science-fiction. Jeśli przypadnie Wam do gustu, warto później grzebać w post-apo, albo dystopii :)

Trylogia www Sawyera
Lubisz sensacje? To sięgaj po www! Nie jest zbyt znana, owszem, ale to na prawdę niezła historia science-fiction. Jeśli przypadnie Ci do gustu później szukaj czegoś z tego właśnie podgatunku.

Star Trek, lub Gwiezdne Wojny w wersji filmowej
Nie proponuje serialu w przypadku Star Treka z powodu jego wieku, zaś Gwiezdne Wojny na początku były w wersji filmowej, dlatego od nich raczej należy zacząć. Spodoba Wam się taka tematyka? Sięgajcie po space opery! :)

Zwiadowcy Flanagana
Propozycja dla młodzieży, po którą spokojnie mogą sięgnąć chłopcy. To na prawdę porządna literatura z tego gatunku i osoby, którym się spodoba spokojnie mogą czytać inne młodzieżowe fantasy, albo SF, zależnie od upodobań. 

Oczywiście, to tylko garstka propozycji. Żadna nie przypadła Wam do gustu na tyle, by ją sprawdzić? Piszcie na dole, co czytacie na co dzień - postaram się coś na to zaradzić :)


Co później...?
Czytacie kryminał? To oczywiście, że musicie poznać Sherlocka Holmesa. Czytacie romansy? Głupio byłoby nie przeczytać Dumy i uprzedzenia. Tak samo jest w fantastyce. Jeśli spodoba Wam się ten gatunek po prostu głupio jest nie wiedzieć o co chodzi w niektórych tytułach i nie znać niektórych nazwisk. Co, według mnie, trzeba przeczytać, aby przypadkiem nie wyjść na głupa...?
  1. Opowieści z Narnii C. S. Lewisa - to młodzieżowe fantasy jest piękną baśnią, na tyle jednak znaną, kultową i... starą, że wstyd jej nie poznać.
  2. Władca Pierścieni, Hobbit i Sillmarilion Tolkiena - baza high fantasy bez której ani rusz. Znać trzeba i tyle :)
  3. Ziemiomorze Le Guin - również zaliczane do klasyki fantasy, poza tym szanowane przez filozofów. Z tym cyklem zdecydowanie warto się zapoznać.
  4. Saga Wiedźmińska Sapkowskiego - klasyka polskiej fantasy, obecnie znana na całym świecie... tego obecnie na prawdę wstyd nie znać, jeśli uważacie się za kogoś lubiącego ten gatunek.
  5. Kroniki Diuny Herberta - jestem hipokrytką, bo sama jeszcze się z tym dziełem nie zapoznałam :) Niemniej, jeśli lubicie science-fiction to zdecydowanie trzeba poznać.
  6. Twórczość Stanisława Lema - jak wyżej, jeszcze się z nią niestety nie zapoznałam, ale jeśli lubicie SF: po jego twórczość sięgnąć musicie koniecznie.
  7. Horrory Kinga - nie podam Wam konkretnych tytułów, bo sama nie trafiłam na dobre, niemniej... tego pana po prostu trzeba znać, lub kojarzyć, jeśli jesteście w jakimkolwiek stopniu zainteresowaniu fantastyką. 

Mam nadzieję, że post dla kogoś był choć trochę pomocny, a jeśli nie - ciekawy :) Co Wy zaproponowalibyście na początek przygody z fantastyką? Sami czytacie taką literaturę? Skusicie się na nią? Czy jednak wolicie zostać przy obyczajówkach i kryminałach? 

piątek, 8 lipca 2016

Zbieracz Burz. Tom II: Kończymy i dorastamy!

