▼
środa, 29 listopada 2017
poniedziałek, 27 listopada 2017
sobota, 25 listopada 2017
Książki, a wydawnictwa
Tu mnie znajdziesz: https://fantastykacodzienna.pl/
Gdy
kupuje coś do czytania raczej nie zwracam większej uwagi na to, kto jest
odpowiedzialny za druk i oprawę mojej nowej zdobyczy. Ale chcąc nie chcąc,
wydawnictwa z czasem się powtarzają i tak powstały moje niewielkie „kolekcje”,
stworzone przez ten sam zespół.
Dziś
przedstawię Wam mniej więcej niektóre z nich. Ocenię wydawnictwa przez pryzmat
tego, co znam i mam na swojej półce. Pamiętajcie jednak, że na zdjęciach zwykle
nie znajdują się wszystkie książki, które posiadam (bo by się po prostu nie
zmieściły) i że nie są to wszystkie wydawnictwa, dlatego może kiedyś pojawi się
drugi podobny wpis :)
Dla
jasności powtórzę raz jeszcze: oceniam TYLKO przez pryzmat tego co znam,
posiadam. Zwłaszcza w przypadku tak dużych wydawców jak np. Rebis nie jest
możliwe, bym oceniła ich całokształt. Oceniam też produkty jako klient: nie osoba
współpracująca z wydawcami i także nie osoba, która wie, jak to robić „od
środka”.
Zacznijmy
od wydawnictwa, które przez mocną promocję w blogsferze jest dosłownie
WSZĘDZIE. Mowa oczywiście o SQN. W przeciwieństwie do wielu z Was nigdy z nimi
nie współpracowałam. Wszystkie książki, które mam kupiłam sama, dlatego nie mam
ich nadzwyczaj wiele, choć w ostatnim czasie sporo takowych do mnie przybyło :) To dość nowe i niezbyt duże wydawnictwo z młodym
zespołem ludzi „wewnątrz” (a przynajmniej tak oceniam po Instastory :D).
Uważam,
że książki wydają ładnie, poprawnie, ale niekoniecznie w przepiękny sposób. Ich
egzemplarze mają ładne grafiki na okładce i zwykle wewnątrz znajdziemy obrazki,
za co naprawdę sobie ich cenię. Zwykle wydają książki w wersji ze skrzydełkami,
ale osobiście nie posiadam i nie wiem, czy w ogóle wydają twarde oprawy. Ich
pozycje są idealne „do torebki”: dość lekkie i niekoniecznie bardzo duże.
Czcionka zwykle jest stosunkowo duża, ale ponieważ wydają wiele młodzieżówek
bez problemu im to wybaczam, bo do takiego typu literatury duże litery po
prostu pasują :) Każda z książek jest dostępna także w wersji e-bookowa.
Mój
„problem” z tym wydawnictwem polega na tym, że... często wydają młodzieżówki,
których ja po prostu nie kupię, bo ich nie chce i nie potrzebuje. Pewnie
częściowo przez blogsferę często mam wrażenie, że to jedyny typ książek, które
się u nich pojawiają. Wiem jednak, że to mylne wrażenie i podejrzewam, że
jeszcze niejedna pozycja od nich pojawi się na mojej półce.
Ich
książki często można znaleźć na promocjach, pod względem ceny wypadają raczej
standardowo :)
Fabrykę
Słów zna chyba każdy zainteresowany polską fantastyką. To u nich zaczynał Jakub
Ćwiek, to oni wydają Grzędowicza, Kossakowską, Ziemiańskiego, Pilipiuka... Nie
da się obok nich przejść obojętne, po prostu nie!
Niestety,
zbierają dość dużo negatywnych opinii odnośnie między innymi korekty. Osobiście
mam wrażenie, że zwykle sięgam po ich „flagowe” dzieła, poza tym żaden ze mnie
grammar nazi, dlatego osobiście na to nie zwróciłam większej uwagi, ale trudno
o tym zapomnieć. Często też wznawiają swoje książki, zmieniając okładki: czasem
w całości, czasem pod względem układu graficznym. Z jednej strony: fajnie, z
drugiej – gdy chcemy później skompletować serię często rodzi się nam niemały
problem.
Wydają
książki w przeróżny sposób: mamy „zwykłe” okładki, zintegrowane, których chyba
jest najwięcej i oczywiście oprawy twarde. Tak jak SQN, ich znakiem
rozpoznawczym są ilustracje wewnątrz książek. Pod względem okładek Fabryka Słów
ma już swój wyrobiony styl, który raczej nie każdemu przypadnie do gustu. Ja
zwykle uznaje je za „normalne” – nie zachwycają mnie, ale też nie kują w oko.
Większa
część z tego, co wydają, to książki, po które z różnych powodów mogłabym
sięgnąć. Zwykle odstrasza mnie jednak cena: mam wrażenie, że często dostajemy
mniej, niż powinniśmy, a niełatwo je dorwać na promocjach. Fabryka Słów lubi
dzielić książki na tomy, litery wewnątrz są ogromne, a na niemal każdej okładce
widnieje dopisek: 39.90zł...
