piątek, 29 grudnia 2017

Posłuchajmy morskich opowieści

Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/


O muzyce nie piszę zbyt często, bo tez nieczęsto wpadam na coś nowego: raczej trzymam się tego, co jest mi znane. Ale czasami mam „fazy” na jakiś konkretny nurt, czy gatunek. I tak stało się całkiem niedawno: wzięło mnie na szanty. Nasze, polskie i klimatyczne. Tak więc łapcie w dłoń szable, sieci, czy gadającą, piracką papugę – dziś wypływamy w rejs!

Banana Boat – Arktyka

Niewielu z nas raczej wybierze się do Arktyki: i drogie to, i niekoniecznie nam do szczęścia potrzebne. Ale to nie znaczy, ze nie możemy jej na swój sposób uwielbiać, prawda? Oto piosenka o miłości żeglarza do Arktyki, który widzi ja po raz pierwszy i kocha ją tak bardzo, że pragnie się jej oświadczyć.

Banana Boat – A morze tak, a morze nie

Ten utwór, wykonywany przez ten sam zespól, co „Arktyka”, cudownie bawi się naszym językiem, jednocześnie będąc bardzo prawdziwym. Wprawdzie dziś podróże drogą morska nie są już aż tak niebezpieczne, ale wielka woda i dzisiaj potrafi być zupełnie nieprzewidywalna. Dlatego wzniesienie jej do rangi swoistego bóstwa jest jak najbardziej na miejscu.


La Valette – Perły i łotry

Słuchając tej piosenki mam po prostu ochotę pomachać trochę szabelką: to opowieść o radości czerpanej z bitwy i walki, w bardzo przygodowym klimacie. Nie powiedziałabym, by ma w sobie jakąkolwiek głębie, ale...  aż się chce przy niej znów obejrzeć pierwszą cześć „Piratów z Karaibów”!

Cztery Refy – Pijmy za chłopców

Praca rybaka nie należy do najprzyjemniejszych i najłatwiejszych. „Pijmy za chłopców” to swoisty hołd, czy podziękowanie za to, co robią. Według mnie ta piosenka jest naprawdę klimatyczna i zatrzymuje na dłużej przy sobie.


Sergar – Drakkary

Nie jest to może tak typowe szanty, jak poprzednie piosenki, ale osobiście po prostu uwielbiam ten utwór. Oto modlitwa wikingów, którzy wypływają, by walczyć i łupić, dlatego zwracają się do Odyna. Biorąc pod uwagę, jak popularna jest dziś mitologia nordycka, wierze, ze wielu z Was przypadnie do gustu.


Róża Wiatrów – Czarna rafa

„Czarna rafa” to typowa morska opowieść: to konkretna historia, opowiadająca o załodze, która wpłynęła w niebezpieczną rafę i próbuje sie z niej wydostać, choć wie, ze to praktycznie niemożliwe. Chyba za takie historie najbardziej lubię szanty: to jak książka, film, czy musical, zaklęty w jednym utworze :)

piątek, 15 grudnia 2017

Od 2014 do 2017 - jak zmienił się Drewniany Most?

Znajdziesz mnie tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/


Drewniany Most powstał w 2014 roku: dokładnie 14 kwietnia pojawił się pierwszy wpis i śmiem twierdzić, że to był ten sam dzień, w którym zawisł w sieci, choć nie dam sobie za to uciąć głowy. Istnieje już ponad trzy lata; to szmat czasu, zwłaszcza jak na bloga osoby, która właśnie dorasta i tak naprawdę ustala, co chce w życiu robić.
Od tamtego czasu sporo się zmieniło i dziś... przyszłam Wam opowiedzieć mniej więcej co, a Wy powiecie mi, czy to zmiany na lepsze, czy na gorsze.
W pierwszym wpisie zaczęłam pisać do Was tak:


„Serdecznie witam wszystkich na moim pół godziny temu założonym  blogu - nowym, własnym śmietniku, mającym pełnić funkcje integracyjną dla moich wszystkich kont na portalach, myśloodsiewni i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze. „

