piątek, 8 listopada 2019

Zdobądż "Opowieści zwierzoduchów"! Premiera już 13 listopada

Sprawdź: https://fantastykacodzienna.pl/



Brandon Mull to autor znany chociażby z „Baśnioboru”. Już 13 listopada ukaże się jego najnowsza książka z serii „Spirit Animals” – „Opowieści zwierzoduchów”. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Wilga mam dla Was dobrą wiadomość: jeden egzemplarz (recenzencki) tej powieści możecie u mnie wygrać już teraz na moim profilu na Instagramie.
Zasady są bardzo proste (sama nie lubię rozbudowanych rozdań): zapraszam więc wszystkich użytkowników Instagrama! Poza tym polecam samo obserwowanie mojego profilu. Opinie o książkach (w krótszej wersji) pojawiają się tam zwykle prędzej, niż tutaj, więc możecie być na bieżąco z tym, co aktualnie czytam.


Co o książce pisze wydawca?
Wydanie specjalne bestsellerowej serii „Spirit Animals” ulubionego autora fantastyki dla dzieci, Brandona Mulla!
Historia skupia się wokół czterech Wielkich Bestii – lamparcicy Urazy, pandy Jhi, wilka Briggana, sokolicy Essix – które w imię obrony świata Erdas poświęciły wszystko, co mogły.
Czytelnicy poznają fantastyczne opowieści o sile przyjaźni i odwagi oraz dowiedzą się dlaczego warto zachować wierność swoim wartościom i ideałom. Lektura obowiązkowa każdego fana „Spirit Animals”



Za możliwość zorganizowania rozdania dziękuję wydawnictwu Wilga!




środa, 6 listopada 2019

Moje żeńskie bohaterki z lat wczesnoszkolnych


Znajdziesz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/



Regularnie dochodzą do mnie głosy mówiące, że w literaturze brakuje postaci kobiecych. Że jest ich za mało, że dziewczynki nie mają skąd brać przykładu także w trakcie dorastania. Osobiście nigdy nie odczuwałam takiego dyskomfortu. Może dlatego, że „przypadkiem” sięgałam po książki z bohaterkami w roli głównej? Zaczęłam się więc zastanawiać nad tym, czy aby przypadkiem to marudzenie nie wynika właśnie ze złego doboru lektur i generalnie – tworów kultury.
Choć może osoby urodzone przed latami 80. miałyby problem ze znalezieniem żeńskich postaci w dziecięco-młodzieżowych dziełach kultury (nie dorastałam w tamtych czasach), tak dzieci lat 90. niekoniecznie mają powody, by na to narzekać! Żeńskich bohaterek naprawdę nie brakuje i pozwólcie, że po prostu przedstawię Wam kilka z nich.

Serial/Film

„W. I. T. C. H.”
Znalezione obrazy dla zapytania: w. i. t. c. h. series"
Serial i komiks o grupie nastoletnich czarodziejek był wydarzeniem okresu mojej szkoły podstawowej. Piątka różnych dziewczyn, która walczy ze złem stanowiła wtedy naprawdę istotną część naszych przednastoletnich rozważań. Czarodziejki były nie tylko częściami zabaw, ale także czymś, o czym się marzyło i co się kolekcjonowało. Karteczki, plecaki, piórniki, gumki. Do dziś pamiętam, że bazując na piśmie związanym z tą marką próbowałam ćwiczyć jogę, a artykuł ze zbieraniem i wykorzystaniem świeżej mięty bardzo chciałam wcielić w życie.

„H20 – wystarczy kropla”
Znalezione obrazy dla zapytania: h2o just add water"Do dziś uważam, że serial o syrenkach (który dziś w całości można obejrzeć na Youtube!) miał jedne z najładniejszych sztucznych ogonów, które kiedykolwiek pojawiły się w tego typu produkcji. Może dlatego, że nie były wynikiem efektów specjalnych, a grające główne role dziewczyny naprawdę nosiły przebrania na planie.
O ile „W. I. T. C. H.” skupiało się na walce ze złem, o tyle ten serial opowiadał po prostu o nastolatkach. Tyle, że dziewczyny miały dodatkowy problem w postaci swojej wielkiej, syreniej tajemnicy. Był obyczajowy, lekki, czasem zabawny. I na pewno poruszał wyobraźnię. Nie oszukujmy się, fajnie byłoby móc swobodnie pływać pośród rafy koralowej!

„WINX”
Znalezione obrazy dla zapytania: winx"Ten serial był dla mnie istotny niekoniecznie przez to, że namiętnie go oglądałam, a przez to, że był dla mnie swoistym świętym Graalem. Nie byłam w stanie go swobodnie oglądać, a wszystkie dziewczyny w szkole o nim mówiły. Zbierałam więc informacje na jego temat jak tylko mogłam, byleby tylko nie poczuć się wykluczoną.
Ostatecznie niekoniecznie wywarł na mnie olbrzymie piętno, ale na pewno dał możliwość do snucia kolejnych historii związanych z posiadania nadprzyrodzonej mocy. Dziś jednak, zapytana, czy wolę „W. I. T. C. H.” czy „WINX” wybrałabym to pierwsze dzieło. Mimo wszystko, było i jest bardziej „moje”. Nie do końca podoba mi się koncept międzyplanetarnej szkoły czarodziejek.

