poniedziałek, 27 marca 2017

Vertical: Dawno nie czułam się tak pusto



Większość z Was kojarzy pewnie Rafała Kosika przede wszystkim z serią Felix Net i Nika. Ja sama słyszałam o niej będąc w gimnazjum, albo nawet wcześniej, ale nigdy nie byłam do niej przekonana. Mogłam oglądać bajki o grupie dzieciaków-detektywów, ale czytanie o nich zdecydowanie mnie nie przekonywało. Z resztą, nie przekonuje do dziś. Ale choć tamtej serii nie znam to ostatnio zapoznałam się z inną książką tegoż autora – Verticalem.


Tytuł: Vertical
Autor: Rafał Kosik
Liczba stron: 320 (moje wydanie), 432 (nowe wydanie)
Gatunek:  science-fiction

Miasta wspinają się po linach w stronę Celu. Nikt jednak nie wie, co nim jest: od pokoleń podążają w górę i w górę. Czemu? Po co? Nikt nie wie. Nikt też nie chce tego sprawdzić. Aż do czasu, gdy pewien ciekawski, młody człowiek zaczyna zadawać niewygodne pytania, podświadomie czując, że chyba nie w ten sposób powinno wyglądać życie.

Są książki złe, które napisane są tak okropnym językiem, że człowiek zadaje sobie pytanie: kto raczył wydać takie gówno?
Są też pozycje, które rozczarowują. Często czyta się je nawet przyjemnie, ale ilość błędów logicznych i schematów sprawia, że trudno nazwać je dobrą powieścią.
Bywają też i takie jak ta: po przeczytaniu Verticala miałam wrażenie, jakbym po prostu straciła czas, bo z książki po prostu kompletnie nic nie wyniknęło. Żadnej ciekawej puenty, żadnego sensownego podsumowania... Ech, tak, nie cieszę się wcale, że zapoznałam się z tą lekturą. Ale może zacznijmy od początku.
Nie jestem największą fanką science-fiction. Ostatnio czytałam go trochę i nieco się do niego przekonałam, ale w dalszym ciągu są w tym gatunku pewne... rejony, o których czytanie jest dla mnie dość nieprzyjemne. Nie umiem ich sobie dobrze wyobrazić  i wzbudzają we mnie przede wszystkim irytacje.  Niestety, ta powieść dotyka przede wszystkim właśnie takich motywów: latające miasta, tak samo, jak latające statki wzbudzają we mnie co najwyżej niechęć. Postanowiłam jednak dać tej pozycji szansę, bo zapowiadała się nie tak tragicznie.
Murk, nasz główny bohater, to młodziutki chłopak, który  po prostu zadaje za dużo pytań. Cały czas kombinuje, cały czas chce wiedzieć i umieć więcej. Ma w sobie dużo ducha, umiejętności i rozumu. Cechy te łączy wbrew wszystkim i wszystkiemu, próbując po prostu odnaleźć swój własny sens i Cel. Ten charakter właściwie sprawił, że byłam w stanie przez tą książkę jakoś przebrnąć mimo motywu, którego zdecydowanie nie lubię.
I gdyby historia opisywała tylko jego, nie odchodząc do innej narracji pewnie uznałabym książkę za zwykłą ciekawostkę i tyle. Niestety, Kosik poza historią Murka postanowił opowiedzieć jeszcze jedną, powiązaną z nim w pewien sposób, ale dla mnie – nudną, niczym flaki z olejem. Naprawdę, nie streszczę Wam tego, co tam się działo, bo przyznaje bez bicia: nawet trudno było mi zrozumieć, co tam się właściwie wyprawia. Tak, jakby tą część autor dopisał później, zmęczony już całą historią.
Muszę wspomnieć o samym stylu autora. Z jednej strony historia Murka jest dość ciekawa: bohater wzbudza pozytywne uczucia, nie da się go nie polubić. Z drugiej Kosik po prostu nużył. Nużył mnie opisami, które miałam gdzieś; nużył dodatkową historią. Miał fragmenty pełne akcji, dynamiczne; ale chwilę później irytowałam się na jego książkę, chcąc rzucić ją w kąt i nigdy więcej nie musieć jej otwierać.
Czemu uważam jednak, że czytanie tej książki było dla mnie stratą czasu? A no dlatego, że gdzieś już pod koniec byłam na tyle z nią znudzona oraz podirytowana, że chyba przegapiło mnie całe podsumowanie historii. Fabuła mnie znudziła na tyle, bym już teraz niewiele z niej pamiętała, a świat nie okazał się dla mnie niczym ciekawym.
Vertical przypomina mi trochę opowiadania science-fiction, które za swój cel obierają pokazanie czytelnikowi jakiejś myśli, idei; nie opowiadają konkretnej historii, a na kilku stronach opisują świat, który nam się spodoba, albo nie. Problem polega na tym, że to powieść, a nie mające pięćdziesiąt stron opowiadanie. A że ten świat nijak do mnie przemówił to w historii po prostu nie potrafiłam się odnaleźć.

Dobrze wiem, że Vertical zebrał sporo pozytywnych opinii; nie chce też, byście pomyśleli, że tą powieść nie wiadomo jak hejtuje.  Najzwyczajniej w świecie nie lubię motywów, które wykorzystał autor. Historia mnie zirytowała, pozostawiając po sobie jedynie nieprzyjemną pustkę. Niemniej, widzę w samym stylu autora potencjał, który mógłby sprawić, że polubiłabym jakąś historię napisaną przez niego, ale o innej tematyce. Tyle, że po Verticalu raczej nieprędko sięgnę po kolejne jego dzieła. 

* * *

Kultura to robienie czegoś, bez czego można żyć, tak mówił. Wspominał też kiedyś, że rozwój kulturowy przewyższający zdecydowanie średnią otoczenia, nieuchronnie prowadzi do dekadencji, do upadku, że ludzie zaczynają się koncentrować na rzeczach nieistotnych dla przetrwania, że trudno z tworzenia poezji przerzucić się na obieranie ziemniaków.
Fragment Verticala Rafała Kosika

sobota, 25 marca 2017

8 powodów by obrabiać zdjęcia!