Pamiętam, że w głowie miałam właśnie mniej więcej taką wizję: DM miał informować o nowościach odnośnie mojej sieciowej działalności, przy okazji zawierając to, na co nie miałam miejsca nigdzie indziej (np. recenzje). Podejrzewałam też, że nie pożyje za długo. Wiele blogów już kasowałam – ten nie byłby więc pierwszy.
Ten pierwszy rok był rokiem dość... losowym. Sama nie wiedziałam, czego chce, publikowałam zupełnie nieregularnie. Głównie były to „recenzje” i jakieś próby robienia postów refleksyjnych i Bóg wie czego. Drewniany Most w formie przypominającej dzisiejszą zaczął się w 2015 roku. Mniej więcej od kwietnia zaczęłam publikować w miarę regularnie. Okazało się, że choć nie boję się publikować tu niczego, to jednak książkowe treści przeważają.
Forma „aktualna” pojawiła się w styczniu 2016 roku: od tamtego czasu posty są praktycznie zawsze zaplanowane na przód, tak, by pojawiały się w ilości co najmniej jednego na trzy dni. I jak na razie coś takiego mi jak najbardziej odpowiada, choć przez ostatni rok wpisy bardzo często pojawiały się co drugi dzień. Staram się, by dwie recenzje książkowe były przeplatane czymś innym i jakoś mniej więcej mi to wychodzi.

Skupmy się teraz na tym, jak zmieniły się posty. Nie będę oceniać mojego „warsztatu literackiego” – wybaczcie, nie byłabym obiektywna – a samo to, jak wyglądały. A że najłatwiej zrobić to przez obserwacje regularnej formy weźmy na tapet właśnie moje recenzenckie posty.
Pierwszą recenzją jaka pojawiła się na blogu były „Ścieżki mocy” z serii Star Wars i to właśnie na niej będę się wzorować, robić to porównanie. A więc... przejdźmy do rzeczy!



Jak zmieniły się (lub nie) wpisy od 2014 roku?

Metryczka
Uwaga, uwaga! Ciągle korzystam z tej samej bazy, co w 2014 roku! Dodałam do niej kilka punktów, czasem o jakimś dziś zapominając, ale naprawdę: to, co widzicie, to zamysł, który powstał właśnie wtedy :) Do dziś go lubię, do dziś mi odpowiada: podaje podstawowe informacje o książce, przez co nikt nie musi nigdzie grzebać w poszukiwaniu ich.

Ilustracje
W początkowych postach jedyną ilustracją do recenzji była okładka omawianej książki i cóż... utrzymywałam ten stan dłuższy czas. Wydawało mi się, że to wystarcza i jest w sumie w porządku, aż do czasu, w którym pomyślałam sobie, że hej! Może by tak pokazać ludziom, że bardziej angażuje się w bloga? Wtedy zaczęłam robić zdjęcia książkom, a gdy ich nie miałam wrzucałam (i wrzucam) na początku i najlepiej na końcu jakąś ilustracje. Początkowo były w „średnim” rozmiarze – poprzednie szablony rozciągały się, gdy dawałam większe zdjęcia. Obecnie są ustawione jako „bardzo duże”. Wydaje mi się, że blog na tym naprawdę wiele zyskał. Jest bardziej kolorowy i po prostu ciekawszy.

Układ tekstu
Gdy zaczynałam, pisałam posty w bloggerze, nie justując go. Dawało to koszmarny efekt: tekst jest mały, niekoniecznie przyjemny w odbiorze i niezbyt schludny. Obecnie pisze wszystko w Wordzie używając TNR 12 1,5 z wcięciami i justowaniem, po czym przeklejam post w docelowe miejsce. Dzięki temu wpisy wyglądają lepiej, ale ma to też swoje wady i uporczywości: jeśli moje ustawienia zniszczą się w jednym akapicie, a ja tego nie zauważę, mała tragedia jest widoczna gołym okiem :)
Poza tym zmieniłam zapisywanie tytułów. Obecnie wolę zapisywać je w cudzysłowie, które jest ładne i eleganckie. Wcześniej robiłam to kursywą, która dziś niezwykle mnie irytuje.