„Czarodziejki”
Znalezione obrazy dla zapytania: czarodziejki"To był dopiero serial! Trzy siostry, należące do rodziny czarownic, muszą przejąć dziedzictwo i zająć się ochrony świata przed złem. Byłam tą historią naprawdę oczarowana i gdy tylko leciała w telewizji, ja musiałam ją obejrzeć. Niestety, serial nie przetrwał próby czasu. Około roku temu próbowałam do niego wrócić, ale plany spełzły na niczym. Z ledwością wytrzymałam kilka pierwszych odcinków.

Książka

„Żadnych chłopaków! Wstęp tylko dla czarownic!” Thomasa Breziny
Znalezione obrazy dla zapytania: żadnych chłopaków wstęp tylko dla czarownic"O tym cyklu usłyszałam po raz pierwszy, gdy wracałam z koleżanką ze szkoły. Pamiętam, że było dość ciepło (kwiecień? Maj?), a ja chodziłam do podstawówki. Zaczęła mi o tej serii opowiadać, a potem przyniosła mi książeczkę z tej serii. To trochę takie dziecięco-młodzieżowe urban fantasy. Opowiada o dwóch dziewczynach, które przypadkiem dziedziczą stary dom oraz magiczne talenty.
Nie poznałam wielu książek z tego cyklu, ale naprawdę zapadł mi w pamięć. Sama chciałam być na miejscu tych bohaterek. Przecież to niezwykłe: masz naście lat i własny dom! I na dodatek czarujesz! Z tego, co pamiętam, seria jednocześnie w lekki sposób poruszała dość trudne problemy, takie jak połączenie się dwóch rodzin przez ślub rodziców (z których każde ma dorastające dzieci).

„Opowieści z Narnii” C. S. Lewisa
Znalezione obrazy dla zapytania: Opowieści z Narnii” C. S. Lewisa"Na spotkaniu autorskim z Samanthą Shannon autorka wspomniała o tym, że obraziła się na Tolkiena i fantasy po tym, gdy w „Władcy Pierścieni” nie znalazła adekwatnej dla siebie, żeńskiej postaci. Szkoda, ze wtedy nie sięgnęła po klasykę Lewisa, która powstała przecież w zbliżonym czasie.
Głównymi bohaterami pierwszych części jest czwórka rodzeństwa: dwie siostry i dwóch braci. W kolejnych tomach pojawiają się także kolejne żeńskie postacie, a niezaprzeczalnie z całej tej ekipy wyróżnia się Łucja. Ta, która wierzy najbardziej, ta najodważniejsza i ta, która najbardziej kocha Aslana. Wydaje mi się, że wiele dziewczynek, które tę serię poznają lub poznały w jakiś sposób utożsamiły się z którąś z sióstr. Jak na dłoni więc widać, że nawet w tak leciwej literaturze fantasy można znaleźć wzory do naśladowania przez nastolatki… które wcale nie siedzą w wieży, czekając na księcia.

„Heartland” Lauren Brooke
Znalezione obrazy dla zapytania: heartlnd ksiazka"Heartland to schronisko dla koni, wtulone między wzgórza Wirginii, ale i coś więcej – tak zaczynał się opis każdej z tych książek, który pamiętam do dzisiaj. Choć może ta seria nie jest mistrzostwem świata to dla nastoletniej mnie była lekturą idealną. Były konie? Były. I właściwie to już mi wystarczało. Na dodatek (jako że to książki skierowane jednak głównie do dziewczynek) główną bohaterką jest Amy. Poznajemy ją jako szesnastolatkę po traumatycznym przeżyciu, która musi poradzić sobie i z samą sobą, i z opieką nad schroniskiem. Wprawdzie im dalej w las, tym seria bardziej zmienia się w skupiony na romansie, taśmowy „serial”, ale pierwsze książki poruszają naprawdę istotne problemy. Ponadto młody czytelnik dostaje stosunkowo silną, główną bohaterkę, która może nie jest ideałem, ale naprawdę stara się walczyć o to, co kocha.

„Kroniki Świata Wynurzonego” Lici Troisi
Znalezione obrazy dla zapytania: kroniki świata wynurzonego"Nie pierwszy raz wspominam na tym blogu o tej serii. To chyba było jedno z pierwszych high fantasy, które poznałam. To trylogia opowiadająca o dziewczynie, która przede wszystkim chce stać się jeźdźcem smoka. Mamy tu elfy, wielkiego złego, potężny świat, magię, przygody, smoki… i oczywiście tę główną, żeńską bohaterkę. Do dziś wydaje mi się, że romans w tej trylogii był jednym z ciekawszych (bo bazujących na przyjaźni), które poznałam w okresie nastoletnim. Choć wolę więcej tych książek nie otwierać to mimo wszystko myślami wracam do nich dość regularnie.

