wtorek, 28 lutego 2017

Dzisiaj narysujemy śmierć: Takich rzeczy (podobno) nie da się opisać


Dopiero co był reportaż i już kolejny? Cóż, to znów nie jest do końca mój własny wybór: musiałam co nieco takich pozycji przeczytać, a ja naprawdę nie lubię zostawiać tego, co poznaje tylko dla siebie. Dlatego i dziś musicie przetrwać słuchając o literaturze faktu, a nie o uroczych powieściach. Zwłaszcza, że tym razem raczej nie będzie miło i sielankowo.

Tytuł: Dzisiaj narysujemy śmierć
Autor: Wojciech Tochman
Liczba stron: 144
Gatunek:  reportaż

W 1994 roku Rwanda spłynęła krwią. Dokonała się jedna z najbardziej krwawych rzezi ludzkości: Tutsi zostali wymordowani przez Hutów. Dlaczego? Przez brak ziemi? Różnice w sposobie bycia? Zawiść?
Sto dni, milion martwych i ogromna ilość katów. Jak po piętnastu latach od tamtych dni wygląda Rwanda?


Reportaż ma wiele twarzy: może przypominać książkę naukową, zbiór różnych punktów widzenia, albo literaturę piękną. Może też być jak Dzisiaj narysujemy śmierć Tochmana: książką, która bazuje na ludzkich emocjach i to właśnie je chce nam przedstawić.
Niełatwo pisać o lekkim stylu autora, który fajnie się czyta w przypadku takiego dzieła: Dzisiaj narysujemy śmierć to świadectwo śmierci i upadku moralnego wielu osób. Ten reportaż może przerazić i wzbudzić w czytelniku naprawdę skrajne emocje. Choć tekst się nie dłuży, autor ubiera wszystko w zwięzłe słowa i posługuje się dość prostą polszczyzną to nie jest literatura, po którą ktokolwiek sięgnie z nadzieją na przyjemnie spędzony wieczór.
Tochman wybiera się do Rwandy w której poznaje głównego bohatera naszego reportażu, Leonarda. To student, któremu udało się razem z trójką braci przetrwać rzeź z 1994 roku. Ten młody mężczyzna próbuje być silny: nie pozwoli nikomu obcemu na zobaczenie jego łez. Tochman musi się więc stopniowo do niego zbliżyć, poznać go i czekać cierpliwie, aż ten opowie mu o traumie, jaką przeżył w dzieciństwie. W międzyczasie daje nam wysłuchać wielu innych relacji naocznych świadków – ofiar i katów, jednocześnie szczodrze wyrażając własne zdanie, własne oburzenie. Zadaje pytania i czytelnikowi, i samemu sobie. Jak? Dlaczego? Po co? Jak człowiek człowiekowi mógł wyrządzić taką krzywdę...?
Dzisiaj narysujemy śmierć to w gruncie rzeczy jeden wielki chaos: tu dzieje się wszystko na raz. Nic dziwnego z resztą, biorąc pod uwagę jakiego tematu dotyka. Tego nie da się ładnie ubrać w słowa, poukładać zgodnie z tematyką i zamknąć do jednej szafy. Bo tu wszyscy i nikt nie jest winny; niemożliwe jest znalezienie prowodyra i zrozumienie prawdziwych motywacji katów.
Tochamn przedstawia nam makabryczny obraz; nie odpuszcza, pisze o najgorszych możliwych szczegółach. Muszę jednak wspomnieć o tym, że właśnie między innymi przez to jest to lektura zupełnie subiektywna: tu nie ma obiektywizmu dziennikarskiego. Z resztą, jak przy czymś takim mógłby się pojawić? Nie jest to jednak książka naukowa, która da nam konkretne odpowiedzi: było tak i tak. A potem jeszcze tak. Tu fakty mieszają się z oceną bohaterów autora oraz wspomnieniami zatartymi przez czas.
Jeśli szukacie literatury radosnej i przyjemnej to jest ostatnia rzecz po którą powinniście sięgać. Bo powtórzę to jeszcze raz – Dzisiaj narysujemy śmierć nie ma w sobie nic z takiej historyjki. Ale sądzę, że to książka warta poznania: bo choć opowiada o malutkim kraju gdzieś w sercu Afryki to wydaje mi się, że nam, Polakom, jest bliska nie tylko przez naszego rodzimego autora. W końcu u nas jakiś  czas temu działo się coś podobnego... czyż nie? 

* * *

– Hi, I'm Leo – słyszę zza pleców, kiedy patrzę na czarno-białe twarze zawieszone w szklanej gablocie. Ale ja nie potrzebuję teraz towarzystwa, potrzebuję ciszy. Chcę być tylko z tymi
zza szyby. Oni na mnie patrzą.
– Ścięli ich aż pół tysiąca w ciągu jednego dnia – mówi do mnie Leo. To jest drugie zdanie naszej znajomości.
Trzecie, czwarte i piąte:
- Przez wiele dni gnili na tym trawniku dookoła. Teraz są tutaj. Czasem tu przy nich sobie siedzę.
Fragment książki Dzisiaj narysujemy śmierć Wojciecha Tochmana