Przygotowałam dla Was dziś dość niezwykły post, bo taki, który pokazuje moje zdjęcia przed i po obróbce. Większość z nich pojawiła się na Drewnianym Moście i informacje o tym, kto jest na zdjęciach znajdziecie klikając etykietę „Zdjęcia”, albo wchodząc na mój fanpage ze zdjęciami :)
Nie bez powodu wrzucam dziś takie zestawienie. Wiem, że sporo osób, które zaczynają z fotografią, albo nie robią zdjęć często uznają, że obróbka nie jest potrzebna. Niestety, prawda jest taka, że dziś bez niej fotografie po prostu „nie wyglądają”. Są trochę jak... dziewczyna bez makijażu i dobranego stroju: jasne, jest ładna, ale wystarczyłoby parę muśnięć pędzla oraz dopasowana sukienka, by naprawdę zaczęła błyszczeć :) Obróbka dodaje zdjęciom głębi i koloru, dzięki czemu często łapią za oko i mają w sobie „to coś”.
Oczywiście, drugi powód dla którego stworzyłam ten wpis jest banalnie prosty: uwielbiam patrzeć na zdjęcia przed i po (zwłaszcza moje... :D) i chce się z Wami nimi podzielić, bo mogę!




Jak widzicie to zdjęcie przede wszystkim bardzo mocno zyskało na wyrazistości. Obrabiając je mocno rozjaśniłam włosy modelki po prawej, tak, by lepiej wpasowywała się w klimat delikatnej kapłanki. Z tła usunęłam latarnie, która psuła nieco średniowieczny wygląd zdjęcia. Mocno podkręciłam kolory: teraz widzę, że przegięłam trochę z samym dymem, jednak poza tym efekt bardzo po się podoba. No ludzie, czy Wy widzicie, ile na tym zdjęciu się dzieje? :D Dziewczyny cudownie zapozowały.



Kolejne zdjęcie „robi” tło: w czasie jego obróbki miałam fazę na kolory wszędzie, a w tym przypadku w cudowny sposób dodały mu magii. Jest też dużo bardziej wyraziste: przyciemnione brzegi oraz rozjaśniona twarz modelki sprawiają, że łatwiej jest skupić się na tym, co jest tu najważniejsze.




Ta fotografia to mój absolutny hit, jeśli chodzi o obróbkę. Byłam absolutnie pewna, że z tego zdjęcia NIC nie będzie. Zaczęłam obrabiać i... hej, to zadziałało! Zdjęcie wyprostowałam, zdecydowanie przyciemniłam, próbując zrobić z dziennego zdjęcia noc i wyszło naprawdę ciekawie. Wprawdzie teraz pewnie nie dałabym do niego aż tyle niebieskiego, ale w dalszym ciągu uwielbiam to, co zrobiłam z tą pracą :D



Kadr już sam w sobie był prześliczny. Po wykadrowaniu, podbiciu kolorów, dodaniu winiety, by oko widza skupiło się na postaciach moim zdaniem wyszło naprawdę magicznie. Tu dużo do roboty nie było :)



To zdjęcie to sporo roboty z wymazywaniem. Musiałam zakryć białą koszulkę modelki, poza tym wyczyściłam też lampę, wykadrowałam je i głównie bawiłam się kolorami. Moim zdaniem tu „efekt wow” nie jest aż tak widoczny: mogłam nieco bardziej zwrócić uwagę na główną postać.



Przy zdjęciach cosplayowych często trudno obrobić zdjęcia „troszkę” co widać doskonale na przykładzie tego: zupełnie zmieniłam balans kolorów tła, tak, by bardziej pasowało do sytuacji. Jak zwykle przy obróbce wyciągnęłam postać na pierwszy plan. Przy tej sesji zwracałam też uwagę na gemy, których kolory dość mocno nasyciłam (patrz: ten przy pasie).




 Z tym zdjęciem jest tak, jak w przypadku tym z koniem: nie trzeba było wiele, by zaczęło wyglądać. Przede wszystkim nasyciłam je,  dodałam mu głębi przez winietę i nieco pomajstrowałam z kolorami.




W tym przypadku moją największą zmorą były małe oczy modelki, które próbowałam wyciągnąć jak tylko się dało, tak, by nie ginęły w jej twarzy. Oczywiście, zmieniłam też kolorystykę tła, tak, by pasowała do reszty sesji i była bardziej klimatyczna.

czwartek, 23 marca 2017

Jądro dziwności. Nowa Rosja: Ktoś tu chyba przesadził z hejtem

Jeszcze trochę i przez te moje studia staną się specem od reportażu. Ale nie, spokojnie, nie narzekam: przynajmniej mam motywacje, by poznać trochę takiej literatury. Bo wiecie, to nie tak, że nie przeczytam czegoś niefantastycznego bo nie lubię: po prostu zwykle na półce mam samą fantastykę, bo to kupuje. Szkoda mi wydawać na coś innego, co jest dość ryzykowne. A tak muszę się zapoznać i to robię. Wprawdzie przymus bywa irytujący, ale cóż poradzić?

Tytuł: Jądro dziwności. Nowa Rosja
Autor: Peter Pomeranstev
Liczba stron: 336
Gatunek:  reportaż

Peter Pomeranstev wychował się w Londynie, jednak swoje korzenie ma w Rosji. Wyjeżdża do tego kraju i pracuje, zajmując się kręceniem filmów dla jednej ze stacji telewizyjnych. Dzięki temu ma możliwość, aby spotkać ludzi z wielu sfer i poznać różne oblicza Rosji. Jaka jest nowa Moskwa? I jaką rolę odgrywa telewizja w tak olbrzymim kraju?

