wtorek, 30 maja 2017

Książkowa Randka Tag by Kitty Ailly

Znajdziesz mnie tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/



Ostatni tag na DM pojawił się w listopadzie 2016, czyli już kawał czasu temu. Na całe szczęście uradowała mnie Olcia z bloga Złodziejka zapisanych stron: jak widzicie po tytule postu, nominowała mnie do tagu stworzonego przez Kitty Ailly, czyli do książkowej randki. Kiedyś robiłam już coś podobnego: w sierpniu 2015 pojawił się tu post z My Big Bookish Wedding Tag, który cieszył się sporą popularnością. Zobaczymy, czy i tym razem będziecie zadowoleni po wpisie :D
Tak jak i wtedy nieco zmieniam sobie reguły tagu: uważam, że tak jest po prostu ciekawiej. Zamiast wybrać kilka książek będę losowała tytuł ze wszystkich recenzowanych na blogu do dnia 26 lutego (z blogowego spisu). Uprzedzam, że jeśli wylosowana książka nie pasowała (np. nie była fabularna) to losowłam po prostu dwa razy.  No cóż, zaczynajmy :)


Zaproszenie na randkę - czyli bohater/bohaterka, z którym wybierzesz się na randkę
Pierwszą wylosowaną przeze mnie książką jest „Metro 2033” Glukhovsky’ego, a bohaterem jest... Artem! Wielkie zdziwienie to dla mnie nie jest, w końcu jego imię przewija się tam cały czas :) Cóż, nie narzekam, bo choć to mało romantyczny człowiek to raczej porządny z niego chłopak i nie miałabym nic przeciwko kilku chwilom spędzonym z nim.


Trzy godziny przed lustrem - twój strój na randkę (jeśli idziesz w stingach gratuluję odwagi :D)
„Gwiazd naszych wina” Greena to może nie moja ukochana książka, ale to właśnie dzięki niej na swojej pierwszej randce z Artemem będę miała na sobie zieloną koszulkę polo (którą powinny rozpychać moje szerokie ramiona... mhmmm...). Nie jest źle: mój wybranek wychował się w tak złych warunkach, że zwykły t-shirt powinien w jego oczach wypaść bardzo elegancko, no nie? A zielony przecież nie jest brzydki!


Pierwsze koty za płoty – podarunek od partnera/partnerki
Artem, jako człowiek wychowany w rosyjskim metrze, ma zdecydowanie inne wartości ode mnie. Nic więc dziwnego, że w ramach prezentu dostałam od niego kamienny blok, a to za sprawą „Więźnia labiryntu” Dahnera. Może nie jest to najpiękniejsza rzecz, ale niezaprzeczalnie pasuje do jego charakteru.


Książę/księżniczka z bajki - cecha partnera/partnerki, w której od razu się zakochasz
A to pech! Wylosowałam... „Metro 2035”! Przyznam Wam szczerze, że Glukhovsky nieczęsto używa słów określających charakter, ale po długich poszukiwaniach znalazłam pasujące słowo: wojowniczy. Nie powiem, by normalnie była to cecha, która bardzo mnie fascynuje i nie uznałabym Artema do końca za takowego, ale od biedy – nie jest źle :D 


Twój Disneyland –  upragnione miejsce, do którego się wybierzecie (nawet, jeśli to Mordor, to jest upragniony :D) 
Miejsce do którego się wybierzemy zostało wybrane z „Jestem numerem cztery” i okazała się to być... dżungla. Zapowiada się ciekawie: być może ten kamienny blok nie był nieprzemyślanym prezentem i ma nam pomóc zbudować wewnątrz chatkę... albo co? Tylko pytanie brzmi z czego ją tam zbudujemy. I czy w ogóle wyjdziemy z niej żywi.