niedziela, 26 lutego 2017

Święta Żniw

Słońce dopiero późnym rankiem zaczynało oprószać dolinę swoimi promieniami, dlatego leżąca u jej podnóża wieś budziła się do życia znacznie wcześniej. Gdy światło docierało do osady, zwierzęta już dawno skubały trawę na górskich halach. Większą część z nich stanowiły krowy i owce, jednak bystre oko mogło wypatrzeć również juczne osły oraz kilka sztuk koni himangari: półdzikich wierzchowców o kopytach przypominających kozie, które doskonale nadawały się do górskich wypraw.
Niemal każdego ranka o tej porze rolnicy doglądali pól, a we wsi dało się słyszeć brzdęk młota oraz kowadła, jednak tego dnia ludność zdawała się mieć nieco inne zajęcie.
Środkiem osady przechodziło dwóch kapłanów - jeden rasy ludzkiej, drugi krasnoludzkiej. Odziani byli w odświętne, żółtawe stroje i nawoływali mieszkańców do wspólnego pochodu po Święte Trawy.
– Ludzie! Nadszedł dziś dzień, aby oddać hołd naszej Pani Żniw, Janarze! Chodźcie z nami, aby zebrać Garronu, tak, by i w przyszłym roku nie brakło jej w waszych paleniskach! Niech jej słodki dym będzie podziękowaniem dla bogini za dobre plony, które nadchodzą!  - nawoływał ludzki kapłan.
Drugi, krasnoludzki, prawdopodobnie powtarzał to samo, jednak słów jego jednostajnej mowy, kojarzącej się z brzdękiem młota o kamienny mur nie sposób było rozróżnić.
Osadnicy wychodzili całymi rodzinami, wraz z koszykami, aby wypełnić boży nakaz. Wśród nich znajdowała się dość wysoka kobieta. Piękna, mimo niezbyt nowej, znoszonej sukni i nielicznych zmarszczkach w okolicy ust. Jej piękne blondwłosy, splecione w warkocz, opadały na plecy, a prawa ręka, przewieszona przez ramię nieco niższego od niej mężczyzny, zwieńczona była spracowanymi palcami żony rolnika.
Przed kobietą maszerowała dwójka dzieci. Rudowłosa dziewczynka z małym koszyczkiem oraz złotowłosy, jak matka, chłopiec. Jego siostra bezustannie trajkotała, opowiadając młodszemu bratu o słońcu, zwierzętach i wietrze, ten jednak nie odzywał się ani słowem, z rzadka spoglądając na swoją drobną towarzyszkę.
– Rut, nie męcz brata - upomniała ją po jakimś czasie matka – Choć dziś daj mu spokój ze swoimi opowieściami...
– Ale mamo!
– Słuchaj Kai, dziecko – odezwał się towarzysz blodwłosej – Twój brat i tak ci nie odpowie, dobrze o tym wiesz. A spójrz, tam idzie Brima... i to chyba sama...
Nie musiał tego dwa razy powtarzać. Już po chwili rudowłosa Rut z podskokami ruszyła w stronę koleżanki.
Kaja spojrzała na swojego małżonka z nieskrywaną troską.
Niemy syn... urodził się tego samego dnia, w której doszła do niej wieść o śmierci jej poprzedniego męża. Miała nadzieję, że będzie jego godnym następcą... Niestety lata mijały, a chłopiec, choć zdrowy i silny, nawet nie próbował mówić. Kto wie, może nawet ich nie słyszał...? W jej oczach był uczynnym i bystrym dzieckiem tylko... no właśnie, nie mówił.
W każde święta modliła się - początkowo samotnie, a później z swoim nowym małżonkiem - o to, by dziecko zaczęło mówić. Do tej pory jednak żaden cud nie miał miejsca... ale nadzieja wciąż się tliła. Nie miała zamiaru rezygnować. Może pewnego dnia Niebiosa pozwolą jej synkowi przemówić?

Zbieranie traw – pod okiem dwój kapłanów - trwało do południa. Dzieci jak zawsze wyszalały się na łąkach po wszystkie czasy, a ich rodzice oraz inni mieszkańcy osady robili wszystko, aby zachować siły na wieczorne przygotowania do rodzinnej wieczerzy, połączonej z paleniem suszonej, lub kiszonej trawy.
Rodzina Kai tego roku miała do dyspozycji tylko kiszoną odmianę Garronu, jako, że suszona spłonęła podczas pożaru ich szopy. Po powrocie do chaty od razu zaczęli więc dzielić to, co zebrali na kupki – tak, by później orientować się, co ma pójść do słojów, a co do suszenia – a jej mąż ruszył do spiżarni, aby przynieść zeszłoroczne zapasy Świętej Trawy.
Wkrótce nadszedł czas wieczerzy. Kaja oraz Bruno, bo tak nazywał się jej towarzysz, siedzieli przy stole, spokojnie spożywając świąteczne potrawy. Dzieci jednak, nasyciwszy się szybko, zaczęły bawić się, biegając wokół stołu i dorzucając co chwilę do ognia Garronu, która wypełniała izbę słodkim, przyjemnym zapachem.
Niespodziewanie, złotowłosy chłopiec sięgnął do słoika, jednak zamiast zanieść trawę do paleniska, włożył ją do swoich ust i począł żuć - kiszona, nabierała elastycznej faktury i kleiła się do zębów, co zdawało się nadzwyczajnie fascynować chłopca.
– Michałku, co ty masz w buzi? – spytała zdziwiona matka, wiedząc, że syn nie sięgał do stołu po żadną z potraw.
– Maaaamooo, ja wiem, ja.... on wziął... – zaczęła mała Rut, nie mając zamiaru kryć brata, jednak nie skończyła mówić. Przerwał jej wybuch jasnego światła, odrzucający wszystko, co znajdowało się blisko w tył. Michałek wywrócił się, a dziewczynka, stojąca najbliżej, poleciała na kant stołu, uderzając się o niego z całą mocą.
Rut osunęła się na ziemię, jednak to nie na niej skupiona była uwaga całej rodziny.
Kaja i Bruno wstali z krzeseł.
Przed nimi, w niezwykłej jasności stała rudowłosa, bardzo wysoka kobieta, odziana w złotą szatę.  W jej grubych warkoczach można było dostrzec źdźbła traw i zbóż, zaś w ręku trzymała kostur, o który delikatnie się podpierała. Jego głowicę zdobiło złote jabłko.
Michałek cofnął się o krok, dotykając plecami ściany, a bogini od razu skierowała swoje spojrzenie na niego.
– Pani... – odezwał się ostrożnie i z czcią Bruno.
Kobieta rzuciła mu krótkie spojrzenie pełne wściekłości i pogardy, jednak szybko znów zwróciła się ku chłopcu.
– Jak śmiesz... jak śmiesz odbierać bogom co boskie! Żuć świętą trawę! Tymi podłymi zębami! Co ty sobie, gówniarzu, myślisz?! Cały rok haruje, byście mieli co jeść! A wy wszyscy tak mi się odpłacacie?!
Michałek nie odzywał się ani słowem, spoglądał jedynie na boginię z przestrachem i cieniem przepraszającego uśmiechu. Mina mu jednak nieco zrzedła, gdy Piękna Pani uderzyła go w twarz. Michałek odruchowo złapał się za policzek, jednak chyba był zbyt przerażony, aby płakać.
– Pani... to tylko chłopiec... – odezwała się Kaja, drżącym głosem, pozwalając sobie przerwać tyradę wściekłej bogini.
– CHŁOPIEC? – odwróciła się na chwilę w stronę matki Michałka – To trzeba było go pilnować! – energicznie odwróciła się znów do swojej małej ofiary: – No, chłopcze,  co więc masz na swoje usprawiedliwienie?
Niemy Michałek, rzecz jasna, nic ni miał. Spoglądał tylko na Panią swoimi przestraszonymi, niebieskimi oczkami.
– Ta ludzka pycha... – mruknęła bogini – och, skoro nawet nie umiesz mi odpowiedzieć, nie jesteś godny, aby móc spoglądać na ten świat i te dzieła, które dla was przygotowuje, chłopcze. Nie mam do was siły... z roku na rok jest coraz gorzej – obraz pani, kręcącej głową, zaczął się rozmywać - Bądź przeklęty, chłopcze  – powiedziała, jakby na pożegnanie.
Rodzice, gdy tylko bogini zniknęła, rzucili się w stronę Michałka.
Nie potrzebowali dużej ilości czasu, aby się zorientować, że chłopiec, zgodnie z klątwą bogini, był teraz nie tylko niemy, ale i ślepy. Tak bardzo jednak skupili się na nim, że nie zauważyli leżącej pod stołem małej Rut i powiększającej się czerwonej plamy wokół jej główki.
Gdy się zorientowali, rudowłosa dziewczynka była już martwa, a z jej ciała uleciała większa część ludzkiego ciepła.

