sobota, 8 kwietnia 2017

Z tą wiarą to tak nie do końca...


W listopadzie 2015 roku na blogu został opublikowany post w którym opowiadałam o mojej przygodzie z przykościelną wspólnotą. Dzisiejszy wpis będzie jego kontynuacją: bo będzie poruszał ten sam temat, ale od strony wiary, nie ludzi. Dlatego już na wstępie najpierw zapraszam Was do zapoznania się z TAMTYM WPISEM. A dziś: nieco bardziej kontrowersyjnie. W końcu wiara z polityką na czele to dwa tematy, przy których czasem trudno się nie kłócić.
Ten post miał powstać już dawno, ale... nie wiedziałam, jak się za niego zabrać. Jest dla mnie dość osobisty, aczkolwiek to w gruncie rzeczy po prostu mój światopogląd na dany temat, a przecież takie posty już tu się pojawiały ;)
Dla jasności: wychowałam się w typowej, polskiej katolickiej rodzinie. Bez udziwnień. Najpopularniejsze wyznanie w kraju,  podejście w rodzinie jakich wiele. Wychowana w wierze, przy ciotce-zażartej katoliczce (między nami jest 9 lat różnicy w wieku), która zafascynowała mnie możliwością posiadania kluczy do parafii (te marzenia 4-latki!) oraz rodzicach, którzy wierzą, ale do kościoła chodzą jak im się chce. Czasem co tydzień, czasem raz na miesiąc, bywało, że rzadziej: wszystko zależało od ich chęci i możliwości. Bez nadmiernego pieprzenia o wierze, ale z zachowaniem pewnych tradycji.
Właściwie dość długo byłam takim dzieciakiem, który niby wierzy, ale nie ma żadnej fazy na tym punkcie. Bóg? To drugi tatuś, któremu się wygaduje w głowie, gdy jest mi źle: przybierał rolę wymyślonego przyjaciela. Przy okazji lubiłam rekolekcje szkolne i jakieś msze dla dzieci: bo mogłam sobie pośpiewać, bo było trochę magicznie i w sumie... tyle. Ale gdzieś tam w głowie siedziała mi cały czas chęć posiadania tych kluczy do parafii, które miała moja ciotka... <3
W 3. gimnazjum zmieniłam miejsce zamieszkania, szkołę – i byłam osobą dość samotną. Przy okazji zaczęły mi się przygotowania do bierzmowania, które w mojej parafii były spotkaniami raz na tydzień (albo dwa? Nie pamiętam już, szczerze mówiąc), po dwie godzinki. Mieliśmy swoje małe grupki i nieco starszego animatora, który nas do tego przygotowywał. Całe te przygotowania prowadziła wspólnota młodzieżowa.
No i... wpadłam. Nie dość, że w końcu mogłam o tym mówić to na dodatek wokół było tyle magiczności! Uwierzcie mi: nabożeństwa organizowane przez wspólnoty potrafią wyglądać jak rytuały wyjęte z książek fantasy. Uwielbiałam klimat tej podniosłości. Wciągało mnie to. Nic wiec dziwnego, że nagle moja wiara przybrała na sile, zwłaszcza, że miałam wtedy problemy z samooceną. A Bóg był wymówką, by z tym nie walczyć, albo przykrywką, która pozornie dawała mi siłę: bo skoro on mnie kocha i jest ze mną to co mnie obchodzi reszta świata? Co mnie obchodzę ja sama...?
Czas jednak mijał – a ja dorastałam. Stopiwo okazywało się, że we wspólnocie tak fajnie nie jest, a wiara... trochę mi się nie sprawdzała. Zaczęły pojawiać się inne myśli, inne doświadczenia, inna wiedza, która często wydawała się mądrzejsza. Lepsza. Nagle połowa Biblii zaczęła wyglądać mi na pierdolenie trzy po trzy w chwili, gdy inne teksty miały w sobie tyle prawdy i racji.
No i stało się. Z osoby wierzącej stałam się... sama nie wiem kim.
Z jednej strony WIEM jak to jest wierzyć. Rozumiem to, wiem, co daje wiara. Przy okazji filozofię chrześcijańską znam dość dobrze, mam wiedzę na ten temat.
Z drugiej choć nie neguje istnienia Boga (bo przecież żadne badania nie wykazały, że go nie ma) to... po prostu nie potrafię już z tego czerpać. Często przy osobach wierzących czuje się jak dorosły, który patrzy na dziecko głęboko wierzące w świętego Mikołaja. Z jednej strony zdaje sobie sprawę z tego, że to tradycja, a nie magia, zaś z drugiej trochę zazdroszczę temu maluchowi jego światopoglądu.  Mogę o tym rozmawiać, mogę dyskutować, mogę tłumaczyć innym, czemu chrześcijanie uważają tak, a nie inaczej – ale sama się z tym nie utożsamiam. Już nie.
Będąc na pewnym uniwersytecie i rozmawiając z pewną młodą filozofką doszłyśmy do wniosku, że wiara sama w sobie jest najlepsza dla ludzi słabych: takich, którzy szukają w tym oparcia, bo nie potrafią go znaleźć w samym sobie. I choć wiem, że wielu z Was pewnie się z tym nie zgodzi to obserwując moje otoczenie ja z tym twierdzeniem coraz bardziej się utożsamiam.
Temat wiary nie jest łatwy, na pewno nie dla mnie: bo rozumiem, ale choć chce, nie potrafię. Wyrosłam. Dowiedziałam się za dużo, zbyt wiele rzeczy widziałam i za bardzo przetestowałam jej działanie na samej sobie. Nie zmienia to jednak dwóch rzeczy.
Po pierwsze, tego, że nabożeństwa chrześcijańskie były jednymi z najcudowniejszych wydarzeń, jakie przeżyłam: naprawdę, nawet, jeśli nie wierzycie, wybierzcie się na jakieś. Podpytajcie ludzi i idźcie, bo jest na co popatrzeć, zwłaszcza, jeśli się wczujecie.