Wydawnictwo
Literackie znam chyba najsłabiej ze wszystkich tu przedstawionych, ale po
prostu muszę o nim Wam tu napisać. Na ten moment posiadam ich trzy książki
(chyba, że jakaś gdzieś mi się zawieruszyła, a o niej nie wiem) i wszystkie pod
względem wydania szczerze uwielbiam.
Moja
trójca kojarzy mi się z lekko unowocześnioną elegancją. Mimo że książki nie mają
wewnątrz ilustracji to po prostu uwielbiam je brać w ręce. Mają piękne grafiki
i ładny krój tekstu. Zarówno okładki zintegrowane, jak i twarda oprawa „Lodu”
wydają się całkiem porządnie wykonane... no czego więcej chcieć?
Poza
tym wydają często naprawdę dobrych twórców. To u nich znajdziecie Lema, Czesława
Miłosza, czy Olgę Tokarczuk.
Każda
książka ma swoją wersję w e-booku. Same ceny prezentują się raczej dość
standardowo i są zależne od tego, jak powieść została wydana, ale to raczej nie
powinno nikogo dziwić :)
Parę
lat temu byłam przekonana, że to najlepsze wydawnictwo fantastyki w Polsce: w
końcu wydają Sapkowskiego, jak mogłoby być inaczej? Mowa oczywiście o
SuperNowej. Dziś podchodzę do nich z nieco większym dystansem, ale jednocześnie
sporym szacunkiem.
Jedyne
książki od nich, które posiadam, są autorstwa Zajdla i Sapkowkiego. Osobiście
przepadam za ich krojem tekstu. Same okładki prezentują się dość... różnie.
Saga Wiedźmińska w wersji z gry ma skrzydełka i niekoniecznie bardzo ładne
okładki, choć jako seria nie wygląda źle. Nowsze wydania mają piękne grafiki,
ale brakuje im skrzydełek, wyglądają na zdecydowanie tańsze. Trylogia husycka
raczej wygląda przeciętnie, ale klimatycznie. Podobnie jest z książkami Zajdla,
które zdecydowanie piękne nie są.
Ich
książki mają jedną unikalną cechę: z tyłu okładek nie znajdziecie cen. W
niektórych przypadkach brak także patronów, czy nawet kodu kreskowego.
To
zdecydowanie wydawnictwo z historią, o którym jednak nie jest raczej zbyt
głośno, a przynajmniej nie poza fantastycznymi kręgami. Chętnie pozbierałabym
więcej ich egzemplarzy, ale nie uwielbiam ich wydań, tak po prostu :) Wydaje mi się, że to wydawnictwo cały czas jest nieco staromodne, nie idzie za trendami, przez to po prostu jest niezbyt widoczne.
Już
sama nazwa Wydawnictwa MediaRodzina sugeruje, że ich książki niekoniecznie są
dla mnie. Nie mam ich wiele, nie śledzę też nowości: obecnie na mojej półce
zalegają przede wszystkim ich „Opowieści z Narnii”, „Harry Potter” i trylogia „Arkadia”.
Wydają
zwykle młodzieżowe, rodzinne książki, przynajmniej jeśli chodzi o fantastykę.
Ich okładki raczej są zadbane, ale nie rozkładają na łopatki, wydania wypadają
dość zwyczajnie. Ale jednak mają parę istotnych dla literatury nazwisk, za co
trudny ich nie docenić.
Raczej
nie mają w książkach ilustracji, jakość papieru też nie zachwyca, wypadając po
prostu przeciętnie.
Ich
książek raczej kupować nie będę: a przynajmniej nie w masowej ilości. Ale wielu
młodszych czytelników na pewno się w ich klimatach odnajdzie. W końcu to oni
mają prawa do takich serii jak „Trylogia Czasu”, czy „Igrzyska Śmierci”.
Cenowo
raczej wypadają dość przeciętnie.
Olbrzymie
wydawnictwo, które szczerze uwielbiam? Oczywiście, że Rebis! Od kiedy zaczęłam
nieco świadomiej patrzeć na książki uwielbiam ich, choć nawet w przypadku
fantastyki wydają tak olbrzymi wachlarz literatury, w tak różny sposób, że nie
da się ich jednoznacznie ocenić.
Ich
krój czcionki podobny jest zazwyczaj do tego stosowanego przez SuperNową i
przez to naprawdę mi odpowiada. Same wydania wypadają dość różnorako: większość
książek wygląda porządnie, ale nie każda jest doskonała. Na przykład trylogia „Imperium”
ma tak białe kartki, że w słońcu po prostu nie da się jej czytać. Na szczęście
ich nowsze pozycje, które mam u siebie – „Czerwień” i „Problem trzech ciał” wypadają
naprawdę dobrze. Eleganckie okładki, ładny krój czcionki, skrzydełka... Ja
więcej nie potrzebuje.