Cykl „Martynka”
Znalezione obrazy dla zapytania: martynka ksiazka"
Teraz możecie mnie wyśmiać, ale ja naprawdę o tym cyklu muszę wspomnieć! Wydawana chyba do dzisiaj seria książeczek o Martynce towarzyszyła mi od lat. Przygody dziewczynki, która w każdej odsłonie musi coś nowego poznać i z czymś się zmierzyć były czymś, do czego naprawdę wracałam. A do tego te urocze ilustracje! No i oczywiście, żeńska główna bohaterka, która uroczy się, jak opiekować się rodzeństwem, pieskiem, króliczkiem, osiołkiem… cóż, nie oszukujmy się, miałam w swoim domu odsłony głównie związane ze zwierzątkami.



Jak widzicie – tych żeńskich bohaterek, które poznawałam do mniej-więcej końcówki szkoły podstawowej (12 lat) było naprawdę sporo, a to przecież na pewno jeszcze nie wszystkie! Być może dlatego daleko mi do narzekania na tę kwestię? Dziewczyn w nastoletniej literaturze czy serialach naprawdę nie brakowało, przynajmniej w moim odczuciu. A obecnie mamy przecież cały wysyp takich postaci. W końcu paranormalne romanse, czy fantasy z żeńską główną bohaterką to wręcz norma. Mam czasem wrażenie, że dziś przeciwnie: trudniej znaleźć jest urban fantasy z panem w głównej roli.

poniedziałek, 28 października 2019

Fantastyka na ekranie - „Carnival Row” i „Alita: Battle Angel” to nie są dobre dzieła

Spotkasz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/



 Fantastyka na ekranie niekoniecznie wypada dobrze. Nie dość, że jest po prostu stosunkowo trudnym gatunkiem to na dodatek jest po prostu kosztowna. Efekty specjalne muszą w końcu dobrze wyglądać, a w takich dziełach ich nie brakuje. Niemniej, każde dobre dzieło tego typu przyjmę z otwartymi ramionami.
Niestety, dwa tytuły, o których dziś Wam powiem moich oczekiwań po prostu nie spełniły. I to do tego stopnia, że najzwyczajniej w świecie ich nie skończyłam. Czemu? O tym niżej!


Carnival Row (sezon 1)
Znalezione obrazy dla zapytania: carnival row poster"Orlando Bloom (jako Rycroft) i Cara Delevingne (jako Vignette) w obsadzie sugerowali, że trochę pieniędzy na ten serial jednak poszło. „Carnival Row” to produkcja Amazona. Przenosi nas do świata, w którym ludzie żyją razem z innymi rasami. Konflikt polega na tym, że do niedawna dwa światy – ludzki i magiczny – były rozdzielone. Z powodu wojny inne rasy szukają schronienia pod ludzkim dachem, co wywołuje powszechny sprzeciw. Akcja rozgrywa się głównie w mieście przypominającym Londyn z okresu rewolucji parowej. Motyw wprawdzie wyświechtany, jednak osobiście lubię samą steampunkową estetykę, do której produkcja nieco nawiązuje, więc to akurat problemem dla mnie nie jest.
W moim odczuciu ten serial był po prostu niemożliwie wtórny już od pierwszych chwil. Konflikt ludzie kontra inne rasy, jakieś nawiązania do Lovcrafta w związku ze śledztwem, ten XVIII-wieczny Londyn… to motywy, które w fantasy były wałkowane już setki razy. Być może dla osób, które nie czytają książek coś takiego będzie nowością, bo jak wspominałam na wstępie, fantastyka jest droga w produkcji i wiele w serialach tego nie ma. Dla mnie jednak, jako starego wyjadacza gatunku, nie ma w świecie przedstawionym „Carnival Row” nic ciekawego.
Ponadto główna bohaterka była dla mnie najzwyczajniej w świecie nie do zniesienia. To ten typ „silnej babki”, która nieustannie ma się za ofiarę. Bezustannie podejmuje złe decyzje i obwinia za to cały świat. Próbuje być ostra, próbuje pokazać swoją feministyczną moc i siłę… ale ugh, jak ja bardzo nie lubię takich postaci. Pisanych jakby na siłę, wiecznie niezadowolonych z życia, które nie potrafią sensownie spojrzeć na sytuacje. Rycroft nie jest może doskonały, ale przynajmniej nie irytował mnie do tego stopnia. Poza tym chociaż aktorka ją grająca, Cara, jest naprawdę piękną kobietą, to coś w jej spojrzeniu najzwyczajniej w świecie mnie odrzuca.
Linia fabularnia zdecydowanie nie dawała czadu. Całość zdaje się być sklejona na siłę. Tak byle wcisnąć tu wojnę, byle był konflikt, byle było śledztwo i tajna organizacja. Bez szczególnej głębi, czy kreatywności albo pomysłu na siebie.
Chyba jedynym pozytywnym aspektem tej historii był dla mnie wątek Imogen Spurnrose (Tamzin Merchant), szlachcianki, pozornie pustej i głupiutkiej, która jednak próbuje samodzielnie ratować rodzinny majątek. Być może nie była to historia idealna, ale przynajmniej miała nieco przyjemniejszy ton.
Nie polecam, jeśli choć odrobinę „siedzicie” w fantasy, nawet mimo tego, że serial wizualnie nie wygląda źle. Sama odłożyłam ostatnie 2-3 odcinki na później i po prostu do niego nie wróciłam.