Wielka sala rozbrzmiewała rozmowami i śmiechami, jednak królowej dzisiejszego święta - Janary - wciąż jeszcze nie było. W całym pomieszczeniu dało się czuć słodki zapach Garronu: w tym roku głównie kiszonej, ponieważ mąż Pani Żniw, zajmujący się Ogniskiem Domowym skutecznie pozbawił liczne rodziny suszonej wersji, uznając tą za rzadszą i przyjemniejszą dla nosa.
Janara pojawiła się dopiero po godzinie świętowania, jakby nieco podłamana i - niewątpliwie - wściekła. Nawet jej strój zdradzał jej nastrój: zwykle chodziła w jasnych szatach, dziś jednak założyła na siebie krwistoczerwoną suknie.
Jako pierwszy zobaczył ją Barelief, bóg słońca i światła, który natychmiast podszedł do solenizantki.
– Oj, kochana, witaj na swoim święcie! Co ci się stało? Żądło osy wbiło ci się pod paznokcie?
Rudowłosa bogini rzuciła mu tylko zirytowane i zrezygnowane spojrzenie.
– Przegięłam – powiedziała, siadając na jednym ze schodków, prowadzących do głównej części sali. – Przegięłam z ilością Garrnou przed świętem i trochę mnie poniosło... Och, nienawidzę, że oni tak je marnują... nie dość, że mój mąż ją niszczy, jak najdzie go kaprys, to jeszcze ci ludzie... ja się staram... a oni pozwalają dzieciom ją jeść...!
Barelief kiwnął głową ze zrozumieniem.
– No rozumiesz... rozumiesz, musiałam zareagować.. Rozumiesz mnie, prawda?!
– Tak, kochaniutka, rozumiem, okropni ci ludzie,  roku na rok coraz gorsi...
– Co my z nimi zrobimy?
– Ukarzemy. Wkrótce, nie martw się.
– Jesteś cudowny, Barciu! – Janara przytuliła się do swojego przybranego brata na chwilę, po której ten znów się odezwał.
– Ale... przegięłaś... Co zrobiłaś, kochaniutka?
– Nic takiego... właściwie... jak teraz o tym myślę – wzruszyła ramionami – Chłopak nawet nie raczył się do mnie odezwać... A miałam pozwolić mu na mnie patrzeć?
– Ale żyje?
Kiwnęła głową.
– To faktycznie, bez potrzeby się tym zadręczasz. Chodź już, wszyscy na ciebie czekają.
Wstali wspólnie, podążając do pozostałych gości.


* * *

Wrzucam ten tekst, bo mogę. To krótkie opowiadanie nie było pisane „na serio” – po prostu poprosiłam kogoś o pomysł na historię. Usłyszałam, że mam napisać o Michałku, który tak żuł gumę, aż oślepł i wyszło właśnie to. Muszę przyznać, że w trakcie naprawdę dobrze się bawiłam, nawet, jeśli to nie jest nic wielkiego.
To nie jest premiera tekstu! Został już opublikowany na moim Wattpadzie. Z tym, że... jednak zdecydowałam, że chce mieć te swoje teksty tutaj :) Spokojnie, nie wpłynie to na standardową ilość postów i już za dwa dni osoby niezainteresowane dostaną coś bardziej typowego dla DM.

piątek, 24 lutego 2017

Harry Potter i Przeklęte Dziecko: Maszynka do robienia pieniędzy


Przyznaję się bez bicia – nie miałam zamiaru czytać tej sztuki. Klikając TUTAJ i TUTAJ dowiecie się mniej więcej, jak wyglądała moja przygoda z Harrym Potterem oraz co zarzucam tej serii. Okazało się jednak, że moja siostra popełniła zakup najnowszej części z serii i zapoznałam się z nią, korzystają z okazji.

Tytuł: Harry Potter i Przeklęte Dziecko
Autor: J. K. Rowling, John Tiffany, Jack Thorne
Liczba stron: 368
Gatunek: scenariusz, fantasy młodzieżowe

Harry Potter pokonał już Voldemorta i po ukończeniu szkoły zaczął pracę w Ministerstwie Magii. Wydawać by się mogło, że teraz będzie prowadził spokojne życie. Okazuje się jednak, że wychowywanie dzieci bywa nie raz trudniejszym zadaniem niż walka z Czarnym Panem....