Nie
potrzebuje... a dostaje! To Rebis ma prawa autorskie do książek Franka Herberta,
czy Philipa K. Dicka. I w żadnym razie tego nie marnuje. Już parę lat temu na
rynku pojawiła się „złota” i „srebrna” seria z tymi klasykami w roli głównej i
obydwie szczerze uwielbiam. Książki w grubych oprawach, z ilustracjami, na
kredowym papierze... ich się nie da nie uwielbiać.
Rebis
jest jednym z wydawnictw, które bardzo sobie cenię i cały czas chce więcej i
więcej pozycji od nich.
Na
sam koniec kolejny duży wydawca, który dla fantastyki robi nie mało.
Wydawnictwo Mag zajmuje się głównie zagranicznymi fantastami.
Słyną
chyba przede wszystkim z wydawania Uczty Wyobraźni: serii książek w twardych
oprawach, do których nie robią dodruków. Zwykle jest to literatura z wyższej
półki, która zmusza do myślenia i ruszenia wyobraźni właśnie. To książki
kolekcjonerskie, z których chętnie miałabym wszystkie, choć nie powiem, bym te
wydania uwielbiała. Jednak bialutki papier nie jest moim ulubionym.
Wydają
takich twórców jak Graiman, Paolini, Sanderson, czy Simmons. Jeśli lubicie
fantastykę, nie sposób obok niego przejść obojętnie, choć mam pewne
zastrzeżenia do wielu ich wydań samych w sobie.
Cenię
je sobie i zapewne jeszcze niejedną książkę od nich kupię. Poza tym podobno Mag
ma całkiem dobre ceny...
Jak
to wygląda u Was? Wybieracie książki po wydawnictwach? Jakie serie zbieracie?
czwartek, 23 listopada 2017
wtorek, 21 listopada 2017
niedziela, 19 listopada 2017
Pogadajmy o książkach IV: Szykujcie się na konkurs!
Spotkaj mnie tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Po
raz kolejny w poniedziałek o godzinie 20:00 na antenie Radia MORS będziecie
mogli wysłuchać Raportu Literackiego, który współtworzę. Tym razem poruszymy
dość ciekawy temat, bo porozmawiamy sobie o książkach, w którym dużą rolę odgrywa mafia. Jeśli nie zdążycie wysłuchać
nas w poniedziałek, zapraszam we wtorek: o godzinie 14:00 będziecie mogli
usłyszeć powtórkę.
To
nie wszystko! W trakcie tej audycji organizujemy konkurs! Dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu mamy do rozdania trzy egzemplarze książki „Byłem gangsterem”
Greka, dlatego tym bardziej zapraszam do słuchania. Oczywiście o samej książce
powiemy coś więcej w trakcie audycji.
sobota, 18 listopada 2017
piątek, 17 listopada 2017
Książki, które warto znaleźć w bibliotece
Spotkasz mnie tu: https://fantastykacodzienna.pl/
„Król złodziei” Corneli Funke
Po śmierci matki dwójka braci ucieka od wrednej ciotki i kieruje się ku Wenecji: miasta, które kochała ich matka. Tam znajduje ich król złodziei, który przygarnia ich pod swoje skrzydła.
Ta
książka, to jedyny audiobook, jaki „przeczytałam” – nie potrafiłam jej nigdzie
znaleźć i tylko w ten sposób mogłam się z nią zapoznać. Osobiście uwielbiam tę
powieść: to magiczna historia, dzięki której zakochałam się w Wenecji, co
zostało mi do dzisiaj. Oczywiście, jak
na literaturę dziecięco-młodzieżową jest nieco naiwna, ale naprawdę to po
prostu jest prześliczne.
„Princetta i kapitan” Anne-Laure Bondoux
Malwa,
następczyni tronu, nie chce go objąć i nie ma zamiaru wychodzić za mąż wbrew
swej woli. Dlatego ucieka z pałacu drogą morską. W ślad za nią zostaje wysłana
załoga, która ma sprowadzić królewnę do domu.
Trafiłam
na tę książkę w podstawówce i wtedy zupełnie mnie zaczarowała: podróż, przygoda
i bardzo delikatnie zarysowany wątek romantyczny w pełni do mnie przemówił. To
high fantasy, stworzone z myślą o tych starszych dzieciach, czy też prawie
młodzieży. Bardzo chciałabym przeczytać ją jeszcze raz, ale... wydaje mi się,
że zdania bym nie zmieniła. Jeśli więc szukacie czegoś takiego, albo macie
dzieci, czy młodsze rodzeństwo polecam sprawdzić, czy Wasza biblioteka ma swój
egzemplarz tej książki.
