▼
czwartek, 30 maja 2019
poniedziałek, 27 maja 2019
piątek, 24 maja 2019
Gwoli wyjaśnienia
Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Ostatnio trochę tu cicho. Najpierw przestałam
się tak często odzywać w komentarzach, a następnie – przestały pojawiać się
posty. Nie skłamię chyba, gdy powiem, że miało na to wpływ kilka różnych
czynników, głównym chyba jest jednak: chwilowo tak dużo nie czytam. A jak nie
czytam to nie piszę recenzji, to zaś skutkuje brakiem motywacji, by tu
zaglądać.
Po prostu trochę się u mnie ostatnio
dzieje. Obrona, praca i trochę innej prywaty złożyły się od lutego, a jak do
tego dodacie przestój czytelniczy (bo trafiłam na parę pozycji, które się długo
czytały) oraz fakt, że znów uciekłam trochę w świat „tekstowych RPG” (choć w
sumie powinnam raczej napisać PBF) to okaże się, że po prostu na bloga
najzwyczajniej czasu nie ma i nie było. Nie przewiduje szczególnie wielkich
zmian do sierpnia, bo w lipcu jak właściwie co roku po prostu mnie nie ma.
Nie oszukujmy się, przerwa w końcu musiała
nastąpić. Od paru lat posty pojawiały się zawsze co najmniej raz na trzy dni,
choć częściej – raz na dwa. Tak po prostu nie można przez wieki, szczególnie,
jeśli nie jest to forma na której w jakikolwiek sposób zarabiam.
Mam jednak nadzieję, że właśnie od
sierpnia uda mi się na poważnie DM ruszyć i niekoniecznie mówię tu o samych
postach. Mam ochoty na zmiany. Może własna domena, może przeniesienie się z
blogspotu na coś innego – zobaczymy, co mi z tym wyjdzie, na nic się nie
nakręcam, ale KTO WIE. Poza tym liczę, że w końcu będę miała „pod ręką” własne
zwierzaki i to raczej inne, niż typowy piesek czy kotek, także może okazać się,
że i o nich sporo tu będzie. Bo jeśli wszystko wyjdzie tak, jakbym chciała to
pewnie będę miała ochotę się nimi chwalić.
Podejrzewam, że na dniach pojawią się
recenzje przynajmniej dwóch książek; mam je przeczytane i dosłownie za chwilę
chcę na szybko zabrać się za opisanie przynajmniej jednej z nich. Poza tym przypominam,
że zaglądam cały czas na swojego instagrama. Możecie mnie też znaleźć na
Morsmordre, czyli PBFie właśnie. A jakby ktoś z Was chciał wiedzieć, czym ten
PBF jest to zapraszam do przesłuchania audycji na ten temat, którą nagrałyśmy
jakiś czas temu ze znajomą.
Cóż… trzymajcie się ciepło, a ja lecę spróbować
napisać dla Was te dwa kolejne teksty!
poniedziałek, 6 maja 2019
Nieanglojęzyczna fantastyka - odwiedź inne kraje!
Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Polski
rynek jest zdominowany przez literaturę pochodzącą z krajów angielskojęzycznych
oraz polskich, szczególnie, jeśli chodzi o fantastykę. To w końcu z USA
pochodzi większość „wielkich” twórców. To tam zaczął się tworzyć fandom taki,
jaki znamy dzisiaj. To kraj niezwykle istotny dla współczesnej fantastyki i
naprawdę nie ma się w tym przypadku czemu dziwić.
Na
całe szczęście nie samą Ameryką oraz krajami anglojęzycznymi rynek literacki
żyje. Mam dla Was sześć propozycji na książki z tego gatunku, które pochodzą z
innych krajów. Co ciekawe, większość z nich została wydana przez raczej
popularne wydawnictwa, w związku z czym są (lub były, jeśli nakład przypadkiem
się wyczerpał) bez problemu dostępne. Każda z nich jest inna, ale również każda
ma w sobie coś, co sprawia, że warto po nią sięgnąć.
Cixin Liu, „Problem trzech ciał”
To
pochodzące z Chin hard science-fiction wstrząsnęło rynkiem wydawniczym w USA. Ten
tytuł jest pierwszym, który mimo bycia tłumaczeniem zdobyło Nagrodę Hugo. Ta
została wręczona zarówno autorowi, jak i tłumaczowi – Kenowi Liu.
„Problem
trzech ciał” jest książką specyficzną. Postacie nie są szczególnie rozwijane, a
autor stawia na opisy technologii, choć czytało mi się nią lżej, niż sądziłam.
Ciekawym elementem powieści jest dodanie do niej elementów związanych z chińską
rewolucją kulturową. To dodaje klimatu i smaczku tej nietypowej książki.
Niestety,
o ile tom pierwszy bardzo lubię, o tyle kontynuacje już niekoniecznie.