Mój stosunek do Rosji jest bardzo prosty: właściwie go po prostu nie ma ;) Nie znam się na polityce na tyle, by ten kraj wszem i wobec oceniać, a nie potrafię ani chwalić, ani ganić czegoś, czego po prostu nie znam. Mimo tego często wychodzę na obrońcę tegoż kraju. Czemu? A no dlatego, że często jest hejtowany bez argumentów. To w końcu Rosja, no nie? Wszyscy wiemy, że jest chodzącym złem. Zły jest Putin, zły jest ustrój, złe są tam media. Dlaczego? Nikt tak do końca nie wie. Ale w końcu tak trzeba. Europa nie lubi Rosji i już, amen.
Muszę przyznać, że czytając ten reportaż często też miałam wrażenie, że autor krytykuje ten kraj, bo tak; bo Europa chce krytykować Rosje, więc on taką pozycje dla niej napisze. Rozumiem, że autor przebywał w niej przez wiele lat i ma zdecydowanie więcej to powiedzenia, niż typowy człowiek, ale nie zmienia to faktu, że część rzeczy zdaje się bardzo mocno koloryzować. Już śpieszę z wyjaśnieniem dlaczego.
Skoro tytuł tej książki to Jądro dziwności to ja chciałabym tą dziwność zobaczyć. Chciałabym zrozumieć, jak obrzydliwa, jak specyficzna, jak DZIWNA jest Rosja. A co dostaje? Kilka reportaży, z których większość traktuje o sytuacjach, które mogłyby przydarzyć się w każdym miejscu na świecie. Jasne, niektóre z nich są bardziej rosyjskie i podszyte sposobem myślenia mieszkańców tego kraju, albo tam zdarzają się częściej, ale ta książka opowiada historie, które w większości przypadków mogłyby zdarzyć się w naszym sąsiedztwie. W końcu modelki z problemami psychicznymi, gangsterzy, którzy odkrywają w sobie artystę, albo kobiety, które siedzą za kratkami za nic to nic, co nie mogłoby przydarzyć się w Polsce, prawda?
By nie było, Jądro dziwności czytało mi się bardzo przyjemnie: niektóre historie bardziej mnie ciekawiły, inne mniej, ale autor wszystko ubiera ładnie w słowa. Pozwala też czytelnikowi dowiedzieć się nieco o samej mentalności Rosjan. Książeczka nie nudzi, czasami trudno się przy niej nie uśmiechnąć, czytając o tym, jak irracjonalnie ludzie potrafią myśleć. Ale chyba jej założeniem było pokazanie jak zła i jak okropna jest Rosja; jak bardzo zmanipulowany przez rząd jest ten kraj. A ja tego po prostu tu nie znalazłam w stopniu wystarczającym. To książka o ludziach, nie o rządzie.
Jakie historie z tej książki zapamiętam na dłużej...? Chyba przede wszystkim dwie, o których przed chwilą wspominałam. Pierwsza traktuje o modelce, która popełniła samobójstwo mimo, że jej rodzina zarzekała się, że ich kochana dziewczynka była osobą bardzo stabilną psychicznie. Druga opowiada historię kobiety, która poszła siedzieć, bo tak. Bo ktoś u góry chciał rozprawić się z gangiem narkotykowym, a wsadzenie jej za kratki było po prostu drogą na skróty. Inne historie po prostu przeczytałam i często poza zaciekawieniem, albo znudzeniem nie zostawiły po sobie wiele. Wynika to jednak raczej z faktu, że historie obyczajowe, te zwyczajne i codzienne często nie bardzo mnie interesują, a nie z tego, że autor mnie znudził.

Ta pozycja to dobry, fajnie napisany reportaż, stworzony przez człowieka, który doskonale wie, o czym pisze. Czasem jednak wydawał mi się nieco przerysowany i momentami potrafił mnie lekko znudzić. Jądro dziwności sprawdzi się u czytelnika, który albo jest zainteresowany samą Rosją, albo po prostu interesują go ludzkie historie z marginesu społeczeństwa; takie, o których raczej nie mówi się zbyt głośno.


* * *

Alona nigdy, ale to nigdy nie powie o sobie ani nawet nie pomyśli, że jest prostytutką. Jest wyraźna różnica: prostytutki muszą uprawiać seks z każdym, kogo wskaże im alfons. A Alona poluje sama.
– Kiedyś, kiedy jeszcze pracowałam jako tancerka, szef kazał mi iść z jednym z klientów. To był zwykły facet. Wpływowy. Gruby. Niezbyt młody. „Naprawdę muszę z nim iść?”, zapytałam szefa. „Tak”, odpowiedział. A więc poszłam z nim do hotelu. Gdy nie patrzył, wrzuciłam mu do drinka środek usypiający i uciekłam.
Alona opowiada o tym z nieukrywaną dumą. Bo jest wyraźna różnica.
– A co z miłością? – pytam. Jest późno. Jesteśmy w jej mieszkaniu i nagrywamy wywiad. Popijamy słodkie, lepkie prosecco. Jej ulubione. Na kanapie pochrapuje nerwowy piesek Alony.
– Mój pierwszy chłopak. W domu, w Donbasie. To była miłość. Był przedstawicielem miejscowej władzy.
W tym wypadku „władza” jest subtelnym określeniem gangsterki.
– Dlaczego się rozstaliście?
– Wdał się w wojnę z innym gangiem, a oni wykorzystali mnie, by się do niego dobrać. Stałam na rogu ulicy. Chyba czekałam na tramwaj. I wtedy pojawiło się tych dwóch wielkich gości. Złapali mnie i zaczęli wpychać do samochodu. Kopałam ich i krzyczałam. Ale oni mówili przechodniom, że jestem ich znajomą i że się upiłam. Ludzie nie chcieli wdawać się w kłopoty z takimi facetami. Zabrali mnie do jakiegoś mieszkania. Przywiązali mi ręce do krzesła. Trzymali mnie tam przez tydzień.
– Zgwałcili cię?
Alona popija słodkie prosecco. Nie przestaje się uśmiechać. Wciąż ma na sobie połyskującą sukienkę, ale zdjęła buty na obcasach i założyła różowe puchate kapcie. Pali cienkie aromatyzowane papierosy. O wszystkim opowiada rzeczowo, a nawet z pewnym rozbawieniem, jakby to była anegdota z fatalnego, ale też trochę zabawnego dnia w pracy.
– Robili to na zmianę. Przez tydzień. Czasem któryś z nich wychodził, by kupić rybę woccie i wódkę. W całym pokoju śmierdziało rybą w occie i wódką. Wciąż pamiętam tamto miejsce. Było tam prawie pusto. Drewniany stół. Hantle. Ławeczka do wyciskania. Między kolejnymi pijatykami trenowali podnoszenie ciężarów. Pamiętam, że na ścianie wisiała flaga ZSRR. Kiedy to robili, gapiłam się właśnie na tę flagę. W końcu jeden z nich zlitował się nade mną. Gdy pozostali wyszli po wódkę, pozwolił mi uciec.

