▼
sobota, 30 listopada 2019
środa, 27 listopada 2019
niedziela, 24 listopada 2019
czwartek, 21 listopada 2019
poniedziałek, 18 listopada 2019
piątek, 15 listopada 2019
wtorek, 12 listopada 2019
niedziela, 10 listopada 2019
piątek, 8 listopada 2019
Zdobądż "Opowieści zwierzoduchów"! Premiera już 13 listopada
Sprawdź: https://fantastykacodzienna.pl/
Brandon
Mull to autor znany chociażby z „Baśnioboru”. Już 13 listopada ukaże się jego najnowsza
książka z serii „Spirit Animals” – „Opowieści zwierzoduchów”. Dzięki uprzejmości
wydawnictwa Wilga mam dla Was dobrą wiadomość: jeden egzemplarz (recenzencki)
tej powieści możecie u mnie wygrać już teraz na moim profilu na Instagramie.
Zasady
są bardzo proste (sama nie lubię rozbudowanych rozdań): zapraszam więc
wszystkich użytkowników Instagrama! Poza tym polecam samo obserwowanie mojego
profilu. Opinie o książkach (w krótszej wersji) pojawiają się tam zwykle
prędzej, niż tutaj, więc możecie być na bieżąco z tym, co aktualnie czytam.
Co o książce pisze wydawca?
Wydanie
specjalne bestsellerowej serii „Spirit Animals” ulubionego autora fantastyki
dla dzieci, Brandona Mulla!
Historia
skupia się wokół czterech Wielkich Bestii – lamparcicy Urazy, pandy Jhi, wilka
Briggana, sokolicy Essix – które w imię obrony świata Erdas poświęciły
wszystko, co mogły.
Czytelnicy poznają fantastyczne opowieści o sile przyjaźni i odwagi oraz dowiedzą się dlaczego warto zachować wierność swoim wartościom i ideałom. Lektura obowiązkowa każdego fana „Spirit Animals”
Czytelnicy poznają fantastyczne opowieści o sile przyjaźni i odwagi oraz dowiedzą się dlaczego warto zachować wierność swoim wartościom i ideałom. Lektura obowiązkowa każdego fana „Spirit Animals”
Za możliwość zorganizowania rozdania dziękuję wydawnictwu Wilga!
środa, 6 listopada 2019
Moje żeńskie bohaterki z lat wczesnoszkolnych
Znajdziesz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Regularnie dochodzą do mnie głosy mówiące, że w literaturze brakuje postaci kobiecych. Że jest ich za mało, że dziewczynki nie mają skąd brać przykładu także w trakcie dorastania. Osobiście nigdy nie odczuwałam takiego dyskomfortu. Może dlatego, że „przypadkiem” sięgałam po książki z bohaterkami w roli głównej? Zaczęłam się więc zastanawiać nad tym, czy aby przypadkiem to marudzenie nie wynika właśnie ze złego doboru lektur i generalnie – tworów kultury.
Choć
może osoby urodzone przed latami 80. miałyby problem ze znalezieniem żeńskich
postaci w dziecięco-młodzieżowych dziełach kultury (nie dorastałam w tamtych
czasach), tak dzieci lat 90. niekoniecznie mają powody, by na to narzekać! Żeńskich
bohaterek naprawdę nie brakuje i pozwólcie, że po prostu przedstawię Wam kilka
z nich.
Serial/Film
„W. I. T. C. H.”
„H20 – wystarczy kropla”
Do
dziś uważam, że serial o syrenkach (który dziś w całości można obejrzeć na
Youtube!) miał jedne z najładniejszych sztucznych ogonów, które kiedykolwiek
pojawiły się w tego typu produkcji. Może dlatego, że nie były wynikiem efektów
specjalnych, a grające główne role dziewczyny naprawdę nosiły przebrania na
planie.
O
ile „W. I. T. C. H.” skupiało się na walce ze złem, o tyle ten serial opowiadał
po prostu o nastolatkach. Tyle, że dziewczyny miały dodatkowy problem w postaci
swojej wielkiej, syreniej tajemnicy. Był obyczajowy, lekki, czasem zabawny. I
na pewno poruszał wyobraźnię. Nie oszukujmy się, fajnie byłoby móc swobodnie
pływać pośród rafy koralowej!
„WINX”
Ten
serial był dla mnie istotny niekoniecznie przez to, że namiętnie go oglądałam,
a przez to, że był dla mnie swoistym świętym Graalem. Nie byłam w stanie go swobodnie
oglądać, a wszystkie dziewczyny w szkole o nim mówiły. Zbierałam więc
informacje na jego temat jak tylko mogłam, byleby tylko nie poczuć się
wykluczoną.
Ostatecznie
niekoniecznie wywarł na mnie olbrzymie piętno, ale na pewno dał możliwość do
snucia kolejnych historii związanych z posiadania nadprzyrodzonej mocy. Dziś
jednak, zapytana, czy wolę „W. I. T. C. H.” czy „WINX” wybrałabym to pierwsze
dzieło. Mimo wszystko, było i jest bardziej „moje”. Nie do końca podoba mi się
koncept międzyplanetarnej szkoły czarodziejek.
„Czarodziejki”
To
był dopiero serial! Trzy siostry, należące do rodziny czarownic, muszą przejąć dziedzictwo
i zająć się ochrony świata przed złem. Byłam tą historią naprawdę oczarowana i gdy
tylko leciała w telewizji, ja musiałam ją obejrzeć. Niestety, serial nie
przetrwał próby czasu. Około roku temu próbowałam do niego wrócić, ale plany spełzły
na niczym. Z ledwością wytrzymałam kilka pierwszych odcinków. Książka
„Żadnych chłopaków! Wstęp tylko dla czarownic!” Thomasa Breziny
O
tym cyklu usłyszałam po raz pierwszy, gdy wracałam z koleżanką ze szkoły.
Pamiętam, że było dość ciepło (kwiecień? Maj?), a ja chodziłam do podstawówki.
Zaczęła mi o tej serii opowiadać, a potem przyniosła mi książeczkę z tej serii.