Po drugie, tego, że nie miałam nic przeciwko temu, by zdarzył się jakiś cud; taki, który jednak by mi tę wiarę przywrócił. Ale w końcu... który dorosły nie chciałby, aby nagle przez komin do domu wszedł Święty Mikołaj z wielkim worem i wymarzoną zabawką z dzieciństwa...?


15 komentarzy:

  1. Będąc na pewnym uniwersytecie i rozmawiając z pewną młodą filozofką doszłyśmy do wniosku, że wiara sama w sobie jest najlepsza dla ludzi słabych: takich, którzy szukają w tym oparcia, bo nie potrafią go znaleźć w samym sobie. I choć wiem, że wielu z Was pewnie się z tym nie zgodzi to obserwując moje otoczenie ja z tym twierdzeniem coraz bardziej się utożsamiam. - Wybacz, że cytuję cały akapit, ale to jest to, co zainteresowało mnie w tym najbardziej. Ponieważ ja uważam, że wiara jest dla ludzi, którzy muszą albo na kogoś ponarzekać, albo temu komuś się poskarżyć... Którzy nie daliby sobie rady sami ze sobą i zdani na siebie i po to im jakiś bóg, bogowie etc.
    Ja osobiście jestem ateistką, o czym zresztą wiesz. Nie uważam, aby istniało coś nad, nie uważam, że ktoś kieruje naszym życiem. Do Kościoła się nie zbliżam, chyba, że z pochodnią, bo może kiedyś Kościół jako instytucja był... rzeczywiście dla Boga... Ale obecnie to on jest dla kasy... Jasne, zdarzają się tacy, co naprawdę wierzą, służą etc, ale serio - nie jest tego zbyt wiele...
    Dla mnie to, że w Polsce nie oddzielono Kościoła od Państwa jest najgorszą głupotą historii....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm ale w sumie to nasze zdanie się pokrywa :) Jeśli ktoś potrzebuje "kogoś" do narzekania i innych takich to też oznacza, że szuka oparcia w jakiś sposób.
      Kościół jako instytucja dla Boga może był na samym początku. Teraz... też jest bardziej dla niego, niż w takim średniowieczu. W końcu to w tym okresie miał największą władzę.
      Cóż, pociesz się, że nie jest tak źle, jak być mogło: kraje, w których dominuje islam są w zdecydowanie gorszej sytuacji.

      Usuń
    2. KittyAilla jak bardzo kontrowersyjne nie byłoby Twoje zdanie - całkowicie się z nim zgadzam.

