sobota, 25 listopada 2017

Książki, a wydawnictwa

Tu mnie znajdziesz: https://fantastykacodzienna.pl/

Gdy kupuje coś do czytania raczej nie zwracam większej uwagi na to, kto jest odpowiedzialny za druk i oprawę mojej nowej zdobyczy. Ale chcąc nie chcąc, wydawnictwa z czasem się powtarzają i tak powstały moje niewielkie „kolekcje”, stworzone przez ten sam zespół.
Dziś przedstawię Wam mniej więcej niektóre z nich. Ocenię wydawnictwa przez pryzmat tego, co znam i mam na swojej półce. Pamiętajcie jednak, że na zdjęciach zwykle nie znajdują się wszystkie książki, które posiadam (bo by się po prostu nie zmieściły) i że nie są to wszystkie wydawnictwa, dlatego może kiedyś pojawi się drugi podobny wpis :)
Dla jasności powtórzę raz jeszcze: oceniam TYLKO przez pryzmat tego co znam, posiadam. Zwłaszcza w przypadku tak dużych wydawców jak np. Rebis nie jest możliwe, bym oceniła ich całokształt. Oceniam też produkty jako klient: nie osoba współpracująca z wydawcami i także nie osoba, która wie, jak to robić „od środka”.


Zacznijmy od wydawnictwa, które przez mocną promocję w blogsferze jest dosłownie WSZĘDZIE. Mowa oczywiście o SQN. W przeciwieństwie do wielu z Was nigdy z nimi nie współpracowałam. Wszystkie książki, które mam kupiłam sama, dlatego nie mam ich nadzwyczaj wiele, choć w ostatnim czasie sporo takowych do mnie przybyło :) To dość nowe i niezbyt duże wydawnictwo z młodym zespołem ludzi „wewnątrz” (a przynajmniej tak oceniam po Instastory :D).
Uważam, że książki wydają ładnie, poprawnie, ale niekoniecznie w przepiękny sposób. Ich egzemplarze mają ładne grafiki na okładce i zwykle wewnątrz znajdziemy obrazki, za co naprawdę sobie ich cenię. Zwykle wydają książki w wersji ze skrzydełkami, ale osobiście nie posiadam i nie wiem, czy w ogóle wydają twarde oprawy. Ich pozycje są idealne „do torebki”: dość lekkie i niekoniecznie bardzo duże. Czcionka zwykle jest stosunkowo duża, ale ponieważ wydają wiele młodzieżówek bez problemu im to wybaczam, bo do takiego typu literatury duże litery po prostu pasują :) Każda z książek jest dostępna także w wersji e-bookowa.

Mój „problem” z tym wydawnictwem polega na tym, że... często wydają młodzieżówki, których ja po prostu nie kupię, bo ich nie chce i nie potrzebuje. Pewnie częściowo przez blogsferę często mam wrażenie, że to jedyny typ książek, które się u nich pojawiają. Wiem jednak, że to mylne wrażenie i podejrzewam, że jeszcze niejedna pozycja od nich pojawi się na mojej półce.
Ich książki często można znaleźć na promocjach, pod względem ceny wypadają raczej standardowo :)

Fabrykę Słów zna chyba każdy zainteresowany polską fantastyką. To u nich zaczynał Jakub Ćwiek, to oni wydają Grzędowicza, Kossakowską, Ziemiańskiego, Pilipiuka... Nie da się obok nich przejść obojętne, po prostu nie!
Niestety, zbierają dość dużo negatywnych opinii odnośnie między innymi korekty. Osobiście mam wrażenie, że zwykle sięgam po ich „flagowe” dzieła, poza tym żaden ze mnie grammar nazi, dlatego osobiście na to nie zwróciłam większej uwagi, ale trudno o tym zapomnieć. Często też wznawiają swoje książki, zmieniając okładki: czasem w całości, czasem pod względem układu graficznym. Z jednej strony: fajnie, z drugiej – gdy chcemy później skompletować serię często rodzi się nam niemały problem.
Wydają książki w przeróżny sposób: mamy „zwykłe” okładki, zintegrowane, których chyba jest najwięcej i oczywiście oprawy twarde. Tak jak SQN, ich znakiem rozpoznawczym są ilustracje wewnątrz książek. Pod względem okładek Fabryka Słów ma już swój wyrobiony styl, który raczej nie każdemu przypadnie do gustu. Ja zwykle uznaje je za „normalne” – nie zachwycają mnie, ale też nie kują w oko.
Większa część z tego, co wydają, to książki, po które z różnych powodów mogłabym sięgnąć. Zwykle odstrasza mnie jednak cena: mam wrażenie, że często dostajemy mniej, niż powinniśmy, a niełatwo je dorwać na promocjach. Fabryka Słów lubi dzielić książki na tomy, litery wewnątrz są ogromne, a na niemal każdej okładce widnieje dopisek: 39.90zł... 