Alita: Battle Angel
Znalezione obrazy dla zapytania: alita battle angel poster"
Gdybym była młodsza, istnieje spora szansa, że uwielbiałabym tę produkcję. Wysokobudżetowy film, młodociani bohaterowie i akcja – podejrzewam, że wielu nastolatków tę historię po prostu kupi. Ja najzwyczajniej w świecie chyba jestem na tę produkcję za stara.
Historia opowiada o Alicie (Rosa Salazar), cybernetycznej nastolatce, której części zostały znalezione przez dr Ido (Christoph Waltz) na olbrzymim wysypisku. Dziewczyna nie pamięta swojej przeszłości i stopniowo stara się ją odkryć.
Być może sam ogólny pomysł na historię nie byłby zły gdyby nie bardzo młodzieżowe motywy. Ten film naprawdę wygląda dobrze, ale przez ilość młodzieżowego romansu, łamania zasad wyznaczonych przez rodziców i stosunkowo toporne światotworzenie najzwyczajniej w świecie nie byłam w stanie przez ten film na spokojnie przebrnąć. Nawet paczka Pringelsów oraz gorąca czekolada nie uratowały seansu. Udało mi się dobrnąć może do 1/3. Być może „Alita” sprawdzi się w trakcie spotkania ze znajomymi oraz jako seans dla młodzieży (i/lub osób, które takie klimaty po prostu lubią). Ja się po prostu znudziłam.

wtorek, 22 października 2019

sobota, 19 października 2019

„Pytaj albo milcz, ale zawsze słuchaj, o czym mówią ludzie.” O Jarosławie Grzędowiczu

Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/




Choć nie napisał zbyt wiele, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców polskiej fantastyki. Mimo tego zaczęłam go czytać stosunkowo późno, bo (jeśli pamięć mnie nie myli) uczęszczałam wtedy do szkoły średniej. Nie zmienia to faktu, że Jarosław Grzędowicz stał się dla mnie jednym z ważniejszych polskich twórców. Głównie dlatego, że był jednym z pierwszych osób z naszego rodzimego fandomu, którym się zainteresowałam.
Teraz, po tych paru latach, mam za sobą już cały jego dorobek. Dziś więc post poświęcony temu panu: zarówno jego twórczości, życiu, jak i mojej „relacji” z jego dziełami.

Jak go poznałam?
Po raz pierwszy o tym panu usłyszałam… grając w League of Legends. To było gdzieś na przełomie gimnazjum i liceum. Razem ze znajomymi mieliśmy stworzyć sobie drużynę rankingową (bardziej dla fanu, niż „na serio”) i szukaliśmy dla niej nazwy. Wtedy padła propozycja związana z „Panem Lodowego Ogrodu”, bodajże – Drakkainen. Zostało mi wyjaśnione skąd wzięło się to słowo. Dowiedziałam się wtedy, że tylko ci „ogarnięci” ludzie będą wiedzieć o co chodzi i usłyszałam, że po cykl Grzędowicza powinnam sięgnąć.
Ale jak to bywa, książek jest zawsze dużo, a wtedy nie miałam zbyt wielu funduszy na kupowanie nowych. W związku z czym po ten cykl sięgnęłam po dłuższym czasie. Najpierw kupiłam tom pierwszy. Kolejne trzy – rok później. Pamiętam, że któryś z nich czytałam w trakcie Intel Extreme Masters w 2015 roku. I tak, zdarza mi się być na imprezie masowej i czytać, zamiast cieszyć się wydarzeniem. W ramach dygresji mogę dodać, że właściwie nie był to dla mnie najciekawszy z eventów, a po kilku dniach obserwowania wielkich ekranów oczy bolały mnie niemiłosiernie.
„Pana Lodowego Ogrodu” polubiłam i tak jakoś z czasem ubzdurałam sobie, że chcę mieć na swojej półce wszystkie dzieła Grzędowicza. Parę lat minęło… i po prostu je mam, choć z perspektywy czasu muszę przyznać, że nie jestem tak wielką wielbicielką twórczości tego autora, jak myślałam, że będę te parę lat temu.