      Usuń
  2. Jestem osobą wierzącą, wierzę w Boga, wierzę w to, że jest wszędzie, nie tylko w kościele. Do kościoła nie chodzę. Dlaczego? Dlatego, że strasznie wkurza mnie i irytuje to, że na każdym kroku prosi się o pieniądze, ofiara za mszę, ofiara za chrzest, ofiara za ślub. Mało tego, będąc kiedyś w kościele przy okazji wesela przyjaciółki, ksiądz miał na drzwiach swojej zakrystii wywieszony cennik! Ślub - tyle, chrzest - tyle, msza taka - tyle, a inna - jeszcze tyle. Zraziłam się do kościoła bardzo. Kiedyś koleżanka z klasy, która należała do takiej wspólnoty, zaprosiła mnie ze sobą na mszę do Częstochowy, gdzie odprawiano mszę, która miała na celu uwolnienie osób opętanych, uzdrowienie i zesłanie ducha świętego. W pewnym momencie mszy było coś takiego, że ksiądz odmawiał jakąś modlitwę a wszyscy zebrani mieli położyć rękę na głowę osoby przed nią i modlić się razem z nim. Ja byłam tam nie wiem po co, koleżanka mnie namówiła i tyle. Nie wierzyłam za bardzo w te ich modlitwy, ich działanie. Gdy ten ksiądz zaczął modlitwę nagle wśród zebranych zaczęły się odgłosy jak z najstraszniejszych horrorów z opętaniem w roli głównej. Krzyki, wrzaski. Osoba obok mnie też zaczęła wrzeszczeć, wystraszyłam się niesamowicie!Co to w ogóle było??
    Na mojej głowie rękę trzymała bardzo pobożna dziewczyna, która znała wszystkie te modlitwy, pieśni i co ino tylko. Kiedy zaczęła się modlić coś we mnie wstąpiło, zaczęłam kiwać się na wszystkie strony, ciało mi wiotczało i miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Uciekłam od jej reki, a ona nawet niczego nie zauważyła. Sama kiwała się we wszystkie strony, z uśmiechem na twarzy i nagle bach! Ona i kilka innych osób padło na ziemię. Ta msza wstrząsnęła mną makabrycznie. Od tamtej pory unikam tych wspólnot, przerażają mnie. Nie spowiadam się. Dlaczego? Ksiądz w naszej parafii pije, jeździ pijany samochodem, zabierali mu prawo jazdy kilka razy, dyskutuje o wszystkim z starszymi paniami i ja mam mu swoje grzechy wyjawić? Skoro on swoich ma więcej niż ja sama.

    Trochę się rozpisałam, ale temat wiary to u mnie ciężki temat. Wierzę w Boga, jeśli czuję potrzebę - modlę się, jeśli nie - nie. Myślę, ze to zdrowe podejście. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam bardzo podobnie. Kiedyś brałam udział w trzydniowych rekolekcjach organizowanych w mojej szkole średniej i czułam wtedy, że muszę wyzbyć się wszystkiego co złe. Aktualnie nie chodzę do kościoła, bo nie popieram tej instytucji. W Boga wierzę. Nie kładę się krzyżem w kościele po to, by wszyscy wiedzieli jak kocham Jezusa. Modle się co wieczór, bo gdy tego nie zrobię nie mogę zasnąć. Problem dzisiejszego świata polega na tym, że osoby, które promują Jezusa i bycie katolikami są (przepraszam za wyrażenie) największymi skurwie*ami, którzy wpajają nam do głów, że Jezus pokocha nas tylko wtedy, gdy będziemy dawać na tacę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Aj, wiara to taki ciężki temat. Myślę, że jako dorośli nigdy nie będziemy już w stanie wierzyć tak jak małe dziecko. Przyznam, że czasami mi tego brakuje. Wierzenia, bez cienia zwątpienia. Z biegiem czasu wszystko się zmienia. Dlaczego? Bo doświadczamy, jakie życie jest naprawdę. Bo dowiadujemy się rzeczy, które raz na zawsze zmieniają nasz światopogląd. Dobrze pamiętam, kiedy nastąpił u mnie mały kryzys - na zajęciach z psychologii, czytając Junga i krok po kroku odkrywając funkcje, które spełnia w naszym życiu religia. Czytałam, i o ile nie jestem fanką Junga, to z tym tekstem zgadzałam się w zupełności. Czasem zastanawiam się, czy nie wolałabym cofnąć się w czasie i jednak tego nie przeczytać...