Wydawnictwo Literackie znam chyba najsłabiej ze wszystkich tu przedstawionych, ale po prostu muszę o nim Wam tu napisać. Na ten moment posiadam ich trzy książki (chyba, że jakaś gdzieś mi się zawieruszyła, a o niej nie wiem) i wszystkie pod względem wydania szczerze uwielbiam.
Moja trójca kojarzy mi się z lekko unowocześnioną elegancją. Mimo że książki nie mają wewnątrz ilustracji to po prostu uwielbiam je brać w ręce. Mają piękne grafiki i ładny krój tekstu. Zarówno okładki zintegrowane, jak i twarda oprawa „Lodu” wydają się całkiem porządnie wykonane... no czego więcej chcieć?
Poza tym wydają często naprawdę dobrych twórców. To u nich znajdziecie Lema, Czesława Miłosza, czy Olgę Tokarczuk.
Każda książka ma swoją wersję w e-booku. Same ceny prezentują się raczej dość standardowo i są zależne od tego, jak powieść została wydana, ale to raczej nie powinno nikogo dziwić :)

Parę lat temu byłam przekonana, że to najlepsze wydawnictwo fantastyki w Polsce: w końcu wydają Sapkowskiego, jak mogłoby być inaczej? Mowa oczywiście o SuperNowej. Dziś podchodzę do nich z nieco większym dystansem, ale jednocześnie sporym szacunkiem.
Jedyne książki od nich, które posiadam, są autorstwa Zajdla i Sapkowkiego. Osobiście przepadam za ich krojem tekstu. Same okładki prezentują się dość... różnie. Saga Wiedźmińska w wersji z gry ma skrzydełka i niekoniecznie bardzo ładne okładki, choć jako seria nie wygląda źle. Nowsze wydania mają piękne grafiki, ale brakuje im skrzydełek, wyglądają na zdecydowanie tańsze. Trylogia husycka raczej wygląda przeciętnie, ale klimatycznie. Podobnie jest z książkami Zajdla, które zdecydowanie piękne nie są.
Ich książki mają jedną unikalną cechę: z tyłu okładek nie znajdziecie cen. W niektórych przypadkach brak także patronów, czy nawet kodu kreskowego.
To zdecydowanie wydawnictwo z historią, o którym jednak nie jest raczej zbyt głośno, a przynajmniej nie poza fantastycznymi kręgami. Chętnie pozbierałabym więcej ich egzemplarzy, ale nie uwielbiam ich wydań, tak po prostu :) Wydaje mi się, że to wydawnictwo cały czas jest nieco staromodne, nie idzie za trendami, przez to po prostu jest niezbyt widoczne.



Już sama nazwa Wydawnictwa MediaRodzina sugeruje, że ich książki niekoniecznie są dla mnie. Nie mam ich wiele, nie śledzę też nowości: obecnie na mojej półce zalegają przede wszystkim ich „Opowieści z Narnii”, „Harry Potter” i trylogia „Arkadia”.
Wydają zwykle młodzieżowe, rodzinne książki, przynajmniej jeśli chodzi o fantastykę. Ich okładki raczej są zadbane, ale nie rozkładają na łopatki, wydania wypadają dość zwyczajnie. Ale jednak mają parę istotnych dla literatury nazwisk, za co trudny ich nie docenić.
Raczej nie mają w książkach ilustracji, jakość papieru też nie zachwyca, wypadając po prostu przeciętnie.
Ich książek raczej kupować nie będę: a przynajmniej nie w masowej ilości. Ale wielu młodszych czytelników na pewno się w ich klimatach odnajdzie. W końcu to oni mają prawa do takich serii jak „Trylogia Czasu”, czy „Igrzyska Śmierci”.
Cenowo raczej wypadają dość przeciętnie.

Olbrzymie wydawnictwo, które szczerze uwielbiam? Oczywiście, że Rebis! Od kiedy zaczęłam nieco świadomiej patrzeć na książki uwielbiam ich, choć nawet w przypadku fantastyki wydają tak olbrzymi wachlarz literatury, w tak różny sposób, że nie da się ich jednoznacznie ocenić.
Ich krój czcionki podobny jest zazwyczaj do tego stosowanego przez SuperNową i przez to naprawdę mi odpowiada. Same wydania wypadają dość różnorako: większość książek wygląda porządnie, ale nie każda jest doskonała. Na przykład trylogia „Imperium” ma tak białe kartki, że w słońcu po prostu nie da się jej czytać. Na szczęście ich nowsze pozycje, które mam u siebie – „Czerwień” i „Problem trzech ciał” wypadają naprawdę dobrze. Eleganckie okładki, ładny krój czcionki, skrzydełka... Ja więcej nie potrzebuje.
Nie potrzebuje... a dostaje! To Rebis ma prawa autorskie do książek Franka Herberta, czy Philipa K. Dicka. I w żadnym razie tego nie marnuje. Już parę lat temu na rynku pojawiła się „złota” i „srebrna” seria z tymi klasykami w roli głównej i obydwie szczerze uwielbiam. Książki w grubych oprawach, z ilustracjami, na kredowym papierze... ich się nie da nie uwielbiać.
Rebis jest jednym z wydawnictw, które bardzo sobie cenię i cały czas chce więcej i więcej pozycji od nich.