Nostalgiczne dzieło dla fanów Pottera, kolejny gadżet, który ma pomóc w produkcji pieniążków i coś, co po prostu próbuje być podróbką całej serii – właściwie tak mogłabym w skrócie opisać cały scenariusz najnowszej części z najpopularniejszej serii Rowling.
Gdyby to dzieło dane było mi obejrzeć na scenie zapewne uznałabym, że to fajna zabawa dla dzieci, być może nie tylko, która dziełem sztuki nie jest, ale trudno nazwać ją stratą czasu. Czytając jednak nie byłam w stanie nie zauważyć sporej ilości nielogiczności i innych błędów Harry’ego Pottera i Przeklętego Dziecka.
Już od dawna nie uważam się za fankę serii, mimo, że dość dobrze ją znam: w końcu to między innymi dzięki niej zaczęłam czytać książki w szkole podstawowej. Niestety, mając jakąś wiedzę na temat uniwersum chcąc nie chcąc przyłapałam autorów na tym, co działo się także w poprzednich częściach z serii: na braku stanowczości w tym, co się tworzy. Jak zwykle w przypadku Pottera bywa, że ktoś po prostu ma pomysł i postanawia wcisnąć go w świat, mimo, że przy poprzedniej części była już informacja, że tak się zrobić nie da.
Na przykład? Dzieci Pottera czarują poza szkołą, kompletnie bez żadnych konsekwencji; nie mamy też żadnej informacji odnośnie zmiany czarodziejskiego prawa, które by na to pozwalało. Poza tym (niezbyt istotny SPOILER) blizna Harry’ego znów daje o sobie znać, mimo, że w części siódmej Rowling napisała wyraźnie, że już nigdy więcej się nie obudziła, a przynajmniej tak podpowiada mi moja pamięć. Poza tym jakimś cudem Potter odzyskuje umiejętność rozmowy z wężami co też nie jest wyjaśnione w żaden logiczny sposób. W tej książce potęga miłości i przyjaźni sprawia, że świat nagina własne zasady, bez żadnych konkretnych wyjaśnień, byleby tylko bohaterom się powiodło. Nie muszę chyba mówić, że takie coś nie świadczy dobrze o powieści fantasy?
Przy tym wszystkim nie uważam w żadnym razie, by to była kontynuacja Pottera. Sztuka przypomina bardziej fanfiction, którego autor żeruje na częściach poprzednich. W trakcie czytania obserwujemy sporo scen z poprzednich książek, co moim zdaniem ma na celu po prostu wywołać uczucie nostalgii u czytelnika.
A co z samą, oryginalną historią...?
Cóż, gdyby ta książka była powieścią, a nie sztuką i gdyby nie żerowała tak bardzo na poprzednich historiach to pewnie uznałabym, że to fajna historia o przyjaźni i dorastaniu dwóch chłopców. Niestety, przez powiązania z częścią poprzednią książka nie tylko zżyna z poprzednich pomysłów Rowling, ale na domiar złego kontynuuje coś, co powinno być już na zawsze zamknięte. Harry Potter i Przeklęte Dziecko na siłę chce być powtórką z przygody, jaką wcześniej dostaliśmy od autorki, ale ponieważ tamta historia została już zakończona to najzwyczajniej w świecie jej nie do końca wychodzi. Zwłaszcza, że to scenariusz sztuki, a nie powieść, a co za tym idzie całość poza sceną nie jest pełnym dziełem...
Muszę przyznać, że o ile postacie dziecięce zostały wykreowane po prostu w porządku o tyle kreacja dorosłych trochę mnie zawiodła: Potter dalej jest cholernie nijaki, jedynie zrobił się dość irytujący, z Rona wyrósł się śmieszek, a Hermiona... dalej jest chyba tą samą Hermioną, tak, jakby te dwadzieścia dwa lata pomiędzy akcją części siódmej, a tą sztuką nigdy nie miało miejsca. Niemniej, po części to rozumiem: to sztuka, nie mamy tu opisów, a to, jak na scenie zostaną odebrani bohaterowie w sporej mierze zależy od samych aktorów.
Trudno mi się czepiać samego stylu pisania, biorąc pod uwagę, że tego tekstu tu po prostu wiele nie ma, ale muszę przyznać, że sposób, w jaki zostały napisane niektóre didaskalia bywa po prostu nieco bolesny. Przykład? Już podaje. Wiatr wieje ze wszystkich stron, na dodatek ostry wiatr – wystarczyło napisać, że Ostry wiatr wieje ze wszystkich stron... Choć wydaje mi się, że słowo ostry też należałoby zmienić. Wiatr może być mocny, albo porywczy, ale ostry...?
Zdecydowanie nie jestem tym dziełem zachwycona. Polecam oglądać na scenie, jeśli macie taką możliwość i ochotę, ale generalnie nie jest to nic wielkiego: Harry Potter i Przeklęte Dziecko na pewno wywoła uczucie nostalgii u fanów serii i to byłoby na tyle ;) Nie jest to jednak nic tragicznego: sztukę czyta się szybko, historia jest dość zwyczajna, ale trzyma się kupy.  Nie sądzę jednak, by była to lektura ważna, czy konieczna.

środa, 22 lutego 2017

Szczęścia nie dają...



Już jakiś czas temu pisałam Wam o książce Złoto, banki, ludzie – krótka historia pieniądza, która zawierała dwie prace Rothbarda. Polecałam Wam ją jednak doskonale wiem i rozumiem, że nie każdego temat ten interesuje na tyle, aby sięgnąć po książkę. Uznałam więc, że temat interesuje mnie na tyle, by coś o nim napisać tutaj. Pisząc, opieram się głównie na wcześniej wymienionej przeze mnie pozycji, aczkolwiek pamiętajcie: nie jestem ekonomistą, czy specem w tym temacie. Po prostu mnie zainteresował :) Jeśli więc chcecie przeczytać pracę naukową odsyłam do książki – a pozostałych zapraszam do blogowego wpisu :D

Czym jest pieniądz?
Podobno pieniądz szczęścia nie daje, huh? Część ludzi o odrzuca, część go hejtuje, mówiąc, że niszczy nasz świat; jeszcze inni go tylko akceptują. Jeśli jednak jesteście wśród jednej z tych grup to... szczerze mówiąc, to może oznaczać, że po prostu nie rozumiecie czym jest. By to jednak w jasny sposób wyjaśnić, musimy się cofnąć wiele lat wstecz i pogrzebać nieco w historii...

Najpierw był barter
Łatwiej nam funkcjonować w społeczeństwie. Dzięki temu każdy może robić to, w czym jest dobry i jednocześnie mieć u siebie wszystko, czego potrzebuje, mimo, że tego nie produkuje. Tysiące lat temu jedna rodzina musiała być samowystarczalna: musiała sobie szyć ubrania, polować, uprawiać rolę. Przez to nikt w niczym się nie specjalizował i trudno było osiągnąć w jakiejś dziedzinie mistrzostwo. Aż w końcu ktoś wpadł na genialny pomysł: hej, skoro mieszkamy obok siebie, wy macie więcej pola, a my więcej broni do polowania do może wy skupcie się na jednym, my na drugim i będziemy się wymieniać towarami? My oddamy wam niepotrzebny nam nadmiar mięsa, a wy dacie nam swój nadmiar pszenicy i wszyscy będziemy zadowoleni.
Tak zaczął się handel: dzięki temu obydwie rodziny zaczęły ze sobą współpracować, skupiając się bardziej na jednej czynności i doskonaląc umiejętności związane z nią, co owocowało lepszymi plonami, albo większą ilością upolowanej zwierzyny.
Po jakimś czasie z dwóch rodzin zrobiło się kilka... i nagle okazało się, że rodzina A chce kupić krowę za masło; rodzina B chce sprzedać krowę, ale w zamian wolałaby dostać pszenice, a rodzina C ma pszenicę, ale w zamian najchętniej przyjęłaby właśnie masło. Skomplikowane, nie? Teraz, by rodzina A mogła kupić krowę najpierw musi lecieć do rodziny C po pszenicę, by dopiero później móc dostać to, czego naprawdę chce...
Zapewne taki stan rzeczy funkcjonował przez jakiś czas, aż w końcu, w sposób zupełnie naturalny okazało się, że są rzeczy na tyle powszechne, że każdy może je mieć. Mógł to był pług, mogło to być wspomniane wcześniej masło. Stopniowo to właśnie taki powszechny towar stał się pośrednikiem, dzięki któremu  ludziom po prostu łatwiej było handlować. Teraz ludność wiedziała, że należy zawsze mieć tą daną rzecz, dzięki której będzie mogła kupić wszystko w danej wsi.
Również w sposób zupełnie naturalny ludzkość, metodą prób i błędów, zaczęła eliminować towary, które nie były stałe, łatwo było je wyprodukować, zjeść, czy zniszczyć. Posługiwanie się nimi było po prostu mniej wygodne... i tak oto do głosu doszły metale szlachetne.
Złoto, czy srebro są ładne, ale niszczą się stosunkowo wolno. Przy tym są ładne, więc chcemy je mieć, ale z drugiej strony przecież tego nie zjemy, prawda? Do produkcji broni i innych takich rzeczy bardziej nadają się inne metale, a te nam się po prostu podobają. Nie łatwo jest je wydobyć, a ich ilość też jest w jakiś sposób ograniczona, dzięki czemu nie zrobię sobie srebra, czy złota przez noc, jak masła, i nie zniszczę tym samym cen istniejących na rynku... Ach, przy tym wszystkim metale szlachetne w przeciwieństwie do np. diamentów zawsze mają taką samą wartość; zawsze są tak samo czyste.
W ten oto sposób złoto i srebro stały się najwygodniejszym towarem, który pomagał ludziom w handlu.