Prześladowca - bohater/bohaterka, który ma obsesję na twoim punkcie i będzie cię śledzić całą randkę
Generator postanowił wybrać „Sezon burz” Sapkowskiego i szczerze mówiąc, obawiałam się, że śledzić mnie będzie Geralt, albo mój ukochany mąż, Jaskier, a ich raczej wolałabym nie mieć na ogonie (choć kto wie, może wiedźmin by nam się w tej dżungli przydał?). Padło jednak na Alberta Smulkę, czyli nowo mianowanego żupana gminy. Nie wiem jak Wam, ale mi nie wydaje się, by ktoś taki przeżył wycieczkę do dżungli, a tym bardziej spotkanie z Artemem, także jestem o to spokojna :D


Co może pójść nie tak? – z wylosowanym czasownikiem ułóż 2-3 zdania historyjki o tym, co poszło nie tak (nie może to być zakończenie randki)
Podróżowaliśmy z Artemem przez dżunglę, z ledwością ciągnąc za sobą kamienny blok, który od niego dostałam. Niespodziewanie poczułam, jak coś chodzi po moim ramieniu. Gdy się odwróciłam, okazało się, że to wielki, włochaty pająk... („Autoportret reportera” Kapuścińskiego).


Ostatni posiłek - najlepsze danie randki (nawet, jeśli jedyne :D)
Na to, co jedliśmy miała wpływ pierwsza część „Heartlandu” Brooke, czyli „Powroty”. Dzięki niej okazało się, że choć wybraliśmy się w egzotyczne miejsce to nie jest ono tak obce, jak mogłoby się wydawać. Naszym głównym daniem okazały się marchewki. Och, ale ten Artem jest fit, nie sądzicie?


Zazdrośnik/zazdrośnica - bohater/bohaterka, która zacznie podrywać twojego partnera/partnerkę
Spodziewał się ktoś z Was, że Chaol ze „Szklanego tronu” jest gejem, albo co najmniej bi? Ja też nie, ale szczerze przyznam, że nie czuje się nim zagrożona. W końcu Artem może być nieco dziwny, ale na pewno na panów pod „tym” względem nie spogląda. Dodać muszę, że ledwo pamiętam, kim w ogóle ten cały Chaol był :D


Waleczna kotka - opisz krótko, co zrobisz z zazdrośnikiem/zazdrośnicą, używając wylosowanego czasownika
Nie odróżnię go od innych osób, na które wpadniemy, nie myśląc o tym, że to, co robi mogłoby być flirtem i próbą podrywu. W końcu jestem lamą, jeśli chodzi o umiejętności społeczne, prawda? :D („Świat Roccanona” Ursuli Le Guin)


Nareszcie sami -  (bez względu na WSZYSTKO)  miejsce na pierwszy pocałunek
„Szubienicznik” Piekary podpowiada mi, że nasz pierwszy pocałunek będzie miał miejsce w... gnojówce. Cóż, pewnie przypadkiem wpadnę do niej idąc dżunglą i nie widząc jej pod stosem liści. Nie wątpię, że wzięła się tam przez jakieś koczownicze plemię, które zatrzymało się jakiś czas temu w okolicy ze swoimi stadami. Trochę do to dżungli nie pasuje, ale w końcu ludzie mają różnie pomysły. Musicie przyznać, że to wyjątkowo romantyczne miejsce.


I że cię nie opuszczę - ostatnie słowa randki
„Gwendolyn, nie masz pojęcia, co jeszcze będziesz robić w przyszłości.” („Czerwień rubinu” Gier)


Kochaj mnie, kochaj - co ty na kolejną randkę z tym partnerem/partnerką?
Artem może mieć małe problemy z własną psychiką i wyglądem fizycznym  (no błagam, zamknięcie w metrze swoje robi), ale wdaje się całkiem uroczym człowiekiem. No może poza tym, że to przez niego znalazłam się w gnojówce oraz faktem, że nie był w stanie nawet nauczyć się mojego imienia. Poza tym chyba nawdychał się jakiś grzybków, biorąc pod uwagę bardzo filozoficzną rozminę, którą wygłosił pod koniec. Niemniej, gdyby zaprosił mnie w jakieś normalne miejsce, może dostałby drugą szansę.