Cytaty
Cytaty w tekście to cały czas moja pięta Achillesowa, przynajmniej ja je tak widzę. Początkowo nie było ich wcale. W końcu, gdy je wprowadziłam, nie miały być cytatami a dłuższym fragmentem książki, z której czytelnik będzie mógł poznać styl autora i zdecydować, czy mu odpowiada. Okazało się to jednak zbyt czasochłonne, ale cóż... chce zawsze pokazać Wam chociaż krótki kawałek. Dlatego zwykle wrzucam cytat, ale że nie zaznaczam ich, często wrzucam coś z Lubimy Czytać.
Problem pojawia się, gdy książka cytatu na LC nie ma: wtedy właśnie po prostu przepisuje jakiś fragment, często – nie ukrywajmy – dość losowy.

Parę słów ode mnie...
DM zakładałam niedługi czas po zamknięciu innego „recezenckiego” bloga. Tamten, o cudownym adresie b-o-o-k-s.blog.onet.pl, zniknął z sieci po tym, jak jakaś ocenialnia skrytykowała mnie, podając za argument między innymi fakt, że więcej pisałam o tym, jak książka do mnie dotarła, a nie jaka jest. Dlatego na nowym blogu miałam zamiar to poprawić. Przed samą recenzją miało pojawić się „parę słów ode mnie” z których mieliście się dowiedzieć, jaki mam stosunek do książki.
Jak część z Was pewnie wie, ta forma zniknęła z DM niedawno. Z czasem okazało się, że książek jest tyle, że zwykle mogę powiedzieć o niej jedno zdanie, czy słowo, a nawet, jeśli jest tego więcej jestem w stanie wpleść to w treść recenzji. Ta forma zaczęła mnie niezwykle męczyć, dlatego postanowiłam ją niedawno zmienić :)
  
Tytuł
Początkowo tytuł recenzji to był tylko tytuł książki. Obecnie dodaje do niego kilka dodatkowych słów, co czasem niemiłosiernie mnie męczy i nie zawsze mi wychodzi, ale na pewno ćwiczy moją kreatywność i wgląda lepiej, niż sama nazwa książki, dlatego nie rezygnuje z aktualnie przyjętej formy.


Zmieniło się wiele, ale nie wszystko

Tak jak na początku, tak i teraz DM to przede wszystkim moja myślodsiewnia. I tak jak wtedy, tak i teraz blog to nie jest moje miejsce pracy. Ma mnie odstresować i zabawić. Dlatego współprac mam jak kot napłakał, a i konkursów nie organizuje: musiałabym mieć najpierw sponsora, a dopóki takowy sam nie zapuka do drzwi ja nikogo szukać nie mam ochoty. Kilkukrotnie próbowałam, ale ostatecznie uznawałam, że w sumie... nie chce mi się. Mam co czytać, mam o czym pisać, a mi do szczęścia to wystarcza :D

Jak widzicie, pod względem konstrukcji postu zmieniło się bardzo dużo. Wkładam teraz zdecydowanie więcej czasu i starań, by wpisy wyglądały w miarę ładnie i bym sama przynajmniej się ich nie wstydziła. Obecnie coraz mniej boję się „zmian” – początkowo nad każdą drobną zmianą myślałam tydzień. Teraz jeśli coś mnie irytuje po prostu znika, lub zmienia się. Mam nadzieję, że Wam to także odpowiada.

Co Wy sądzicie o zmianach na DM w ciągu tych lat? Jak myślicie, co należałoby jeszcze zmienić, czy poprawić? No i jak to wygląda na Waszych blogach?

sobota, 9 grudnia 2017

Fantastyczne cuda, czyli ładnie wydane książki na prezent

Tu mnie znajdziesz: https://fantastykacodzienna.pl/


W zeszłym roku stworzyłam dla Was poradnik o tym, jak kupować książki czytelnikowi. Dziś więc bierzemy się za to od strony „praktycznej”: oto (przede wszystkim) fantastyczne, przepiękne wydania, które osobie zaczytanej w fantastyce powinny przypaść do gustu. Nie mówię tu jednak tylko o konkretnych tytułach, ale także ładnie wydanych seriach wydawniczych.