Fragment Jądra Dziwności. Nowa Rosja Petera Pomeransteva


wtorek, 21 marca 2017

Po dwóch stronach barykady: fantasy i science-fiction

Fantasy i science-fiction – te dwa główne nurty fantastyki zwykle dzielą fanów tego gatunku na dwie strony: na tych od baśniowego świata i tych od nierealnych teorii dotyczących technologii. Który jest lepszy? Który lepiej wybrać, by nie zrazić się do tego gatunku?
 Dzisiejszy wpis tworzę przede wszystkim z myślom o tych, którzy z fantastyką nie mają wiele wspólnego, ale chcieliby zainteresować się tematem i nie wiedzą, który z tych podgatunków wybrać dla siebie oraz oczywiście także dla całej reszty, która tylko ma ochotę ten tekst przeczytać :)
Większość z Was raczej nie ma problemów z rozróżnieniem który gatunek o czym traktuje, ale w razie czego wyjaśnię to pokrótce. Fantasty to świat magii, niewyjaśnionych zdarzeń, różnorakich wierzeń; to magowie, elfy, skrytobójcy, alchemicy i królewny; to smoki, wielcy wojownicy oraz opowieści nawiązujące do tych arturiańskich. Science-fiction zaś to statki kosmiczne, kapitanowie, badacze, inne planety i sztuczne inteligencje. Obydwa często traktują o tym samym, ale jednak z nieco inny sposób. Fantasy próbuje obudzić w nas dziecko, science-fiction badacza, który chce poznać kosmos. I to właśnie należy wziąć pod uwagę, wybierając po który z tych gatunków chce się sięgnąć na początek.
Pamiętajcie oczywiście, że obydwa gatunki mogą się mieszać i przenikać: to dziś bardzo popularne zjawisko :)
Osobiście wole fantasy, aczkolwiek ostatnio przekonałam się nieco i do science-fiction: wprawdzie cały czas na nie uważam, ale potrafię je docenić i zrozumieć. Dziś jednak nie o mnie, a o tym czym się te nurty charakteryzują.
To, czy dzieciaki wolą SF, albo fantasy często wynika z tego, co po prostu ich rodzice mieli na półce: wiem, że kiedyś mówiło się, że jeśli dzieciak miał na półce Tolkiena, albo Sapkowskiego to był fanem tej bardziej baśniowej odmiany fantastyki, a jeśli Lema – tej naukowej. Niemniej, jakoś tak wychodzi, że młodzi czytelnicy mimo wszystko częściej wolą fantasy. I nie bez przyczyny!
Fantasy jest zdecydowanie lżejszym podgatunkiem. Tu dozwolone jest dosłownie wszystko. Czasami logika nie jest potrzebna, aby stworzyć niezłą historię; są kolory, jest akcja, są rycerze i królowie. Łatwiej jest więc i przeczytać fantasy, i je napisać. Częściej ma pozytywny wydźwięk; rzadziej próbuje pouczać.
A science-fiction? Po pierwsze, dobra książka z tego gatunku odnosi sie do nauki: do praw fizyki, do astronomii, do elektroniki. Bardzo dokładnie wyjaśnia zjawiska zachodzące w świecie. Przy tym częściej porusza trudniejsze tematy: książka science-fiction często wynika z obserwacji autora, który w swojej historii umieszcza wizje naszego świata w przyszłości. A te wizje zwykle nie są pozytywne, przeciwnie. Potrafią więc irytować, potrafią nam na dłużej zostać w głowie i potrafią nas zasmucać. Przy tym czytelnik musi być do pewnego stopnia obeznany z naukowym żargonem, aby taką książkę zrozumieć. Trudniej też napisać dobre SF: jeśli autor nie ma pojęcia o technologii to raczej istnieje marna szansa, by napisał coś dobrego, przy tym tu wymówki pokroju bo jednorożce tak chciały już raczej się nie sprawdzą.
Fantasy jest więc literaturą dla osób, które szukają czegoś mniej zobowiązującego; czegoś lekkiego i przyjemnego. SF zaś to książki dla tych, którzy szukają mocnych wrażeń i mocnych przemyśleń. Uwierzcie mi, że łatwiej jest znaleźć dobre fantasy, zwłaszcza młodzieżowe, niż science-fiction ;) Napisanie przynajmniej porządnej (a nie – dobrej!) książki w tym gatunku to nie lada wyzwanie dla autora.
Niestety, nieco inaczej ma się sprawa związana z filmem. O ile sam klimat gatunku dalej zostaje (fantasy – lekka bajka, SF – większa powaga) to jednak łatwiej jest stworzyć dobrze wyglądające science-fiction, niż fantasy. Czemu? Sprawa jest banalnie prosta. Kręcimy space opere: robimy obcisłe wdzianka, proste fryzury, tworzymy studio wyglądające jak statek kosmiczny, w którym dzieje się połowa akcji, a resztę albo też kręcimy w studiu, albo szukamy lasu/bagien/pustyni, nieco przerabiamy to w komputerze i już mamy fajnie wyglądający film. A fantasy...? Ten gatunek przecież trzeba niemal w całości wygenerować komputerowo; same stroje są bardziej wymyślne. Musimy stworzyć projekty świata, gatunków ludów i zwierząt. Magia wymaga także większej ilości ingerencji: tu nie wystarczy żelatynowa maź udająca pozostałości po kosmitach. To sprawia, że nawet jeśli powstaje jakiś film z tego gatunku często wygląda kiczowato. W przypadku ekranizacji książek częściej rezygnuje się z niektórych elementów. Fantasy traktowane jest po łebkach w chwili, w której science-fiction radzi sobie doskonale, czy to w formie lekkiego Star Treka, czy mrożącej krew w żyłach Ex Machiny.
Oczywiście, mamy także gry z obydwu gatunków i choć wydaje mi się, że tu ich szanse są ich wyrównane to pozwólcie, że więcej pisać o tym nie będę, bo najzwyczajniej w świecie się nie znam :) Ale wspominam o tym, by nie było, że o tym środku przekazu zapomniałam.

