Sprawdź recenzję: https://fantastykacodzienna.pl/2017/03/31/pisac-skutecznie-recenzja/
▼
piątek, 31 marca 2017
środa, 29 marca 2017
O mój Boże, nie piszę podsumowań!
Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Drewniany Most wyróżnia się nieco na tle innych blogów o zbliżonej (i nie tylko) tematyce. I nie, nie przez to, że ja jestem tak cudowną i wyjątkową osobą (chociaż to też! <3), a przez to, że gdy na innych stronach pojawiają się podsumowania, konkursy i życzenia u mnie pod tym względem jest dość pusto. Dlaczego? Po części przez mój spaczony światopogląd :D Post nie jest tłumaczeniem się, w żadnym razie! Chcę Wam po prostu pokazać moją opinię na pewne tematy.
Jak
zauważy lam po postach na blogu największą popularnością cieszą się nie tyle,
co recenzje, a posty okołoksiążkowe, z przemyśleniami, albo takie, które
zbierają różne dzieła kultury o jakimś konkretnym temacie. Nie dziwię się temu:
mnie samej łatwiej jest coś przeczytać i skomentować, gdy wiem o czym mowa, a
przecież nie znam wszystkich książek, dlatego takie luźniejsze posty są
łatwiejsze do napisania czegoś pod spodem. Czemu jednak robię stosunkowo mało zwykłych postów? Takich, jak robi większość? Już wyjaśnię Wam
po kolei!
Podsumowania miesiąca/roku
Na
DM posty zwykle pojawiają się z pewnym opóźnieniem – to po pierwsze. I szczerze
mówiąc, nie mam ochoty bawić się w podsumowania, zwłaszcza, że sama odbieram je
jako dość nudny typ wpisu. No bo co mnie, do cholery jasnej, obchodzi ilość
książek przeczytanych w miesiącu przez kogoś?
By
nie było, rozumiem, że fajne są takie porządki i podsumowanie dla samego siebie
i często takie posty też komentuje. Tyle, że nie czuje potrzeby, by takie rzeczy robić. Ani nie jest to
potrzebne Wam, ani mi: jeśli zaś ktoś chce wiedzieć ile czytam miesięcznie
wystarczy wejść na mój profil na Lubimy Czytać, do którego macie dostęp ;)
TOPki i oceny 1-10
Literatura nie jest „od-do”. Uważam, że nie da
się obiektywnie wyłonić najlepszych książek miesiąca, czy roku, tak samo, jak
nie da się w ten sposób ocenić książkę od 1 do 10. Bo to, co jest dobre wśród
literatury młodzieżowej, nijak będzie miało się do literatury dla dorosłych,
albo książek z zupełnie innego gatunku. Przy tym oceny punktowe (które na
Lubimy Czytać wystawiam dla własnej wygody) nie oddają tak naprawdę tego, co
sądzę o książce. Choć chętnie czytuje więc posty z wyborem TOP książek
roku/fantastycznych/wpisz jakiekolwiek, bo to mówi mi coś o autorze bloga to
jednak uważam to za nieco bezcelowe :D Podobnie jest z ocenami punktowymi: niby
czasem pomagają mi na szybko ogarnąć, co dana osoba o książce myśli, ale wiem,
że to bardzo subiektywne i stosować czegoś takiego u siebie nie mam zamiaru.
Życzenia świąteczne
Jedna
z moich najstarszych filozofii mówi,
że jeśli ktoś mi życzy dobrze to życzy mi dobrze cały czas, a jeśli ktoś mi
życzy źle, to lepiej, by mi na siłę nie mówił miłych rzeczy. Nie uważam więc,
by taki czyn był czymś potrzebnym, a więc nie lubię tego robić. Nie przepadam
też za składaniem mi życzeń. Unikam tego... i tyle. Ale nie dlatego, że kogoś
nie lubię, albo kogoś nie szanuje :D
Tagi
Jak
wiecie, gdy zostaję nominowana – wykonuje tag. Ale sama z siebie raczej ich nie
robię. Czemu?