Niemniej, zdecydowanie warto „Problem trzech ciał” sprawdzić, bo to kawałek
ciekawej literatury fantastycznej pochodzącej z nietypowego kraju.

Pierre Boulle, „Planeta małp”
Choć
większość klasyków fantastyki naukowej pochodzi z USA to nie dotyczy to każdej z
książek. „Planeta małp”, choć na pewno zalicza się do kanonu SF, pochodzi z Francji.
To już dość stara powieść, po której to widać. W końcu w wielkie małpy
zamieszkujące na obcej planecie nikt raczej nie uwierzy, prawda?
Mimo
tego samo przesłanie książki jest cały czas aktualne, a czyta się ją po prostu
przyjemnie. Fakt, czasem ze zdziwieniem i niedowierzaniem, że kiedyś takie
elementy mogły uchodzić za typowe w literaturze tego typu, ale mimo wszystko to
po prostu przyjemna lektura. A że jest niedługim klasykiem to po prostu
naprawdę warto ją poznać.
Andres Ibanez, „Księżna jeleń”
Do
języka hiszpańskiego mam pewną słabość, dlatego nie wahałam się i sięgnęłam po
ten tytuł zaraz w okolicach jego premiery. „Księżna jeleń” to ciekawy przypadek
literatury. Z jednej strony dostajemy od autora typową powieść high fantasy o
młodzieńcu, który musi dorosnąć. Z drugiej zaś to kompletna dekonstrukcja gatunku…
robiąca wszystko niby tak samo, ale jednocześnie zupełnie inaczej.
Przy
tym wszystkim „Księżna jeleń” jest po prostu baśnią dla dorosłych. To książka,
która może sprawić sporo przyjemności zwłaszcza tym, którzy cenią sobie całkiem
ładny język i niekoniecznie typowe podejście do fantasy.
Hiroshi Sakaruzaka, „Na skraju jutra”
Ta
książka jest jedyną light novelką, jaką do tej pory przeczytałam. Niedługa i
młodzieżowa, jednocześnie stanowi chyba jedno z ciekawszych SF przeznaczonych
dla młodzieży spośród mi znanych. A jej autor? Pochodzi z Japonii. Z resztą, to
też w tym kraju toczy się główna akcja powieści.
„Na
skraju jutra” jest naprawdę nietypowe jak na powieść młodzieżową, zwłaszcza jeśli
porównamy ją do książek amerykańskich. Jej fabuła jest zdecydowanie „mniejsza”:
obejmuje mniejszą ilość wydarzeń, mniejszą ilość akcji. Romans? Pojawia się,
owszem, ale w bardzo mocno ograniczonej formie. Autor nie daje nam też
zamkniętego zakończenia, jakby przerywając akcję w trakcie i pozwalając
czytelnikowi domyśleć się, co będzie dalej.
Dimity Glukhovsky, „Futu.re”
Ten
rosyjski autor często polecany jest na grupach jako twórca dobry dla
początkujących czytaczy fantastyki: bo czyta się go dość lekko, bo jest przyjemny,
ale osoba bardziej doświadczona może po prostu widzieć w jego twórczości zbyt
wiele błędów. Trudno mi się do tego dziś odnieść: przeczytałam ten tytuł w
2016, więc nie wiem, jak odebrałabym go dziś, jakieś 300 książek później.
Niemniej,
jeśli ktoś poszukuje dystopii dla dorosłych to myślę, że powinien przyjrzeć się
temu właśnie tytułowi. Autor tworzy ciekawy świat, z dobrymi i kreatywnymi
rozwiązaniami, choć być może faktycznie nie jest to nic wyjątkowo nowatorskiego.
Dla kogoś, kto jednak nie ma dużych wymagać i przede wszystkim szuka dobrej
rozrywki to powinien być strzał w dziesiątkę.
Saygin Erisin, „Basza smaku”
Turecki
autor piszący o imperium osmańskim w fantastyczny sposób? Dla mnie to brzmi
bardzo, bardzo orientalnie. Erisin nie zdobył w Polsce szczególnej popularności,
a szkoda, bo „Basza smaku” to naprawdę przyjemna w odbiorze powieść.
Książka
opowiada o Kucharzu, który ma niezwykły dar dotyczący gotowania. W związku ze
swoją przeszłością, szuka zemsty i miłości, tworząc misterny plan spełnienia
swoich pragnień. To naprawdę ładnie napisana książka o baśniowym klimacie, która
wręcz pachnie wykorzystywanymi przez bohatera przyprawami.
Choć
w tym przypadku fantastyki w tym wszystkim zbyt wiele nie ma to myślę, że sam
klimat powieści wystarczy za setki skomplikowanych systemów magicznych. Tej
książce zdecydowanie warto dać szansę.