To trochę takie dziecięco-młodzieżowe urban fantasy. Opowiada o dwóch
dziewczynach, które przypadkiem dziedziczą stary dom oraz magiczne talenty.
Nie
poznałam wielu książek z tego cyklu, ale naprawdę zapadł mi w pamięć. Sama
chciałam być na miejscu tych bohaterek. Przecież to niezwykłe: masz naście lat i
własny dom! I na dodatek czarujesz! Z tego, co pamiętam, seria jednocześnie w
lekki sposób poruszała dość trudne problemy, takie jak połączenie się dwóch
rodzin przez ślub rodziców (z których każde ma dorastające dzieci).
„Opowieści z Narnii” C. S. Lewisa
Na
spotkaniu autorskim z Samanthą Shannon autorka wspomniała o tym, że obraziła
się na Tolkiena i fantasy po tym, gdy w „Władcy Pierścieni” nie znalazła adekwatnej
dla siebie, żeńskiej postaci. Szkoda, ze wtedy nie sięgnęła po klasykę Lewisa,
która powstała przecież w zbliżonym czasie.
Głównymi
bohaterami pierwszych części jest czwórka rodzeństwa: dwie siostry i dwóch
braci. W kolejnych tomach pojawiają się także kolejne żeńskie postacie, a
niezaprzeczalnie z całej tej ekipy wyróżnia się Łucja. Ta, która wierzy
najbardziej, ta najodważniejsza i ta, która najbardziej kocha Aslana. Wydaje mi
się, że wiele dziewczynek, które tę serię poznają lub poznały w jakiś sposób
utożsamiły się z którąś z sióstr. Jak na dłoni więc widać, że nawet w tak leciwej
literaturze fantasy można znaleźć wzory do naśladowania przez nastolatki… które
wcale nie siedzą w wieży, czekając na księcia.
„Heartland” Lauren Brooke
Heartland
to schronisko dla koni, wtulone między wzgórza Wirginii, ale i coś więcej – tak
zaczynał się opis każdej z tych książek, który pamiętam do dzisiaj. Choć może
ta seria nie jest mistrzostwem świata to dla nastoletniej mnie była lekturą
idealną. Były konie? Były. I właściwie to już mi wystarczało. Na dodatek (jako
że to książki skierowane jednak głównie do dziewczynek) główną bohaterką jest Amy.
Poznajemy ją jako szesnastolatkę po traumatycznym przeżyciu, która musi poradzić
sobie i z samą sobą, i z opieką nad schroniskiem. Wprawdzie im dalej w las, tym
seria bardziej zmienia się w skupiony na romansie, taśmowy „serial”, ale
pierwsze książki poruszają naprawdę istotne problemy. Ponadto młody czytelnik
dostaje stosunkowo silną, główną bohaterkę, która może nie jest ideałem, ale
naprawdę stara się walczyć o to, co kocha.„Kroniki Świata Wynurzonego” Lici Troisi
Nie
pierwszy raz wspominam na tym blogu o tej serii. To chyba było jedno z pierwszych
high fantasy, które poznałam. To trylogia opowiadająca o dziewczynie, która
przede wszystkim chce stać się jeźdźcem smoka. Mamy tu elfy, wielkiego złego,
potężny świat, magię, przygody, smoki… i oczywiście tę główną, żeńską
bohaterkę. Do dziś wydaje mi się, że romans w tej trylogii był jednym z
ciekawszych (bo bazujących na przyjaźni), które poznałam w okresie nastoletnim.
Choć wolę więcej tych książek nie otwierać to mimo wszystko myślami wracam do
nich dość regularnie.Cykl „Martynka”
Teraz
możecie mnie wyśmiać, ale ja naprawdę o tym cyklu muszę wspomnieć! Wydawana
chyba do dzisiaj seria książeczek o Martynce towarzyszyła mi od lat. Przygody
dziewczynki, która w każdej odsłonie musi coś nowego poznać i z czymś się
zmierzyć były czymś, do czego naprawdę wracałam. A do tego te urocze
ilustracje! No i oczywiście, żeńska główna bohaterka, która uroczy się, jak
opiekować się rodzeństwem, pieskiem, króliczkiem, osiołkiem… cóż, nie oszukujmy
się, miałam w swoim domu odsłony głównie związane ze zwierzątkami.
Jak
widzicie – tych żeńskich bohaterek, które poznawałam do mniej-więcej końcówki
szkoły podstawowej (12 lat) było naprawdę sporo, a to przecież na pewno jeszcze
nie wszystkie! Być może dlatego daleko mi do narzekania na tę kwestię?
Dziewczyn w nastoletniej literaturze czy serialach naprawdę nie brakowało,
przynajmniej w moim odczuciu. A obecnie mamy przecież cały wysyp takich
postaci. W końcu paranormalne romanse, czy fantasy z żeńską główną bohaterką to
wręcz norma. Mam czasem wrażenie, że dziś przeciwnie: trudniej znaleźć jest
urban fantasy z panem w głównej roli.
niedziela, 3 listopada 2019
czwartek, 31 października 2019
poniedziałek, 28 października 2019
Fantastyka na ekranie - „Carnival Row” i „Alita: Battle Angel” to nie są dobre dzieła
Spotkasz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Orlando
Bloom (jako Rycroft) i Cara Delevingne (jako Vignette) w obsadzie sugerowali,
że trochę pieniędzy na ten serial jednak poszło. „Carnival Row” to produkcja
Amazona. Przenosi nas do świata, w którym ludzie żyją razem z innymi rasami. Konflikt
polega na tym, że do niedawna dwa światy – ludzki i magiczny – były
rozdzielone. Z powodu wojny inne rasy szukają schronienia pod ludzkim dachem,
co wywołuje powszechny sprzeciw. Akcja rozgrywa się głównie w mieście
przypominającym Londyn z okresu rewolucji parowej. Motyw wprawdzie
wyświechtany, jednak osobiście lubię samą steampunkową estetykę, do której
produkcja nieco nawiązuje, więc to akurat problemem dla mnie nie jest.