Przygodę z Zastępami Anielskimi zaczęłam prawie od końca o czym przeczytać możecie tutaj. Link poprowadzi Was do recenzji przedostatniej części serii, a poniżej znajdziecie część ostatnią :) Moja przygoda z historią o Daimonie Freyu dobiega końca, ale oczywiście chce się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami. 
Chce też przypomnieć, że blog żyje tylko połowicznie w chwili obecnej ;) Generalnie chwilowo od siódmej do osiemnastej nie mam nawet dostępu do komputera, ewentualnie - do telefonu, jak mi się chce. Na pewno wrócę w połowie sierpnia, być może nieco wcześniej, ale... cóż, zobaczy się.

Tytuł: Zbieracz Burz. Tom II
Tytuł serii: Zastępy Anielskie
Numer tomu: 4
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Liczba stron: 416
Gatunek: angel fantasy

Daimon Frey ukrył się na ziemi przed okiem swych byłych przyjaciół, pragnących jego zagłady.
Michał totalnie oszalał, zaślepiony chęcią zabicia Abaddon
Lampka próbuje ogarnąć Głębie. Razjel próbuje poradzić sobie z ginącymi członkami Służb Specjalnych. Mod zaś się zakochuje.
A nad wszystkimi wisi pewna straszliwa myśl... czy Burzyciel Światów na prawdę dostał od Jasności rozkaz zniszczenia Ziemi? Czy może to Cień mąci mu w głowie?

Jeśli miałabym wybrać jedno słowo, które opisałoby ostatni tom Zastępów Anielskich niewątpliwie brzmiałoby: dorastanie.
Bo tak, w ostatnim tomie właściwie wszystkie postacie, które dane było nam poznać zmieniają się i ewoluują, zaczynając dostrzegać to, czego nie widziały wcześniej. I choć może wydawać się to nieco nachalne, mnie taki zabieg w żadnym razie nie przeszkadzał.
Mimo ogromnej ilości bohaterów wszyscy zostali w odpowiedni sposób rozwinięci, a ich wątki zostały porządnie domknięte. Oczywiście, nie ma się co spodziewać w tej serii portretów psychologicznych, ale postacie jak były, tak są, porządnie zarysowane. Cały czas ja lubię, uwielbiam i rozumiem, nawet, jeśli mówimy o panu Głębi, Lucyferze. Bo wiecie, tak szczerze, Lucek to na prawdę porządny facet. W historii Kossakowskiej chyba nie ma bohaterów, których bym nie polubiła... Gdybym jednak miała wybierać swoich faworytów w dalszym ciągu byłby to Daimon Frey oraz Pan Tajemnic, Razjel. 
źródło
Autorka w ostatnim tomie zaczęła nieco kombinować z narracją, nieco ją zmieniając. Czy wyszło jej to na dobre...? Trudno mi to ocenić. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, niemniej, wielką fanką zastosowanego przez nią zabiegu (o którym nie będę więcej mówić, aby Wam niczego nie spopoilerować) nie jestem. Muszę jednak przyznać, że niektóre opisy potrafiły mnie nieco nudzić... Na całe jednak szczęście akcja która pojawiała się chwilę później wszystko ładnie nadrabiała.
Zakończenie serii jest dokładnie takie, jakiego się spodziewałam, choć nie powiem, autorka ładnie ubrała wszystko w słowa. Nie czepiam się jego, szczególnie, że sama nie widzę innego rozwiązania dla tego typu historii, niemniej na pewno nie udało się jej mnie zaskoczyć. Jest dobre i takie, jakie powinno być - ni mniej, ni więcej.
Zakończenie Zastępów Anielskich powinno zadowolić sympatyków serii, a inni... cóż, inni nie mają po co sięgać po tą książkę ;) W końcu to ostatni tom. Bez znajomości poprzednich nie ma po co do niego zaglądać. Mimo wszystko, samą serię polecam każdemu, kto tylko czuje się zainteresowany: to dobra, choć dość lekka fantastyka, która na pewno umili wieczór sporej rzeszy fanów tego gatunku. Muszę też przyznać, że seria nieźle sprawdzi się w przypadku pań: bo choć nie jest to najdelikatniejsza historia, to jednak jej autorką jest kobieta, która chyba dobrze wie, jakich postaci chcą inne przedstawicielki jaj płci :D O ile oczywiście czytelniczki nie mają nic przeciwko odrobinie brutalności....