Książki Ursuli Le Guin

Wydawnictwo Prószyński i S-ka zrobiło z książkami tej autorki coś niezwykłego. Wydało jej krótkie pozycje w zebranych, opasłych tomach, które po prostu wyglądają bardzo „prezentowo”. Wprawdzie z upływem czasu doszłam do wniosku, że wcale nie są najpiękniejszymi książkami, jakie widziałam, ale... naprawdę, warto na nie zerknąć, zwłaszcza, że taką klasykę na półce dobrze jest mieć.

„Księga wszystkich dokonań Scherlocka Holmesa” Arthura Conana Doyle’a
Oto jedyna niefantastyczna pozycja w tym spisie, o której wspomnieć po prostu muszę. W końcu kto nie słyszał o Holmesie? A to cudo zawiera wszystkie historie o tym sławnym detektywie. Na dodatek można tę pozycję dostać za całkiem niezłe pieniądze. Dla każdego fana literatury, niezależnie od tego, jakie gatunki czyta, to będzie nie lada gratka.

„Gra o tron. Edycja ilustrowana” George R. R. Martina
Choć nie mam jej u siebie to widziałam ją nie raz i naprawdę, jest wspaniała! Jeśli szukacie książki dla kogoś, kto chce zacząć swoją przygodę z „Pieśnią lodu i ognia” nie wahajcie się i po prostu ją dla niego kupcie. Ba, nawet, jeśli robicie prezent dla kogoś, kto pierwszy tom już ma, ale lubi zbierać ładne rzeczy nie sądzę, by obraził się, gdy wręczycie mu to cudo.

„Świat lodu i ognia” George R. R. Martina
Ilustrowana „Gra o tron” z jakiś powodów Wam nie odpowiada? W takim razie na prezent kupcie „Świat lodu i ognia”, czyli swoisty atlas z opisaną historią Westeros. Nie dość, że zawiera naprawdę dobry opis świata przedstawionego, to jeszcze wprost zachwyca grafikami, których większość z radością zobaczyłabym na swojej ścianie.

Książki Stanisława Lema wydane przez Wydawnictwo Literackie 
Lem to klasyk. Lema warto znać. A Wydawnictwo Literackie wydaje swoje pozycje w dość prosty, ale bardzo elegancki sposób. Dlatego jeśli kupujecie coś dla fana science-fiction, który jednak z naszym klasykiem się jeszcze nie zapoznał, wydaje mi się, że „coś od Lema” będzie dobrym pomysłem na prezent.

„Czterdzieści i cztery” oraz „Cienioryt” Krzysztofa Piskotskiego
Informowałam już, że Wydawnictwo Literackie pięknie wydaje swoje książki? Więc pozwólcie, że się powtórzę: ono naprawdę robi to w dobry sposób. Choć pozycje Piskorskiego doczekały się zintegrowanej, a nie twardej oprawy to naprawdę ładnie się prezentują, a przez swoją stosunkowo lekką i przyjemną treść wielu obdarowywanym przypadną do gustu.

„Złota” i „srebrna” seria Domu Wydawniczego Rebis
Mówię oczywiście o serii „Diuna” i „Dzieła wybrane Philipa K. Dicka”. To naprawdę przepięknie wydane pozycje z klimatycznymi ilustracjami, twardą oprawą, obwolutą i wysokiej jakości papierze. Te pozycje bardzo dobrze leżą w rękach i sprawiają, że osoba, która je czyta, czuje się naprawdę luksusowo. Jak dla mnie: idealne pozycje na prezent. Zwłaszcza, że ich treść też raczej nie zawodzi.

Seria „Artefakty” wydawnictwa Mag
Grube okładki z ładnymi grafikami sprawiają, że książki z tej serii wydawniczej naprawdę dobrze nadadzą się na prezent. Żółtawy papier wewnątrz sprawia, że oczy nie bolą od czytania, a treść książek naprawdę trzyma poziom. Osobiście mam w tym momencie z tej serii jedynie „Hyperiona”, ale na pewno niedługo trafi do mnie więcej tych pozycji.

Podręczniki z Hogwartu J. K. Rowling

Choć sama za nimi nie przepadam, to jeśli robicie prezent dla fana Pottera i wiecie, że on ich jeszcze na swojej półce nie ma, kupcie od razu wszystkie. Bo nie są szczególnie drogie, a najlepiej wyglądają razem. To przyjemnie wydane książeczki z całkiem ładnymi okładkami, które na pewno fanowi serii sprawią sporo radości.


piątek, 8 grudnia 2017

Biblioteczka: Książki na studiach po raz drugi!