Fantastyka na ekranie niekoniecznie wypada
dobrze. Nie dość, że jest po prostu stosunkowo trudnym gatunkiem to na dodatek
jest po prostu kosztowna. Efekty specjalne muszą w końcu dobrze wyglądać, a w takich
dziełach ich nie brakuje. Niemniej, każde dobre dzieło tego typu przyjmę z
otwartymi ramionami.
Niestety,
dwa tytuły, o których dziś Wam powiem moich oczekiwań po prostu nie spełniły. I
to do tego stopnia, że najzwyczajniej w świecie ich nie skończyłam. Czemu? O
tym niżej!
Carnival Row (sezon 1)
Orlando
Bloom (jako Rycroft) i Cara Delevingne (jako Vignette) w obsadzie sugerowali,
że trochę pieniędzy na ten serial jednak poszło. „Carnival Row” to produkcja
Amazona. Przenosi nas do świata, w którym ludzie żyją razem z innymi rasami. Konflikt
polega na tym, że do niedawna dwa światy – ludzki i magiczny – były
rozdzielone. Z powodu wojny inne rasy szukają schronienia pod ludzkim dachem,
co wywołuje powszechny sprzeciw. Akcja rozgrywa się głównie w mieście
przypominającym Londyn z okresu rewolucji parowej. Motyw wprawdzie
wyświechtany, jednak osobiście lubię samą steampunkową estetykę, do której
produkcja nieco nawiązuje, więc to akurat problemem dla mnie nie jest.
W
moim odczuciu ten serial był po prostu niemożliwie wtórny już od pierwszych
chwil. Konflikt ludzie kontra inne rasy, jakieś nawiązania do Lovcrafta w
związku ze śledztwem, ten XVIII-wieczny Londyn… to motywy, które w fantasy były
wałkowane już setki razy. Być może dla osób, które nie czytają książek coś
takiego będzie nowością, bo jak wspominałam na wstępie, fantastyka jest droga w
produkcji i wiele w serialach tego nie ma. Dla mnie jednak, jako starego
wyjadacza gatunku, nie ma w świecie przedstawionym „Carnival Row” nic ciekawego.
Ponadto
główna bohaterka była dla mnie najzwyczajniej w świecie nie do zniesienia. To
ten typ „silnej babki”, która nieustannie ma się za ofiarę. Bezustannie
podejmuje złe decyzje i obwinia za to cały świat. Próbuje być ostra, próbuje
pokazać swoją feministyczną moc i siłę… ale ugh, jak ja bardzo nie lubię takich
postaci. Pisanych jakby na siłę, wiecznie niezadowolonych z życia, które nie
potrafią sensownie spojrzeć na sytuacje. Rycroft nie jest może doskonały, ale
przynajmniej nie irytował mnie do tego stopnia. Poza tym chociaż aktorka ją
grająca, Cara, jest naprawdę piękną kobietą, to coś w jej spojrzeniu
najzwyczajniej w świecie mnie odrzuca.
Linia fabularnia zdecydowanie nie dawała czadu. Całość zdaje się być sklejona na siłę. Tak byle wcisnąć tu wojnę, byle był konflikt, byle było śledztwo i tajna organizacja. Bez szczególnej głębi, czy kreatywności albo pomysłu na siebie.
Linia fabularnia zdecydowanie nie dawała czadu. Całość zdaje się być sklejona na siłę. Tak byle wcisnąć tu wojnę, byle był konflikt, byle było śledztwo i tajna organizacja. Bez szczególnej głębi, czy kreatywności albo pomysłu na siebie.
Chyba
jedynym pozytywnym aspektem tej historii był dla mnie wątek Imogen Spurnrose (Tamzin
Merchant), szlachcianki, pozornie pustej i głupiutkiej, która jednak próbuje
samodzielnie ratować rodzinny majątek. Być może nie była to historia idealna,
ale przynajmniej miała nieco przyjemniejszy ton.
Nie
polecam, jeśli choć odrobinę „siedzicie” w fantasy, nawet mimo tego, że serial
wizualnie nie wygląda źle. Sama odłożyłam ostatnie 2-3 odcinki na później i po
prostu do niego nie wróciłam.
Alita: Battle Angel
Gdybym
była młodsza, istnieje spora szansa, że uwielbiałabym tę produkcję.
Wysokobudżetowy film, młodociani bohaterowie i akcja – podejrzewam, że wielu
nastolatków tę historię po prostu kupi. Ja najzwyczajniej w świecie chyba
jestem na tę produkcję za stara.
Historia
opowiada o Alicie (Rosa Salazar), cybernetycznej nastolatce, której części zostały
znalezione przez dr Ido (Christoph Waltz) na olbrzymim wysypisku. Dziewczyna
nie pamięta swojej przeszłości i stopniowo stara się ją odkryć.
Być
może sam ogólny pomysł na historię nie byłby zły gdyby nie bardzo młodzieżowe
motywy. Ten film naprawdę wygląda dobrze, ale przez ilość młodzieżowego romansu,
łamania zasad wyznaczonych przez rodziców i stosunkowo toporne światotworzenie
najzwyczajniej w świecie nie byłam w stanie przez ten film na spokojnie przebrnąć.
Nawet paczka Pringelsów oraz gorąca czekolada nie uratowały seansu. Udało mi
się dobrnąć może do 1/3. Być może „Alita” sprawdzi się w trakcie spotkania ze
znajomymi oraz jako seans dla młodzieży (i/lub osób, które takie klimaty po
prostu lubią). Ja się po prostu znudziłam.
piątek, 25 października 2019
wtorek, 22 października 2019
Ujarzmienie: Sekrety korporacji zarządzającej Strefą X
Sprawdź: https://fantastykacodzienna.pl/2019/10/22/ujarzmienie-recenzja/
sobota, 19 października 2019
„Pytaj albo milcz, ale zawsze słuchaj, o czym mówią ludzie.” O Jarosławie Grzędowiczu
Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Choć
raczej nie ma go w social mediach to wydaje mi się, że w polskim fandomie
Jarosław Grzedowicz jest postacią dość znaną. Często bywa bądź bywał na
konwentach, a przy promocji nowych książek bez problemu można go spotkać na
spotkaniach autorskich. Sama byłam na jednym. Szanowny pan autor wydał mi się
osobą całkiem konkretną i inteligentną. Nie rozgaduje się nadmiernie, nie jest
może nadzwyczaj żartobliwy, ale po prostu dobrze się go słuchało. Podobne
wrażenia miałam w trakcie oglądania nagrań z nim pochodzących z konwentów i
wywiadów. Jedno z nich wykorzystałam nawet w pracy magisterskiej. Czemu? Bo
Grzędowicz debiutował jeszcze przed 1989. Zaczynał więc swoją karierę w innym
systemie, o czym czasem mimo wszystko mówi, a to fantastyki w „tamtych czasach”
dotyczyła moja praca.