Kim jest Grzędowicz?
File:Jarosław Grzędowicz Pyrkon 2014.JPGChoć raczej nie ma go w social mediach to wydaje mi się, że w polskim fandomie Jarosław Grzedowicz jest postacią dość znaną. Często bywa bądź bywał na konwentach, a przy promocji nowych książek bez problemu można go spotkać na spotkaniach autorskich. Sama byłam na jednym. Szanowny pan autor wydał mi się osobą całkiem konkretną i inteligentną. Nie rozgaduje się nadmiernie, nie jest może nadzwyczaj żartobliwy, ale po prostu dobrze się go słuchało. Podobne wrażenia miałam w trakcie oglądania nagrań z nim pochodzących z konwentów i wywiadów. Jedno z nich wykorzystałam nawet w pracy magisterskiej. Czemu? Bo Grzędowicz debiutował jeszcze przed 1989. Zaczynał więc swoją karierę w innym systemie, o czym czasem mimo wszystko mówi, a to fantastyki w „tamtych czasach” dotyczyła moja praca.
Jeśli chodzi o same suche fakty: Grzędowicz urodził się w 1965 roku, we Wrocławiu. Jego żona to także dość znana polska pisarka fantastyki, Maja Lidia Kossakowska (właść. Maja Lidia Korwin-Kossakowska Grzędowicz). Z tego co mi wiadomo, mają lub mieli koty, jeśli dla kogoś to interesująca ciekawostka. Autor debiutował opowiadaniem „Azyl” na łamach łódzkiego, lokalnego tygodnika „Odgłosy”. Jest też dziennikarzem. W 1990 założył (wraz z innymi pisarzami) magazyn „Fenix”, który po dziś dzień cieszy się w polskim fandomie sławą wyjątkowego pisma. Sama nigdy nie miałam go w rękach: mimo wszystko, jestem na to za młoda.
Autor ma na swoim koncie parę nagród, m. in. Zajdla, czy Śląkfę.

Co napisał?
W dorobku Grzedowicza znajdziemy na tę chwilę zaledwie 9 pozycji, z czego trzy to zbiory powiadań, a cztery to jego najpopularniejszy cykl. Nie jest więc tego nadmiernie dużo, choć (z tego, co mi wiadomo) ten autor jest jednym z niewielu polskich twórców fantastyki utrzymującym się z pisania właśnie. Teoretycznie tak mała ilość wydawanych dzieł powinna rzutować na jakość tekstów i choć w pewnym sensie się z tym zgodzę (Grzędowicz zdecydowanie grafomanem nie jest) to jednak jak na tak duże przerwy pomiędzy kolejnymi pozycjami, autor wcale nie ma AŻ tak dobrych rzeczy wśród swojego dorobku. No to po kolei!

„Pan Lodowego Ogrodu” (2005-2012)
   

Czterotomowy, najpopularniejszy cykl (a raczej powieść w czterech tomach) Grzędowicza. Opowiada o Vuko, który zostaje wysłany jako ekspedycja ratunkowa na obcą planetę. Miejsce zamieszkuje antropoidalna cywilizacja i przepełnione jest magią. Historia ta jest więc przygodówką utrzymaną w klimatach science-fantasy. Jak wspominałam już wcześniej, to od tej powieści zaczęła się moja przygoda z tym autorem i przez to wspominam ją chyba z największą nostalgią.
W trakcie czytania nie narzekałam na absolutnie żaden szczegół. Ponadto to „Pan Lodowego Ogrodu” pokazał mi, że podgatunki fantastyki można swobodnie łączyć, tworząc z nich coś absolutnie unikatowego. Obecnie nie wiem, jak odebrałabym tę historię. Widziałam wiele opinii dotyczących tego, że kolejne tomy są porozwlekane i nie trzymają poziomu. Ja, w czasie gdy historie poznawałam, nie miałam na tyle dużej wiedzy, aby to stwierdzić, a czasu na wracanie do całości najzwyczajniej w świecie nie mam. W każdym razie, wspominam miło i polecam: te książki warto sprawdzić, choćby przez wzgląd na ilość sprzedanych egzemplarzy.
Co ciekawe, „Pan Lodowego Ogrodu” ma na swoim koncie sporo nagród. Pierwsza część zdobyła aż cztery, a kolejne części także były nagradzane. Jeśli kogoś uniwersum Grzęowicza interesuje to jeśli trochę poszuka bez problemu znajdzie grę planszową, bazowaną na tej historii.

„Księga Jesiennych Demonów”

Lubię tytuł tego zbioru opowiadań. W moich uszach brzmi naprawdę przyjemnie i choćby dlatego bardzo, bardzo chciałam, by mi się ta książka bardzo podobała. Choć jednak zbiera dobre opinie to jednak zbiór nie jest chyba dla mnie.
Nie dlatego, że jest technicznie zły. Zawarte w nim opowiadania pamiętam jako dobre, choć detale ich fabuł po prostu mi się zatarły. Wydaje mi się, że to książka, która przypadnie do gustu szczególnie nieco zmęczonym życiem panom w zupełnie dorosłym wieku. Wiecie, takim z praca, dziećmi, rodziną. Nieco zmęczonym życiem. Odnoszę wrażenie, że ja najzwyczajniej w świecie nie jestem targetem. Chyba też spodziewałam się czegoś innego. Miałam nadzieję na teksty, w których faktycznie będą pojawiać się demony, mieszające w życiach ludzi. Że opowiadania będzie coś łączyć, trochę tak jak w „Necrosis” Jacka Piekary. Niestety, jeśli właśnie czegoś takiego szukacie to w tym zbiorze akurat tego nie znajdziecie.