„Narzeczona Fabiana” Margit Sandermo

Gdy
na tronie zasiada słaby psychicznie książę, młoda i inteligentna Bianka dostaje
bardzo odpowiedzialną rolę: ma zostać jego żoną i dopilnować, by do władzy nie
doszedł hrabia-tyran.
Nie
pamiętam, kiedy dokładnie tę książkę czytałam, ale... jeśli szukacie czegoś
przyjemnego w czytaniu, z nutką intrygi i przygody oraz delikatnym romansem
warto sprawdzić tę pozycje. Czytało mi się ją jak lekką fantastykę i
wielokrotnie do niej wracałam. A że nie jest to powieść młodzieżowa to
niezależnie od wieku możecie spróbować ją sobie sprawdzić.
„Gobelin” Henry’ego N. Neffa
Max
pewnego dnia trafia na tajemniczy, celtycki gobelin, który prowadzi go wprost do
szkoły magii. W niej odkrywa swoje niezwykłe zdolności i poznaje przeznaczenie,
przed którym nie ma odwrotu.
Obecnie
podobnych książek mamy bardzo dużo: uzdolnione dziecko, uczy się magii, aby
zwalczać zło. Wiem jednak, że zwolenników takiej literatury nie brakuje i jeśli
to jest to, co lubicie, tę serię warto sprawdzić: być może nie jest doskonała,
ale ja te kilka lat temu całkiem dobrze się przy niej bawiłam.
„Włóczęga” Kathe Koji
Reachel
pracuje jako wolontariuszka w schronisku dla psów. Gdy trafia do niego półdzika
suka collie, dziewczyna postanawia ją uratować.
Nie
raz i nie dwa wspominałam Wam o tej książce, ale zrobię to jeszcze po raz
kolejny. Lubicie zwierzęta? Lubicie powieści młodzieżowe? Jeśli tak – szukajcie
i bierzcie się do czytania. Zwłaszcza, że to bardzo krótka powieść, która nie
zajmie wam wiele czasu.
„Tajemnica rajskiego wzgórza” Elizabeth Goude

Do
Księżycowego Dworu, starej i pięknej posiadłości, przybywa Marynia, dziewczynka
odkrywa, że okolica skrywa tajemnice, w której dużą role odgrywa biały konik.
Ta
powieść to po prostu dziecięca magia. To
książka przesycona baśniowością , która powinna spodobać się każdej dziewczynce,
która lubi czytać. Nawet, jeśli nie jesteście już dziećmi, warto zwrócić na nią
uwagę.
„Kroniki Świata Wynurzonego” Lici Torsi
Nihal
wyróżnia się na tle sowich rówieśników przez inny kolor włosów i oczu. Od lat marzy, by uczyć się w Akademi Jeźdźców
Smoków, jednak jest dziewczyną, a takich tam po prostu nie przyjmują. Jej
opiekun wysyła ją jednak, by poznała podstawy magii, ucząc się u swojej ciotki.
Jeśli
lubicie młodzieżowe high fantasy, przygodę, wielkie przyjaźnie i smoki – ta
trylogia jest dla Was. Osobiście nawet po latach bardzo ją sobie cenie. To po
prostu przyjemna historia: jedyne, co mnie w niej bolało, to polskie nazwy
krain, które były stosunkowo stereotypowe. Poza tym jednak nawet wątek
romantyczny wypada bardzo naturalnie i uroczo.
środa, 15 listopada 2017
Pixabay okiem twórcy
Spotkasz mnie tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Czym
jest Pixabay prawdopodobnie wie każdy świadomy bloger, jak i każda osoba, która
pisze jakiekolwiek artykuły zamieszczane w sieci. Bez stron tego typu nie da
się żyć. W końcu jak napisać coś, nie mając ilustracji? A przecież nie zawsze
jesteśmy w stanie samodzielnie zrobić własne, mając pełne prawa autorskie. Dziś
chciałabym jednak spojrzeć na tę stronę z nieco innej perspektywy – od strony
osoby, która nie tylko pobiera zdjęcia z Pixabaya, ale także je tam zamieszcza.
Czym jest Pixabay?
Dla
świętego spokoju wolę to zagadnienie Wam wyjaśnić. Pixabay to strona
internetowa na którą każdy może wrzucić dowolne zdjęcie, grafikę, czy rysunek „zrzekając się” części praw autorskich. Po
publikacji każdy może pobrać naszą pracę i wykorzystać ją do dowolnych celów (o
ile nie obraża ludzi na zdjęciu). Jako osoba pobierająca zdjęcie bez obaw
możesz wrzucić je do artykułu, do płatnej aplikacji z tapetami, czy na
koszulki. Promowanie własnych stron tymi pracami również jest dozwolone. W
skrócie: możesz wykorzystywać je jak tylko chcesz, zarówno komercyjnie, jak i
do własnych potrzeb. Bajka, prawda? :D
Pobieranie zdjęć nigdy nie było prostsze
Pixabay
jest zaprojektowany bardzo nowocześnie i bardzo intuicyjnie. Gdy szukamy
zdjęcia wystarczy wejść na stronę, wpisać kluczowe słowa i szukać, czego
potrzebujemy. Pamiętajcie jednak, by wpisywać frazy możliwie ogólne: wtedy
dostaniemy większą pulę prac w danej tematyce. Gdy spodoba się nam zdjęcie,
wchodzimy na nie, pobieramy w wybranej rozdzielczości i już, gotowe!