A więc, już podsumowując: fantasy to bajki, SF to powaga. Osobiście na początek zabawy z fantastyką jestem bardziej skora do polecania fantasy, aczkolwiek wiem, że właśnie przez stawianie na logikę w science-fiction ten gatunek wielu odpowiada. Obydwa gatunki mogą stworzyć wspaniałe historie i obydwa mają olbrzymie możliwości – pozostaje tylko kwestia gustu odbiorcy. Który z tych gatunków więc wybieracie i dlaczego? :)

sobota, 18 marca 2017

Wydrążony człowiek / Muza ognia: Dwie dusze w jednym ciele


Do 10zł da się kupić bardzo dobre książki, pod warunkiem, że człowiek siedzi w temacie i wie, jakie nazwiska, albo wydawnictwa kupować. Muszę przyznać, że im więcej czytam tym łatwiej mi jest wybierać spośród promocyjnych tytułów i choć nie zawsze to jednak coraz częściej trafiam na coś, co dobrze jest mieć na półce ;) Wydrążony człowiek / Muza ognia Simmonsa to właśnie jedna z książek, którą kupiłam za grosze, ale zrobiłam to zupełnie świadomie. Już dawno chciałam przeczytać Hyperiona tego autora, ale jakoś nie mogłam się zmusić, by go kupić, a tak proszę bardzo: dałam 9,90 za możliwość poznania jego dzieła :D Recenzje mogliście przeczytać już w Miesięczniku Wobec, ale początkowo miała pójść na bloga, więc wrzucam ją i tu :)

Tytuł: Wydrążony człowiek / Muza ognia.
Autor: Dan Simmons
Liczba stron: 472
Gatunek:  science-fiction

Oto dwie, zupełnie różne od siebie, powieści w jednej książce. Jedna – o miłości. Druga o wolności.

Wydrążony człowiek ma niezwykłą zdolność: jest telepatą. Gdy umiera jego ukochana nie potrafi poradzić sobie z głosami, które go otaczają, a jego dar powoli okazuje się jego przekleństwem.
Trupa teatralna wędruje przez wszechświat w swojej Muzie ognia. W jej świecie ludzie są niewolnikami, a Ziemia zmieniona jest w grobowiec. Niespodziewanie, dostaje dziwne zlecenie: ma występować przed swoimi bogami, bez wytchnienia, dzień za dniem... Czemu? I jaki będzie tego efekt?


Skoro mamy dwie historie – powinny być tu dwie recenzje. Wolę skupić się jednak na tej dłuższej i lepszej: to „Wydrążony człowiek” gra tu główne skrzypce. „Muza ognia” to zaledwie stustronicowy dodatek do tego wydania, z resztą, zupełnie do niego nie pasujący.
Autorzy lubią wykorzystywać science-fiction jako wymówkę do opowiedzenia życiowej historii: tak zrobił Lem w swoim „Solarisie” i Ursula Le Guin w swojej „Ekumenie”. „Wydrążony człowiek” zdecydowanie zalicza się do tego typu historii. Tu nie ma wiele z „science”. Gdyby nie wątek związany z telepatią, spokojnie można byłoby go nazwać powieścią obyczajową.
Bo tak naprawdę to książka o miłości. Miłości dwójki ludzi, zakochanych w sobie od początku do końca i jeszcze dalej, zżytych ze sobą bardziej, niż człowiek może to sobie wyobrazić. Nie jest to jednak romans: autor szczędzi nam opisu wielkich kłótni, zdrad, czy trójkącików. To bardzo dojrzała historia o parze tak niedopasowanej, że aż idealnej. On jest matematykiem, ona ma duszę artysty: uwielbiają siebie za to nawzajem, ale jednocześnie każde z nich ma swoje poletko w którym jest wybitne i na które ta druga osoba nie wchodzi.
Przy tych wszystkich emocjach „Wydrążony człowiek” niesie ze sobą filozoficzny wydźwięk: zastanawia się nad tym, czy umierając, rzeczywiście można żyć dalej, z tymi, których się pokochało. Czy w chwili śmierci dusza naszej ukochanej osoby odchodzi na zawsze, czy może zostaje w nas? Czy gdy odchodzimy, rzeczywiście przenosimy się do lepszego świata razem ze swoimi bliskimi? I czy śmierć może rzeczywiście przenieś nas do tej lepszej rzeczywistości? Jeśli tak, może lepiej umrzeć, by znów móc być razem?
Swoją konstrukcją powieść przypomina mi trylogię „Www” Sawyera: przez większość czasu obserwujemy wydrążonego człowieka i jego poczynania. Co jakiś czas pojawiają się jednak Oczy, opisujące nam świat z zupełnie innej perspektywy. Nie wiemy tak naprawdę kto, lub co to jest, dzięki czemu wkręcamy się w tę historię jeszcze bardziej, chcąc dowiedzieć się, o co tu chodzi.
„Wydrążony człowiek” jest historią dość prostą pod względem fabularnym. Mimo to intryguje, nie odkrywając od razu przed czytelnikiem wszystkich swoich kart. Muszę pochwalić także styl autora: jest klarowny, niemęczący. Simmons zdecydowanie potrafi dobrze poprowadzić swojego czytelnika przez swoją opowieść. Z resztą, swoim warsztatem popisuje się także przy „Muzie ognia”, jednak ta historia przypadła mi do gustu zdecydowanie mniej.
Druga powieść dla mnie jest po prostu nieco dłuższym opowiadaniem. Czyta się je błyskawicznie. Sama idea przedstawiona w nim jest ciekawa, choć nie innowatorska. Przy tym historia jest za krótka, by czytelnik mógł przywyknąć i wniknąć w świat, tym razem zupełnie inny od naszego. „Muza ognia” jest krótką odskocznią od rzeczywistości, pozwalającą na rozbudzenie wyobraźni – i niczym więcej.

Science-fiction nie jest najmilszym gatunkiem. Wielu się go boi, myśli, że tekstu nie zrozumie: i tu pojawiają się pozycje pokroju tego wydania, dwie dusze w jednym ciele. „Wydrążony człowiek / Muza ognia” to pozycja, która z jednej strony powinna zadowolić starych wyjadaczy tego gatunku, a z drugiej może w przyjemny sposób wprowadzić w ten świat zupełnego laika. Bo pierwsza powieść pokaże, że „science-fiction” nie oznacza od razu obcych planet i dziwnych stworów, a druga pokaże, czym jest rasowa historia z tego gatunku.