Tu mnie znajdziesz: https://fantastykacodzienna.pl/





 
Cześć! Dziś piszę do Was zupełnie spontanicznie, bo... po prostu mam na to chwilę i ochotę. Poza tym kilka rzeczy chcę wyjaśnić, więc to jest idealna okazja do tego. Ale najpierw zacznijmy od zupełnie przyjemnej i książkowej kwestii.
Już rok temu, a dokładniej – 6 grudnia – na Drewnianym Moście pojawił się wpis z moimi książkami, które miałam na studiach. W tym roku niewiele się zmieniło: wprawdzie mieszkam w kawalerce, a nie na stancji, ale dalej większość mojej kolekcji mam w domu, a ze mną są tylko te rzeczy, które mam w planach czytać. Chcecie wiedzieć, co dokładnie mam obecnie ze sobą? Już podaje. 

 Ten pierwszy stosik to stosik książek przeczytanych, których jeszcze nie zdążyłam wywieźć do domu. No, „prawie przeczytanych”, bo „Piątą porę roku” będę dziś kończyć. O „Warkocie” mogliście już przeczytać, a pozostałe pozycje czekają na swoją kolej, także... jeśli będziecie obserwować DM, prędzej, czy później poznacie moją pełną opinię na ich temat.


SQN i Dom Wydawniczy Rebis razem. Wszystkie grzecznie czekają na swoją kolej. Książki Dicka oraz „Królowie Dary” są przepięknie wydane: uwielbiam je dotykać, przeglądać i po prostu na nie patrzeć. Zaś „Wrota obelisków”, „Wilcza godzina” i „I wrzucą was w ogień” po prostu dobrze wyglądają. Zdecydowanie fajne jest to, że większość książek od SQN ma taki sam format, przez co ładnie się razem komponują. 

Na samym szczycie leży „Hannibal”, za którego się wezmę, jak tylko skończę czytać książkę Jemisin. Potem mamy trzy używane pozycje, o których już Wam pisałam, no i kolejne dwie pozycje od SQN. „Ciemność płonie” czeka na czytanie razem z autografem autora. Na samym dole zaś dwie książki Christie: trzy w ostatnim czasie przeczytałam, więc w ciągu najbliższych miesięcy trochę o tej autorce na DM zdecydowanie będzie.


 A oto moja „kupka wstydu”, czyli pozycje, które chcę przeczytać od dawna, ale coś mi nie wychodzi. Na „Lux perpetua” Sapkowskiego po prostu nie mam ochoty po dwóch poprzednich tomach trylogii. Kolejna książka to czwarty tom, kupiony za 5zł w Biedronce. Nie wiem, czy mogę go czytać osobno, więc na razie sobie leży. Potem „The colour of magic”, czyli moją porażkę: uznałam, że zacznę czytać książki po angielsku i wpadłam na pomysł, by Pratchett poszedł na pierwszy ogień. Niestety, ten człowiek tak bardzo bawi się językiem, że po prostu na moim poziomie nie jestem w stanie czerpać przyjemności z lektury. No i na samym dole leży „Shirek: Posłowie”, czyli książka, do której muszę dokupić tom pierwszy.
Poza tym chwilę przed publikacją tego posta do moich drzwi zadzwonił listonosz i przyniósł „Króla magii” Grossmana, którego wygrałam u Demetrii z Podróży międzyksiążkowych, także teraz i ta pozycja jest na moim stosiku. Pewnie przyjdzie mi przeczytać tom pierwszy w formie e-booka za jakiś czas.