„Popiół i kurz”

Skończyłam tę książkę czytać w 2018 roku – nie było to więc aż tak dawno. Wystawiłam jej na Lubimy Czytać 7/10…i uwierzycie, że niewiele z niej pamiętam? Nie że w ogóle i nic, ale jednak… mocno zatarła mi się w pamięci. Nawet sama z siebie nie jestem w stanie podać Wam zarysu fabuły i muszę otworzyć jej opis. W każdym razie ta powieść stoi gdzieś na pograniczu horroru i urban fantasy, opowiadając o mężczyźnie, który przenosi się do świata zmarłych, przeprowadzając dusze na drugą stronę. Motyw ciekawy, ale… naprawdę, ja z tej książki obecnie prawie nic nie pamiętam.

„Wypychacz zwierząt”

Kolejny zbiór opowiadań Grzędowicza, tym razem nieco inny w swojej formie. Dłuższe teksty przetykane są bardzo krótkimi, które autor pisał dla „Faktu” albo innego pisma tego typu. Tu znów, oceniłam książkę na 8/10 wg. skali portalu Lubimy Czytać i pamiętam z tych tekstów niewiele. Szczerze przyznam, że bardziej kojarzy mi się z obrazkiem, które Fabryka Słów (wydawca autora) opublikowała na swoim Fanpage. Znajdowała się na nim nowa okładka „Wypychacza…”, na której jakiś człowiek wypychał zwierzęta z pociągu. Choć to był Prima Aprillis, długo wierzyłam, że tytułowe opowiadanie właśnie tego dotyczy. Mały spoiler: to nie o takie wypychanie chodziło.
W każdym razie, opowiadania czytało mi się miło. A że niewiele z nich pamiętam? Przy krótkich tekstach tak po prostu bywa. Trudno przy opowiadaniu przywiązać się do bohaterów, a jeśli coś nie jest absolutnie wyśmienite to prędko z mojej głowy wylatuje. Przypomina mi się teraz, że opowiadanie „Buran wieje z tamtej strony” miało naprawdę dobry klimat. Iii… to chyba byłoby na tyle.

„Hel 3”

Po „Panu Lodowego Ogrodu” Grzedowicz dłuuugo nie wydawał absolutnie nic. Aż w końcu przyszedł „Hel 3”, którego kupiłam bez zastanowienia. Ta powieść czerpie trochę z fantastyki socjologicznej, jest jednak w głównej mierze powieścią akcji, ukazującej stanowisko Grzędowicza do spraw związanych z gospodarką, rynkiem i ogólną budową społeczeństwa. Tyle tylko, że (w moim odczuciu) to powieść trochę wymęczona. Słyszałam plotki, że autor sam „nie miał weny” i faktycznie książkę pisał długo. „Hel 3” ma więc dobre scenki, a niektóre fragmenty czyta się wyśmienicie, ale ostatecznie to powieść bardzo nierówna, z niekoniecznie satysfakcjonującym zakończeniem.
Ponadto, choć poglądy autora są mi w pewnym sensie bliskie, jest tu jednak trochę za dużo o polityce i gospodarce. To wszak miała być rozrywkowa powieść, a nie manifest poglądów autora.

„Azyl”

Ten zbiór opowiadań był swoistą niespodzianką dla fanów Grzędowicza. W tej książce znajdziecie starsze teksty autora, publikowane na łamach pism i magazynów. Tytułowy tekst to właśnie debiut pana Jarosława, który podobno przed laty zaginął… ale jak się okazało – jednak nie. Fabryka Słow jakoś do niego dotarła i opublikowała w zbiorze.
I jego określiłabym mianem dobrego i całkiem ciekawego, ale nie wybitnego. Dobrze było poznać pierwsze teksty autora, a komentarz pisany po latach jest dla mnie zawsze cenny, ale i tu nie poczułam się zachwycona. W trakcie czytania tego zbioru miałam akurat drobną „fazę” na naszego cudownego Zajdla, dlatego szczególnie podobał mi się tekst, będący właściwie krótką powieścią z gatunku fantastyki socjologicznej. Wprawdzie to dzieło raczej wtórne, (jak sam autor przyznaje) pisane na zajdlowskiej fali, ale było przyjemne w odbiorze.

Na koniec...
Jak widzicie, po wyśrodkowaniu moich opinii uznałabym Grzedowicza za autora „dobrego, ale bez szału”. Lubię, przeczytam… ale nie zapada mi w pamięć na dłużej, mimo że „Pana lodowego ogrodu” naprawdę uwielbiałam. Szczerze mówiąc, obecnie chętniej wzięłabym udział w prowadzonej przez niego prelekcji niż wyczekiwała szczególnie na jego kolejną powieść czy opowiadanie. To w końcu autor, który przeżył dwa systemy, zdobył sporo nagród, prowadził pismo i zna wiele osób z polskiego fandomu. Nie wątpię, że ma do powiedzenia wiele ciekawych rzeczy.
Wydaje mi się, że jestem w stanie na pewne kwestie związane z Grzędowiczem przymknąć oko, jako że światopoglądowo chyba więcej nas łączy niż dzieli. Muszę jednak przy tym przyznać, że „Hel 3” wydaje mi się dość emocjonalne i „gimnazjalne” pod kątem prezentacji w nim tez autora. Gdyby jeszcze ta powieść była poważna w tonie! To mogłoby uzasadnić tak intensywne analizy aktualnego systemu. Niestety, nie jest; to dalej powieść akcji, stworzona w stosunkowo podobnym stylu, co inne powieści „Fabryki Słów”.
Sprawdzić Grzędowicza zdecydowanie warto. To jest istotny dla polskiej fantastyki pisarz i takich ludzi warto znać. Daleko mi jednak do wywyższania go na piedestały. Mimo wszystko, są lepsi twórcy od niego, tak po prostu.