Na sam koniec kolejny duży wydawca, który dla fantastyki robi nie mało. Wydawnictwo Mag zajmuje się głównie zagranicznymi fantastami.
Słyną chyba przede wszystkim z wydawania Uczty Wyobraźni: serii książek w twardych oprawach, do których nie robią dodruków. Zwykle jest to literatura z wyższej półki, która zmusza do myślenia i ruszenia wyobraźni właśnie. To książki kolekcjonerskie, z których chętnie miałabym wszystkie, choć nie powiem, bym te wydania uwielbiała. Jednak bialutki papier nie jest moim ulubionym.
Wydają takich twórców jak Graiman, Paolini, Sanderson, czy Simmons. Jeśli lubicie fantastykę, nie sposób obok niego przejść obojętnie, choć mam pewne zastrzeżenia do wielu ich wydań samych w sobie.
Cenię je sobie i zapewne jeszcze niejedną książkę od nich kupię. Poza tym podobno Mag ma całkiem dobre ceny...


Jak to wygląda u Was? Wybieracie książki po wydawnictwach? Jakie serie zbieracie?

niedziela, 19 listopada 2017

Pogadajmy o książkach IV: Szykujcie się na konkurs!



 
Po raz kolejny w poniedziałek o godzinie 20:00 na antenie Radia MORS będziecie mogli wysłuchać Raportu Literackiego, który współtworzę. Tym razem poruszymy dość ciekawy temat, bo porozmawiamy sobie o książkach, w którym dużą rolę odgrywa mafia. Jeśli nie zdążycie wysłuchać nas w poniedziałek, zapraszam we wtorek: o godzinie 14:00 będziecie mogli usłyszeć powtórkę.

To nie wszystko! W trakcie tej audycji organizujemy konkurs! Dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu mamy do rozdania trzy egzemplarze książki „Byłem gangsterem” Greka, dlatego tym bardziej zapraszam do słuchania. Oczywiście o samej książce powiemy coś więcej w trakcie audycji.

piątek, 17 listopada 2017

Książki, które warto znaleźć w bibliotece




Nie czytam od wczoraj: jako dziecko, czy nastolatka też poznawałam sporo książek. Nic dziwnego, że część z tych, które wtedy uwielbiałam, dziś są po prostu niedostępne. Niemniej, niektóre z nich dalej sobie cenie. Choć w blogsferze pojawiają się rzadko (jeśli w ogóle), a w księgarni ich raczej nie znajdziecie to zapraszam: może niektóre z tych powieści Was zainteresują i może akurat będą w Waszej bibliotece. Oczywiście, większość z nich to literatura dziecięco-młodzieżowa, ale wiem, że wielu z Was za takową przepada.


„Król złodziei” Corneli Funke



Po śmierci matki dwójka braci ucieka od wrednej ciotki i kieruje się ku Wenecji: miasta, które kochała ich matka. Tam znajduje ich król złodziei, który przygarnia ich pod swoje skrzydła.

Ta książka, to jedyny audiobook, jaki „przeczytałam” ­– nie potrafiłam jej nigdzie znaleźć i tylko w ten sposób mogłam się z nią zapoznać. Osobiście uwielbiam tę powieść: to magiczna historia, dzięki której zakochałam się w Wenecji, co zostało mi do dzisiaj.  Oczywiście, jak na literaturę dziecięco-młodzieżową jest nieco naiwna, ale naprawdę to po prostu jest prześliczne.




„Princetta i kapitan” Anne-Laure Bondoux


Malwa, następczyni tronu, nie chce go objąć i nie ma zamiaru wychodzić za mąż wbrew swej woli. Dlatego ucieka z pałacu drogą morską. W ślad za nią zostaje wysłana załoga, która ma sprowadzić królewnę do domu.

Trafiłam na tę książkę w podstawówce i wtedy zupełnie mnie zaczarowała: podróż, przygoda i bardzo delikatnie zarysowany wątek romantyczny w pełni do mnie przemówił. To high fantasy, stworzone z myślą o tych starszych dzieciach, czy też prawie młodzieży. Bardzo chciałabym przeczytać ją jeszcze raz, ale... wydaje mi się, że zdania bym nie zmieniła. Jeśli więc szukacie czegoś takiego, albo macie dzieci, czy młodsze rodzeństwo polecam sprawdzić, czy Wasza biblioteka ma swój egzemplarz tej książki.