Gorzej z przesyłaniem ich na serwer strony...
Nie,
nie, wcale nie dlatego, że ładowanie prac na serwer jest trudne! Gdy już
zarejestrujemy się to bardzo intuicyjne zajęcie. Wrzucamy zdjęcie, dodajemy
tagi... i wysyłamy. Problem może pojawić się później.
Pixabay
nie akceptuje każdego zdjęcia po kolei. Ma wymagania względem prac i jeśli nie
spełniają ich norm, zostają odrzucone. Niestety, nie zawsze fair, przynajmniej
nie według mnie: wiele moich zdjęć zostało odrzuconych, bo woda była
zabrudzona, albo wokół fotografii była „ramka” stworzona przez płot, która
wpasowywała się w jego klimat. Przy okazji jeśli wrzucisz wiele złych
jakościowo prac dostaniesz limit na wysyłanie ich.
O
ile pierwszą kwestię w pełni rozumiem, o tyle druga... wydaje mi się już zbyt
restrykcyjna, choć też nie brak jej logiki. Gdy wrzucimy zdjęcie na stronę i
zostanie ono już zaakceptowane nie mamy prawa go usunąć. Po prostu nie da się.
Nie ma przycisku „usuń”. Jak wrzucamy, to na wieczność. Nie ma „zmiłuj”.
Dla jakiego twórcy jest Pixabay?
Dla
takiego, który jest przekonany, że chce na wieki wieków udostępnić swoją pracę
innym i nie dostać nic w zamian. Wydaje mi się, że dobrze sprawdzi się w dwóch
kluczowych przypadkach.
Po
pierwsze – gdy masz dużo zdjęć, których i tak nigdzie nie użyjesz. Może akurat
komuś się przydadzą, a po co mają tkwić pochowane w folderach? To właściwie był
jeden z moich powodów dołączenia do tej społeczności :)
Po
drugie – gdy się uczysz. Wyświetlenia i pobieranie zawsze motywuje do dalszej
pracy, a wymogi Pixbaya, choć czasem głupie, prędko nauczą Cię jakie zdjęcia są
mniej-więcej technicznie poprawne. To znaczy: są ostre, mają dobre kolory,
pokazują to, co miały pokazywać. Nie myśl tylko, że ta strona nauczy Cię o
kompozycji fotografii: akurat tego musisz szukać gdzieś indziej.
Pamiętajcie,
by na stronę ABSOLUTNIE nie wrzucać zdjęć na których można rozpoznać drugą
osobę bez jej zgody (chyba, że mamy tłum i fotografia nie skupia się na jednej
postaci). Przyczyn chyba nie muszę wyjaśniać.
Profity?
Moim
głównym „profitem”, który dostaje od Pixabay jest możliwość śledzenia drogi
moich zdjęć. Naprawdę, to fascynujące do jakich rzeczy ludzie potrafią
wykorzystać leżące „w szufladzie” prace, które mi do niczego by się nie
przydały.
Poza
tym choć udostępnianie zdjęć jest darmowe i nikt nam za to nie zapłaci to jeśli
połączymy konto z PayPal’em chętni będą mogli nam przesyłać jakieś pieniążki w
ramach podziękowania za udostępnienie fotografii. Mi osobiście zdarzyło się to
raz: dostałam całe 3$! I to w najmniej oczekiwanym momencie.
Jakie zdjęcia wrzucać?
Trudno
odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Mnie osobiście zawsze zaskakuje to,
jakie zdjęcia się „wybijają” na tle innych, bo zwykle to nie te obstawiam. W
każdym razie podzieliłabym „przydatne” zdjęcia na dwie kategorie.
Pierwsza
to po prostu ładne fotografie, które każdy chciałby mieć na blogu, czy stronie:
jeśli coś jest przyjemne dla oka to zapewne inni będą chcieli to wykorzystać.
Druga
to kategoria „specjalistyczna”: choć na Pixabay nie brakuje zdjęć to często
niełatwo znaleźć na nim coś, gdy szukamy konkretów. Dlatego prace, które je
przedstawiają, prawie na pewno się przyjmą, albo przynajmniej ktoś je chętnie
wykorzysta. Mam tu na myśli np. drapiącego się psa, albo pejzaż przedstawiający
znane miejsce.
Poza
tym dość chętnie wykorzystywane są prace, na których można łatwo coś napisać.
Takie, których główny obiekt znajduje się z boku, czy na górze. Albo te, na
których jest po prostu biała kartka na której można coś „napisać”.