Po
pierwsze, pytania raczej się powtarzają i na prawdę nie chce mi się po raz
tysięczny odpowiadać na to samo. Zwłaszcza, jeśli pomiędzy nie przeczytałam
zbyt wiele i nie mogę wrzucić tam nic innego.
Po
drugie: ich i tak jest na blogach za dużo. Po co mam więc zaśmiecać swojego
bloga, w chwili, w której mam Wam do pokazania tyle (moim zdaniem) ciekawszych
rzeczy? :D Chcecie tagów? Znajdziecie ich tonę w internetach.
Stosiki
Chyba
w życiu nie zrobiłam typowego wpisu tylko o tematyce stosikowej ;) Głównie
dlatego, że nie liczę, ile książek przybyło do mnie w ciągu miesiąca. Nie
planuje co przeczytam i nie wypisuje sobie, co kupiłam, a gdy coś pożyczam to
dość szybko to oddaje. Poza tym posty tego typu byłyby bardzo krótkie. Gdybym
pisała podsumowania pewnie łączyłabym je z tego typu postami, a że nie robię...
to uważam, że więcej z tym zachodu, niż pożytku, bo tego typu treść do mojego
bloga nic nie wnosi.
poniedziałek, 27 marca 2017
Vertical: Dawno nie czułam się tak pusto
Recenzja przeniesiona na Fantastykę Codzienną: https://fantastykacodzienna.pl/2017/03/27/vertical-recenzja/
sobota, 25 marca 2017
8 powodów by obrabiać zdjęcia!
Spotkasz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Przygotowałam
dla Was dziś dość niezwykły post, bo taki, który pokazuje moje zdjęcia przed i
po obróbce. Większość z nich pojawiła się na Drewnianym Moście i informacje o
tym, kto jest na zdjęciach znajdziecie klikając etykietę „Zdjęcia”, albo
wchodząc na mój fanpage ze zdjęciami :)
Nie
bez powodu wrzucam dziś takie zestawienie. Wiem, że sporo osób, które zaczynają
z fotografią, albo nie robią zdjęć często uznają, że obróbka nie jest
potrzebna. Niestety, prawda jest taka, że dziś bez niej fotografie po prostu „nie
wyglądają”. Są trochę jak... dziewczyna bez makijażu i dobranego stroju: jasne,
jest ładna, ale wystarczyłoby parę muśnięć pędzla oraz dopasowana sukienka, by
naprawdę zaczęła błyszczeć :) Obróbka dodaje zdjęciom głębi i koloru, dzięki
czemu często łapią za oko i mają w sobie „to coś”.
Oczywiście,
drugi powód dla którego stworzyłam ten wpis jest banalnie prosty: uwielbiam
patrzeć na zdjęcia przed i po (zwłaszcza moje... :D) i chce się z Wami nimi
podzielić, bo mogę!
Jak
widzicie to zdjęcie przede wszystkim bardzo mocno zyskało na wyrazistości.
Obrabiając je mocno rozjaśniłam włosy modelki po prawej, tak, by lepiej
wpasowywała się w klimat delikatnej kapłanki. Z tła usunęłam latarnie, która
psuła nieco średniowieczny wygląd zdjęcia. Mocno podkręciłam kolory: teraz
widzę, że przegięłam trochę z samym dymem, jednak poza tym efekt bardzo po się
podoba. No ludzie, czy Wy widzicie, ile na tym zdjęciu się dzieje? :D
Dziewczyny cudownie zapozowały.


Kolejne
zdjęcie „robi” tło: w czasie jego obróbki miałam fazę na kolory wszędzie, a w
tym przypadku w cudowny sposób dodały mu magii. Jest też dużo bardziej
wyraziste: przyciemnione brzegi oraz rozjaśniona twarz modelki sprawiają, że
łatwiej jest skupić się na tym, co jest tu najważniejsze.