„Narzeczona Fabiana” Margit Sandermo


Gdy na tronie zasiada słaby psychicznie książę, młoda i inteligentna Bianka dostaje bardzo odpowiedzialną rolę: ma zostać jego żoną i dopilnować, by do władzy nie doszedł hrabia-tyran.

Nie pamiętam, kiedy dokładnie tę książkę czytałam, ale... jeśli szukacie czegoś przyjemnego w czytaniu, z nutką intrygi i przygody oraz delikatnym romansem warto sprawdzić tę pozycje. Czytało mi się ją jak lekką fantastykę i wielokrotnie do niej wracałam. A że nie jest to powieść młodzieżowa to niezależnie od wieku możecie spróbować ją sobie sprawdzić.





„Gobelin” Henry’ego N. Neffa 


Max pewnego dnia trafia na tajemniczy, celtycki gobelin, który prowadzi go wprost do szkoły magii. W niej odkrywa swoje niezwykłe zdolności i poznaje przeznaczenie, przed którym nie ma odwrotu.

Obecnie podobnych książek mamy bardzo dużo: uzdolnione dziecko, uczy się magii, aby zwalczać zło. Wiem jednak, że zwolenników takiej literatury nie brakuje i jeśli to jest to, co lubicie, tę serię warto sprawdzić: być może nie jest doskonała, ale ja te kilka lat temu całkiem dobrze się przy niej bawiłam.




„Włóczęga” Kathe Koji


Reachel pracuje jako wolontariuszka w schronisku dla psów. Gdy trafia do niego półdzika suka collie, dziewczyna postanawia ją uratować.

Nie raz i nie dwa wspominałam Wam o tej książce, ale zrobię to jeszcze po raz kolejny. Lubicie zwierzęta? Lubicie powieści młodzieżowe? Jeśli tak – szukajcie i bierzcie się do czytania. Zwłaszcza, że to bardzo krótka powieść, która nie zajmie wam wiele czasu.





„Tajemnica rajskiego wzgórza” Elizabeth Goude


Do Księżycowego Dworu, starej i pięknej posiadłości, przybywa Marynia, dziewczynka odkrywa, że okolica skrywa tajemnice, w której dużą role odgrywa biały konik.

Ta powieść to po prostu dziecięca magia.  To książka przesycona baśniowością , która powinna spodobać się każdej dziewczynce, która lubi czytać. Nawet, jeśli nie jesteście już dziećmi, warto zwrócić na nią uwagę.





„Kroniki Świata Wynurzonego” Lici Torsi


Nihal wyróżnia się na tle sowich rówieśników przez inny kolor włosów i oczu.  Od lat marzy, by uczyć się w Akademi Jeźdźców Smoków, jednak jest dziewczyną, a takich tam po prostu nie przyjmują. Jej opiekun wysyła ją jednak, by poznała podstawy magii, ucząc się u swojej ciotki.

Jeśli lubicie młodzieżowe high fantasy, przygodę, wielkie przyjaźnie i smoki – ta trylogia jest dla Was. Osobiście nawet po latach bardzo ją sobie cenie. To po prostu przyjemna historia: jedyne, co mnie w niej bolało, to polskie nazwy krain, które były stosunkowo stereotypowe. Poza tym jednak nawet wątek romantyczny wypada bardzo naturalnie i uroczo.


środa, 15 listopada 2017

Pixabay okiem twórcy



Czym jest Pixabay prawdopodobnie wie każdy świadomy bloger, jak i każda osoba, która pisze jakiekolwiek artykuły zamieszczane w sieci. Bez stron tego typu nie da się żyć. W końcu jak napisać coś, nie mając ilustracji? A przecież nie zawsze jesteśmy w stanie samodzielnie zrobić własne, mając pełne prawa autorskie. Dziś chciałabym jednak spojrzeć na tę stronę z nieco innej perspektywy – od strony osoby, która nie tylko pobiera zdjęcia z Pixabaya, ale także je tam zamieszcza.