Doceń twórcę!
Artykuły
pisze się raczej na szybko. Tak samo szuka się zdjęć do nich. Nie dziwię się
temu i nie mam zamiaru nawoływać o to, by to zmienić. Ale... jeśli masz chwilę
zarejestruj się na stronie, gdy ściągasz cudze prace. Polajkuj. Podziękuj. To
tylko moment, a zdecydowanie zmotywuje osobę, która daną pracę zrobiła.
Pamiętajcie, że twórcy na Pixabay to zwykli, szarzy ludzie, którzy udostępniają
Wam za darmo efekty swojej pracy, na którą poświęcili trochę czasu i energii.
poniedziałek, 13 listopada 2017
niedziela, 12 listopada 2017
Pogadajmy o książkach III + Stosik
Sprawdź: https://fantastykacodzienna.pl/
Cześć!
Już po raz trzeci zapraszam na audycje Raportu Literackiego. Tym razem pogadamy
sobie o polowaniach i zwierzętach w ogóle. Poza nami będziecie też mogli
usłyszeć w trakcie audycji Jakuba Ćwieka. Także zapraszam jutro o godzinie
20:00, a jeśli nie zdążycie – w czwartek o godzinie 14:00, na antenę RadiaMors.
Poza
tym nasza audycja doczekała się fanpage! Kliknijcie TUTAJ, jeśli macie ochotę
go zobaczyć.
A
jeśli będziecie uważnymi słuchaczami, pewnie traficie też na pełny wywiad z
Jakubem Ćwiekiem, który pojawi się niedługo w którejś z audycji. Niestety, w
tym momencie nie jestem w stanie podać Wam szczegółów.
A
tak przy okazji, łapcie mój stosik nowości książkowych z zeszłego tygodnia:
Pierwsze
pięć sztuk to używane książeczki. Poza pierwszym tomem „Karmazynowego Cienia”,
kupiłam je w trakcie Jesiennego Spotkania z Fantastyką w Katowicach, w sobotę 4
października.
Pierwsza
od góry to „Wyjście z cienia” Zajdla: mam już je za sobą i choć nie była to
najlepsza książka autora, jaką znam, to i tak miło mi się ją czytało. Moją
opinię na temat pozostałych poznanie już niedługo, bo pierwszy wpis na temat
książki tego pana zaplanowany jest na 19 listopada.
Później
mamy dwa tomy „Karmazynowego Cienia” Salvatore; trzeci jest w drodze do mnie.
Mam nadzieję, że uda mi się w ten sposób odkopać nieznaną dziś, a fajną,
trylogię fantasy, ale zobaczymy.
„Kres
obłoków” Stewarta to także fantasy, ale z tego co się orientuje – jednotomowe.
Niestety, tłumacz nie należy do moich ulubieńców i tego się trochę boję.
Ostatnią
ze staruszek jest „Wszystko dla Billy’ego” McMurty’ego, którą już mam za sobą.
To mój pierwszy w życiu, pełnoprawny western. Opinia o nim w tym momencie
zaplanowana jest na 23 grudnia.
Następnie
mamy książki wydane przez SQN, które zamówiłam przez promocje w księgarni
Naregale. Jak możecie zauważyć, to przede wszystkim uzupełnianie kolekcji.
Mamy
tam „I wrzucą was w ogień” Patykiewicza, czyli drugi tom dość młodzieżowego
post-apo. Wpis na temat tomu pierwszego – „Dopóki nie zgasną gwiazdy” – w tym
momencie jest zaplanowany na styczeń, także pewnie na moją opinię na temat tej
książki trochę sobie poczekacie.
Później
mamy „Wrota Obelisków” N. K. Jemisin: wprawdzie tomu pierwszego jeszcze nie
czytałam, ale jakoś tak wyszło, że i drugi wylądował w koszyku.
„Powstanie”
Iana Tregillisa to trzeci tom trylogii „Wojny Alchemiczne”. Poznałam już
pierwszy i był na tyle fajny, że po prostu chcę zapoznać się z całością.
Recenzja „Mechanicznego” zaplanowana jest dopiero na luty, także... cóż ja
poradzę, za dużo wpisów mam dla Was przygotowanych :D EDIT: Tak, pomyliłam tomy. Przypadkiem chwyciłam drugi i nie zauważyłam, że to nie trzeci. Na zdjęciu powinno być „Wyzwolenie”
No
i na końcu takie „uzupełnienie kolekcji”, ale nie do końca, czyli „Ciemność
płonie” Jakuba Ćwieka. Zobaczymy, co wyjdzie z tego spotkania.
Jak
widzicie, ani na brak pracy przez radio i studia, ani na brak czytania nie
narzekam. Dobrze, że przynajmniej mam taki zapas wpisów <3
sobota, 11 listopada 2017
czwartek, 9 listopada 2017
wtorek, 7 listopada 2017
Polski TAG Książkowy
Tu mnie znajdziesz: https://fantastykacodzienna.pl/
Dziś
lekko i dość krótko. Zapraszam Was na tag książkowy do którego nominowała mnie
Aoi Akuma z bloga Książkowa Królowa. Jego autorką jest Sara z bloga KultuSarnie.