Nawet sobie nie wyobrażacie, ile czasu mi zeszło na ten tag! Standardowo, nie nominuje nikogo: jeśli ktoś chce go wykonać zapraszam, ale zmuszać nie będę :D Co sądzicie o mojej cudownej randce w dżungli? 

niedziela, 28 maja 2017

Znów w Orłowie, tym razem w białej sukni

Znajdziesz mnie tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/

Orłowo stanie się chyba jednym z moich ulubionych miejsc na zdjęcia nad morzem: plaża jest, las z ładnym widokiem na wodę też, molo wygląda ładnie, a i kutry wyglądają nieźle.  Dlatego też to tam znów wybrałam się na sesje, tym razem z Olą i Radkiem, którzy chcieli ślubną sesje nad morzem.

Jak zawsze, wszystkich zainteresowanych moimi zdjęciami zapraszam na mój fanpage.










środa, 24 maja 2017

4 marki, 9 cieni - które wolę?


Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Osoby niezainteresowane kosmetykami mogą w tym monecie z bloga sobie wyjść :D Wybaczcie, ale ja dziś znów będę bawić się w speca od wszystkiego. Spokoojnie, główna tematyka DM się NIE ZMIENIA  ;P
Dziś chce Wam pokazać cienie pojedyncze, które mam i napisać Wam o nich kilka słów. Być może komuś pomogę w kolejnych zakupach, a jak nie to po porostu będę się dobrze bawić, tworząc ten post :D Dobra, to zaczynajmy.

Matt Effect Eyeshadow, Manhattan, ok. 14zł/szt.
Te dwa cienie kupiłam na ostaniej wyprzedaży w Rossmanie.  Kupiłam odcienie 95r, czyli „Mad maroon” (brąz) oraz 25c, czyli „Vanilla Sky” (beż). Obydwa cienie są matowe, w bazowych kolorach. Niestety, nie jestem zadowolona w zakupu: za taką cenę można naprawdę kupić wiele lepszych cieni. Beżowy cień ma słabe krycie, czasami tworzy „gródki”, gdy nakładam go na bazę, przez co nie wygląda za dobrze. Brąz zaś jest bardzo przeciętny. Da się nim wymodelować oko, ale jego pigmentacja pozostawia wiele do życzenia. Obydwa są bardziej suche, niż kremowe. Mam wrażenie też, że blednie w ciągu dnia. Nie polecam, nie za 14zł :C

Chick Shadow, Pierre Rene, ok. 10zł/szt.
Dwa z tych cieni opisywałam Wam już w TYM poście. Mówię o numerkach 40 (beż na wykończeniu) i 130 (połyskujący biały). Do mojej kolekcji dołączył jeszcze numer 67, czyli „Cucumber green”, będący połyskującą zielenią. Nie mam pojęcia, jakim cudem on trafił do mojej kolekcji, bo nie mam pomysłów, gdzie mogłabym go użyć ;P W każdym razie, moja opinia od tamtego czasu się nie zmieniła. Połyskujące cienie potrafią się „ważyć”, poza tym są w miarę OK. Beż cały czas mi się sprawdza: chyba muszę kupić nowy :D

Color up!, P2, ok. 15zł/szt.
Mój kolorek to 260, czyi „Marsala majesty”. To chyba satyna, bo ma lekkie drobinki. Uwielbiam ten kolor: jest ciepły i bardzo przyjemny, ładnie wygląda na oku. Przy okazji cień ma bardzo dobrą pigmentacje, ale przy tym dość mocno się kruszy. Z trwałością nie mam problemów: jedynie raz na powiece zrobiła mi się z niego dziwna „skorupa” nie mam pojęcia dlaczego. W każdym razie cień ładnie się blenduje i osobiście bardzo go lubię :) Gdyby tylko mniej się sypał!

Kobo professional: Matt eyeshadow oraz Fashion eyeshadow, ok. 17zł
O jasnym różu, czyli numerku 201 też już wcześniej Wam pisałam. Poza tym posiadam 205 „Golden rose” (róż) oraz 201 „Iridescent pit” (mat). Nowszy róż uwielbiam: jest przepiękny! Opalizuje na złoto, mam ochotę tylko na niego patrzeć <3 Żółty zaś fajnie mi się sprawdza na co dzień, w połączeniu z cieniem z P2 :D Cienie nieco się osypują, ale z ich trwałością problemu nie ma, a mat, mimo jasnego koloru, jest widoczny na powiece. Bardzo lubię cienie z Kobo i zdecydowanie chce więcej.