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawy i intrygujący wpis. Spodobał mi się i aż się pokuszę o napisanie czegoś więcej. No bo... właśnie - jak to jest z tą wiarą, takie pytanie może sobie zadać każdy z nas. Również i ja sama. Chociaż zostałam wychowana w rodzinie wierzącej i moi rodzice są takimi typowo praktykującymi katolikami, a ja w tej tradycji jestem, chodzę do kościoła co niedzielę, modlę się, to czasami dopadają mnie chwile zwątpienia w to wszystko. Tyle, że chyba nawet jeżeli nie zgadzam się z pewnymi kościelnym sprawami, to nadal wierzę. Modlę się, bo tego potrzebuję i tak - może wiara jest dla ludzi słabych, ale nikt nie mówił, że jestem silna wewnętrznie. Dlatego wierzę i nie zamierzam z tego mimo wszystko rezygnować, lecz jednocześnie nie jestem fanatyczką religijną i do świętości to mi daleeeeko. :D
    Ale mam obok siebie inny przykład - chłopaka, który właśnie jakoś podobnie jak Ty - z wierzącego dosyć mocno, stał się sama nie wiem kim. Chociaż dla mnie jest taki, jak obecnie, bo nie znałam jego podejścia do wiary wcześniej. I chociaż rzadko praktykuje cokolwiek, o dziwo jednak sam chcąc na nabożeństwa chodzić chociażby ze mną (to on o to pyta czy prosi, nie ja), to nie neguje istnienia Boga, ale on z kolei chyba szuka dowodów, że on jest, a nie są to tylko ludzkie wymysły. Nie wiem.
    Dobra, się rozpisałam, ale tak jakoś bardzo mnie pobudził do myślenia ten wpis, dobry, naprawdę dobry! :)
    Pozdrawiam,
    Ania.

    http://chaosmysli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiara do dobry temat do dyskusji. Ja jestem osobą wierzącą. Do Kościoła przestałem chodzić. Kiedyś chodziłem co niedziela. Teraz bardzo się zraziłem do księży, którzy mówią jak mamy żyć, a sami często tego nie przestrzegają. W mojej parafii jest tylko jeden ksiądz z powołania. A reszta? Jeden alkoholik, drugi hazardzista, który przegrał wszystkie pieniądze zebrane na komunię dzieci. A trzeci to zwykły seksoholik. Dlatego nie chodzę do kościoła. Jestem wierzący i mogę się modlić w domu. Do spowiedzi też przestałem chodzić po tym jak ksiądz opowiadał podczas kazania o grzechach ludzi z naszej parafii. Tu każdy się zna i wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. A spowiedź jest tajemnicą świętą. Jestem zdania, że Bóg nas wszystkich słyszy i jeśli żałujemy czegoś On nam wybaczy, księdza nie trzeba o to prosić.
    Troszkę się rozpisałem, ale świadczy to o dobrym wpisie :)
    zmienicswiat.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. U mnie z tą wiarą to też tak nie do końca. Ogólnie w Boga wierzę, wierzę, że jest jakiś sens naszego istnienia i, że to wszystko nie kończy się w momencie naszej śmierci. Ale nie wierzę w naukę Kościoła. Zbyt wiele tam sprzeczności, zbyt wiele hipokryzji i Ksiąg Biblii, które zostały zakazane. Uważam, że trzeba być dobrym człowiekiem, po prostu. A to czy ktoś chodzi do Kościoła czy nie wcale nie musi określać jego/jej wiary.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również bardzo mądre słowa i zgadzam się z tobą w zupełności. Mam bardzo podobnie.

      Usuń
    2. Zgadzam się z Koleżanką. ;) Najważniejsze, żeby być dobrym i dla innych ludzi i dla zwierząt i dla siebie samych, a wtedy religia nie ma najmniejszego znaczenia.