Pieniądz to towar
Tak właśnie dochodzimy do najbardziej istotnego wniosku: pieniądz to towar. Oznacza to nie mniej, nie więcej tyle, że nasz zarobek to coś, co sami wypracowaliśmy: to nasza ciężka praca, dzięki której możemy wyżyć, nie mniej, nie więcej. Dlatego jeśli mówisz, że pieniądz jest zły, to miej świadomość, że automatycznie psioczysz na swoją pracę. Mówisz, że kogoś zniszczył pieniądz? Jeśli tak, to oznacza, że często winna była temu ciężka praca, którą wykonywał, by dojść do swojej fortuny (temat dot. osób dziedziczących takowe jest rozważaniem na zupełnie inny wpis). Pieniądz to ogromna wartość, w którą wkładasz swoje siły, a nie zło tego świata, które trzeba zniszczyć ;)

Brak pokrycia w złocie
Dzisiejszy świat boryka się z... brakiem pokrycia pieniądza w złocie. Osobiście słyszałam nawet ekonomistów, którzy uznawali, że taki stan rzeczy jest wręcz bardzo dobry. Co o tym sądzę...?
Cóż, sądzę, że to totalna bzdura. Aczkolwiek temat ten poruszę tylko po łebkach: jeśli chcecie o tym wiedzieć więcej musicie albo doczytać, albo poczekać na ewentualny, kolejny post o ekonomicznej tematyce :)

Pieniądze w takiej formie, w jakiej znamy je obecnie powstały przez wzgląd na wygodę: łatwiej jest przekazać fundusze do banku i mieć przy sobie tylko pokwitowanie (czyli banknot, lub monetę) potwierdzające, że jesteśmy jego posiadaczami. W chwili jednak, w której świat odszedł od parytetu złota stała się rzecz wręcz katastrofalna. Obecnie twórca pieniądza (czyli u nas – państwo) może dowolnie zmieniać jego ilość, a co za tym idzie: sprawia, że nie jest stabilny. Przy tym traci jakąkolwiek wartość... Bo teraz zamiast być towarem jest po prostu świstkiem papieru, któremu nadajemy znacznie większą wartość, niż w rzeczywistości posiada.

niedziela, 19 lutego 2017

Podróże z Herodotem: Dwóch wielkich w podróży


Gdy czytam, bo muszę, a nie: bo mam ochotę to nie raz jestem nawet po fajnej lekturze bardzo wykończona. Zmuszanie się do tej czynności to zdecydowanie nie jest miła sprawa. Niestety, poniższa książka właśnie jest jedną z tego typu lektur. Ale cóż, przynajmniej mogłam wybrać sobie dowolny tytuł: miałam po prostu zapoznać się z dowolnym reportażem Kapuścińskiego.

Tytuł: Podróże z Herodotem
Autor: Ryszard Kapuściński
Liczba stron: 210
Gatunek: autobiografia, reportaż

Jedna z ostatnich książek Kapuścińskiego.
Wielki, polski reporter wspomina po latach swoje pierwsze wyprawy za granicę i opisuje, jaki wpływ na jego twórczość miały Dzieje Herodota.

Podróże z Herodotem to już moje trzecie spotkanie z Ryszardem Kapuścińskim. O ile jednak poprzednio było dość lekko i przyjemnie, tak tym razem trafiłam na lekturę nieco cięższą w odbiorze, niż te, które dane było mi poznać wcześniej.
Nie jest to ani typowy reportaż, ani typowa autobiografia. W tej pracy Kapuściński opowiada nam o swoich pierwszych podróżach już z perspektywy czasu, tłumacząc czytelnikowi jak wielki wpływ miał na niego Herodot i dlaczego. Czytając, obserwujemy właściwie dwie historie: pierwszą, będącą życiem autora i drugą, opisywaną lata temu przez greckiego historyka, obdarzoną komentarzami naszego polskiego reportera.
Muszę przyznać, że mam co do tej lektury bardzo mieszane uczucia.
Początkowo po prostu mnie zafascynowała: Kapuściński posługuje się naprawdę piękną polszczyzną, a to, w połączeniu ze wspomnieniami z czasów PRLu momentami przyprawiało mnie o dreszcze. Jak to musiało wtedy być? Tak wyjechać w nieznane, nie mając pojęcia, gdzie tak naprawdę się jedzie, a jednak jechać i musieć o tym pisać. Początkowo autor wplatał gdzieś tam Herodota, nawiązując do niego w trakcie, co było naprawdę ciekawym zabiegiem. Niestety, im więcej stron upływało, tym bardziej autor skupiał się na Greku, a nie na sobie, co powoli, powolutku zaczęło mnie irytować i po prostu nudzić.
Nie chcę powiedzieć, że był to zły zabieg. Co to, to nie! Jeśli ktoś jest zainteresowany historią Grecji na pewno odnajdzie się w tej książce Kapuścińskiego, zwłaszcza, że jak wspominałam wcześniej, autor doskonale posługuje się naszym językiem. Jakby tego było mało jest zwięzły i konkretny, przez co dla wielu ta pozycja będzie naprawdę zbawienna. Świat widziany oczyma autora jest bardzo ciekawy i barwny, a jego komentarz do tekstów Herodota często zmusza do krótkiej refleksji. Niemniej, mi tak bardzo spodobały się początkowe opisy życia Kapuścińskiego, że chciałam czytać o nim, a nie o Herodocie.
By nie było niedomówień, pozwólcie, że wyjaśnię kilka podstawowych spraw. W tym dziele nie mamy typowego bohatera: choć Kapuściński i Herodot odkrywają taką rolę to nie mogę powiedzieć, że zostali w jakiś sposób wykreowani. W końcu to reportaż, nie powieść. Przy tym w Podróżach z Herodotem roi się od rozmyślań i opisów, a ewentualne dialogi to pojedyncze zdania, nic więcej. Niemniej, to książka, która została napisana do masowego odbiorcy, a nie do elity społeczeństwa: reportaż jest po części literaturą rozrywkową i o ile temat interesuje odbiorcę to naprawdę może dostarczyć wrażeń i emocji.
Podróże z Herodotem choć naprawdę mocno próbowały, to ostatecznie mnie nie porwały. Nie mogę jednak nie docenić warsztatu i osobowości Kapuścińskiego oraz nie polecić tej pozycji. Każdy zainteresowany powinien po nią sięgnąć, bo czemu nie? :) Polecam ją zwłaszcza tym, który uwielbiają podróże oraz interesuje ich, choć trochę, historia starożytnej Grecji.