Choć
nie napisał zbyt wiele, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców
polskiej fantastyki. Mimo tego zaczęłam go czytać stosunkowo późno, bo (jeśli
pamięć mnie nie myli) uczęszczałam wtedy do szkoły średniej. Nie zmienia to
faktu, że Jarosław Grzędowicz stał się dla mnie jednym z ważniejszych polskich
twórców. Głównie dlatego, że był jednym z pierwszych osób z naszego rodzimego
fandomu, którym się zainteresowałam.
Teraz,
po tych paru latach, mam za sobą już cały jego dorobek. Dziś więc post
poświęcony temu panu: zarówno jego twórczości, życiu, jak i mojej „relacji” z
jego dziełami.
Jak go poznałam?
Po
raz pierwszy o tym panu usłyszałam… grając w League of Legends. To było gdzieś
na przełomie gimnazjum i liceum. Razem ze znajomymi mieliśmy stworzyć sobie
drużynę rankingową (bardziej dla fanu, niż „na serio”) i szukaliśmy dla niej
nazwy. Wtedy padła propozycja związana z „Panem Lodowego Ogrodu”, bodajże – Drakkainen.
Zostało mi wyjaśnione skąd wzięło się to słowo. Dowiedziałam się wtedy, że
tylko ci „ogarnięci” ludzie będą wiedzieć o co chodzi i usłyszałam, że po cykl
Grzędowicza powinnam sięgnąć.
Ale
jak to bywa, książek jest zawsze dużo, a wtedy nie miałam zbyt wielu funduszy
na kupowanie nowych. W związku z czym po ten cykl sięgnęłam po dłuższym
czasie. Najpierw kupiłam tom pierwszy. Kolejne trzy – rok później. Pamiętam, że
któryś z nich czytałam w trakcie Intel Extreme Masters w 2015 roku. I tak, zdarza
mi się być na imprezie masowej i czytać, zamiast cieszyć się wydarzeniem. W
ramach dygresji mogę dodać, że właściwie nie był to dla mnie najciekawszy z
eventów, a po kilku dniach obserwowania wielkich ekranów oczy bolały mnie
niemiłosiernie.
„Pana
Lodowego Ogrodu” polubiłam i tak jakoś z czasem ubzdurałam sobie, że chcę mieć
na swojej półce wszystkie dzieła Grzędowicza. Parę lat minęło… i po prostu je
mam, choć z perspektywy czasu muszę przyznać, że nie jestem tak wielką
wielbicielką twórczości tego autora, jak myślałam, że będę te parę lat temu.
Kim jest Grzędowicz?
Jeśli
chodzi o same suche fakty: Grzędowicz urodził się w 1965 roku, we Wrocławiu.
Jego żona to także dość znana polska pisarka fantastyki, Maja Lidia Kossakowska
(właść. Maja Lidia Korwin-Kossakowska Grzędowicz). Z tego co mi wiadomo, mają
lub mieli koty, jeśli dla kogoś to interesująca ciekawostka. Autor debiutował
opowiadaniem „Azyl” na łamach łódzkiego, lokalnego tygodnika „Odgłosy”. Jest
też dziennikarzem. W 1990 założył (wraz z innymi pisarzami) magazyn „Fenix”,
który po dziś dzień cieszy się w polskim fandomie sławą wyjątkowego pisma. Sama
nigdy nie miałam go w rękach: mimo wszystko, jestem na to za młoda.
Autor
ma na swoim koncie parę nagród, m. in. Zajdla, czy Śląkfę.
Co napisał?
W
dorobku Grzedowicza znajdziemy na tę chwilę zaledwie 9 pozycji, z czego trzy to
zbiory powiadań, a cztery to jego najpopularniejszy cykl. Nie jest więc tego
nadmiernie dużo, choć (z tego, co mi wiadomo) ten autor jest jednym z niewielu
polskich twórców fantastyki utrzymującym się z pisania właśnie. Teoretycznie
tak mała ilość wydawanych dzieł powinna rzutować na jakość tekstów i choć w
pewnym sensie się z tym zgodzę (Grzędowicz zdecydowanie grafomanem nie jest) to
jednak jak na tak duże przerwy pomiędzy kolejnymi pozycjami, autor wcale nie ma
AŻ tak dobrych rzeczy wśród swojego dorobku. No to po kolei!
„Pan
Lodowego Ogrodu” (2005-2012)

Czterotomowy,
najpopularniejszy cykl (a raczej powieść w czterech tomach) Grzędowicza.
Opowiada o Vuko, który zostaje wysłany jako ekspedycja ratunkowa na obcą
planetę. Miejsce zamieszkuje antropoidalna cywilizacja i przepełnione jest
magią. Historia ta jest więc przygodówką utrzymaną w klimatach science-fantasy.
Jak wspominałam już wcześniej, to od tej powieści zaczęła się moja przygoda z
tym autorem i przez to wspominam ją chyba z największą nostalgią.
W
trakcie czytania nie narzekałam na absolutnie żaden szczegół. Ponadto to „Pan
Lodowego Ogrodu” pokazał mi, że podgatunki fantastyki można swobodnie łączyć,
tworząc z nich coś absolutnie unikatowego. Obecnie nie wiem, jak odebrałabym tę
historię. Widziałam wiele opinii dotyczących tego, że kolejne tomy są
porozwlekane i nie trzymają poziomu. Ja, w czasie gdy historie poznawałam, nie
miałam na tyle dużej wiedzy, aby to stwierdzić, a czasu na wracanie do całości
najzwyczajniej w świecie nie mam. W każdym razie, wspominam miło i polecam: te
książki warto sprawdzić, choćby przez wzgląd na ilość sprzedanych egzemplarzy.