Biało-czerwona flaga, czyli książka, w której krew została oddana w dobrej sprawie.
Czy
tak naprawdę istnieje coś takiego? Cóż, zakładając, że tak to mogę podać tu „Z
mgły zrodzonego” Sandersona. W tej powieści Kelsier, jeden z głównych
bohaterów, umiera, by pozwolić pozostałym pokonać Ostatniego Imperatora. O
bardziej szczytny cel raczej niełatwo :)
Warszawka Syrenka, czyli książka, której akcja dzieje się w wielkim mieście.
Seria
„Grimm City” Ćwieka! Miasto Grimm to kolos powstały na bazie takich metropolii
jak Chicago. Tak naprawdę ten cykl jest właśnie o nim: klimat książki tworzy
ogromne miasto-potwór, które jest gęste i klejące się od dymu i brudu.
Fiat125p, czyli zapomniana książka, o której powinien usłyszeć świat.
Książek
jest na świecie tyle, że trudno mi wybrać jakąś, która tu by pasowała: wiele
lektur, w tym wiele wspaniałych, zostało zepchnięte na dalszy plan i to
niekoniecznie słusznie. Myślę jednak, że warto podać tu książki Zajdla – to
nasz polski Orwell, którego w mojej opinii czyta się lepiej i przyjemniej niż
wspomnianego Brytyjczyka. Choć nieco zapomniany, na pewno jest warty poznania.
Morze Bałtyckie, czyli książka z otwartym zakończeniem.
Emm...
„Gwiazd naszych wina” Greena? Wiem, że sporo osób o tym wspomina. Szczere
mówiąc, nie przychodzi mi do głowy żadna książka, która miałaby otwarte
zakończenie i mocniej zapadłaby mi w pamięć. Może trylogia „Metra 2033”
Głuchowskiego trochę by tu pasowała? „Wiedźmin” Sapkowskiego właściwie po części też, bo tak naprawdę nie wiemy do końca, co się stało z bohaterami.
Muzeum Powstania Warszawskiego, czyli książka, przy której nie sposób nie płakać.
Nie
posiadam książki, przy której bym się rozpłakała. Po prostu nie płacze na
książkach i nie wiem, co musiałoby się stać, aby to uległo zmianie. Szczerze
mówiąc nawet nie jestem w stanie podać „płaczliwej” książki, bo takich po
prostu nie znam. Jedyny przypadek, który nieco mnie ruszył to „Włóczęga” Kathe Koji, ale czytałam ją, mając z 11-12 lat... :D
Kogo nominuję do wykonania Polskiego Tagu?
Każdego,
kto tylko ma na niego ochotę :D
poniedziałek, 6 listopada 2017
Pogadajmy o książkach! II
Tu mnie znajdziesz: https://fantastykacodzienna.pl/
Cześć!
Tak jak i tydzień temu, tak i dziś zapraszam Was o 20:00 na stronę Radia Mors,
w którym będziecie mogli posłuchać audycji „Raportu Literackiego”. Niestety,
przez święta, nie było mnie na nagraniu, ale tak czy siak zapraszam. Tematem
dzisiejszej audycji będą książki z artystą w roli głównej, więc wydaje mi się,
że wielu z Was może odpowiadać.
Mnie
będzie można zaś posłuchać w audycji za tydzień. A już jutro na DM pojawi się tag książkowy, także... zapraszam i tutaj :)
niedziela, 5 listopada 2017
piątek, 3 listopada 2017
Na tych grach się wychowałam
Tu mnie znajdziesz: https://fantastykacodzienna.pl/
Było
już o anime – dziś zaś będzie o grach! Nie wiem, czy wiecie, ale ja z natury po
prostu dużo nie gram. Szybko się irytuje, często mam dość grania po godzinie i
chociaż chce to po prostu to nie jest do końca dla mnie. Ale jednak zdarza mi
się, czasem lubię coś włączyć. Tytuły, które dziś przedstawię to gry, na
których w jakiś sposób sie wychowałam i które miały na mnie spory wpływ.
Planuje jednak stworzyć drugi post, z grami, które już takowego nie miały, ale
w które po prostu grałam :)
The Sims, The Sims 2 & The Sims 3
Tych
gier chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Seria „symulatorów życia” towarzyszyła
mi jeszcze jako przedszkolakowi i mam z nią kilka miłych wspomnień. Niemniej,
nie uważa, by to były jakieś wybitnie dobre gry. Sama potrafię czasem wracać do
części trzeciej, pograć kilka dni i znów odstawić, ale szybko mnie nudzą, bo
ilość scenariuszy, które można rozegrać jest po prostu mocno ograniczona. To
typowe „odmóżdżacze”, zwłaszcza dla mnie: nie przepadam za budowaniem domów, a
wydaje mi się, że to jest najfajniejsza funkcja w całej serii.