* * *

Nim Herodot wyruszy w dalszą podróż, wspinając się po skalistych ścieżkach, płynąc statkiem po morzu, jadąc koniem po bezdrożach Azji, nim trafi do nieufnych Scytów, odkryje cuda Babilonu i zbada tajemnice Nilu, nim pozna sto innych miejsc i ujrzy tysiąc niepojętych rzeczy, pojawi się na chwilę w wykładzie o starożytnej Grecji, który profesor Bieżuńska–Małowist wygłasza dwa razy w tygodniu dla studentów pierwszego roku historii Uniwersytetu Warszawskiego.
Pojawi się i zaraz zniknie.
Zniknie momentalnie i tak zupełnie, że teraz, kiedy po latach przeglądam zapiski z tych zajęć, nie znajduję w nich jego nazwiska. Jest Ajschylos i Perykles, Safona i Sokrates, Heraklit i Platon, natomiast Herodota nie ma. A przecież te notatki robiliśmy starannie, były naszym jedynym źródłem wiedzy: ledwie pięć lat wcześniej skończyła się wojna, miasto leżało w gruzach, biblioteki pochłonął ogień, więc nie mieliśmy podręczników, brakowało nam książek.
Pani profesor ma spokojny, cichy, jednostajny glos. Jej ciemne, uważne oczy patrzą na nas przez grube szkła z wyraźnym zaciekawieniem. Siedząc za wysoką katedrą, ma przed sobą setkę młodych ludzi, z których większość nie miała pojęcia, że Solon był wielki, nie wiedziała, skąd bierze się rozpacz Antygony, ani nie umiałaby wytłumaczyć, w jaki sposób pod Salaminą Temistokles wciągnął Persów w pułapkę.
Prawdę mówiąc, nawet nie wiedzieliśmy dobrze, gdzie leży Grecja i że kraj o tej nazwie miał tak niebywałą, wyjątkową przeszłość, że warto było uczyć się o niej na uniwersytecie. Byliśmy dziećmi wojny, w latach wojny gimnazja były zamknięte i choć w dużych miastach spotykało się czasem tajne komplety, tu, na tej sali, siedzieli najczęściej dziewczęta i chłopcy z dalekich wiosek i małych miasteczek, nieoczytani, niedouczeni. Był rok 1951, na studia przyjmowano bez egzaminów wstępnych, bo głównie liczyło się to, kto z jakiego pochodził domu — dzieci robotników i chłopów miały najwięcej szans na indeks.

Fragment Podróży z Herodotem Ryszarda Kapuścińskiego

czwartek, 16 lutego 2017

Byłam, widziałam i wspominam - o musicalach

O musicalach pisałam na blogu już w maju 2015 roku. Dziś chce znów poruszyć ten temat, tym razem w nieco inny sposób. Mianowicie, chce Wam krótko opowiedzieć o paru na których byłam :) Nie ma ich szczególnie wiele, ale cóż, cały czas liczę na więcej! Jeśli zainteresuje Was ten temat dajcie znać, a zrobię kolejny wpis, tym razem o musicalach, które po prostu znam, a których nie widziałam na żywo. Niestety, ale takich jest znacznie więcej, nad czym cały czas ubolewam. 

High School Musical On Stage
Oto musical, który był pierwszym, jaki widziałam na żywo :D Niestety, szczerze mówiąc nawet nie pamiętam w którym dokładnie roku go widziałam. Obstawiam 2011, aczkolwiek pewności nie mam. Poszłam na niego dzięki cioci, która załatwiła mi i mojej siostrze bilety. High School Musical znałam już wcześniej z Disney Channel, i to całkiem dobrze, ale choć lubiłam go nigdy nie byłam jego wielką fanką. Szczerze przyznam, że z samego spektaklu niewiele pamiętam. Było... fajnie. I tyle. Chyba nieco irytowały mnie polskie wersje piosenek, które znałam już wcześniej. Musical obejrzałam na deskach gliwickiego teatru :)



Tarzan
Tarzana w Polsce można było zobaczyć (a może dalej można?) na deskach zabrzańskiego Domu Muzyki i Tańca. Gdy się o tym dowiedziałam wyprosiłam od rodziców bilety i pierwszego czerwca 2012 roku udało nam się razem na niego pójść. Jak było? Cudownie. Moja siostra narzekała na zmienioną wersje tekstów piosenek, ale szczerze mówiąc mi one chyba nawet bardziej przypadły do gustu. Ta polska wersja boadway’owskiego musicalu wypadła naprawdę dobrze. Stroje małp wprawdzie z zewnątrz mogą wyglądać nieco śmiesznie, jednak na scenie naprawdę działa się magia: było głośno, było tanecznie i muzycznie. Samej historii chyba nikomu przedstawiać bliżej nie muszę :) Był to pierwszy musical, na który wybrałam się w pełni świadomie.




Jesus Christ Superstar
Na ten musical miałam się wybrać z pewnym moim kolegą, ostatecznie jednak byłam na nim z... szkołą. Kiedy? Wiosną 2016 roku. Byłam na chorzowskiej wersji tejże sztuki i wiecie co? To był pierwszy musical oglądany na żywo, który szczerze mnie rozczarował. Janusz Radek (w roli Judasza) wprawdzie zachwycił mnie swoim wokalem, ale miałam wrażenie, że pozostała część obsady nie do końca mogła pokazać swoje umiejętności. Przy okazji słyszalność była naprawdę okropna: nie rozumiałam połowy tekstu, co oznaczało ni mniej, ni więcej tyle, że nie zrozumiałam historii, której wcześniej nie znałam. Sama fabuła, o której później słyszałam też nieszczególnie mi się spodobała... i choć niektóre kawałki z Jesus Christ Superstar lubię to jednak ten musical do mnie nie przemawia.



Rodzina Adamsów
Na Rodzinę Adamsów również wybrałam się wiosną 2016, tym razem z rodziną. Musical nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia: był po prostu miłą historyjką, chwilami śmieszną... i właściwie tyle. Niemniej, wokal Sylwii Banasik, którą poznałam już wcześniej dzięki Studiu Accantus, a która grała rolę Wednesday zachwycił mnie na żywo tak samo, jak robi to poprzez słuchawki, a Miłosz Mogiwelski w roli Pugsley’a sprawdził się również znakomicie. Z tego co wiem musical wystawiany już nie będzie, a szkoda, bo dla fanów tejże serii na pewno była to cudowna zabawa.