Co
ciekawe, „Pan Lodowego Ogrodu” ma na swoim koncie sporo nagród. Pierwsza część
zdobyła aż cztery, a kolejne części także były nagradzane. Jeśli kogoś
uniwersum Grzęowicza interesuje to jeśli trochę poszuka bez problemu znajdzie
grę planszową, bazowaną na tej historii.
„Księga
Jesiennych Demonów”

Lubię
tytuł tego zbioru opowiadań. W moich uszach brzmi naprawdę przyjemnie i choćby
dlatego bardzo, bardzo chciałam, by mi się ta książka bardzo podobała. Choć
jednak zbiera dobre opinie to jednak zbiór nie jest chyba dla mnie.
Nie
dlatego, że jest technicznie zły. Zawarte w nim opowiadania pamiętam jako
dobre, choć detale ich fabuł po prostu mi się zatarły. Wydaje mi się, że to
książka, która przypadnie do gustu szczególnie nieco zmęczonym życiem panom w zupełnie
dorosłym wieku. Wiecie, takim z praca, dziećmi, rodziną. Nieco zmęczonym
życiem. Odnoszę wrażenie, że ja najzwyczajniej w świecie nie jestem targetem.
Chyba też spodziewałam się czegoś innego. Miałam nadzieję na teksty, w których
faktycznie będą pojawiać się demony, mieszające w życiach ludzi. Że opowiadania
będzie coś łączyć, trochę tak jak w „Necrosis” Jacka Piekary. Niestety, jeśli
właśnie czegoś takiego szukacie to w tym zbiorze akurat tego nie znajdziecie.
„Popiół
i kurz”

Skończyłam
tę książkę czytać w 2018 roku – nie było to więc aż tak dawno. Wystawiłam jej
na Lubimy Czytać 7/10…i uwierzycie, że niewiele z niej pamiętam? Nie że w ogóle
i nic, ale jednak… mocno zatarła mi się w pamięci. Nawet sama z siebie nie
jestem w stanie podać Wam zarysu fabuły i muszę otworzyć jej opis. W każdym
razie ta powieść stoi gdzieś na pograniczu horroru i urban fantasy, opowiadając
o mężczyźnie, który przenosi się do świata zmarłych, przeprowadzając dusze na
drugą stronę. Motyw ciekawy, ale… naprawdę, ja z tej książki obecnie prawie nic
nie pamiętam.
„Wypychacz
zwierząt”
Kolejny zbiór opowiadań Grzędowicza, tym
razem nieco inny w swojej formie. Dłuższe teksty przetykane są bardzo krótkimi,
które autor pisał dla „Faktu” albo innego pisma tego typu. Tu znów, oceniłam
książkę na 8/10 wg. skali portalu Lubimy Czytać i pamiętam z tych tekstów
niewiele. Szczerze przyznam, że bardziej kojarzy mi się z obrazkiem, które
Fabryka Słów (wydawca autora) opublikowała na swoim Fanpage. Znajdowała się na
nim nowa okładka „Wypychacza…”, na której jakiś człowiek wypychał zwierzęta z
pociągu. Choć to był Prima Aprillis, długo wierzyłam, że tytułowe opowiadanie
właśnie tego dotyczy. Mały spoiler: to nie o takie wypychanie chodziło.
W każdym razie, opowiadania czytało mi się
miło. A że niewiele z nich pamiętam? Przy krótkich tekstach tak po prostu bywa.
Trudno przy opowiadaniu przywiązać się do bohaterów, a jeśli coś nie jest
absolutnie wyśmienite to prędko z mojej głowy wylatuje. Przypomina mi się
teraz, że opowiadanie „Buran wieje z tamtej strony” miało naprawdę dobry
klimat. Iii… to chyba byłoby na tyle.
„Hel 3”

Po „Panu Lodowego Ogrodu” Grzedowicz
dłuuugo nie wydawał absolutnie nic. Aż w końcu przyszedł „Hel 3”, którego
kupiłam bez zastanowienia. Ta powieść czerpie trochę z fantastyki
socjologicznej, jest jednak w głównej mierze powieścią akcji, ukazującej
stanowisko Grzędowicza do spraw związanych z gospodarką, rynkiem i ogólną budową
społeczeństwa. Tyle tylko, że (w moim odczuciu) to powieść trochę wymęczona.
Słyszałam plotki, że autor sam „nie miał weny” i faktycznie książkę pisał długo.
„Hel 3” ma więc dobre scenki, a niektóre fragmenty czyta się wyśmienicie, ale
ostatecznie to powieść bardzo nierówna, z niekoniecznie satysfakcjonującym
zakończeniem.
Ponadto,
choć poglądy autora są mi w pewnym sensie bliskie, jest tu jednak trochę za
dużo o polityce i gospodarce. To wszak miała być rozrywkowa powieść, a nie manifest
poglądów autora.
„Azyl”

Ten
zbiór opowiadań był swoistą niespodzianką dla fanów Grzędowicza. W tej książce
znajdziecie starsze teksty autora, publikowane na łamach pism i magazynów. Tytułowy
tekst to właśnie debiut pana Jarosława, który podobno przed laty zaginął… ale jak
się okazało – jednak nie. Fabryka Słow jakoś do niego dotarła i opublikowała w
zbiorze.
I
jego określiłabym mianem dobrego i całkiem ciekawego, ale nie wybitnego. Dobrze
było poznać pierwsze teksty autora, a komentarz pisany po latach jest dla mnie
zawsze cenny, ale i tu nie poczułam się zachwycona. W trakcie czytania tego
zbioru miałam akurat drobną „fazę” na naszego cudownego Zajdla, dlatego
szczególnie podobał mi się tekst, będący właściwie krótką powieścią z gatunku
fantastyki socjologicznej. Wprawdzie to dzieło raczej wtórne, (jak sam autor
przyznaje) pisane na zajdlowskiej fali, ale było przyjemne w odbiorze.