Ta
fotografia to mój absolutny hit, jeśli chodzi o obróbkę. Byłam absolutnie
pewna, że z tego zdjęcia NIC nie będzie. Zaczęłam obrabiać i... hej, to
zadziałało! Zdjęcie wyprostowałam, zdecydowanie przyciemniłam, próbując zrobić
z dziennego zdjęcia noc i wyszło naprawdę ciekawie. Wprawdzie teraz pewnie nie
dałabym do niego aż tyle niebieskiego, ale w dalszym ciągu uwielbiam to, co
zrobiłam z tą pracą :D
Kadr
już sam w sobie był prześliczny. Po wykadrowaniu, podbiciu kolorów, dodaniu
winiety, by oko widza skupiło się na postaciach moim zdaniem wyszło naprawdę
magicznie. Tu dużo do roboty nie było :)
To
zdjęcie to sporo roboty z wymazywaniem. Musiałam zakryć białą koszulkę modelki,
poza tym wyczyściłam też lampę, wykadrowałam je i głównie bawiłam się kolorami.
Moim zdaniem tu „efekt wow” nie jest aż tak widoczny: mogłam nieco bardziej
zwrócić uwagę na główną postać.
Przy
zdjęciach cosplayowych często trudno obrobić zdjęcia „troszkę” co widać
doskonale na przykładzie tego: zupełnie zmieniłam balans kolorów tła, tak, by
bardziej pasowało do sytuacji. Jak zwykle przy obróbce wyciągnęłam postać na
pierwszy plan. Przy tej sesji zwracałam też uwagę na gemy, których kolory dość
mocno nasyciłam (patrz: ten przy pasie).
Z
tym zdjęciem jest tak, jak w przypadku tym z koniem: nie trzeba było wiele, by
zaczęło wyglądać. Przede wszystkim nasyciłam je, dodałam mu głębi przez winietę i nieco
pomajstrowałam z kolorami.
W
tym przypadku moją największą zmorą były małe oczy modelki, które próbowałam
wyciągnąć jak tylko się dało, tak, by nie ginęły w jej twarzy. Oczywiście,
zmieniłam też kolorystykę tła, tak, by pasowała do reszty sesji i była bardziej
klimatyczna.
czwartek, 23 marca 2017
Jądro dziwności. Nowa Rosja: Ktoś tu chyba przesadził z hejtem
Recenzje na temat tej ksiązki znajdziesz tu: https://fantastykacodzienna.pl/2017/03/23/jadro-dziwnosci-recenzja/
wtorek, 21 marca 2017
Po dwóch stronach barykady: fantasy i science-fiction
Teraz znajdziesz mnie tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Fantasy
i science-fiction – te dwa główne nurty fantastyki zwykle dzielą fanów tego
gatunku na dwie strony: na tych od baśniowego świata i tych od nierealnych teorii dotyczących technologii. Który jest lepszy? Który lepiej wybrać, by nie zrazić się do tego gatunku?
Dzisiejszy wpis tworzę przede wszystkim z myślom o tych, którzy z fantastyką nie mają wiele wspólnego, ale chcieliby zainteresować się tematem i nie wiedzą, który z tych podgatunków wybrać dla siebie oraz oczywiście także dla całej reszty, która tylko ma ochotę ten tekst przeczytać :)
Dzisiejszy wpis tworzę przede wszystkim z myślom o tych, którzy z fantastyką nie mają wiele wspólnego, ale chcieliby zainteresować się tematem i nie wiedzą, który z tych podgatunków wybrać dla siebie oraz oczywiście także dla całej reszty, która tylko ma ochotę ten tekst przeczytać :)
Większość
z Was raczej nie ma problemów z rozróżnieniem który gatunek o czym traktuje, ale w razie czego wyjaśnię to pokrótce. Fantasty to świat magii, niewyjaśnionych zdarzeń, różnorakich wierzeń; to magowie,
elfy, skrytobójcy, alchemicy i królewny; to smoki, wielcy wojownicy oraz
opowieści nawiązujące do tych arturiańskich. Science-fiction zaś to statki
kosmiczne, kapitanowie, badacze, inne planety i sztuczne inteligencje. Obydwa
często traktują o tym samym, ale jednak z nieco inny sposób. Fantasy próbuje
obudzić w nas dziecko, science-fiction badacza, który chce poznać kosmos. I to
właśnie należy wziąć pod uwagę, wybierając po który z tych gatunków chce się
sięgnąć na początek.