Czym jest Pixabay?
Dla świętego spokoju wolę to zagadnienie Wam wyjaśnić. Pixabay to strona internetowa na którą każdy może wrzucić dowolne zdjęcie, grafikę, czy rysunek  „zrzekając się” części praw autorskich. Po publikacji każdy może pobrać naszą pracę i wykorzystać ją do dowolnych celów (o ile nie obraża ludzi na zdjęciu). Jako osoba pobierająca zdjęcie bez obaw możesz wrzucić je do artykułu, do płatnej aplikacji z tapetami, czy na koszulki. Promowanie własnych stron tymi pracami również jest dozwolone. W skrócie: możesz wykorzystywać je jak tylko chcesz, zarówno komercyjnie, jak i do własnych potrzeb. Bajka, prawda? :D

Pobieranie zdjęć nigdy nie było prostsze
Pixabay jest zaprojektowany bardzo nowocześnie i bardzo intuicyjnie. Gdy szukamy zdjęcia wystarczy wejść na stronę, wpisać kluczowe słowa i szukać, czego potrzebujemy. Pamiętajcie jednak, by wpisywać frazy możliwie ogólne: wtedy dostaniemy większą pulę prac w danej tematyce. Gdy spodoba się nam zdjęcie, wchodzimy na nie, pobieramy w wybranej rozdzielczości i już, gotowe!

Gorzej z przesyłaniem ich na serwer strony...
Nie, nie, wcale nie dlatego, że ładowanie prac na serwer jest trudne! Gdy już zarejestrujemy się to bardzo intuicyjne zajęcie. Wrzucamy zdjęcie, dodajemy tagi... i wysyłamy. Problem może pojawić się później.
Pixabay nie akceptuje każdego zdjęcia po kolei. Ma wymagania względem prac i jeśli nie spełniają ich norm, zostają odrzucone. Niestety, nie zawsze fair, przynajmniej nie według mnie: wiele moich zdjęć zostało odrzuconych, bo woda była zabrudzona, albo wokół fotografii była „ramka” stworzona przez płot, która wpasowywała się w jego klimat. Przy okazji jeśli wrzucisz wiele złych jakościowo prac dostaniesz limit na wysyłanie ich.
O ile pierwszą kwestię w pełni rozumiem, o tyle druga... wydaje mi się już zbyt restrykcyjna, choć też nie brak jej logiki. Gdy wrzucimy zdjęcie na stronę i zostanie ono już zaakceptowane nie mamy prawa go usunąć. Po prostu nie da się. Nie ma przycisku „usuń”. Jak wrzucamy, to na wieczność. Nie ma „zmiłuj”.

Dla jakiego twórcy jest Pixabay?
Dla takiego, który jest przekonany, że chce na wieki wieków udostępnić swoją pracę innym i nie dostać nic w zamian. Wydaje mi się, że dobrze sprawdzi się w dwóch kluczowych przypadkach.
Po pierwsze – gdy masz dużo zdjęć, których i tak nigdzie nie użyjesz. Może akurat komuś się przydadzą, a po co mają tkwić pochowane w folderach? To właściwie był jeden z moich powodów dołączenia do tej społeczności :)
Po drugie – gdy się uczysz. Wyświetlenia i pobieranie zawsze motywuje do dalszej pracy, a wymogi Pixbaya, choć czasem głupie, prędko nauczą Cię jakie zdjęcia są mniej-więcej technicznie poprawne. To znaczy: są ostre, mają dobre kolory, pokazują to, co miały pokazywać. Nie myśl tylko, że ta strona nauczy Cię o kompozycji fotografii: akurat tego musisz szukać gdzieś indziej.
Pamiętajcie, by na stronę ABSOLUTNIE nie wrzucać zdjęć na których można rozpoznać drugą osobę bez jej zgody (chyba, że mamy tłum i fotografia nie skupia się na jednej postaci). Przyczyn chyba nie muszę wyjaśniać.

Profity?
Moim głównym „profitem”, który dostaje od Pixabay jest możliwość śledzenia drogi moich zdjęć. Naprawdę, to fascynujące do jakich rzeczy ludzie potrafią wykorzystać leżące „w szufladzie” prace, które mi do niczego by się nie przydały.
Poza tym choć udostępnianie zdjęć jest darmowe i nikt nam za to nie zapłaci to jeśli połączymy konto z PayPal’em chętni będą mogli nam przesyłać jakieś pieniążki w ramach podziękowania za udostępnienie fotografii. Mi osobiście zdarzyło się to raz: dostałam całe 3$! I to w najmniej oczekiwanym momencie.

Jakie zdjęcia wrzucać?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Mnie osobiście zawsze zaskakuje to, jakie zdjęcia się „wybijają” na tle innych, bo zwykle to nie te obstawiam. W każdym razie podzieliłabym „przydatne” zdjęcia na dwie kategorie.
Pierwsza to po prostu ładne fotografie, które każdy chciałby mieć na blogu, czy stronie: jeśli coś jest przyjemne dla oka to zapewne inni będą chcieli to wykorzystać.
Druga to kategoria „specjalistyczna”: choć na Pixabay nie brakuje zdjęć to często niełatwo znaleźć na nim coś, gdy szukamy konkretów. Dlatego prace, które je przedstawiają, prawie na pewno się przyjmą, albo przynajmniej ktoś je chętnie wykorzysta. Mam tu na myśli np. drapiącego się psa, albo pejzaż przedstawiający znane miejsce.
Poza tym dość chętnie wykorzystywane są prace, na których można łatwo coś napisać. Takie, których główny obiekt znajduje się z boku, czy na górze. Albo te, na których jest po prostu biała kartka na której można coś „napisać”.