Podsumowując, najbardziej lubię cienie z Kobo i to szybko nie ulegnie zmianie :) P2 też mnie pozytywnie zaskoczyło, ale jednak przynajmniej mój kolor za bardzo się osypuje z pędzla w trakcie nakładania. Z tego zestawienia z czystym sumieniem odradzam jedynie cienie z Manhattanu, bo naprawdę, w okolicach 15zł kupicie lepszej jakości kosmetyki...

sobota, 20 maja 2017

To takie banalne!

Jestem teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/


Szukacie banałów w sieci? Nie ma problemu: wejdźcie na Fanpage z cytatami, albo na blog 13-latki, która postanowiła wyjaśnić czym jest szczęści/miłość/przyjaźń/cokolwiek. Na nudne pieprzenie o niczym traficie prędzej, niż mogłoby się to Wam wydawać. Niestety, na swoje nieszczęście i w recenzjach ich nie brakuje – w moich zapewne także, bo w końcu porządnie pisać cały czas się uczę. Problem polega na tym, że właśnie banały są czymś, co mnie do bloga, posta, książki czy czegokolwiek nie zachęca, a bardzo, bardzo odrzuca.
Gdy czytam, że coś jest fantastyczne, cudowne, nieziemskie, emocjonalne... jak myślicie, co pojawia mi się w głowie? Muszę koniecznie sięgnąć? W życiu! Już prędzej: „O ku...wa kolejna tępa młodzieżówka/romans”, zwłaszcza, jeśli tytuł, opis, bądź okładka to właśnie sugeruje. Bo właśnie: zauważyłam, że najwięcej banałów pojawia się przy ocenie tych najprostszych w odbiorze książek. To książki Maas są nieziemskie, to książki Sparksa i Greena poruszają i skłaniają do refleksji, to książki Hoover sprawiają, że chce się płakać etc. Oczywiście, pewnie recenzje tak wyglądają przez młody wiek autorów, co jest normalne i naturalne, ale w żadnym razie nie zachęcające.
Pisząc, staram się unikać sytuacji, w których będę coś wychwalać, nazywać to poruszającym i cudownym, jeśli nie podaje argumentów świadczących o tym. W wielu recenzjach właśnie to niestety widzę: zachwyty, nie poparte kompletnie niczym. Bo widzicie, napisanie, że coś jest rodzinne, albo że historia nie jest taka, jak cała reszta (co często powtarza się w co drugiej recenzji autora :D) wcale nie jest konkretnym argumentem. Chce faktów: CZEMU ta pozycja jest wyjątkowa. CZEMU mam po nią sięgnąć: CO w niej znajdę, jakie wydarzenia, jaki klimat, jaki styl. Nawet nie sami bohaterowie są dla mnie istotni.
Banały zabijają tekst – i to każdy, kto pisać próbuje powinien wbić sobie do głowy. I tak, ja cały czas na ich wyeliminowaniem pracuje ;)