Na koniec...
Jak
widzicie, po wyśrodkowaniu moich opinii uznałabym Grzedowicza za autora „dobrego,
ale bez szału”. Lubię, przeczytam… ale nie zapada mi w pamięć na dłużej, mimo
że „Pana lodowego ogrodu” naprawdę uwielbiałam. Szczerze mówiąc, obecnie
chętniej wzięłabym udział w prowadzonej przez niego prelekcji niż wyczekiwała
szczególnie na jego kolejną powieść czy opowiadanie. To w końcu autor, który
przeżył dwa systemy, zdobył sporo nagród, prowadził pismo i zna wiele osób z
polskiego fandomu. Nie wątpię, że ma do powiedzenia wiele ciekawych rzeczy.
Wydaje
mi się, że jestem w stanie na pewne kwestie związane z Grzędowiczem przymknąć
oko, jako że światopoglądowo chyba więcej nas łączy niż dzieli. Muszę jednak
przy tym przyznać, że „Hel 3” wydaje mi się dość emocjonalne i „gimnazjalne”
pod kątem prezentacji w nim tez autora. Gdyby jeszcze ta powieść była poważna w
tonie! To mogłoby uzasadnić tak intensywne analizy aktualnego systemu. Niestety, nie jest; to dalej powieść akcji, stworzona w stosunkowo
podobnym stylu, co inne powieści „Fabryki Słów”.
Sprawdzić
Grzędowicza zdecydowanie warto. To jest istotny dla polskiej fantastyki pisarz
i takich ludzi warto znać. Daleko mi jednak do wywyższania go na piedestały.
Mimo wszystko, są lepsi twórcy od niego, tak po prostu.
środa, 16 października 2019
niedziela, 13 października 2019
piątek, 11 października 2019
wtorek, 8 października 2019
piątek, 4 października 2019
wtorek, 1 października 2019
sobota, 28 września 2019
środa, 25 września 2019
niedziela, 22 września 2019
czwartek, 19 września 2019
poniedziałek, 16 września 2019
piątek, 13 września 2019
wtorek, 10 września 2019
sobota, 7 września 2019
Zapowiedziane zwierzaki, czyli dżungla w moim domu
Cześć.
Nie wiem, czy pamiętacie, ale gdy odzywałam się do Was poza recenzjami w
czerwcu, wspominałam, że w moim domu w
sierpniu pojawią się zwierzaki. Tak też się z resztą stało: moich pupili
przedstawiłam już na Instagramie i Ci, którzy mnie tam obserwują, pewnie mieli
okazje się z nimi już zapoznać.
Nie
każdy jednak tam zagląda, więc uznałam, że w końcu nadszedł czas, aby
powiedzieć o nich trochę tutaj. Są też ze mną nieco dłużej, więc mogę też
więcej o nich powiedzieć. Po zdjęciach już pewnie widzicie, co to za maluchy –
do mojego domu trafiły dwie amazonki białoczelne.
Czemu
akurat takie zwierzaki? Cóż… po pierwsze, jestem szalona. Po drugie, z psem
trzeba wychodzić rano na spacer. A mi się nie chce.
No
dobrze, może nieco bardziej na poważnie. Naprawdę nie wyobrażałabym sobie psa w
mieszkaniu pozbawionym ogródka. Choć je uwielbiam i lubię z nimi spacerować to
jednak po prostu wydało mi się to zbyt problematyczne, zwłaszcza na małej,
mieszkalnej przestrzeni. No i… lubię duże psy. Wolę z zakupem poczekać, aż będę
miała do dyspozycji większą przestrzeń.
Nie
chciałam kota. Nie dlatego, że ich nie lubię, a dlatego, że wolę mieć pod swoją
opieką stadne zwierzęta. Takie, które chcą za mną podążać, chcą się uczyć i
uczestniczyć w tym, co robię. Kot więc odpadł, podobnie jak gady. Prędko
odpadły też gryzonie: większość z nich żyje krótko, a ja nie lubię, gdy mój podopieczny
ma przewidywaną długość życia w okolicy trzech lat. To po prostu zbyt bolesne.
I
w ten sposób w zeszłe wakacje doszłam do wniosku, że… chcę papugę. Nie
wiedziałam jeszcze jaką, ale… papugę. Miałam już takie zwierzęta, więc wiem, z
czym to się je. Papugi żyją długo. Chętnie się uczą. Są bardzo aktywne i
przywiązujące się. Jednocześnie śmiecą, hałasują i są jednymi z najtrudniejszych
pupili domowych, ale po prostu wydało mi się, że najlepiej wpasowują się w moje
„zachcianki”.
Spędziłam
rok na edukacji, wybieraniu odpowiedniego gatunku i innych takich. No i w końcu
stało się, pod mój dach trafiły dwie papugi. Dwie – bo to stadne zwierzęta, dla
których katorgą jest życie w samotności. Serio, nie kupujcie jednej papugi.
Generalnie, nie kupujcie papugi wcale (to naprawdę trudne zwierzęta), ale jeśli
już musicie, weźcie dwie. Albo cztery, sześć, osiem. Byle nie jedną.
Obecne
pod moim dachem papugi to – jak wspominałam – amazonki białoczelne. Jedne z najmniejszych
przedstawicieli swojego rodzaju. Żyjące 30-40 lat, dominujące, aktywne, często
też gadające, choć to nie jest dla mnie kluczowe. Psujące i wariujące, ale hej, to amazonki.
One tak mają. Ten konkretny gatunek wydał mi się dobry z kilku powodów, ale wśród
nich był fakt, że to ptaki krótkoogonowe, które raczej wspinają się, niż
latają. Drugą istotną kwestią był właśnie ich rozmiar. Są dość małe, ale
jednocześnie mają dusze większych ptaków. Ponadto są mniej fobiczne od na
przykład całkiem popularnych żako.