* * *

Ze wszystkich nowych pojęć, których mi dostarczył Jeremy, najbardziej intrygujące są miłość i matematyka.
Te dwa zbiory zdają się mieć niewiele elementów wspólnych, lecz w istocie podobieństwa silnie przemawiają do kogoś, kto nie zetknął się z żadną z tych rzeczy. Zarówno czysta matematyka, jak i czysta miłość całkowicie zależą od obserwatora – można by powiedzieć, że on je generuje, więc choć widzę w pamięci Jeremy’ego stwierdzenia kilku matematyków, na przykład Kurta Godla, że twory matematyczne istnieją niezależnie od ludzkiego umysłu, że przypominają raczej gwiazdy, które świeciłyby nawet wówczas, gdyby nie stało astronomów – wolę odrzucić platonizm Godla na rzecz uznawanego przez Jeremy’ego formalizmu: liczby i ich związki matematyczne stanowią jedynie zbiór generowanych przez ludzi abstraktów oraz reguł do operowania symbolami. Miłość uważam za podobny zbiór abstraktów i relacji między nimi, mimo ich częstych związków z rzeczami realnymi w świecie. (2 jabłka + 2 jabłka dają rzeczywiście 4 jabłka, lecz to równanie jest prawdziwe również bez jabłek. Analogicznie, złożony zestaw równań rządzący miłością nie zależy ani od dawcy, ani od odbiorcy tej miłości. Dosłownie odrzuciłem platońską idee miłości w jej oryginalnym sensie, na korzyść formalnego podejścia do zagadnienia).

Fragment Wydrążonego Człowieka Dana Simmonsa


czwartek, 16 marca 2017

13x Studia



Dzisiejszy post „wciskam” pomiędzy istniejące, bo uważam, że temat jest na tyle błahy, że nie chcę z niego robić pełnego wpisu na trzy dni, a jednak... ten temat chodzi za mną od dłuższego czasu :) Jak część z Was wie od października studiuje. Nie mieszkam z rodzicami (a przynajmniej nie na co dzień) i mój styl życia uległ do pewnego stopnia zmianie. Z tej racji chce się Wam podzielić kilkoma spostrzeżeniami/radami/punktami, które w jakiś sposób mnie zaskoczyły, zdziwiły, albo po prostu myślałam, że jest trochę inaczej, albo – że to tylko mit. Mam nadzieję, że taki luźniejszy wpis się Wam spodoba, ale uprzedzam: sporo punktów będzie traktowało o jedzeniu (bo w końcu mogę robić w kuchni co chcę, a nie patrzeć na co, co kto lubi w domu :D).

1.      Praca w grupie na studiach bardzo ułatwia życie: jeśli mój rok byłby mniej zgrany, prawdopodobnie szybko bym nie wyrobiła, serio! O ile w szkole na klasową facebookową grupę prawie nie zaglądałam, tak teraz jest to moja rutyna. Dzielenie się zapiskami z wykładów to standard, a łatwiej jest, gdy nie wszyscy muszą czytać tekst, bo akurat w danym tygodniu ktoś inny ma więcej czasu i zrobi sobie notatki, wrzucając na grupę (bo skoro ma i on, to nich inni mają). To oszczędza masę czasu i bardzo pomaga w nauce.

2.      Pracownicy uczelni zwykle lubią to, co robią. Nawet, jeśli kogoś nie lubisz to zwykle widzisz, że ta osoba w tym siedzi, to zna i to do jakiegoś stopnia lubi, co sprawia, że przetrawienie przedmiotu jest łatwiejsze. Przynajmniej u mnie tak to wygląda. Wiem od znajomych, że nie jest tak wszędzie, ale zdecydowanie bardziej odpowiada mi energia „nauczycieli” z uczelni, niż tych ze szkoły.

3.      Jesteś nikim. Zapamiętaj, a może coś osiągniesz. Serio, wbicie sobie do głowy zasady, że dla pana doktora, albo profesora jesteś idiotą, który nie wie nic zdecydowanie ułatwia życie, zwłaszcza, gdy nikogo nie znasz. Nie ważne, jakie masz doświadczenie, życie rodzinne, prace i inne takie. Nie wywyższaj się, bądź grzeczny i potulny, z czasem dopasowując zachowanie do konkretnego wykładowcy, rzecz jasna. Takie podejście bardzo pomaga.

4.      Zawsze trafi się ten wredny, który będzie chciał zajść ci za skórę. Z tym trzeba się pogodzić, zacisnąć zęby i po prostu nie odpuszczać. Chyba na każdej uczelni jest przynajmniej jeden wykładowca, który po prostu nie będzie miał ochoty ze studentem współpracować i tyle. Nie przemówisz do rozsądku, nie dogadasz się, masz grać jak Ci zagra i zaakceptować to, chyba, że chcesz wylecieć ze studiów. „Bycie nikim”, wykonującym rozkazy od A do Z w takiej sytuacji szczególnie pomaga.

5.      Jeśli ze współlokatorami wszystko gra, stancja to całkiem przyjemne miejsce. Zwłaszcza, jeśli – tak jak mam ja – raz w tygodniu ktoś zatrudniony przez właściciela sprząta części wspólne. Bo niby jesteś z dorosły i odpowiedzialny, ale właściwie nie płacisz za mieszkanie i niczym poza gotowaniem i posprzątaniem pokoju nie musisz się martwić. Zakładając oczywiście, że sytuacja finansowa Twojej rodziny jest stabilna.

6.      Gotowanie samemu wymaga kreatywności, jeśli nie chcesz cały czas jeść tego samego. I dlatego Bogu niech będą dzięki za blogi kulinarne, bo pomysły skądś czerpać trzeba.

7.      Skoro już o gotowaniu mowa odkryłam, że zdrowie jedzenie nie jest dla mnie, nie w standardowym znaczeniu: nigdy nie lubiłam owsianki, a wypróbowane przeze mnie kasze przyprawiały mnie o mdłości. Nie, nie, mam zamiaru się zmuszać do jedzenia tego. Najpierw ma być smacznie, potem zdrowo.