Pamiętajcie oczywiście, że obydwa gatunki mogą się mieszać i przenikać: to dziś bardzo popularne zjawisko :)
Osobiście
wole fantasy, aczkolwiek ostatnio przekonałam się nieco i do science-fiction:
wprawdzie cały czas na nie uważam, ale potrafię je docenić i zrozumieć. Dziś
jednak nie o mnie, a o tym czym się te nurty charakteryzują.
To,
czy dzieciaki wolą SF, albo fantasy często wynika z tego, co po prostu ich
rodzice mieli na półce: wiem, że kiedyś mówiło się, że jeśli dzieciak miał na
półce Tolkiena, albo Sapkowskiego to był fanem tej bardziej baśniowej odmiany
fantastyki, a jeśli Lema – tej naukowej. Niemniej, jakoś tak wychodzi, że
młodzi czytelnicy mimo wszystko częściej wolą fantasy. I nie bez przyczyny!
Fantasy
jest zdecydowanie lżejszym podgatunkiem. Tu dozwolone jest dosłownie wszystko.
Czasami logika nie jest potrzebna, aby stworzyć niezłą historię; są kolory,
jest akcja, są rycerze i królowie. Łatwiej jest więc i przeczytać fantasy, i je
napisać. Częściej ma pozytywny wydźwięk; rzadziej próbuje pouczać.
A
science-fiction? Po pierwsze, dobra książka z tego gatunku odnosi sie do nauki:
do praw fizyki, do astronomii, do elektroniki. Bardzo dokładnie wyjaśnia zjawiska
zachodzące w świecie. Przy tym częściej porusza trudniejsze tematy: książka science-fiction
często wynika z obserwacji autora, który w swojej historii umieszcza wizje
naszego świata w przyszłości. A te wizje zwykle nie są pozytywne, przeciwnie.
Potrafią więc irytować, potrafią nam na dłużej zostać w głowie i potrafią nas
zasmucać. Przy tym czytelnik musi być do pewnego stopnia obeznany z naukowym
żargonem, aby taką książkę zrozumieć. Trudniej też napisać dobre SF: jeśli
autor nie ma pojęcia o technologii to raczej istnieje marna szansa, by napisał
coś dobrego, przy tym tu wymówki pokroju bo
jednorożce tak chciały już raczej się nie sprawdzą.
Fantasy
jest więc literaturą dla osób, które szukają czegoś mniej zobowiązującego;
czegoś lekkiego i przyjemnego. SF zaś to książki dla tych, którzy szukają
mocnych wrażeń i mocnych przemyśleń. Uwierzcie mi, że łatwiej jest znaleźć
dobre fantasy, zwłaszcza młodzieżowe, niż science-fiction ;) Napisanie przynajmniej
porządnej (a nie – dobrej!) książki w tym gatunku to nie lada wyzwanie dla
autora.
Niestety, nieco inaczej ma się sprawa związana z filmem. O ile sam klimat gatunku dalej zostaje (fantasy – lekka bajka, SF – większa powaga) to jednak łatwiej jest stworzyć dobrze wyglądające science-fiction, niż fantasy. Czemu? Sprawa jest banalnie prosta. Kręcimy space opere: robimy obcisłe wdzianka, proste fryzury, tworzymy studio wyglądające jak statek kosmiczny, w którym dzieje się połowa akcji, a resztę albo też kręcimy w studiu, albo szukamy lasu/bagien/pustyni, nieco przerabiamy to w komputerze i już mamy fajnie wyglądający film. A fantasy...? Ten gatunek przecież trzeba niemal w całości wygenerować komputerowo; same stroje są bardziej wymyślne. Musimy stworzyć projekty świata, gatunków ludów i zwierząt. Magia wymaga także większej ilości ingerencji: tu nie wystarczy żelatynowa maź udająca pozostałości po kosmitach. To sprawia, że nawet jeśli powstaje jakiś film z tego gatunku często wygląda kiczowato. W przypadku ekranizacji książek częściej rezygnuje się z niektórych elementów. Fantasy traktowane jest po łebkach w chwili, w której science-fiction radzi sobie doskonale, czy to w formie lekkiego Star Treka, czy mrożącej krew w żyłach Ex Machiny.