      I ogólnie muszę przyznać, że jesteś bardzo odważna, że odsłoniłaś przed nami tę sferę swojego życia prywatnego. Nie wszystkich na to stać, więc naprawdę brawo ;)

      Pozdrawiam serdecznie ;)

      Usuń
  8. Nie chcę jakoś bezpośrednio komentować tego, co tutaj napisałaś, bo moim zdaniem to nie podlega polemice. Wiara to tak intymna i osobista sprawa, że nigdy nie wnikam w czyjeś poglądy. Po prostu napiszę, jak to jest u mnie :)
    Też się wychowałam w katolickiej rodzinie - przy czym moja mama jest wierząca i praktykująca. Mam jeszcze babcię, ale jej religijność podchodzi już pod fanatyzm, mniejsza z tym. Od małego chodziłam z mamą co niedzielę do kościoła. Później chodziłam z przyjaciółką. Ale im byłam starsza, tym stawało się to dla mnie przykrym obowiązkiem, czymś, co trzeba "odbębnić", a chyba nie tak to powinno wyglądać. Dlatego zarzuciłam chodzenie na msze tuż po otrzymaniu bierzmowania. Od tamtej pory pojawiam się w kościele 2-3 razy w roku. Wierzę w Boga, daje mi to siłę, ale kościół jako instytucja mnie zupełnie nie pociąga. Wychodzę z założenia, że każdy interpretuje Biblię jak chce i ja osobiście uważam, że w przykazaniach nie jest napisane, żeby w niedzielę iść do kościoła, tylko żeby "święcić święty dzień". Święcić to ja mogę w domu :) Zresztą, cały czas się powtarza, że Bóg jest wszędzie. Dlatego modlić mogę się wszędzie, przecież mnie słyszy. W samym kościele jest zbyt wiele zakłamania i hipokryzji, żebym uczestniczyła w jego życiu. Tyle :)
    Pozdrawiam,
    rude-pioro.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Myślę podobnie. Wiele rzeczy w Biblii jest stekiem bzdur, które z przykazaniami, aktami itd. budują przeciwności. Nie pokrywają się, a wzajemnie podważają. Nie wiem, czy Bóg istnieje, czy też nie, nikt tego nie wie. Oczywiste jest, że ktoś stworzył Ziemię itd. ale no... dlaczego go nie ma, kiedy potrzebny jest? Dlaczego pozwala dzieciom cierpieć i umierać, skoro kocha? Bo nie może ingerować jak to tam tłumaczą. Wiele pieśni jest absurdalna i sprzeczna z tym, co wpajają w kościele. Ja chodzę do kościoła, ale nie do końca wierzę. A księża, którzy liczą tylko na pieniądze skutecznie odbierają mi wiarę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Zgadzam się z Tobą, że temat wiary to temat bardzo trudny, ale ja wychodzę z założenia, że każdy z nas jest na tyle świadomy tego wszystkiego, że wybiera swoją własną ścieżkę życia i wiary. Ja byłam Twoim przeciwieństwem, siłą musieli mnie rodzice zabrać do kościoła, nie lubiłam tam chodzić i nie wierzyłam, a teraz od kilku lat wszystko zmieniło się o 180 stopni i jestem szczęśliwa.

    OdpowiedzUsuń
  11. Dziękuję Wam wszystkim za tak wyczerpujące komentarza :) Naprawdę, doceniam to - ale Wasze opinie często się pokrywają i odpowiadanie każdemu po kolei, albo przytakiwanie po prostu mija się z celem.
    Pozwólcie więc, że tylko naprostuje jedną, drobną rzecz, która w większości opinii się pojawia :) Przy kilku parafiach byłam - i osobiście jakiegoś "parcia na kasę" nie zauważyłam ;P Oczywiście, wiem, że zdarzają się przypadki, gdy proboszcz wyciąga pieniądze od wiernych, ale z mojego doświadczenia wynika, że też nie można demonizować księży, BO ONI TYLKO PIENIĄDZE NA TACE CHCĄ! Właściwie to... nie prawda, przynajmniej nie z perspektywy osoby, która siedzi "wewnątrz" :) Pamiętam, że właśnie prędzej to my coś dostawaliśmy, np. z pieniędzy zebranych przez wiernych i ich datków nie musieliśmy dopłacać dużo do rekolekcji, nasz "prowadzący" miał też na nas fundusz i często dostawaliśmy po prostu darmową pizzę. Jakieś zbiórki, jeśli były, robiliśmy z własnej chęci, nikt nikogo do tego nie zmuszał. Aczkolwiek to też nie były małe, wiejskie parafie, w których kościół ma olbrzymi wpływ na ludzi.

    OdpowiedzUsuń

Nie, nie zaobserwuje Twojego bloga w zamian za obserwację mojego - wolę mieć garstkę zainteresowanych blogiem czytelników, niż tysiąc zapychaczy.
Usuwam spam.

Nomida zaczarowane-szablony