Mogłabym ten post zakończyć w tym miejscu. Ale przy okazji chcę poruszyć jeszcze jedną, bardzo zbliżoną kwestię. Widzicie, banały w amatorskich recenzjach wybaczam: zwracam tylko uwagę na to, by starać się ich unikać, bo nie są niczym przyjemnym dla odbiorcy Ale dobrze wiem, że osoby prowadzące blogi często z tego nie żyją, nie jest to ich praca; nie muszą więc pisać doskonale. Ale autorom, którzy wydają książki i za które zwykle płacę, by je przeczytać tego już tak łatwo nie wybaczam.  To samo oczywiście tyczy się także filmu. Bądź co bądź, jest to jest to jeden z powodów dla którego zwykle nie czytam obyczajówek, czy romansów: są tak proste, że aż wieją głupotą, zwłaszcza, jeśli wiem od autora nieco więcej na dany temat i wiem, że się myli. A muszę przyznać, że z biegiem czasu zdarza się to coraz częściej.
Jakie książki wieją banałami? Choćby takie o słodkich, uroczych zwierzaczkach. „Misja na czterech łapach” aka „Był sobie pies” Camerona doskonale sprawdzi się tu jako przykład. Główny przekaz? Psia miłość jest bez granic i pokona wszystkie niedogodności losu, by pomóc ukochanemu człowiekowi. Brzmi pięknie, ale jest zarówno banałem, jak i kompletną bzdurą. Oczywiście, chciałoby się w to wierzyć, ale nie wiem czy wiecie: psy tak nie działają. To nie jest człowiek: zmiana stada (czyt. właściciela) znaczy dla niego częściej mniej, niż nam się wydaje. Wiem to po swoich doświadczeniach i doświadczeniach ludzi, którzy brali od nas psy. Zdarzało nam się sprzedawać i ośmiomiesięczne, i półroczne zwierzaki, które niby powinny być do nas przywiązane. Szły do nowego domu, ani razu nie piszcząc, ani nie będąc zestresowanym. Psia miłość to przywiązanie – a to wygląda nieco inaczej, niż u ludzi.
Inny banał? Harry Potter. A i oczywiście, że on! W końcu miłość wszystko zwycięża, prawda? :D Gdyby nie jej brak, Voldemort nie był by złym, a Harry by nie wygrał. Powiedźcie mi, gdzie tu jest jakiś nowy, cudowny przekaz, albo cudowna historia? Ja już tego tu dostrzec nie potrafię.
Choć „Zanim się pojawiłeś” nie znam w wersji książkowej to film obejrzałam. I ta historia jest przykładem doskonałego, pustego banału: mamy dziewczynę, bogatego przystojniaka z problemem i próbę naprawienia jego psychiki. Całość na siłę próbuje wymuszać emocje, ostatecznie próbując nauczyć, że miłość jest trudna i nie zawsze szczęśliwa, a w praktyce mówiąca o tym, że warto siebie nawzajem okłamywać, by potem dostać super stypendium. Cóż, ja nie bez powodu unikam takich historii ;)
Wiecie, kto wydaje się mistrzem w pisaniu o niczym? Paulo Coelho. „Wydaje się”, bo czytałam aż jedną jego pozycję – „Być jak płynąca rzeka”. No błagam, teksty pokroju „Nie daj się nikomu zakrzyczeć, żyj bez strachu, a wygrasz.” naprawdę może wymyślić dziecko w podstawówce ;) Albo: „Zarówno optymista, jak i pesymista musi umrzeć, ale każdy z nich zupełnie inaczej korzystał z życia.” – przecież to, że osoby o różnym światopoglądzie inaczej przeżywają swój czas jest (a przynajmniej powinno być) jasne jak słońce.

Bardzo chciałabym, aby literatura była dobrym przykładem dla tych, którzy próbują pisać. Niestety, o to trudno, zwłaszcza, jeśli czytelnik namiętnie sięga po lekkie historie... Ale jeśli traficie na banalną książkę czy film proszę Was: niech zapali się Wam w głowie lampka. Autor, który sypie banałami nie jest dobrym pisarzem; jego warsztat jest we wręcz opłakanym stanie, bo właśnie unikanie ich to jedna z pierwszych rzeczy, których się człowiek powinien nauczyć. Nie zabronię Wam oczywiście takich rzeczy czytać, jeśli to Was bawi. Z resztą, sama po takie rzeczy czasem sięgam i nawet nieźle się przy nich bawię (jak przy książce Camerona). Jedynie proszę Was o to, byście zadali sobie pytanie, czy ktoś, kto tworzy takie rzeczy jest zawsze wart waszego czasu, pieniędzy i zainteresowania? Oczywiście, zakładając, że wiecie co i o czym pisze i nie kupujecie książki w ciemno ;) 


wtorek, 16 maja 2017

Tej recenzji tu nie zobaczycie!