Oczywiście,
mamy także gry z obydwu gatunków i choć wydaje mi się, że tu ich szanse są ich
wyrównane to pozwólcie, że więcej pisać o tym nie będę, bo najzwyczajniej w
świecie się nie znam :) Ale wspominam o tym, by nie było, że o tym środku
przekazu zapomniałam.
A
więc, już podsumowując: fantasy to bajki, SF to powaga. Osobiście na początek
zabawy z fantastyką jestem bardziej skora do polecania fantasy, aczkolwiek
wiem, że właśnie przez stawianie na logikę w science-fiction ten gatunek wielu
odpowiada. Obydwa gatunki mogą stworzyć wspaniałe historie i obydwa mają
olbrzymie możliwości – pozostaje tylko kwestia gustu odbiorcy. Który z tych
gatunków więc wybieracie i dlaczego? :)
sobota, 18 marca 2017
czwartek, 16 marca 2017
13x Studia
Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Dzisiejszy
post „wciskam” pomiędzy istniejące, bo uważam, że temat jest na tyle błahy, że
nie chcę z niego robić pełnego wpisu na trzy dni, a jednak... ten temat chodzi
za mną od dłuższego czasu :) Jak część z Was wie od października studiuje. Nie
mieszkam z rodzicami (a przynajmniej nie na co dzień) i mój styl życia uległ do
pewnego stopnia zmianie. Z tej racji chce się Wam podzielić kilkoma spostrzeżeniami/radami/punktami,
które w jakiś sposób mnie zaskoczyły, zdziwiły, albo po prostu myślałam, że
jest trochę inaczej, albo – że to tylko mit. Mam nadzieję, że taki luźniejszy
wpis się Wam spodoba, ale uprzedzam: sporo punktów będzie traktowało o jedzeniu
(bo w końcu mogę robić w kuchni co chcę, a nie patrzeć na co, co kto lubi w
domu :D).
1. Praca w grupie na studiach bardzo
ułatwia życie: jeśli mój rok byłby mniej zgrany,
prawdopodobnie szybko bym nie wyrobiła, serio! O ile w szkole na klasową
facebookową grupę prawie nie zaglądałam, tak teraz jest to moja rutyna.
Dzielenie się zapiskami z wykładów to standard, a łatwiej jest, gdy nie wszyscy
muszą czytać tekst, bo akurat w danym tygodniu ktoś inny ma więcej czasu i
zrobi sobie notatki, wrzucając na grupę (bo skoro ma i on, to nich inni mają).
To oszczędza masę czasu i bardzo pomaga w nauce.
2. Pracownicy uczelni zwykle lubią to,
co robią. Nawet, jeśli kogoś nie lubisz to zwykle widzisz, że
ta osoba w tym siedzi, to zna i to do jakiegoś stopnia lubi, co sprawia, że
przetrawienie przedmiotu jest łatwiejsze. Przynajmniej u mnie tak to wygląda.
Wiem od znajomych, że nie jest tak wszędzie, ale zdecydowanie bardziej
odpowiada mi energia „nauczycieli” z uczelni, niż tych ze szkoły.
3. Jesteś nikim. Zapamiętaj, a może
coś osiągniesz. Serio, wbicie sobie do głowy zasady, że
dla pana doktora, albo profesora jesteś idiotą, który nie wie nic zdecydowanie
ułatwia życie, zwłaszcza, gdy nikogo nie znasz. Nie ważne, jakie masz
doświadczenie, życie rodzinne, prace i inne takie. Nie wywyższaj się, bądź
grzeczny i potulny, z czasem dopasowując zachowanie do konkretnego wykładowcy,
rzecz jasna. Takie podejście bardzo pomaga.