Jakie plany na teraz? Cóż, niewielkie: ceny biletów przerażają moją studencką kieszeń. Ale na pewno 30 marca wybieram się na Notre Dame w Gdyni. Niestety, rezerwowane w grudniu bilety i tak zapewniły mi miejsce w ostanim rzędzie XD Chcielibyście jakąś relacje z tego wydarzenia? 

wtorek, 14 lutego 2017

Cienioryt: Płaszcz, szpada i cień

O Piskorskim usłyszałam przy premierze jego książki Czterdzieści i Cztery. Jednak zamiast sięgnąć najpierw po najnowszą książkę autora coś we mnie kazało zapoznać się z jakimś jego starszym dziełem. Czemu? W gruncie rzeczy, sama nie wiem. Tak więc trochę na chybił-trafił uznałam, że chce mieć na swojej półce Cienioryt :D Powiem Wam, że choć brakuje mi w tym wydaniu ilustracji, które można znaleźć w powieściach SQN, albo Fabryki Słów to wydanie jest naprawdę porządne: okładka jest elegancka, wykonana z porządnego papieru, a w środku układ graficzny samej książki też nie jest niczego sobie. Jedynie spisu treści w całości nieco mi brakuje. Ale dobra, nie zanudzam więcej, czas przejść do rzeczy najważniejszej: do treści książki.
W ogóle mamy dziś walentynki... i powiem Wam, że właściwie ta lektura trochę do nich pasuje :D Może to nie romans, ale w pewnym sensie romantyczna jak najbardziej jest :D

Tytuł: Cienioryt
Autor: Krzystof Piskorski
Liczba stron: 500
Gatunek: high fantasy; powieść płaszcza i szpady

W portowym mieście południa, Serivie, każdy cień jest oknem do groźnej i niezbadanej cieńprzestrzeni, w której tunele ryją adepci tajemnych sztuk. Sześciu grandów walczy o wpływy trucizną, zdradą i stalą, małoletni król z trudem trzyma się przy władzy, a inkwizycja rośnie w siłę.
Ale to wszystko sprawy, które trudno obserwować z okna małej izby przy ulicy Alaminho, gdzie mieszka Arahon Caranza Martenez Y’Grenata Y’Barratora, doświadczony nauczyciel szermierki. Arahon pragnie jedynie zapewnić bezpieczeństwo bliskim i odłożyć dość pieniędzy, by opuścić miasto. Przynajmniej do czasu, gdy w jego ręce wpada cienioryt – wypalony na szkle obraz przedstawiający tajemniczą postać…
(źródło: lubimyczytać.pl)

Są takie książki, które otwiera się, czyta kilka pierwszych zdań... i już ma się świadomość, że przepadło się na zawsze. Właśnie czymś takim okazał się być dla mnie Cienioryt. Choć niepozbawiona wad, ta książka nie bez powodu dostała Zajdla w 2013 roku.
Już od pierwszych stron widać, że mamy do czynienia z człowiekiem, który nie przebiera w słowach. Styl Piskorskiego jest mocny, ostry i ironiczny, ale zarazem mający w sobie nutkę elegancji, doskonale wpasowujący się w konwencje literacką, którą obrał.  W końcu świat wymyślony przez autora to dzikie południe, zamieszkane przez ludzi dumnych i charakternych. Tu inaczej po prostu nie może być.
 Nie miałam wcześniej do czynienia z powieścią płaszcza i szpady, dlatego Cienioryt kojarzy mi się po prostu z... Zorro. Mamy wielkie walki, gdzieś tam czai się piękna kobieta i zło, które trzeba pokonać, rozwiązując zagadkę. To przede wszystkim powieść akcji, która ma zapewnić dobrą rozrywkę osobom, którym odpowiada taki klimat.
Skłamałabym jednak mówiąc, że świat przedstawiony w Cieniorycie nie jest ciekawy i rozbudowany. Bo jest! Autor bardzo często nawiązuje do jakiś historii, które niegdyś miały miejsce i co warte zauważenia, wplata je tak, że zawsze pomagają nam zrozumieć sytuacje, w której znaleźli się bohaterowie; nie są to bezsensowne fakty, a coś, co jest niezbędne do poznania całej historii. Przy tym muszę przyznać, że pomysł z zabawą cieniami to coś wybornego: z jednej strony pozwala nam wrócić do czasów dzieciństwa, bo w końcu kto nie zastanawiał się nad tym, czym jest cień? A z drugiej wprowadza mrok i tajemnice. Piskorski nie wyjaśnia nam od razu o co chodzi z jego światem, a dość długo trzyma nas w niepewności, powoli i stopniowo wyjaśniając działanie swojego uniwersum.
Powieść jednak, choć bardzo dobra, nie była doskonała: podzielona jest na dwie części, z której druga po prostu mniej przypadła mi do gustu. Nie chcąc tu spoilerować, powiem po prostu, że chwilami wyjaśnia nam ciut za dużo i po prostu ta tajemnica gdzieś się gubi, na czym powieść po prostu traci. Dzięki temu jednak autor jest w stanie doprowadzić całość do zgrabnego zakończenia, dlatego jak najbardziej rozumiem ten zabieg.
Jeśli już o wadach mowa, muszę wspomnieć o jednej dość niechlubnej rzeczy: książce przydałaby się jeszcze jedna korekta. Co jakiś czas wpadałam na powtórzenia, kilka razy wypatrzyłam też innego rodzaju błędy i choć nie ma ich za dużo to potrafiły mnie skutecznie wybić z rytmu czytania.
A co z bohaterami? W końcu do nieodzowny element powieści, dla niektórych nawet najważniejszy. Cóż, jest... po prostu dobrze. Arahon to bardzo fajnie skonstruowany mężczyzna, którego nie sposób z nikim pomylić, a postaciom wokół niego też nie mogę nic konkretnego zarzucić. Niemniej, to jedna z tych historii, w której dla mnie liczy się bardziej sama akcja i świat przedstawiony, a nie bohaterowie.
Mimo wszystkich zalet, Cienioryt to historia stosunkowo krwawa, dlatego nie będzie dobrym wyborem dla osób, które nie lubią nadmiernej ilości walk i akcji tego pokroju. Osobiście jednak bardzo ją polecam: jeśli tylko szukacie dobrej zabawy, utrzymanego w klimacie dzikiego, ale na swój sposób romantycznego południa na pewno nie będziecie żałować zapoznania się z Cieniorytem


* * *

Y’Barratora jęknął. Przetoczył się na krawędź łóżka i zsunął nogi na podłogę, stękając z bólu. Wydawało się, że nie ma na ciele miejsca, które nie byłoby obdarte, lub potłuczone.
Krew. Przeszywany kaftan cały nią przesiąkł. Szermierz przesunął dłonią po materiale, czując chropowatą fakturę skrzepów. Szukał rany, ale po chwili przypomniał sobie, że krew nie była jego.
W jego wciąż zamglonym umyśle powrócił obraz wykrzywionej z bólu twarzy, ale zepchnął ten obraz w ciemność. Siedział długo na krawędzi łóżka, z nozdrzami pełnymi woni posoki, skupiając całą uwagę na tym, aby nic sobie nie przypominać, o niczym nie myśleć, by w głowie panował tylko spokojny szum. I aby się nie wyrzygać.
Wpatrywał się w cień na podłodze i wydawało mu się, że ten kpiąco pokiwał głową.