środa, 6 lipca 2016

Szklany Miecz: Progres Aveyard?


Moją motywacją do przeczytania Czerwonej Królowej była jego kontynuacja, czyli Szklany Miecz. Leżał na półce, czekając na swoją kolej, aż w końcu się doczekał. Jeśli interesuje Was moje zdanie na temat pierwszego tomu klikniecie TUTAJ, a wszystkich zainteresowanych zapraszam do mojej opinii o drugiej części z serii :)


Tytuł: Szklany Miecz
Tytuł serii: Czerwona Królowa
Numer tomu: 2
Autor: Victoria Aveyard
Liczba stron: 560
Gatunek: young adult / fantasy

Mare uciekła do pałacu i wraz z Calem dołączyła do Czerwonej Gwardii.
Niestety, współpraca ze swoimi wcale nie jest tak prosta, jak jej się wydawało. Nie każdy chce być jej sojusznikiem, a już na pewno nikt nie ma ochoty stać ramię w ramię z srebrnym Księciem.  Dziewczyna nie ma pojęcia zaś, komu może zaufać.
Mimo młodego wieku, Mare musi stawić czoła rewolucji, spisom oraz samej sobie...

Młodzieżówki mają wiele wspólnych cech. Romans, lekki styl, naiwność oraz... staczanie się jakości tekstu z tomu na tom. Na całe szczęście, kontynuacja Czerwonej Królowej wyłamuje się nieco ze schematu. Aveyard, pisząc kolejny tom, stworzyła coś na prawdę zdecydowanie lepszego od pierwszej wydanej przez siebie powieści.
Rzeczą jasną było dla mnie - i jest - że nie da się naprawić tak zniszczonego nielogicznymi posunięciami uniwersum, jakie autorka książki stworzyła sobie w pierwszym tomie. Został zbyt dokładnie zarysowany, aby Aveyard mogła z nim coś więcej zrobić. Na całe szczęście akcja Szklanego Miecza ucieka nieco od zamku i polityki, dzięki czemu powieść traci trochę irracjonalności, a informacje o tym, jak funkcjonuje cały świat pod względem władzy właśnie odsuwają się nieco w cień. Dzięki temu błędy, jakie popełniła autorka tworząc go, nie są już aż tak widoczne. 
O ile Czerwona Królowa była bajką w zamku, tak Szklany Miecz zmienia się w bardzo schematyczne czytadło, którego przebieg byłam w stanie przewidzieć niemal od razu. Sprawiło to, że miałam wrażenie, jakbym czytała scenariusz do filmu, który miałby powstać na bazie książki, a nie: pełnoprawną powieść. Nie, nie chodzi mi o to, że w historii brakuje opisów, co to, to nie, jest ich akurat ;) Ale na prawdę, nie trzeba wielu zmian, aby z tej książki zrobić kolejny filmowy hit. I choć teoretycznie schematyczność nie powinna być zaletą żadnej powieści, to w tym przypadku taki zabieg po prostu książkę Aveyard uratował. Nie ryzykowała... i chyba słusznie.
Bądź co bądź, Mare dalej jest cholernie irytującą postacią. Wprawdzie może nie aż tak jak w tomie pierwszym, ale jednak... Czemu? Bo w jednej chwili mówi, że np. nie będzie nikomu ufać, a już w kolejnej zdradza wszystkim wokół swoje tajemnice i do wszystkich wokół się przytula. Albo w jednej scence uśmiecha się i bawi, by w drugiej marudzić, że nie, ona już nie jest dawną Mare! Ona już nie potrafi się uśmiechać! Bogowie! Taka dziewucha ma przewodzić powstaniu? Na prawdę?
Oczywiście, kolejną słabą stroną historii był świat przedstawiony. Jak wspominałam, nie da się tego w całości naprawić w kontynuacji... niestety. Przeciwnicy Mare zachowują się jak idioci. Z resztą, Czerwona Gwardia nie jest lepsza. Widać, że autorka ma średnie pojęcie o polityce i taktyce. a przy tego typu historiach taka wiedza niestety bardzo by się jej przydała.
Mimo wszystko, przy niektórych scenkach historia stała się dla mnie takim... guilty pleasure. Nie, nie wszędzie i nie zawsze, niemniej, po prostu w miarę przyjemnie obserwowało mi się relacje Mare i Cala, dopóki oczywiście nasza główna bohaterka nie zaczęła za dużo myśleć i się namyślać, bo to zdecydowanie źle jej wychodziło... No ale cóż, to chyba bolączka większości młodzieżówek. 
Styl autorki sam w sobie jakoś szczególnie się nie zmienił. Jest lekko, jest jasno, jest naiwnie. Typowo młodzieżowo. Nie jest to tekst najwyższych lotów, ale czyta się go stosunkowo przyjemnie,
Tak, Szklany Miecz jest lepszy od Czerwonej Królowej i o ile pierwszy tom przypadł Wam do gustu spokojnie można sięgać po kontynuacje. Nawet, jeśli uznacie, że jest nieco słabszy, to i tak, i tak powinniście być zadowoleni. Daleko temu do dzieła sztuki, mimo wszystko jednak Victorii Aveyard należą się brawa przynajmniej za to, że nie napisała historii gorzej od poprzedniej części, nawet świadomie, czy nie świadomie, próbując ją ratować. 