8.      Epickie potrawy? Tortilla, do której mogę wrzucić wszystko (włącznie z serem i sosem pomidorowym), bo szybka w przygotowaniu. Różnego rodzaju sosy z czymśtam, bo to też szybko da się zrobić. No i ostatnio przeze mnie odkryte frytki z piekarnika z batatów, które są po prostu pyszne i bardzo sycące <3

9.      W moim rodzinnym domu Nutella pojawia się rzadko, bo po jednym dniu z całego słoika nie zostanie nic: każdy boi się, że dla niego nie starczy i je jej ile wlezie. Teraz odkryłam, że gdy mam ją dla siebie jest doskonałym ratunkiem w chwili, w której nie mam nic „do chleba” na uczelnie (a ja latam zawsze z kanapkami z przyzwyczajenia :D), a duży słoik wystarcza mi nawet do 2-3 miesięcy. Wow, no nie?

10.  Nie wiem czemu, ale tu łatwiej mi zadbać o rutynową pielęgnację, zwłaszcza twarzy: raz  tygodniu robię sobie  małe spa co i mi, i skórze bardzo odpowiada :)

11.  Brakuje mi... toaletki i własnej łazienki. To chyba dwie rzeczy za którymi najbardziej tęsknie, zwłaszcza, że gdy akurat MUSZĘ do toalety ktoś jak na złość siedzi tam dwie godziny i rozmawia przez telefon. Nie powiem, to mały szok, zwłaszcza, że w domu rodzinnym toalet mamy aż trzy (WC na piętrze bez prysznica, duża toaleta i toaleta rodziców) i nigdy aż trzy nie są zajęte.

12.  Tęsknię też trochę za pieczeniem. Dla dwóch osób, niestety, nie opłaca mi się piec, bo i tak tego nie zjemy, a jednak ciasta kosztują parę groszy :

13.      Kojarzycie te historyjki o uzdolnionych dzieciach będących w specjalistycznej szkole z internatem, które przynajmniej ja uwielbiałam jako dziecko? Tak? Ja się na uczelni czuje właśnie jak w jednej z takich szkół, tyle, że w wydaniu bardziej rzeczywistym :D Przedmioty w końcu są po coś, mają jakiś konkretny cel, a wykładowca często ma dużo większy kontakt z „uczniem”, niż w normalnej szkole. Robi się konkrety i jest... po prostu bardziej sensownie, mimo, że nie jest to aż tak duży przeskok (przynajmniej u mnie) w ilości wiedzy i innych takich jak tego można byłoby się spodziewać.


Cóż, tak to mniej więcej wygląda u mnie :) A Wy? Jak wyglądają/wyglądały Wasze studia, albo jak myślicie, że będą?

wtorek, 14 marca 2017

Klątwa Tytana: Chyba jednak jestem nieco za stara

Poprzedni post o Percym pojawił się w styczniu, czas więc na kolejny ;) Trzeci tom serii to pierwszy, którego fabuły wcześniej w ogóle nie znałam: dane było mi poznać filmowe wersje poprzednich części. Nie będziecie chyba mieć nic przeciwko, jeśli podzielę się z Wami moją opinią o kolejnym tomie, hm? :D



Tytuł: Klątwa Tytana
Tytuł serii:  Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy
Numer tomu: 3
Autor: Rick Riordan
Liczba stron: 312
Gatunek: fantasy młodzieżowe

Percy dostaje od Grovera pilne wezwanie: jego przyjaciel potrzebuje pomocy. Wyrusza więc razem z Annabeth oraz Thalią na ratunek. Niestety, wyprawa kończy się katastrofalnie. Jeśli Percy chce uratować kogoś bardzo sobie bliskiego musi wbrew obustronnej niechęci podjąć współpracę z Łowczyniami Artemidy.

Przyjemna lektura, kreatywne i nienarzucające się, lecz ciekawe nawiązania do Greckiej mitologii oraz wiele, wiele o przyjaźni i trosce o bliskich: te elementy występują zarówno w poprzednich tomach serii, jak i w tej, trzeciej. Choć sprawia to, że Klątwa tytana to naprawdę dobra kontynuacja serii dla dzieci i młodzieży, mnie – szczerze przyznaje – zaczęła powoli nudzić.
Niech nikt nie próbuje zbyt pochopnie mnie oceniać. Klątwa tytana była fajną odskocznią od dłuższych pozycji. Nie zmienia to jednak faktu, że ja już po prostu nie jestem targetem, do którego ta książka ma przemawiać. Przygody bohaterów są cudowne i urocze, ale dla mnie dość przewidywalne. Ta książka już nie ma jak mnie rozwijać, nie wnosi do mojego życia kompletnie nic nowego. No ale właśnie: mówię o mnie, a ja już dzieckiem raczej nie jestem, literatury fantastycznej też już trochę poznałam. Młodszy czytelnik zaś nie powinien na kolejny tom przygód Percy’ego narzekać.
To cały czas ta sama, barwna opowieść, pełna akcji i promująca naprawdę dobre wartości. W przeciwieństwie do takich Tuneli, które wizerunek dorosłego człowieka w oczach dziecka chcą zniszczyć, seria robi coś przeciwnego. Udowadnia, że nie każdy dorosły jest zły, nawet, jeśli taki pozornie się wydaje. Bo gdyby nie oni, z przygód przyjaciół nie wyszłoby nic dobrego.
Ten tom pokazał, że autor nie boi się mówić o śmierci: oczywiście, główni bohaterowie mają plot armor i to chyba nikogo nie powinno zdziwić, ale tu odejście z tego świata przyjaciół nie jest niczym dziwnym. Riordan nie próbuje przesładzać sytuacji i unikać tego, tak jak choćby Rowling, która dopiero w piątym tomie przygód Harry’ego w jakikolwiek sposób ruszyła ten temat. Ale spokojnie, autor serii o młodych herosach nie mówi o tym w sposób zbyt brutalny: nie ma tu nadmiernych tortur, czy rozlewu krwi, a wszystko odbywa się w baśniowej, fantastycznej konwencji, co na pewno psychiki młodego człowieka nie skrzywdzi.
Cóż mogę więcej? Choć mnie ten tom powoli zaczął nudzić, chętni spokojnie mogą sięgać po kontynuacje. Poziom serii nie spada, utrzymując się na dość zbliżonym do siebie poziomie, co sprawia, że na pewno ucieszy tych młodszych czytelników: czy to ciałem, czy to duchem. Zalety z części poprzednich są obecnie także i tutaj, więc żaden fan serii nie powinien na nią narzekać ;)
* * *

– Najemnicy – odparła Zoe gorzko. – To obrzydliwe, ale wielu śmiertelników będzie walczyć za dowolną sprawę, jeśli się im zapłaci.
– Czy oni nie widzą, dla kogo pracują? – zapytałem. – Nie widzą wszystkich tych potworów?
Zoe pokręciła przecząco głową.
– Nie wiem, w jakim stopniu są w stanie przejrzeć Mgłę. I wątpię, czy gdyby wiedzieli, to robiłoby im to różnicę. Śmiertelnicy bywają straszniejsi od potworów.