Doceń twórcę!

Artykuły pisze się raczej na szybko. Tak samo szuka się zdjęć do nich. Nie dziwię się temu i nie mam zamiaru nawoływać o to, by to zmienić. Ale... jeśli masz chwilę zarejestruj się na stronie, gdy ściągasz cudze prace. Polajkuj. Podziękuj. To tylko moment, a zdecydowanie zmotywuje osobę, która daną pracę zrobiła. Pamiętajcie, że twórcy na Pixabay to zwykli, szarzy ludzie, którzy udostępniają Wam za darmo efekty swojej pracy, na którą poświęcili trochę czasu i energii.

niedziela, 12 listopada 2017

Pogadajmy o książkach III + Stosik



 
Cześć! Już po raz trzeci zapraszam na audycje Raportu Literackiego. Tym razem pogadamy sobie o polowaniach i zwierzętach w ogóle. Poza nami będziecie też mogli usłyszeć w trakcie audycji Jakuba Ćwieka. Także zapraszam jutro o godzinie 20:00, a jeśli nie zdążycie – w czwartek o godzinie 14:00, na antenę RadiaMors.
Poza tym nasza audycja doczekała się fanpage! Kliknijcie TUTAJ, jeśli macie ochotę go zobaczyć.

A jeśli będziecie uważnymi słuchaczami, pewnie traficie też na pełny wywiad z Jakubem Ćwiekiem, który pojawi się niedługo w którejś z audycji. Niestety, w tym momencie nie jestem w stanie podać Wam szczegółów. 

A tak przy okazji, łapcie mój stosik nowości książkowych z zeszłego tygodnia:
Pierwsze pięć sztuk to używane książeczki. Poza pierwszym tomem „Karmazynowego Cienia”, kupiłam je w trakcie Jesiennego Spotkania z Fantastyką w Katowicach, w sobotę 4 października.
Pierwsza od góry to „Wyjście z cienia” Zajdla: mam już je za sobą i choć nie była to najlepsza książka autora, jaką znam, to i tak miło mi się ją czytało. Moją opinię na temat pozostałych poznanie już niedługo, bo pierwszy wpis na temat książki tego pana zaplanowany jest na 19 listopada.
Później mamy dwa tomy „Karmazynowego Cienia” Salvatore; trzeci jest w drodze do mnie. Mam nadzieję, że uda mi się w ten sposób odkopać nieznaną dziś, a fajną, trylogię fantasy, ale zobaczymy.
„Kres obłoków” Stewarta to także fantasy, ale z tego co się orientuje – jednotomowe. Niestety, tłumacz nie należy do moich ulubieńców i tego się trochę boję.
Ostatnią ze staruszek jest „Wszystko dla Billy’ego” McMurty’ego, którą już mam za sobą. To mój pierwszy w życiu, pełnoprawny western. Opinia o nim w tym momencie zaplanowana jest na 23 grudnia.
Następnie mamy książki wydane przez SQN, które zamówiłam przez promocje w księgarni Naregale. Jak możecie zauważyć, to przede wszystkim uzupełnianie kolekcji.
Mamy tam „I wrzucą was w ogień” Patykiewicza, czyli drugi tom dość młodzieżowego post-apo. Wpis na temat tomu pierwszego – „Dopóki nie zgasną gwiazdy” – w tym momencie jest zaplanowany na styczeń, także pewnie na moją opinię na temat tej książki trochę sobie poczekacie.
Później mamy „Wrota Obelisków” N. K. Jemisin: wprawdzie tomu pierwszego jeszcze nie czytałam, ale jakoś tak wyszło, że i drugi wylądował w koszyku.
„Powstanie” Iana Tregillisa to trzeci tom trylogii „Wojny Alchemiczne”. Poznałam już pierwszy i był na tyle fajny, że po prostu chcę zapoznać się z całością. Recenzja „Mechanicznego” zaplanowana jest dopiero na luty, także... cóż ja poradzę, za dużo wpisów mam dla Was przygotowanych :D EDIT: Tak, pomyliłam tomy. Przypadkiem chwyciłam drugi i nie zauważyłam, że to nie trzeci.  Na zdjęciu powinno być „Wyzwolenie” 
No i na końcu takie „uzupełnienie kolekcji”, ale nie do końca, czyli „Ciemność płonie” Jakuba Ćwieka. Zobaczymy, co wyjdzie z tego spotkania.