Edit: Wkradł się drobny błąd. Na zdjęciach Ubik zamienił się miejscami z Blade Runnerem :D

Poza tym mam do Was dwie drobne sprawy. Po pierwsze, prawdopodobnie w tym roku nie będę nagrywać Raportu Literackiego, bo po prostu nie dam sobie rady z czasem. Dlatego nie będę Was raczej o nim informować. Spokojnie, nie rezygnuje z audycji: po prostu wrócę po Nowym Roku. Jeśli jednak nie robi Wam to różnicy, audycji cały czas można posłuchać w Radiu MORS w poniedziałki o 20:00 i we wtorki o 14:00. Dodam jeszcze, że sama zaczęłam tworzyć osobną audycje o książkach, ale ma ona formę „listy książkowej” z trzema propozycjami czytelniczymi. Trwa do pięciu minut i pojawia się w różnych chwilach, pomiędzy audycjami, także jeśli będziecie radia słuchać, prawdopodobnie mnie usłyszycie.

Druga sprawa dotyczy portalu Czytam Pierwszy, bo po prostu czuje drobną potrzebę wytłumaczenia się. Część z Was może pamiętać, że gdy powstał, uznałam, że nie chce mi się w to bawić i tyle. Ale... jak część z Was wie, lubię robić listy. Więc gdy przypadkiem trafiło do mnie kilka książek, które mogę tam podlinkować, zrobiłam to, i obecnie mam kilka papierowych egzemplarzy do recenzji. Bo skoro mogłam, to skorzystałam i możliwe, że będzie to współpraca „na stałe”. Zobaczymy.

Ach, dodam jeszcze tylko, że mój profil na Instagramie zaczął całkiem ładnie działać, więc zapraszam. Zwłaszcza, że znajdziecie tam krótkie opinie o książkach, które tu pojawią się dopiero za dłuższy czas. Po prostu blog wymaga dokładniejszego planowania.

Cóż... tyle miałam Wam do przekazania. Zapraszam jutro – prawdopodobnie pojawi się wpis o książkach dobrych na prezenty.

niedziela, 3 grudnia 2017

Pogadajmy o książkach V: Wywiad z Markiem Krajewskim




W zeszłym tygodniu zagapiłam się trochę z zapowiedzią, ale w tym już nie zamierzam. Jak w każdy poniedziałek o godzinie 20:00 w Radiu MORS będziecie mieli okazję usłyszeć Raportu Literackiego.
Tym razem wybierzemy się do świata kryminału w klimatach klasyki i retro. Porozmawiamy sobie oczywiście o Agacie Christie i Arthurze Conanie Doyle – bo nie da się bez nich zacząć dyskusji na temat tego gatunku właśnie.
To jednak nie wszystko. W trakcie najbliższej audycji będziecie mogli usłyszeć wywiad z Markiej Krajewskim, który powie między innymi o swojej najnowszej książce, a ja przemycę do audycji nieco fantastyki dzięki „Warkotowi” Jarosława Rybskiego. O tej książce z resztą niedawno pisałam na DM i jeśli chcecie, możecie znaleźć moją opinię o niej TUTAJ.
A po tych wszystkich rewelacjach Kuba przygotował dla Was kilka słów o „Kapitanie Żbiku” i serii innych, starszych polskich opowiadań kryminalnych.

Jeśli nie zdążycie na audycje w poniedziałek, zapraszamy we wtorek o godzinie 14:00. Po jakimś czasie w podcastach pojawiać się będą nasze inne audycje i obecnie możecie wśród nich znaleźć audycje z 23 października o literaturze litewskiej.

piątek, 1 grudnia 2017

Ciekawy, choć niezbyt użyteczny pomysł - o Mapie Książek


Obecnie nie łatwo jest żyć bez social mediów i tym raczej Ameryki nie odkryłam. Nawet spora część z ksiązkoholików nie jest w stanie żyć bez Lubimy Czytać, czy Goodreads. Nie dziwię się temu: takie strony po prostu pozwalają w wygodny sposób zorientować się, co człowiek przeczytał. Jakiś czas temu powstał jednak inny książkowy portal, raczej obecnie niezbyt znany. Mowa o Mapie Książek, o której sobie dziś „porozmawiamy”. A cóż to takiego? Już wyjaśniam.


Czym jest Mapa Książek?
To portal, a właściwie strona z mapą, na której po zarejestrowaniu możemy umieścić miejsca z książek, podając komentarz oraz ewentualnie cytat z wybranej pozycji. Poza tym możemy oczywiście sprawdzać już te oznaczone miejsca. Za dodatnie czegoś dostajemy punkty i jeśli mamy ich wystarczająco dużo, lądujemy w rankingu.