Fragment Cieniorytu Krzysztofa Piskorskiego


niedziela, 12 lutego 2017

Biblioteczka: Nie ma to jak w domu!

Poprzednim razem, gdy pisałam o mojej biblioteczce post dotyczył mojego mieszkania na studiach. Dziś, jako, że dość niedawno do mojego pokoju przyszła nowa półka, postanowiłam pokazać Wam jak zmieniło się to w moim pokoju :) Niestety, remont cały czas trwa, wszystko bardzo powoli się tworzy i idealnie nie jest, ale w końcu większość moich książek, a przynajmniej większość tych „ulubionych”, stoi równo obok siebie :)
Muszę przyznać, że początkowo chciałam układać je kierując się wielkością, ale ostatecznie są poukładane w miarę tematycznie, nazwiskami autorów (nie chodzi o alfabet :D). To po prostu ułatwia mi odnalezienie się w tym wszystkim. W każdym razie, gdy już to wszystko ułożyłam chyba w końcu zrozumiałam, czemu widok obcych biblioteczek zwykle na mnie wrażenia nie robi, a na moją uwielbiam patrzeć: większość z tych książek znam osobiście, przeczytałam je, mam je, bo coś jednak dla mnie znaczą. I to sprawia, że przyjemnie mi się przy niej obcuje, nie sam fakt, że mam wokół siebie książki. Zdecydowanie nie lubię mieć u siebie nieprzeczytanego stosu.
Cóż, zaczynajmy! Wybaczcie mi tylko jakość zdjęć: mój pokój jest dość ciemny, a jasny obiektyw zostawiłam daleko od domu. Najpierw zajmę się opisem głównych półek, a potem przejdziemy do tych pochowanych po kątach :)



Umyślnie na najwyższych dwóch półkach ułożyłam książki, po które za często nie sięgam. Najwyższa półka to przede wszystkim młodzieżówki, takie jak „Zmierzch”, „Szklany miecz”, czy seria „Heartland”.  Są dla mnie dość nostalgiczne, dlatego miło jest mieć je na widoku, ale wiem, że nie będę sobie pluć w brodę za to, że nie mogę po nie sięgnąć bez krzesła. Przy okazji najwyższa półka, jak widzicie, jest też mieszkankiem dla moich weneckich masek, które czasem mogliście widzieć na zdjęciach :D
Półka znajdująca się nieco niżej to książki nie mające z fantastyką wiele wspólnego.  „Lalka”, Żeromski i generalnie – klasyka i lektury.           Poza tym „Prawo Mojżesza”, jakieś historyczne romansidła i inne takie, które czasem po prostu warto mieć pod ręką i których szkoda mi chować. Oczywiście nie może braknąć ozdóbek: tą półkę ozdabia mój pyrkonowy sztylecik i urodzinowa „kartka” w nieco rozbudowanej wersji.



Trzy najniższe półko to te, do których mam po prostu najprzyjemniejszy dostęp, a więc tu znajduje się głównie fantastyka: zarówno ta, którą lubię, jak i ta, która coś po prostu dla mnie znaczy.
Idąc od góry: najpierw mamy Tolkiena. W tym zbiorku brakuje jeszcze jednego tomu, który posiadam, ale który mam ze sobą na studiach.  Trochę śmiesznie wygląda „Drużyna Pierścienia” przy tych dwóch, pięknych wydaniach kolejnych tomów, ale cóż, tak wyszło :) Potem mamy trochę polskiej fantasy pomieszanej z powieścią historyczną, bo nie chciałam rozdzielać książek Piekary. Następnie Martin, jedna książka Hohlebeina, trochę amerykańskiego SF, znów jakieś fantasy i cudowna książka Doyle’a, którą po prostu wolę mieć niżej.
Półka niższa to chyba takie moje ukochane książeczki (poza paroma wyjątkami), choć te z wyższej półki też właściwie bardzo lubię :) Trylogia „Imperium”, która ma przepiękne grafiki na okładkach, potem mój cały Sapkowski, „Pan Lodowego Ogrodu”, książki Glukhovsky’ego, po sztuce od Piskorskiego i Łukawskiego, Ćwiek i dwie książki od Kossakowskiej.
Najniżej można znaleźć w sporej mierze dość młodzieżowy, ale jednak istotny dla mnie misz-masz. Trzy książki od Sandersona, które akurat aż tak młodzieżowe nie są, ale mniejsza z tym „Kroniki Świata Wynurzonego”, „Dziedzictwo”, „Harry Potter” (miejsce na półce jest, bo „Przeklęte dziecko” zostało pożyczone komuś), „Opowieści z Narnii” (gdzieś mam wszystkie, ale... gdzie? Nie wiem XD). Poza tym „Księga bez tytułu” i jej kontynuacja, która młodzieżówką akurat nie jest no i trzy pojedyncze sztuki: pierwszy tom „Trylogii czarnego maga”, „Zły jednorożec” oraz „Danina. Nowoczesna Baśń”.

Jak możecie zauważyć, nie lubię, gdy książki nawalone są jedna na drugą. To moim zdaniem wygląda niezbyt ładnie i niezbyt schludnie, a jednak wole, gdy mój pokój mi się podoba. Dlatego część książek dalej jest pochowanych w szufladach, o czym wspominałam już wcześniej.





Pod regałem mam trzy szuflady. Książki można znaleźć w dwóch z trzech. Nie są jakoś konkretnie posegregowane: po prostu sobie są i już :) W pierwszej poza zwykłymi książkami są jakieś podręczniki z liceum i jakieś albumy, albo encyklopedie, czy „naukowe” rzeczy dla dzieci.



Szuflada numer dwa to ciąg dalszy tego, co szuflada numer jeden, ale tu doszły jeszcze jakieś pojedyncze magazyny i parę moich drobiazgów. Te różowe świeczniki wygrałam w jakimś blogowym konkursie, a pudełko towarzyszy mi od podstawówki. Dostałam je od jakiegoś kolegi na urodziny i kiedyś była w nim papeteria :D



No i na sam koniec nie mogło zabraknąć mojej pirackiej skrzyni! Odkąd ją dostałam, mieszkają w niej książki i nie planuje tego zmieniać. W końcu skarby trzeba trzymać w odpowiednim dla nich miejscu. Tu znów mamy kompletny misz-masz, który wymaga poukładania, ale cóż, by to zrobić muszę załatwić sobie więcej półek...


Nie są to wszystkie moje książki: część jest ze mną na stancji, część się gdzieś poukrywała. Niemniej, mnie już przeraża ich ilość, a przecież to i tak stosunkowo mała biblioteczka. Boje się sytuacji, w której chcąc nie chcąc będę musiała upychać je na półce, a to ostatnia rzecz, którą chciałabym zrobić. Cóż, takie życie książkocholika, prawda? :D
Nomida zaczarowane-szablony