Jak widzicie, ani na brak pracy przez radio i studia, ani na brak czytania nie narzekam. Dobrze, że przynajmniej mam taki zapas wpisów <3

wtorek, 7 listopada 2017

Polski TAG Książkowy

Tu mnie znajdziesz: https://fantastykacodzienna.pl/

Dziś lekko i dość krótko. Zapraszam Was na tag książkowy do którego nominowała mnie Aoi Akuma z bloga Książkowa Królowa. Jego autorką jest Sara z bloga KultuSarnie.

Biało-czerwona flaga, czyli książka, w której krew została oddana w dobrej sprawie.
Czy tak naprawdę istnieje coś takiego? Cóż, zakładając, że tak to mogę podać tu „Z mgły zrodzonego” Sandersona. W tej powieści Kelsier, jeden z głównych bohaterów, umiera, by pozwolić pozostałym pokonać Ostatniego Imperatora. O bardziej szczytny cel raczej niełatwo :) 

Warszawka Syrenka, czyli książka, której akcja dzieje się w wielkim mieście.
Seria „Grimm City” Ćwieka! Miasto Grimm to kolos powstały na bazie takich metropolii jak Chicago. Tak naprawdę ten cykl jest właśnie o nim: klimat książki tworzy ogromne miasto-potwór, które jest gęste i klejące się od dymu i brudu.

Fiat125p, czyli zapomniana książka, o której powinien usłyszeć świat.
Książek jest na świecie tyle, że trudno mi wybrać jakąś, która tu by pasowała: wiele lektur, w tym wiele wspaniałych, zostało zepchnięte na dalszy plan i to niekoniecznie słusznie. Myślę jednak, że warto podać tu książki Zajdla – to nasz polski Orwell, którego w mojej opinii czyta się lepiej i przyjemniej niż wspomnianego Brytyjczyka. Choć nieco zapomniany, na pewno jest warty poznania.

Morze Bałtyckie, czyli książka z otwartym zakończeniem.
Emm... „Gwiazd naszych wina” Greena? Wiem, że sporo osób o tym wspomina. Szczere mówiąc, nie przychodzi mi do głowy żadna książka, która miałaby otwarte zakończenie i mocniej zapadłaby mi w pamięć. Może trylogia „Metra 2033” Głuchowskiego trochę by tu pasowała? „Wiedźmin Sapkowskiego właściwie po części też, bo tak naprawdę nie wiemy do końca, co się stało z bohaterami.

Muzeum Powstania Warszawskiego, czyli książka, przy której nie sposób nie płakać. 
Nie posiadam książki, przy której bym się rozpłakała. Po prostu nie płacze na książkach i nie wiem, co musiałoby się stać, aby to uległo zmianie. Szczerze mówiąc nawet nie jestem w stanie podać „płaczliwej” książki, bo takich po prostu nie znam. Jedyny przypadek, który nieco mnie ruszył to Włóczęga Kathe Koji, ale czytałam ją, mając z 11-12 lat... :D

Kogo nominuję do wykonania Polskiego Tagu?
Każdego, kto tylko ma na niego ochotę :D


poniedziałek, 6 listopada 2017

Pogadajmy o książkach! II

Tu mnie znajdziesz: https://fantastykacodzienna.pl/


 
Cześć! Tak jak i tydzień temu, tak i dziś zapraszam Was o 20:00 na stronę Radia Mors, w którym będziecie mogli posłuchać audycji „Raportu Literackiego”. Niestety, przez święta, nie było mnie na nagraniu, ale tak czy siak zapraszam. Tematem dzisiejszej audycji będą książki z artystą w roli głównej, więc wydaje mi się, że wielu z Was może odpowiadać.

Mnie będzie można zaś posłuchać w audycji za tydzień. A już jutro na DM pojawi się tag książkowy, także... zapraszam i tutaj :)

piątek, 3 listopada 2017

Na tych grach się wychowałam

Tu mnie znajdziesz: https://fantastykacodzienna.pl/


Było już o anime – dziś zaś będzie o grach! Nie wiem, czy wiecie, ale ja z natury po prostu dużo nie gram. Szybko się irytuje, często mam dość grania po godzinie i chociaż chce to po prostu to nie jest do końca dla mnie. Ale jednak zdarza mi się, czasem lubię coś włączyć. Tytuły, które dziś przedstawię to gry, na których w jakiś sposób sie wychowałam i które miały na mnie spory wpływ. Planuje jednak stworzyć drugi post, z grami, które już takowego nie miały, ale w które po prostu grałam :)
The Sims, The Sims 2 & The Sims 3

Tych gier chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Seria „symulatorów życia” towarzyszyła mi jeszcze jako przedszkolakowi i mam z nią kilka miłych wspomnień. Niemniej, nie uważa, by to były jakieś wybitnie dobre gry. Sama potrafię czasem wracać do części trzeciej, pograć kilka dni i znów odstawić, ale szybko mnie nudzą, bo ilość scenariuszy, które można rozegrać jest po prostu mocno ograniczona. To typowe „odmóżdżacze”, zwłaszcza dla mnie: nie przepadam za budowaniem domów, a wydaje mi się, że to jest najfajniejsza funkcja w całej serii.
Części czwartej nie podałam umyślnie: grałam w nią chyba tylko przez chwilę i po prostu nie znam się z nią za dobrze.