Mój
duet to Mera i Iorweth. Są ptakami z drugiej ręki. Jak podają właściciele
Birdtrick.com, papugi są trzecim najpopularniejszym typem pupila, ale
pierwszym, który najczęściej szuka nowego domu i cóż… przy odpowiedniej ilości
wiedzy chyba jednak lepiej dać im drugi dom, niż kupować zwierzę od hodowcy.
Ale to analiza na zupełnie inny wpis. W każdym razie, zakup nawet 5 letniego
ptaka to nic przy przewidywanej długości życia większych gatunków, czego na
przykład nie można powiedzieć o psie, którzy przeżyje może 10, może 15, a może
i 20 lat, ale jednak – istnieje opcja, że połowę życia ma już za sobą.
A
moje maluchy nawet tylu nie mają. O Merze wiem mniej. Prawdopodobnie wykluła
się w 2016/2017 roku. To samica, dużo mniejsza od Iorwetha. Ma też na głowie mniej białych, a więcej niebieskich piórek. Prawdopodobnie nie
jest ręcznie karmiona, ale w praktyce… nie mam pojęcia, czy jest, czy nie. W każdym
razie jest stosunkowo nerwowym ptakiem, który raczej unika bezpośrednich starć
z ludźmi. Niemniej, jest łasa na jedzenie i szybko się uczy. Po prostu potrzebuje
więcej czasu od swojego towarzysza, by się do kogoś lub czegoś przekonać.
Iorweth
wykluł się na wiosnę 2018. To młodziutki chłopak, który zdążył się już do mnie
przykleić i przywłaszczyć. Cóż, papugi pod tym względem są trochę jak koty.
Wciąż pracujemy nad współpracą, ale na pewno jest dużo odważniejszy i bardziej
żywiołowy od Mery. Jest też od niej głośniejszy, chociaż właściwie ani on, ani
ona nie przesadzają za bardzo z krzykiem. Potrafi wydawać z siebie dźwięki
zbliżone do ludzkiego śmiechu, ale tak jak jego koleżanka, nie mówi. Jak
wspominałam, nie jest to dla mnie kluczowe, ale wiem, że dla wielu osób
postronnych to ważna informacja.
No
więc tak. Mam papugi. Dwie. Jakby pojawiały się gdzieś na zdjęciach – to po
prostu miejsce świadomość, że to nie przypadek.
środa, 4 września 2019
niedziela, 1 września 2019
czwartek, 29 sierpnia 2019
poniedziałek, 26 sierpnia 2019
piątek, 23 sierpnia 2019
wtorek, 20 sierpnia 2019
sobota, 17 sierpnia 2019
środa, 14 sierpnia 2019
niedziela, 2 czerwca 2019
czwartek, 30 maja 2019
poniedziałek, 27 maja 2019
piątek, 24 maja 2019
Gwoli wyjaśnienia
Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Ostatnio trochę tu cicho. Najpierw przestałam
się tak często odzywać w komentarzach, a następnie – przestały pojawiać się
posty. Nie skłamię chyba, gdy powiem, że miało na to wpływ kilka różnych
czynników, głównym chyba jest jednak: chwilowo tak dużo nie czytam. A jak nie
czytam to nie piszę recenzji, to zaś skutkuje brakiem motywacji, by tu
zaglądać.
Po prostu trochę się u mnie ostatnio
dzieje. Obrona, praca i trochę innej prywaty złożyły się od lutego, a jak do
tego dodacie przestój czytelniczy (bo trafiłam na parę pozycji, które się długo
czytały) oraz fakt, że znów uciekłam trochę w świat „tekstowych RPG” (choć w
sumie powinnam raczej napisać PBF) to okaże się, że po prostu na bloga
najzwyczajniej czasu nie ma i nie było. Nie przewiduje szczególnie wielkich
zmian do sierpnia, bo w lipcu jak właściwie co roku po prostu mnie nie ma.
Nie oszukujmy się, przerwa w końcu musiała
nastąpić. Od paru lat posty pojawiały się zawsze co najmniej raz na trzy dni,
choć częściej – raz na dwa. Tak po prostu nie można przez wieki, szczególnie,
jeśli nie jest to forma na której w jakikolwiek sposób zarabiam.
Mam jednak nadzieję, że właśnie od
sierpnia uda mi się na poważnie DM ruszyć i niekoniecznie mówię tu o samych
postach. Mam ochoty na zmiany. Może własna domena, może przeniesienie się z
blogspotu na coś innego – zobaczymy, co mi z tym wyjdzie, na nic się nie
nakręcam, ale KTO WIE. Poza tym liczę, że w końcu będę miała „pod ręką” własne
zwierzaki i to raczej inne, niż typowy piesek czy kotek, także może okazać się,
że i o nich sporo tu będzie. Bo jeśli wszystko wyjdzie tak, jakbym chciała to
pewnie będę miała ochotę się nimi chwalić.
Podejrzewam, że na dniach pojawią się
recenzje przynajmniej dwóch książek; mam je przeczytane i dosłownie za chwilę
chcę na szybko zabrać się za opisanie przynajmniej jednej z nich. Poza tym przypominam,
że zaglądam cały czas na swojego instagrama. Możecie mnie też znaleźć na
Morsmordre, czyli PBFie właśnie. A jakby ktoś z Was chciał wiedzieć, czym ten
PBF jest to zapraszam do przesłuchania audycji na ten temat, którą nagrałyśmy
jakiś czas temu ze znajomą.
Cóż… trzymajcie się ciepło, a ja lecę spróbować
napisać dla Was te dwa kolejne teksty!
poniedziałek, 6 maja 2019
Nieanglojęzyczna fantastyka - odwiedź inne kraje!
Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Polski
rynek jest zdominowany przez literaturę pochodzącą z krajów angielskojęzycznych
oraz polskich, szczególnie, jeśli chodzi o fantastykę. To w końcu z USA
pochodzi większość „wielkich” twórców. To tam zaczął się tworzyć fandom taki,
jaki znamy dzisiaj. To kraj niezwykle istotny dla współczesnej fantastyki i
naprawdę nie ma się w tym przypadku czemu dziwić.