sobota, 7 września 2019

Zapowiedziane zwierzaki, czyli dżungla w moim domu



Cześć. Nie wiem, czy pamiętacie, ale gdy odzywałam się do Was poza recenzjami w czerwcu, wspominałam, że  w moim domu w sierpniu pojawią się zwierzaki. Tak też się z resztą stało: moich pupili przedstawiłam już na Instagramie i Ci, którzy mnie tam obserwują, pewnie mieli okazje się z nimi już zapoznać.
Nie każdy jednak tam zagląda, więc uznałam, że w końcu nadszedł czas, aby powiedzieć o nich trochę tutaj. Są też ze mną nieco dłużej, więc mogę też więcej o nich powiedzieć. Po zdjęciach już pewnie widzicie, co to za maluchy – do mojego domu trafiły dwie amazonki białoczelne.

Czemu akurat takie zwierzaki? Cóż… po pierwsze, jestem szalona. Po drugie, z psem trzeba wychodzić rano na spacer. A mi się nie chce.
No dobrze, może nieco bardziej na poważnie. Naprawdę nie wyobrażałabym sobie psa w mieszkaniu pozbawionym ogródka. Choć je uwielbiam i lubię z nimi spacerować to jednak po prostu wydało mi się to zbyt problematyczne, zwłaszcza na małej, mieszkalnej przestrzeni. No i… lubię duże psy. Wolę z zakupem poczekać, aż będę miała do dyspozycji większą przestrzeń.
Nie chciałam kota. Nie dlatego, że ich nie lubię, a dlatego, że wolę mieć pod swoją opieką stadne zwierzęta. Takie, które chcą za mną podążać, chcą się uczyć i uczestniczyć w tym, co robię. Kot więc odpadł, podobnie jak gady. Prędko odpadły też gryzonie: większość z nich żyje krótko, a ja nie lubię, gdy mój podopieczny ma przewidywaną długość życia w okolicy trzech lat. To po prostu zbyt bolesne.
I w ten sposób w zeszłe wakacje doszłam do wniosku, że… chcę papugę. Nie wiedziałam jeszcze jaką, ale… papugę. Miałam już takie zwierzęta, więc wiem, z czym to się je. Papugi żyją długo. Chętnie się uczą. Są bardzo aktywne i przywiązujące się. Jednocześnie śmiecą, hałasują i są jednymi z najtrudniejszych pupili domowych, ale po prostu wydało mi się, że najlepiej wpasowują się w moje „zachcianki”.
Spędziłam rok na edukacji, wybieraniu odpowiedniego gatunku i innych takich. No i w końcu stało się, pod mój dach trafiły dwie papugi. Dwie – bo to stadne zwierzęta, dla których katorgą jest życie w samotności. Serio, nie kupujcie jednej papugi. Generalnie, nie kupujcie papugi wcale (to naprawdę trudne zwierzęta), ale jeśli już musicie, weźcie dwie. Albo cztery, sześć, osiem. Byle nie jedną.

Obecne pod moim dachem papugi to – jak wspominałam – amazonki białoczelne. Jedne z najmniejszych przedstawicieli swojego rodzaju. Żyjące 30-40 lat, dominujące, aktywne, często też gadające, choć to nie jest dla mnie kluczowe.  Psujące i wariujące, ale hej, to amazonki. One tak mają. Ten konkretny gatunek wydał mi się dobry z kilku powodów, ale wśród nich był fakt, że to ptaki krótkoogonowe, które raczej wspinają się, niż latają. Drugą istotną kwestią był właśnie ich rozmiar. Są dość małe, ale jednocześnie mają dusze większych ptaków. Ponadto są mniej fobiczne od na przykład całkiem popularnych żako.

Mój duet to Mera i Iorweth. Są ptakami z drugiej ręki. Jak podają właściciele Birdtrick.com, papugi są trzecim najpopularniejszym typem pupila, ale pierwszym, który najczęściej szuka nowego domu i cóż… przy odpowiedniej ilości wiedzy chyba jednak lepiej dać im drugi dom, niż kupować zwierzę od hodowcy. Ale to analiza na zupełnie inny wpis. W każdym razie, zakup nawet 5 letniego ptaka to nic przy przewidywanej długości życia większych gatunków, czego na przykład nie można powiedzieć o psie, którzy przeżyje może 10, może 15, a może i 20 lat, ale jednak – istnieje opcja, że połowę życia ma już za sobą.