Części
czwartej nie podałam umyślnie: grałam w nią chyba tylko przez chwilę i po
prostu nie znam się z nią za dobrze.
Zoo Tycon & Zoo Tycon 2
Podobnie
jak „Simsy”, tak i „Zoo Tycon” to gra mojego dzieciństwa. To kolejny symulator,
polegający na budowaniu i prowadzeniu zoo. Jako, że zwierzątka zawsze uwielbiałam
to i ta gra zajęła mi ogrom czasu. Spokojne budowanie i opieka nad własnym
ogrodem to było coś! Szczerze mówiąc, gdyby wyszła trzecia część, która miałaby
bardziej rozbudowaną genetykę zwierząt i najlepiej możliwość handlowania nimi
online byłabym pierwszą osobą, która chciałaby ją kupić. Mam do tej gry spory
sentyment, choć części pierwszej już raczej bym nie włączyła.
Nie
powiem, bym polecała grać w „Zoo Tycon” teraz – nawet druga część mocno się
zestarzała. Lubię ja bardziej przez wzgląd na nostalgie właśnie :)
Faraon/ Zeus/Cezar
To
seria bardzo podobnych do siebie gier, polegających na budowaniu
średniowiecznego miasta i dbania o nie. Z przedstawionych najmniej zawsze
lubiłam Cezara, Zeus był najładniejszym, a Faraon najbardziej „mój”. Czasem
lubię do nich wracać: mają prostą mechanikę i choć nie wyglądają już najlepiej
to dalej potrafią sprawiać satysfakcje, przynajmniej mi. Przy tym wcale nie
należą do bardzo prostych gierek i nawet teraz potrafię mieć problemy z
przejściem ich.
Smoki Nightwood
Ta
gra przeglądarkowa jest wyłączona jakoś od 2014/2015 roku, ale... dość długo na
nią wchodziłam, choćby po to, by potrenować smoki i wysłać je na wyprawy. Bo
właściwie na tym ta gra polegała: miało się smoka, którym się albo walczyło,
albo zbierało surowce. Gdy na nią trafiłam wydawała mi się czymś ciekawym i w
miarę innowacyjnym, ale z czasem okazało się, że w ogóle się nie rozwija, a
jedyne, co dochodzi to nowe grafiki dla smoków. Ale w dalszym ciągu bardzo miło
ją wspominam.
Last Chaos
Jesteś
dzieciakiem w podstawówce, który o grach wie tyle, że istnieją Simsy, Zoo Tycon
i Smoki Nightwood. Nagle widzisz reklamę, która wygląda „podejrzanie”, ale jako
lekkomyślna osóbka klikasz w nią i postępujesz wg. instrukcji, która każe Ci ściągnąć
grę... a potem okazuje się, że odkrywasz magię MMORPG.
Last
Chaos nie było i nie jest dobrą grą z tego gatunku, ale było pierwszą, na którą
trafiłam i mam do niej spory sentyment, tak po prostu. Długo nie wiedziałam, z
czym miałam do czynienia i równie długo wydawało mi się, że to jedyna gra tego
typu na świecie. I wtedy bawiłam się w niej doskonale. Jakimś cudem dołączyłam
do gildii o nazwie Falanga, którą dowodził Błyskotka (tak, to był pan) i czułam
się częścią czegoś większego. Niestety, przez problemy z siecią i gra, i znajomości
poszły w zapomnienie. A szkoda...
Dziś
nawet nie próbujcie tego ściągać :D Ale wtedy, dla mnie, to było coś, tak po
prostu :D
League of Legends
Nie
umiem grać w MOBy, OK? Jestem okropna. Ale... LoL to dla mnie po prostu istotna
gra, w której spędziłam sporo czasu i w której poznałam wiele osób. Mimo grania
z przerwami od 2011 roku ogarniam aż jedna linię, ale co jakiś czas do niej
wracam, choć już nie siedzę w niej długimi godzinami, jak to było w 2012 czy
2013. W moim odczuciu to gra, która potrafi doskonale dzielić znajomych, jak i
łączyć nieznajomych. Trudno wypowiadać mi się o jej mechanice, zaś społeczność
LoLa to nie jest coś, z czym się identyfikuje, ale w dalszym ciągu to bardzo
nostalgiczna dla mnie gra.
Jak
pewnie widzicie, żaden ze mnie gejmer. Nie wyrosłam na Blizzardzie, nie
wyrosłam na Elder Scrollsach, ani nawet na Assasin’s Creed. Chyba też dlatego
po prostu grać nie do końca umiem i czasem aż wstyd się do tego przyznawać :D
Graliście
w któreś z tych gier? Kojarzycie, lubicie?





