Na
całe szczęście nie samą Ameryką oraz krajami anglojęzycznymi rynek literacki
żyje. Mam dla Was sześć propozycji na książki z tego gatunku, które pochodzą z
innych krajów. Co ciekawe, większość z nich została wydana przez raczej
popularne wydawnictwa, w związku z czym są (lub były, jeśli nakład przypadkiem
się wyczerpał) bez problemu dostępne. Każda z nich jest inna, ale również każda
ma w sobie coś, co sprawia, że warto po nią sięgnąć.
Cixin Liu, „Problem trzech ciał”
To
pochodzące z Chin hard science-fiction wstrząsnęło rynkiem wydawniczym w USA. Ten
tytuł jest pierwszym, który mimo bycia tłumaczeniem zdobyło Nagrodę Hugo. Ta
została wręczona zarówno autorowi, jak i tłumaczowi – Kenowi Liu.
„Problem
trzech ciał” jest książką specyficzną. Postacie nie są szczególnie rozwijane, a
autor stawia na opisy technologii, choć czytało mi się nią lżej, niż sądziłam.
Ciekawym elementem powieści jest dodanie do niej elementów związanych z chińską
rewolucją kulturową. To dodaje klimatu i smaczku tej nietypowej książki.
Niestety,
o ile tom pierwszy bardzo lubię, o tyle kontynuacje już niekoniecznie.
Niemniej, zdecydowanie warto „Problem trzech ciał” sprawdzić, bo to kawałek
ciekawej literatury fantastycznej pochodzącej z nietypowego kraju.

Pierre Boulle, „Planeta małp”
Choć
większość klasyków fantastyki naukowej pochodzi z USA to nie dotyczy to każdej z
książek. „Planeta małp”, choć na pewno zalicza się do kanonu SF, pochodzi z Francji.
To już dość stara powieść, po której to widać. W końcu w wielkie małpy
zamieszkujące na obcej planecie nikt raczej nie uwierzy, prawda?
Mimo
tego samo przesłanie książki jest cały czas aktualne, a czyta się ją po prostu
przyjemnie. Fakt, czasem ze zdziwieniem i niedowierzaniem, że kiedyś takie
elementy mogły uchodzić za typowe w literaturze tego typu, ale mimo wszystko to
po prostu przyjemna lektura. A że jest niedługim klasykiem to po prostu
naprawdę warto ją poznać.
Andres Ibanez, „Księżna jeleń”
Do
języka hiszpańskiego mam pewną słabość, dlatego nie wahałam się i sięgnęłam po
ten tytuł zaraz w okolicach jego premiery. „Księżna jeleń” to ciekawy przypadek
literatury. Z jednej strony dostajemy od autora typową powieść high fantasy o
młodzieńcu, który musi dorosnąć. Z drugiej zaś to kompletna dekonstrukcja gatunku…
robiąca wszystko niby tak samo, ale jednocześnie zupełnie inaczej.
Przy
tym wszystkim „Księżna jeleń” jest po prostu baśnią dla dorosłych. To książka,
która może sprawić sporo przyjemności zwłaszcza tym, którzy cenią sobie całkiem
ładny język i niekoniecznie typowe podejście do fantasy.
Hiroshi Sakaruzaka, „Na skraju jutra”
Ta
książka jest jedyną light novelką, jaką do tej pory przeczytałam. Niedługa i
młodzieżowa, jednocześnie stanowi chyba jedno z ciekawszych SF przeznaczonych
dla młodzieży spośród mi znanych. A jej autor? Pochodzi z Japonii. Z resztą, to
też w tym kraju toczy się główna akcja powieści.
„Na
skraju jutra” jest naprawdę nietypowe jak na powieść młodzieżową, zwłaszcza jeśli
porównamy ją do książek amerykańskich. Jej fabuła jest zdecydowanie „mniejsza”:
obejmuje mniejszą ilość wydarzeń, mniejszą ilość akcji. Romans? Pojawia się,
owszem, ale w bardzo mocno ograniczonej formie. Autor nie daje nam też
zamkniętego zakończenia, jakby przerywając akcję w trakcie i pozwalając
czytelnikowi domyśleć się, co będzie dalej.
Dimity Glukhovsky, „Futu.re”
Ten
rosyjski autor często polecany jest na grupach jako twórca dobry dla
początkujących czytaczy fantastyki: bo czyta się go dość lekko, bo jest przyjemny,
ale osoba bardziej doświadczona może po prostu widzieć w jego twórczości zbyt
wiele błędów. Trudno mi się do tego dziś odnieść: przeczytałam ten tytuł w
2016, więc nie wiem, jak odebrałabym go dziś, jakieś 300 książek później.
Niemniej,
jeśli ktoś poszukuje dystopii dla dorosłych to myślę, że powinien przyjrzeć się
temu właśnie tytułowi. Autor tworzy ciekawy świat, z dobrymi i kreatywnymi
rozwiązaniami, choć być może faktycznie nie jest to nic wyjątkowo nowatorskiego.
Dla kogoś, kto jednak nie ma dużych wymagać i przede wszystkim szuka dobrej
rozrywki to powinien być strzał w dziesiątkę.
Saygin Erisin, „Basza smaku”
Turecki
autor piszący o imperium osmańskim w fantastyczny sposób? Dla mnie to brzmi
bardzo, bardzo orientalnie. Erisin nie zdobył w Polsce szczególnej popularności,
a szkoda, bo „Basza smaku” to naprawdę przyjemna w odbiorze powieść.
Książka
opowiada o Kucharzu, który ma niezwykły dar dotyczący gotowania. W związku ze
swoją przeszłością, szuka zemsty i miłości, tworząc misterny plan spełnienia
swoich pragnień. To naprawdę ładnie napisana książka o baśniowym klimacie, która
wręcz pachnie wykorzystywanymi przez bohatera przyprawami.
Choć
w tym przypadku fantastyki w tym wszystkim zbyt wiele nie ma to myślę, że sam
klimat powieści wystarczy za setki skomplikowanych systemów magicznych. Tej
książce zdecydowanie warto dać szansę.
