4. Zawsze trafi się ten wredny, który
będzie chciał zajść ci za skórę. Z tym trzeba się
pogodzić, zacisnąć zęby i po prostu nie odpuszczać. Chyba na każdej uczelni
jest przynajmniej jeden wykładowca, który po prostu nie będzie miał ochoty ze
studentem współpracować i tyle. Nie przemówisz do rozsądku, nie dogadasz się,
masz grać jak Ci zagra i zaakceptować to, chyba, że chcesz wylecieć ze studiów.
„Bycie nikim”, wykonującym rozkazy od A do Z w takiej sytuacji szczególnie
pomaga.
5. Jeśli ze współlokatorami wszystko
gra, stancja to całkiem przyjemne miejsce. Zwłaszcza,
jeśli – tak jak mam ja – raz w tygodniu ktoś zatrudniony przez właściciela
sprząta części wspólne. Bo niby jesteś z dorosły i odpowiedzialny, ale
właściwie nie płacisz za mieszkanie i niczym poza gotowaniem i posprzątaniem
pokoju nie musisz się martwić. Zakładając oczywiście, że sytuacja finansowa
Twojej rodziny jest stabilna.
6. Gotowanie samemu wymaga
kreatywności, jeśli nie chcesz cały czas jeść tego samego. I
dlatego Bogu niech będą dzięki za blogi kulinarne, bo pomysły skądś czerpać
trzeba.
7. Skoro
już o gotowaniu mowa odkryłam, że
zdrowie jedzenie nie jest dla mnie, nie w standardowym znaczeniu: nigdy nie
lubiłam owsianki, a wypróbowane przeze mnie kasze przyprawiały mnie o mdłości.
Nie, nie, mam zamiaru się zmuszać do jedzenia tego. Najpierw ma być smacznie,
potem zdrowo.
9. W moim rodzinnym domu Nutella
pojawia się rzadko, bo po jednym dniu z całego słoika nie
zostanie nic: każdy boi się, że dla niego nie starczy i je jej ile wlezie.
Teraz odkryłam, że gdy mam ją dla siebie jest doskonałym ratunkiem w chwili, w
której nie mam nic „do chleba” na uczelnie (a ja latam zawsze z kanapkami z
przyzwyczajenia :D), a duży słoik wystarcza mi nawet do 2-3 miesięcy. Wow, no
nie?
10. Nie
wiem czemu, ale tu łatwiej mi zadbać o
rutynową pielęgnację, zwłaszcza twarzy: raz
tygodniu robię sobie małe spa co
i mi, i skórze bardzo odpowiada :)
11. Brakuje mi... toaletki i własnej
łazienki. To chyba dwie rzeczy za którymi najbardziej
tęsknie, zwłaszcza, że gdy akurat MUSZĘ do toalety ktoś jak na złość siedzi tam
dwie godziny i rozmawia przez telefon. Nie powiem, to mały szok, zwłaszcza, że
w domu rodzinnym toalet mamy aż trzy (WC na piętrze bez prysznica, duża toaleta
i toaleta rodziców) i nigdy aż trzy nie są zajęte.
12. Tęsknię też trochę za pieczeniem.
Dla dwóch osób, niestety, nie opłaca mi się piec, bo i tak tego nie zjemy, a
jednak ciasta kosztują parę groszy :
13. Kojarzycie
te historyjki o uzdolnionych dzieciach będących w specjalistycznej szkole z
internatem, które przynajmniej ja uwielbiałam jako dziecko? Tak? Ja się na
uczelni czuje właśnie jak w jednej z takich szkół, tyle, że w wydaniu bardziej
rzeczywistym :D Przedmioty w końcu są po coś, mają jakiś konkretny cel, a
wykładowca często ma dużo większy kontakt z „uczniem”, niż w normalnej szkole.
Robi się konkrety i jest... po prostu bardziej sensownie, mimo, że nie jest to
aż tak duży przeskok (przynajmniej u mnie) w ilości wiedzy i innych takich jak
tego można byłoby się spodziewać.