Spotkasz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/


Cześć! Znów przychodzę do Was z małą autoreklamą. Na Wobec pojawił się już kwietniowy numer, a w nim moja recenzja trylogii „Imperium”, której na blogu nie ma i nie będzie. Jeśli więc jesteście zainteresowani serią high fantasy z kobietą w roli głównej zapraszam do czytania :D
Jeśli chodzi inne blogowe sprawy to w najbliższym czasie powinno mi „wpaść” trochę nowych zdjęć, dlatego czekajcie na nowe sesje: w przygotowaniu są obecnie dwa takie posty, ale mam nadzieję, że będzie więcej :) Poza tym szykuje jeden kosmetyczny post, bo czemu nie.
Przypominam też, że posiadam coś takiego jak Fanpage, gdzie sporo informacji o blogu, czy książkach pojawia się wcześniej.

Cóż, na dziś - to wszystko :) Chętnych zapraszam serdecznie na Wobec, a innych zachęcam do czekania na kolejny post. W nim zaś pojawi się recenzja książki o podróżach w czasie. Interesuje Was taka tematyka? 

piątek, 12 maja 2017

Po te książki NIE próbuj sięgać!


Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/

Już dawno nie było na Drewnianym Moście zwykłego zestawienia książkowego: wprawdzie był post o motywach, ale jednak w nim o coś nieco innego chodzi, niż zwykle. Wprawdzie nie tęsknie jakoś szczególnie za tego typu wpisami na moim blogu, ale w mojej głowie zrodził się pomysł, więc dziś do realizuje ;)
Jak pewnie się domyślacie dziś przedstawię Wam kilka książek po które absolutnie nie macie po co sięgać. No, prawie absolutnie: gusta ludzi są w końcu różne i pomylić się mogę. Ale generalnie są to pozycje w większości niezbyt znane, których raczej i tak nie kupicie w sklepie i po prostu moim zdaniem powinniście omijać w bibliotece, jeśli nie chcecie trafić na bubla. O większości z nich pisałam na blogu, ale uznałam, że warto Wam je przypomnieć. A więc, zaczynajmy!


„Lekcja geografii” Tomasza Mirkowicza
Dwadzieście trzy opowiadania, będące lipogramami. Brzmi fajnie: każda historia bez jednej literki z alfabetu...? I choć muszę przyznać, że autor nieźle się nad nimi napracował to po pierwsze, wyszukiwanie braku liter po jakimś czasie się nudzi, a po drugie przez niemożność użycia niektórych słów tekst chwilami brzmi absurdalnie i głupio. Oczywiście, opowiadania mają dość zróżnicowany poziom, ale nie zmienia to faktu, że patrząc na ogół książka wypada po prostu słabo.


„Mageot” Krzysztofa Kochańskiego
Fajny pomysł na historię... szkoda,  że zupełnie zmarnowany. Toporny język, historia, która od razu wypada z pamięci. Książka nie ma nawet trzystu stron, a czyta się ją tak, jakby miała około tysiąca. No nie jest to pozycja, którą z dumą trzymam na swojej półce.


„Thor” Wolfganga Hohlebeina
W porównaniu do „Maegota” ta pozycja jest wręcz doskonała. Niemniej to wcale nie oznacza, że warto po nią sięgnąć. Wprawdzie moja recenzja nie była bardzo negatywna, ale z czasem widzę, jak nijaka i mdła jest ta pozycja. Niby ma być powieścią przygodową, a jednak skupia się na rodzinnych, głupich perypetiach. Niby o Thorze, ale tak na prawdę to jakoś nie... To tytuł, który jest „meh” na każdej z możliwych płaszczyzn. Główna zaleta? Na szczęście, czyta się go błyskawicznie.


„Zamek złudzeń” Mercedes Lackley i Josepha Shermana
Weź worek, włóż do niego wszystkie główne schematy w fantastyce i podstawowe rasy, po czym po prostu to wysyp i zobacz, co z tego wynikło. Co takiego, jesteś ciekawy? A no, właśnie to! „Zamek złudzeń”. Książka na podstawie gry, która jest po prostu głupia. Czy muszę cokolwiek dodawać? Polecam omijać, bo naprawdę wokół można znaleźć wiele lepszych historii.