Pomysł ciekawy, ale... po co?
Z tego co wiem, założeniem Mapy Książek było stworzenie bazy miejsc z której można korzystać na przykład w trakcie podróżny. Dzięki temu jadąc gdzieś, czy nawet chodząc po własnym mieście możemy znaleźć miejsca z naszych ulubionych lektur. W końcu trudno o tym wszystkim pamiętać, prawda? Poza tym osobiście widzę jeszcze jedno miejsce, w którym Mapa Książek może być przydatna (poza, oczywiście, ciekawością użytkownika): doskonale sprawdzi się do pisania różnego rodzaju artykułów. Chcemy napisać o książkach dziejących się w ciepłych krajach? Mamy je na Mapie Książek. Chcemy napisać o książkach, których akcja ma miejsce w naszym mieście? Proszę bardzo, jest jak znalazł! Nie musimy szukać.
Ale... no właśnie, mam „ale” do Mapy Książek. I to całkiem duże: poza tymi dwiema funkcjami Mapa Książek jest co najwyżej ciekawostką. Nie jest nam potrzebna na co dzień, nie jest czymś, co możemy wykorzystać w zwyczajnym, czytelniczym życiu. Bym naprawdę uznała go za „coś ekstra” przynajmniej kilka rzeczy w tym projekcie musiałoby ulec zmianie.

Po pierwsze: rozwój strony!
Mapa Książek nie jest ani leciwym, ani wysokobudżetowym przedsięwzięciem. Nie znajdziemy na niej reklam, a na Facebooku ma nieco ponad tysiąc polubień. Przy okazji jej fanpage jest obecnie raczej martwy. To wszystko sprawia, że strona, odkąd powstała, właściwie się nie rozwija. Brakuje mi na niej między innymi panelu użytkownika. Brakuje kontroli moderatorów (bo w spisie figurują źle zapisane nazwiska autorów, których nikt poza administracją od ręki nie zmieni). Nie ma też możliwości ustawienia okładki książki, co czasem byłoby przydatne.  Po prostu strona wypada dość biednie i zdecydowanie wymaga dopracowania.


Po drugie: współpraca (na przykład z Lubimy Czytać)!
Jak już wspomniałam wcześniej, Mapa Książek jako odrębny twór jest po prostu ciekawostką... i tyle. Niewiele do naszych żyć wnosi. Wydaje mi się, że może naprawdę rozwinąć się przede wszystkim jeśli zostałaby podłączona do takich portali jak Lubimy Czytać. Dzięki temu ja, jako czytelnik, miałabym pod ręką wszystko: informacje o książce, miejsca, w których mogę ją zakupić i/lub wypożyczyć, opinie innych oraz miejscówki z książki. Nie muszę tego nigdzie indziej szukać, a więc choćby z ciekawości je przejrzę i może dodam coś od siebie. Jednocześnie mapa mogłaby się otwierać osobno, jako mapa wszystkich miejsc z książek, co dałoby nam ciekawy pogląd na to, gdzie Polacy najczęściej odbywają swoje książkowe podróże.
Poza tym kiedyś fajną opcją mogłaby okazać się aplikacja „podróżnicza”, która informowałaby nas, czy w okolicy jest jakieś miejsce z danej książki. Dzięki niej mielibyśmy zawsze pod ręką informacje dotyczące takowych, jeśli wybieralibyśmy się na wycieczkę, myśląc o zwiedzeniu miejsc, w których byli nasi ukochani bohaterowie.

A gdzie w tym wszystkim ja?
Cóż... podróżować śladami bohaterów literackich raczej nie będę: to zdecydowanie nie jest coś, co bym robiła. Raczej też wiem, gdzie odbywa się akcja książek, które lubię, więc i w ten drugi wymieniony przeze mnie sposób raczej strony nie używam. Ale za to uwielbiam układać. Naprawdę: jeśli mogę ułożyć jakąś listę online to uwierzcie, że to zrobię bez zapraszania. I to w takiej formie stronę odwiedzam Mapę Książek: jako ktoś, kto uzupełnia miejscówki.  Bo mogę :D