Cóż,
tak to mniej więcej wygląda u mnie :) A Wy? Jak wyglądają/wyglądały Wasze
studia, albo jak myślicie, że będą?
wtorek, 14 marca 2017
Sprawdź recenzję na Fantastyce Codziennej: https://fantastykacodzienna.pl/2017/03/17/klatwa-tytana-recenzja/
niedziela, 12 marca 2017
Nie taki diabeł straszny... - o literaturze naukowej
Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Literatura
naukowa. To brzmi tak odlegle, mądrze i trudno, czyż nie? Nie ma tu nic z
zabawy, nie ma tu nic z rzeczy fajnych, lekkich, przyjemnych. Ona zwykle nie
kusi ani okładkami, ani skojarzeniami. Tyle, że mimo tego czasem naprawdę warto
po nią sięgnąć.
Nim
przejdę do rzeczy chce wyjaśnić drobną rzecz. W poście pisze głównie o literaturze
naukowej, ale nie tylko ją mam na myśli. Do moich rozważań po części zalicza
się także literatura popularnonaukowa, z tym, że po prostu do niej podchodzę
bardzo ostrożnie: dużo łatwiej jest zaliczyć wpadkę z takimi pozycjami; choć
przyjemniej się je czyta mogą zawierać więcej błędów i najzwyczajniej w świecie
uważam je za mniej pewne.
W
październiku 2016 na Drewnianym Moście pojawił się wpis, w którym tłumaczyłam,
dlaczego czytanie nie jest czynnością nadzwyczajną i wcale nie ma na nas aż tak
pozytywnego wpływu, jak próbuje się nam wmówić (post znajdziecie TUTAJ).
Musicie jednak wiedzieć, że jest pewna grupa książek, która rozwija właściwie zawsze i
to w dużym stopniu – mówię tu właśnie o literaturze naukowej.
Czemu warto sięgnąć po coś tak nudnego?
Literatura
naukowa zwykle nie jest prosta, jeśli jednak interesujecie się jakimś tematem
uważam, że wręcz konieczne jest sięgnięcie po nią. Książki tego typu zawierają
taką ilość wiedzy, jakiej nie znajdziecie w żadnym filmie, ani w żadnej
opowieści; żaden człowiek nie będzie też w stanie na żywo przekazać Wam takiej
ilości informacji. To z konkretnych, naukowych prac czerpie się najwięcej rzetelnych
informacji.
Jakby
tego było mało książki tego typu wzbogacają nasze słownictwo. Dzięki nim uczymy
się żargonu z danej dziedziny, a rozumienie większej ilości słów wbrew pozorom
naprawdę przydaje się w życiu.
By
je czytać, trzeba najpierw nauczyć się to robić
Niestety,
książki naukowe mają jedną, dużą wadę: nawet oczytany człowiek nie musi umieć
ich czytać. Właściwie przy nich uczymy się czytania od nowa: musimy być
bezustannie skupieni, rozumieć każde słowo a czasem pominięcie
nudnej strony może skończyć się złym zrozumieniem całokształtu pracy. Dlatego
tak ważne jest, by dobierać tego typu literaturę zgodnie ze swoim poziomem
wiedzy oraz zgodnie ze swoimi zainteresowaniami.
Gdy
zaczniesz je czytać, szybko zauważysz różnice!
Jak
już pisałam wcześniej, czytanie literatury naukowej daje nam sporo konkretnej, rzetelnej
wiedzy na dany temat. Co za tym idzie może nagle okazać się, że we wcześniej
przegrywanych dyskusjach teraz wygrywamy; przy tym nasza rozmowa może wejść na
wyższy poziom. Nie mówimy już ja tak
sądzę, a zgadzam się z profesorem...
co sprawia, że możemy w oczach innych stać się autorytetem w danej dziedzinie.
Przy
okazji jeśli jeszcze nie studiujecie, ale macie w planach to robić to nauczenie
się czytania literatury naukowej wcześniej jest naprawdę dobrym pomysłem.