„Słoneczny kataklizm” Lawrence E. Josepha
Literatura popularnonaukowa może być fajna, przyjemna i przydatna, a może być taka jak „Słoneczny kataklizm”. Robiąca z czytelnika idiotę, nudna i nieciekawa, bo wiedzę, którą próbuje przekazać możemy znaleźć w wielu innych źródłach, podaną w lepszy sposób. Przy okazji jej wydanie jest moim skromnym zdaniem koszmarne. Nie sięgajcie, naprawdę. Nie ma po co.


„Jestem numerem cztery” Pittacusa Lore

Oto najbardziej znana, ale... wcale nie najgorsza książka ze wszystkich przedstawionych. Umieściłam ją na liście, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie spełnia tego, co obiecuje. Niby ma być historią pełną akcji, wydarzeń, stworów z kosmosu... a w praktyce skupia się na nienajlepiej opisanym romansie. Naprawdę, nie ważne, czy lubisz młodzieżowe „akcyjniaki”, czy dobre historie o miłości utrzymane w klimacie fantastycznym znajdziesz miliard lepszych rzeczy... nawet w sieci, za darmo.

poniedziałek, 8 maja 2017

Pyrkonowa Cranberry

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/

Jak już wspominałam w poście o Pyrkonie dane mi było na nim zrobić dwie sesje. Obydwie odbyły się w parku niedaleko targów, w którym robiłam też zdjęcia rok temu :)  Na pierwszy ogień łapcie zdjęcia z sesji z Kinuu w stroju Cranberry z Mahou Shoujo Ikusei Keikaku.


Oczywiście zapraszam na nasze fanpage:
Whispering Rift
Kinuu








poniedziałek, 1 maja 2017

Jak napisać wypracowanie na maturze?