Zoo Tycon & Zoo Tycon 2
Podobnie jak „Simsy”, tak i „Zoo Tycon” to gra mojego dzieciństwa. To kolejny symulator, polegający na budowaniu i prowadzeniu zoo. Jako, że zwierzątka zawsze uwielbiałam to i ta gra zajęła mi ogrom czasu. Spokojne budowanie i opieka nad własnym ogrodem to było coś! Szczerze mówiąc, gdyby wyszła trzecia część, która miałaby bardziej rozbudowaną genetykę zwierząt i najlepiej możliwość handlowania nimi online byłabym pierwszą osobą, która chciałaby ją kupić. Mam do tej gry spory sentyment, choć części pierwszej już raczej bym nie włączyła.
Nie powiem, bym polecała grać w „Zoo Tycon” teraz – nawet druga część mocno się zestarzała. Lubię ja bardziej przez wzgląd na nostalgie właśnie :)

Faraon/ Zeus/Cezar
To seria bardzo podobnych do siebie gier, polegających na budowaniu średniowiecznego miasta i dbania o nie. Z przedstawionych najmniej zawsze lubiłam Cezara, Zeus był najładniejszym, a Faraon najbardziej „mój”. Czasem lubię do nich wracać: mają prostą mechanikę i choć nie wyglądają już najlepiej to dalej potrafią sprawiać satysfakcje, przynajmniej mi. Przy tym wcale nie należą do bardzo prostych gierek i nawet teraz potrafię mieć problemy z przejściem ich.

Smoki Nightwood
Ta gra przeglądarkowa jest wyłączona jakoś od 2014/2015 roku, ale... dość długo na nią wchodziłam, choćby po to, by potrenować smoki i wysłać je na wyprawy. Bo właściwie na tym ta gra polegała: miało się smoka, którym się albo walczyło, albo zbierało surowce. Gdy na nią trafiłam wydawała mi się czymś ciekawym i w miarę innowacyjnym, ale z czasem okazało się, że w ogóle się nie rozwija, a jedyne, co dochodzi to nowe grafiki dla smoków. Ale w dalszym ciągu bardzo miło ją wspominam.

Last Chaos
Jesteś dzieciakiem w podstawówce, który o grach wie tyle, że istnieją Simsy, Zoo Tycon i Smoki Nightwood. Nagle widzisz reklamę, która wygląda „podejrzanie”, ale jako lekkomyślna osóbka klikasz w nią i postępujesz wg. instrukcji, która każe Ci ściągnąć grę... a potem okazuje się, że odkrywasz magię MMORPG.
Last Chaos nie było i nie jest dobrą grą z tego gatunku, ale było pierwszą, na którą trafiłam i mam do niej spory sentyment, tak po prostu. Długo nie wiedziałam, z czym miałam do czynienia i równie długo wydawało mi się, że to jedyna gra tego typu na świecie. I wtedy bawiłam się w niej doskonale. Jakimś cudem dołączyłam do gildii o nazwie Falanga, którą dowodził Błyskotka (tak, to był pan) i czułam się częścią czegoś większego. Niestety, przez problemy z siecią i gra, i znajomości poszły w zapomnienie. A szkoda...
Dziś nawet nie próbujcie tego ściągać :D Ale wtedy, dla mnie, to było coś, tak po prostu :D

League of Legends
Nie umiem grać w MOBy, OK? Jestem okropna. Ale... LoL to dla mnie po prostu istotna gra, w której spędziłam sporo czasu i w której poznałam wiele osób. Mimo grania z przerwami od 2011 roku ogarniam aż jedna linię, ale co jakiś czas do niej wracam, choć już nie siedzę w niej długimi godzinami, jak to było w 2012 czy 2013. W moim odczuciu to gra, która potrafi doskonale dzielić znajomych, jak i łączyć nieznajomych. Trudno wypowiadać mi się o jej mechanice, zaś społeczność LoLa to nie jest coś, z czym się identyfikuje, ale w dalszym ciągu to bardzo nostalgiczna dla mnie gra.

Jak pewnie widzicie, żaden ze mnie gejmer. Nie wyrosłam na Blizzardzie, nie wyrosłam na Elder Scrollsach, ani nawet na Assasin’s Creed. Chyba też dlatego po prostu grać nie do końca umiem i czasem aż wstyd się do tego przyznawać :D
Graliście w któreś z tych gier? Kojarzycie, lubicie?
Nomida zaczarowane-szablony