Dzięki temu nie ważne, jak nudną lekturę dostaniecie istnieje większa szansa,
że przeczytacie ją ze zrozumieniem i bez aż tak wielkich katuszy. Mówię to z
własnego doświadczenia ;) Gdy ludzie na moim roku narzekali, że jakiś człowiek
pisze tak, że nie da się go zrozumieć, ja tylko spojrzałam na nich zdziwiona,
bo przecież przeczytałam to w ciągu jednego wieczora, nie robiąc notatek i
byłam w stanie o tym swobodnie rozmawiać.
Wybieraj
lektury z głową
Jeśli
chcesz zacząć czytanie literatury naukowej z jakiejś dziedziny zacznij od
podstaw: najlepiej poproś o radę kogoś, kto tego typu książki czytuje. Niech
dobierze dla Ciebie pracę napisaną w sposób lekki i przystępny, przy której nie
stracisz głowy.
Nie
mogą bawić?
Z
własnego doświadczenia wiem, że chociaż lektury naukowe są inne od tych zwykłych to wbrew pozorom, często nie są
nudne. Oczywiście, wiele zależy od autora i jego stylu, ale po pierwsze, jeśli
ktoś interesuje się danym zagadnieniem to raczej będzie zaciekawiony. Przy tym
niektórzy z takich twórców potrafią rzucać żartami oraz anegdotkami i ich
dzieła da się czytać z bananem na ustach.
W
Internecie podobno jest wszystko – dlatego nie sięgamy często do książek
naukowych, skupiając się na tym, co wygrzebiemy w sieci. To sprawia, że często
nie mamy potrzeby ani ochoty sięgać do czegoś więcej. Ale uwierzcie mi,
czytanie takiej literatury to klucz do wiedzy, jeśli chcecie wiedzieć cokolwiek
na dany temat ;) A by coś takiego czytać naprawdę nie trzeba być w tej
dziedzinie specem, tak samo jak nie trzeba od razu wiązać z nią przyszłości,
prawda? W końcu uczymy się przede wszystkim dla samych siebie.
piątek, 10 marca 2017
czwartek, 9 marca 2017
Znów wracamy do Ziemiomorza!
Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Właśnie
zabieram się do pisania dla Was recenzji, ale w międzyczasie postanowiłam, że
wrzucę krótki post. Na stronie Miesięcznika Wobec pojawił się już marcowy
numer. Tym razem na tapet wzięłam „Ziemiomorze”, jeśli więc macie ochotę
przeczytać moją ogólną opinię o całym cyklu (a nie we fragmentach, co już na DM
znajdziecie) serdecznie tam zapraszam :) Leniwi mogą kliknąć TUTAJ, jeśli chcą przenieść się do samej recenzji.
W
ramach małych wyjaśnień: jak możecie zauważyć i przeczytać po prawej stronie
blog ma nowy szablon pochodzący z Zaczarowanych Szablonów. Poprzedni
przypadkiem zniszczyłam, a nie chciałam znów wstawiać tego samego. Myślę, że
jest nawet lepiej: ten niebieski jest przyjemniejszy dla oka, niż żółć z
poprzedniego.
Cóż,
dziś tylko taka notatka, a już jutro (czyli pewnie po północy :D) pojawi się
recenzja „Z mgły zrodzonego”. Ktoś czeka, ktoś ciekawy?
środa, 8 marca 2017
W motelu z Akutagawą Ryunosuke
Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Tym
razem zdjęcia wykonałyśmy w Orłowie w Gdyni wykorzystując tamtejszy opuszczony
hotel, molo oraz klif. Miejsce nie było moim pomysłem :)
Zdjęcie
po lewej wykonała jedna z naszych towarzyszek. Jak widać, ławki bywają przydatne
do efektów specjalnych :D
Oczywiście
zapraszam na fanpege, zarówno mój zdjęciowy, jak i ten należący do modelki:
poniedziałek, 6 marca 2017
Tunele: Bo dorośli to idioci
Sprawdź recenzję tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/2017/03/06/tunele-recenzja/





