Znajdź mnie dzisiaj! Jestem tu: https://fantastykacodzienna.pl/



Dosłownie lada moment odbędzie się egzamin maturalny z języka polskiego. Ja mam go juz za sobą, lecz uznałam, że spróbuje Wam trochę pomóc, skupiając się na tym, co zwykle sprawia najwięcej problemów, czyli na wypracowaniu. Uprzedzam jednak, że część porad może bardziej przydać się osobą, które będą zdawać maturę za rok, czy za kilka lat, ale część z tych rad możecie wcielić w życie i wykorzystać „na już”. No i nie jestem też żadnym specem, wszystko wynika przede wszystkim z mojego doświadczenia.
Przypominam, że na Drewnianym Moście już pojawiły się posty, które mają za zadanie między innymi pomóc Wam w czasie matury: mówię oczywiście o serii z motywami. Jeśli macie chwilę, zachęcam do przejrzenia ich :)
Przede wszystkim przed maturą dobrze jest uświadomić sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, nie jest ona dla geniuszy. Naprawdę, zwłaszcza te podstawowe nie są aż tak trudne, by ktoś z nich nie zdał, jeśli przyłoży się do pracy (nawet z matematyki! Wiem coś o tym). Po drugie, wypracowania uczy się pisać od początku, od podstawówki: jeśli jesteś jedną z tych osób, która robiła to na odwal się i samodzielnie nie potrafisz sklecić poprawnego zdania to sam jesteś sobie winny. Na całe szczęście osoby oceniające maturę nie szukają wybitnych pisarzy, a prostą, poprawną wypowiedź dlatego też nie trzeba się aż tak stresować swoim stylem.  Dobrze wiem, że trafiają się przypadki, w których osoby piszące przepięknie mają niewiele punktów, bo przykładowo, olały tezę.
Jeśli do matury masz jeszcze trochę czasu, możesz popracować nad tym, jak piszesz. Czytając, czy po prostu pracując nad tekstem. Masz z tym problem? Pisz ile wlezie: szukaj tematów w sieci, a potem dawaj do sprawdzenia koleżance, mamie, komuś z rodziny, czy nawet nauczycielowi, jeśli nie ma nic przeciwko. Czytanie też nieco pomaga, choć w przypadku tak prostej wypowiedzi nie aż tak, jak to mogłoby się wydawać.
A jeśli maturę masz lada dzień i bardzo się stresujesz przede wszystkim wykuj na blachę to, co musisz zrobić na samym egzaminie w czasie pisania wypracowania. Przede wszystkim przeczytaj dokładnie polecenie i teksty. Gdy to zrobisz, wybierz ten temat, który Ci bardziej odpowiada i najpierw POMYŚL nad konstrukcją tekstu. Masz brudnopis: użyj go, by ułożyć sobie plan. Dzięki temu nie zapomnisz o TEZIE, którą musisz postawić, by dostać jakiekolwiek punkty. Dobrze wiem, że sposób pisania wypracowań jest wkuwany w szkołach, ale w chwilach stresowych może to wypaść z głowy, a powtarzanie jak mantra tego, co trzeba zrobić może pomóc naszemu umysłowi w takiej chwili :) Potem, gdy masz wszystko zapisane i rozplanowane dopiero zabieraj się do pisania. Unikniesz chaosu i niepotrzebnych pomyłek. Pamiętaj też, by pod koniec przeczytać tekst i postawić przecinki, albo naprawić błędy składniowe.
No ale cóż – to możesz zrobić dosłownie pięć minut przed samym egzaminem. A co zrobić dzień, a nawet (jeśli możesz) miesiąc, czy kilka miesięcy wstecz?
Wypisać sobie najpopularniejsze motywy... i dobrać do nich treści.
Często w sieci wpadam na pytania pokroju: jaką książkę mam dobrać do tego tekstu? I nawet, jeśli chcę, nie mogę do końca odpowiedzieć. Nie wiem, co znasz, co czytałeś, co lubisz, więc nie mogę dobrać odpowiednich argumentów. Dużo łatwiej jest samemu przygotować sobie taką bazę. Jak?
Najpierw wypisz jak najwięcej dzieł, które znasz. Biblioteczka na Lubimy Czytać, albo Filmweb też może być :) Grunt, byś miał możliwość podglądu znanych przez siebie rzeczy. Dzięki temu o niczym nie zapomnisz.
Potem wypisz sobie najpopularniejsze motywy. Miłość, człowiek pracujący, śmierć, poświęcenie, wojna, ojczyzna, czy co tam Ci przyjdzie do głowy. A potem? Potem przeglądaj to, co znasz i próbuj dopasować bohaterów, czy sytuacje do motywu. Możesz przy okazji krótko opisywać sobie co jak i dlaczego. Dzięki temu przypomnisz sobie dzieła, nazwiska, autorów i treść i gdy przyjdzie co do czego będziesz mógł ich użyć. Polecam robić to ręcznie: będzie to bardziej pracochłonne, ale prawdopodobnie więcej zapamiętasz. Nie zapominaj, by nauczyć się reżyserów filmów i nazwisk autorów książek, które najbardziej lubisz, albo które pojawiają się w praktycznie każdej kategorii.
Dobrze sprawdzi się też przeczytanie kilku rozprawek i ocenienie ich. Bez problemu znajdziesz je w sieci :) Czytaj, analizuj, myśl. Wytykaj błędy, sprawdzaj, co Ci się podoba i to wykorzystuj w swoich pracach. Wprawdzie takie działania dają najlepsze rezultaty, gdy robi się takie ćwiczenia regularnie, przez dłuższy czas, ale i „na już” może pomóc.
Znasz cytaty? Jeśli tak, nie zapomnij o nich w czasie egzaminu, jeśli nie: naucz się kilku dotyczących tych najczęściej pojawiających się tematów. Może to nie sprawi, że egzamin zdasz, ale na pewno jeśli użyjesz ich w tekście egzaminator będzie do Ciebie lepiej nastawiony :)

Na dziś, ode mnie to tyle. A Wy? Jakie macie sposoby do przygotowania się na egzamin maturalny? 

Post miał iść jutro, ale... idzie dziś, bym mogła wrzucić Wam 03.05  tekst o Pyrkonie :D