niedziela, 3 lipca 2016

Autor, czy autorka?

źródło
Często w tagach książkowych rożnego rodzaju pojawia się tak, czy inaczej zadane pytanie, każące wybrać płeć autorów, po których chętniej/częściej sięga odpowiadający. Zazwyczaj widzę odpowiedź: obojętne, albo bez różnicy, ale jednak częściej chyba.... Czy na prawdę jednak to jest to pozbawione różnicy? Wiecie... wydaje mi się, że nie. Płcie mają cechy charakterystyczne, a autorzy to przecież często zwykli ludzie z lekkim piórem, a nie geniusze, dlatego powieści kobiet i mężczyzn różnią się od siebie. Ale w jaki sposób i w jakim stopniu? Sięgając po książkę płci pięknej, lub brzydkiej czego należy się spodziewać?
źródło
Na początek należy się przyjrzeć właśnie cechom kobiet i mężczyzn. Przedstawiciele płci brzydkiej to często umysły bardziej ścisłe. Wzrokowcy, przy okazji bardziej agresywni, ale z drugiej strony - opanowani i nie ukazujący nadmiaru emocji. Kobiety zaś to jeden wielki chaos. Myślą o wszystkim na raz, przy tym często są zdecydowanie bardziej emocjonalne, ale przy tym delikatne. Mężczyzna stawia zwykle raczej na chłodną ocenę sytuacji i logiczny tok myślowy, zaś kobieta nie musi widzieć sensu w czymś, by to lubić. Ot, ładny obrazek. Ładne spodnie. Buty. Pomadka, czy okładka. Ja chcę i tyle, nie ważne, że niekoniecznie w tej chwili tego potrzebuje. 
Oczywiście, generalizuje i opisuje ogół. Należy też pamiętać, że autorzy, pisarze, to bardzo często stosunkowo wrażliwi mężczyźni. Nie, w żadnym razie nie w ten zniewieściały sposób - po prostu to w większości artyści, którzy dostrzegają piękno - w różnorakim tego słowa znaczeniu - bardziej i intensywniej niż inni.
Warto też zwrócić uwagę na relacje damsko-męskie. Nie wiem jak Wy, ale ja widzę wokół siebie pewną zależność. Taka zwyczajna, szara kobieta, czy dziewczyna z jednej strony lubi przebywać w towarzystwie innych kobiet - bo trzeba się wygadać, mieć doradczynię, pójść z kimś do łazienki, albo na zakupy. Przy okazji panie zwykle bardzo szanują i lubią mężczyzn, co przez wzgląd na popęd płciowy jest czymś normalnym i naturalnym. Tak więc, jesteśmy tu dość wyrównane. Zarówno panie, jak i panów potraktujemy poważnie, bo i jedna, i druga płeć zwykle jest u nas na podobnym poziomie. Z mężczyznami jednak jest... nieco inaczej. Przypominam, cały czas mówię o moich spostrzeżeniach :) Panowie lubią spędzać czas ze sobą, bo ile można słuchać plotek kobiet, albo chodzić na zakupy, nie? Z drugiej strony, towarzystwo pań sprawia im przyjemność choćby pod względem wizualnym. Często