Fragment Klątwy Tytana Rica Riordana


niedziela, 12 marca 2017

Nie taki diabeł straszny... - o literaturze naukowej

Literatura naukowa. To brzmi tak odlegle, mądrze i trudno, czyż nie? Nie ma tu nic z zabawy, nie ma tu nic z rzeczy fajnych, lekkich, przyjemnych. Ona zwykle nie kusi ani okładkami, ani skojarzeniami. Tyle, że mimo tego czasem naprawdę warto po nią sięgnąć.
Nim przejdę do rzeczy chce wyjaśnić drobną rzecz. W poście pisze głównie o literaturze naukowej, ale nie tylko ją mam na myśli. Do moich rozważań po części zalicza się także literatura popularnonaukowa, z tym, że po prostu do niej podchodzę bardzo ostrożnie: dużo łatwiej jest zaliczyć wpadkę z takimi pozycjami; choć przyjemniej się je czyta mogą zawierać więcej błędów i najzwyczajniej w świecie uważam je za mniej pewne.

W październiku 2016 na Drewnianym Moście pojawił się wpis, w którym tłumaczyłam, dlaczego czytanie nie jest czynnością nadzwyczajną i wcale nie ma na nas aż tak pozytywnego wpływu, jak próbuje się nam wmówić (post znajdziecie TUTAJ). Musicie jednak wiedzieć, że jest pewna grupa książek, która rozwija właściwie zawsze i to w dużym stopniu – mówię tu właśnie o literaturze naukowej.

Czemu warto sięgnąć po coś tak nudnego?
Literatura naukowa zwykle nie jest prosta, jeśli jednak interesujecie się jakimś tematem uważam, że wręcz konieczne jest sięgnięcie po nią. Książki tego typu zawierają taką ilość wiedzy, jakiej nie znajdziecie w żadnym filmie, ani w żadnej opowieści; żaden człowiek nie będzie też w stanie na żywo przekazać Wam takiej ilości informacji. To z konkretnych, naukowych prac czerpie się najwięcej rzetelnych informacji.
Jakby tego było mało książki tego typu wzbogacają nasze słownictwo. Dzięki nim uczymy się żargonu z danej dziedziny, a rozumienie większej ilości słów wbrew pozorom naprawdę przydaje się w życiu.

By je czytać, trzeba najpierw nauczyć się to robić
Niestety, książki naukowe mają jedną, dużą wadę: nawet oczytany człowiek nie musi umieć ich czytać. Właściwie przy nich uczymy się czytania od nowa: musimy być bezustannie skupieni, rozumieć każde słowo a czasem pominięcie nudnej strony może skończyć się złym zrozumieniem całokształtu pracy. Dlatego tak ważne jest, by dobierać tego typu literaturę zgodnie ze swoim poziomem wiedzy oraz zgodnie ze swoimi zainteresowaniami.

Gdy zaczniesz je czytać, szybko zauważysz różnice!
Jak już pisałam wcześniej, czytanie literatury naukowej daje nam sporo konkretnej, rzetelnej wiedzy na dany temat. Co za tym idzie może nagle okazać się, że we wcześniej przegrywanych dyskusjach teraz wygrywamy; przy tym nasza rozmowa może wejść na wyższy poziom. Nie mówimy już ja tak sądzę, a zgadzam się z profesorem... co sprawia, że możemy w oczach innych stać się autorytetem w danej dziedzinie.
Przy okazji jeśli jeszcze nie studiujecie, ale macie w planach to robić to nauczenie się czytania literatury naukowej wcześniej jest naprawdę dobrym pomysłem. Dzięki temu nie ważne, jak nudną lekturę dostaniecie istnieje większa szansa, że przeczytacie ją ze zrozumieniem i bez aż tak wielkich katuszy. Mówię to z własnego doświadczenia ;) Gdy ludzie na moim roku narzekali, że jakiś człowiek pisze tak, że nie da się go zrozumieć, ja tylko spojrzałam na nich zdziwiona, bo przecież przeczytałam to w ciągu jednego wieczora, nie robiąc notatek i byłam w stanie o tym swobodnie rozmawiać.

Wybieraj lektury z głową
Jeśli chcesz zacząć czytanie literatury naukowej z jakiejś dziedziny zacznij od podstaw: najlepiej poproś o radę kogoś, kto tego typu książki czytuje. Niech dobierze dla Ciebie pracę napisaną w sposób lekki i przystępny, przy której nie stracisz głowy.

Nie mogą bawić?
Z własnego doświadczenia wiem, że chociaż lektury naukowe są inne od tych zwykłych to wbrew pozorom, często nie są nudne. Oczywiście, wiele zależy od autora i jego stylu, ale po pierwsze, jeśli ktoś interesuje się danym zagadnieniem to raczej będzie zaciekawiony. Przy tym niektórzy z takich twórców potrafią rzucać żartami oraz anegdotkami i ich dzieła da się czytać z bananem na ustach.


W Internecie podobno jest wszystko – dlatego nie sięgamy często do książek naukowych, skupiając się na tym, co wygrzebiemy w sieci. To sprawia, że często nie mamy potrzeby ani ochoty sięgać do czegoś więcej. Ale uwierzcie mi, czytanie takiej literatury to klucz do wiedzy, jeśli chcecie wiedzieć cokolwiek na dany temat ;) A by coś takiego czytać naprawdę nie trzeba być w tej dziedzinie specem, tak samo jak nie trzeba od razu wiązać z nią przyszłości, prawda? W końcu uczymy się przede wszystkim dla samych siebie.

Nomida zaczarowane-szablony