podbudowuje też ich ego: bo kobiecie można pomóc, przytrzymać drzwi, albo przytulić. Niemniej, zwykle traktują panie jako jednostki którymi trzeba się w jakiś sposób zająć, zaopiekować - znów, to naturalne i normalne (i mi osobiście jak najbardziej odpowiada :P), ale sprawia to, że niekoniecznie traktują ich gadaninę, problemy, czy podejście do świata na poważnie. Często przymykają oko na nasze humorki, albo zgadzają się z nami dla świętego spokoju (bo panie oczywiście do utraty tchu będą się wykłócać).
Jak te cechy mają się do pisarzy?
W książkach autorów znajdziemy częściej więcej brutalności, bezpośredniego podejścia do świata (w tym do tematu seksualności), prostoty, bez jakiś chorych udziwnień. Wszystko jest bardziej logiczne niż w przypadku literatury pisanej przez panie. Z drugiej strony, potrafią - poprzez opanowanie swoich emocji - wypracować bardzo delikatny styl pisania, który przypadnie do gustu paniom. Wszystkie te cechy sprawiają, że panom łatwiej napisać wielkie historie, opasłe tomiszcza, które będą zarówno logiczne, jak i dobre pod względem fabularnym, o ile tylko autor ma odpowiedni warsztat i wyobraźnie. Trudniej tu o jakieś wielkie wpadki. Panowie będą chętnie czytali takie historie właśnie przez brak nadmiaru emocji, panie zaś, jako jednostki lubiące spędzać czas z mężczyznami chętnie wejdą w męski tok myślenia, albo zafascynują się delikatnym, wrażliwym stylem. O ile jednak autor potrafi napisać ładną książkę dla młodzieży, to już z pisaniem literatury scricte dziecięcej mogą mieć spory problem, dlatego o ile się orientuje, takie historie zwykle wydawane są przez kobiety. Brakuje w ich wyobraźni kolorów, emocji, które nadają tym książką trochę magii. Nie są też matkami i choćby z tego powodu trudniej im zrozumieć, czego maluchy chcą i potrzebują.
źródło
Kobiety zaś piszą... przede wszystkim dla innych kobiet. Uwielbiają tematykę krążącą wokół miłości i takiej delikatnej, zmysłowej magii. Przy tym jednak nie potrafią tak dobrze planować i są bardziej chaotyczne, dlatego to właśnie emocjonalność i piękno, a nie logika i fabuła często gra w ich pozycjach główne skrzypce. Mężczyźni zwykle za tym nie przepadają, irytuje ich to, a panie - po prostu taki sposób myślenia rozumieją, utożsamiają ze sobą, przez co chętnie wciągają się w takie historie. Kobiety pisząc tworzą wiec zwykle obyczajówki, czy romansidła, które są kierowane dla pań, lub nastolatek. Często też piszą, jak już wspomniałam wcześniej, literaturę dziecięcą i sprawdzają się w tym znakomicie. 

Jasne? Podejrzewam, że tak, ale w razie czego wyjaśnię wszystko na zasadzie konkretnych książek. Znacie, choćby ze słyszenia, Pieśń Lodu i Ognia Martina, prawda?  Historia bardzo dobrze zaplanowana, ale pisana w sposób nieco trudny, bo z jednej strony bardzo konkretny i surowy, ale z drugiej - zagmatwany. W końcu przy takiej ilości wątków trudno, by było inaczej :) W Polsce pani Cherezińska wydała Koronę Śniegu i Krwi, przez sporo osób okrzykniętą lepszą od powieści Martina. Czy jest lepsza? Nie. Jest inna, przynajmniej według mnie. Książka Cherezińskiej jest po prostu ładna, bardzo ładna wręcz. Oczywiście, napisana bardzo dobrze pod względem fabularnym, ale z dającym się wyczuć dotknięciem kobiecej ręki. Z opisami, których w życiu nie stworzyłby mężczyzna, co widać zarówno w opisach przyrody, jak i we fragmentach dotyczących miłosnych uniesień. 
Weźmy również Greena i jego Gwiazd naszych winę oraz panią Becce Fitzpatrick i jej Szeptem. Jak pewnie wiecie, nie przepadam ani za jedną, ani za drugą pozycją, niemniej, nie o to tu teraz chodzi :) Tak, to zupełnie różne historie. Jedna jest obyczajowa, druga - to paranormal romance. Mimo to, doskonale widać tu różnice płci! Powieść Greena owszem, jest delikatna i przesłodzona, ale w miarę konkretna i logiczna. Szeptem zaś bazuje przede wszystkim na emocjach bohaterki, a w fabule często brakuje logiki.

źródło
Kogo ja sama wolę? Autorów, czy autorki? Oczywiście, zależy, ale raczej skłaniałabym się ku panom. Lubię wiele piszących pań. Kossakowska pisze na prawdę świetnie, raczej unikając nadmiaru emocji i typowych dla kobiet opisów, przy tym prowadząc męskich bohaterów tak, jak trzeba, by móc do nich czasem westchnąć. Cornelia Funke pisze przepiękne historie dla dzieci - uwielbiam jej Atramentowe Serce i bardzo lubię Króla Złodziei. Le Guin? Mądra kobieta, filozof, która świetnie łączy logicznie myślący umysł z typową dla płci wrażliwością. Albo Ayn Rand - kobieta konkretna, wyzwolona wręcz, bo u niej emocji wielu nie znajdziecie :) Niemniej, mężczyznom ufam bardziej. Wiem, że nie dostanę u nich biadolenia o tym, jak bardzo ich bohater chce się zakochać, wiem, że historia będzie miała w miarę logiczny sens.... bo z paniami bywa tu różnie ;D Poza tym książki kobiet częściej są średnie - ot, takie zwykłe, nie wybijające się. Nawet, jak logika się nie klei, to przynajmniej opis będzie ładny. Niby na co dzień fajne, ale często łatwiej się je zapomina. A panowie... cóż, chyba częściej zdarzają im się totalne porażki... ale i w tą drugą, dobrą skrajność zdarza im się wpadać częściej ;) A chyba wolę aby książka mnie porządnie wkurzyła, lub zadowoliła, niż była gdzieś tam pomiędzy - przynajmniej nie jest nijaka.
Choć oczywiście, najważniejsze kryterium to nie płeć, a warsztat konkretnej osoby. Jak będzie na wysokim poziomie - ta po prostu przestaje się liczyć. Wydaje mi się, że przy wyborze lektury liczy się przede wszystkim w chwili, gdy mamy do czynienia z takim szaraczkiem, średnio znanym pisarzem, po którego sięga się czasem z nudów, w poszukiwaniu chwili wytchnienia.

A Wy? Czyje historię częściej wybieracie? Jakie podejście do życia jest wam bliższe i które wolicie?

źródło
Nomida zaczarowane-szablony