A moje maluchy nawet tylu nie mają. O Merze wiem mniej. Prawdopodobnie wykluła się w 2016/2017 roku. To samica, dużo mniejsza od Iorwetha. Ma też na głowie mniej białych, a więcej niebieskich piórek. Prawdopodobnie nie jest ręcznie karmiona, ale w praktyce… nie mam pojęcia, czy jest, czy nie. W każdym razie jest stosunkowo nerwowym ptakiem, który raczej unika bezpośrednich starć z ludźmi. Niemniej, jest łasa na jedzenie i szybko się uczy. Po prostu potrzebuje więcej czasu od swojego towarzysza, by się do kogoś lub czegoś przekonać.

Iorweth wykluł się na wiosnę 2018. To młodziutki chłopak, który zdążył się już do mnie przykleić i przywłaszczyć. Cóż, papugi pod tym względem są trochę jak koty. Wciąż pracujemy nad współpracą, ale na pewno jest dużo odważniejszy i bardziej żywiołowy od Mery. Jest też od niej głośniejszy, chociaż właściwie ani on, ani ona nie przesadzają za bardzo z krzykiem. Potrafi wydawać z siebie dźwięki zbliżone do ludzkiego śmiechu, ale tak jak jego koleżanka, nie mówi. Jak wspominałam, nie jest to dla mnie kluczowe, ale wiem, że dla wielu osób postronnych to ważna informacja.

No więc tak. Mam papugi. Dwie. Jakby pojawiały się gdzieś na zdjęciach – to po prostu miejsce świadomość, że to nie przypadek.

piątek, 24 maja 2019

Gwoli wyjaśnienia

Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/

Ostatnio trochę tu cicho. Najpierw przestałam się tak często odzywać w komentarzach, a następnie – przestały pojawiać się posty. Nie skłamię chyba, gdy powiem, że miało na to wpływ kilka różnych czynników, głównym chyba jest jednak: chwilowo tak dużo nie czytam. A jak nie czytam to nie piszę recenzji, to zaś skutkuje brakiem motywacji, by tu zaglądać.
Po prostu trochę się u mnie ostatnio dzieje. Obrona, praca i trochę innej prywaty złożyły się od lutego, a jak do tego dodacie przestój czytelniczy (bo trafiłam na parę pozycji, które się długo czytały) oraz fakt, że znów uciekłam trochę w świat „tekstowych RPG” (choć w sumie powinnam raczej napisać PBF) to okaże się, że po prostu na bloga najzwyczajniej czasu nie ma i nie było. Nie przewiduje szczególnie wielkich zmian do sierpnia, bo w lipcu jak właściwie co roku po prostu mnie nie ma.
Nie oszukujmy się, przerwa w końcu musiała nastąpić. Od paru lat posty pojawiały się zawsze co najmniej raz na trzy dni, choć częściej – raz na dwa. Tak po prostu nie można przez wieki, szczególnie, jeśli nie jest to forma na której w jakikolwiek sposób zarabiam.
Mam jednak nadzieję, że właśnie od sierpnia uda mi się na poważnie DM ruszyć i niekoniecznie mówię tu o samych postach. Mam ochoty na zmiany. Może własna domena, może przeniesienie się z blogspotu na coś innego – zobaczymy, co mi z tym wyjdzie, na nic się nie nakręcam, ale KTO WIE. Poza tym liczę, że w końcu będę miała „pod ręką” własne zwierzaki i to raczej inne, niż typowy piesek czy kotek, także może okazać się, że i o nich sporo tu będzie. Bo jeśli wszystko wyjdzie tak, jakbym chciała to pewnie będę miała ochotę się nimi chwalić.
Podejrzewam, że na dniach pojawią się recenzje przynajmniej dwóch książek; mam je przeczytane i dosłownie za chwilę chcę na szybko zabrać się za opisanie przynajmniej jednej z nich. Poza tym przypominam, że zaglądam cały czas na swojego instagrama. Możecie mnie też znaleźć na Morsmordre, czyli PBFie właśnie. A jakby ktoś z Was chciał wiedzieć, czym ten PBF jest to zapraszam do przesłuchania audycji na ten temat, którą nagrałyśmy jakiś czas temu ze znajomą.
Cóż… trzymajcie się ciepło, a ja lecę spróbować napisać dla Was te dwa kolejne teksty!

poniedziałek, 6 maja 2019

Nieanglojęzyczna fantastyka - odwiedź inne kraje!



Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Polski rynek jest zdominowany przez literaturę pochodzącą z krajów angielskojęzycznych oraz polskich, szczególnie, jeśli chodzi o fantastykę. To w końcu z USA pochodzi większość „wielkich” twórców. To tam zaczął się tworzyć fandom taki, jaki znamy dzisiaj. To kraj niezwykle istotny dla współczesnej fantastyki i naprawdę nie ma się w tym przypadku czemu dziwić.
Na całe szczęście nie samą Ameryką oraz krajami anglojęzycznymi rynek literacki żyje. Mam dla Was sześć propozycji na książki z tego gatunku, które pochodzą z innych krajów. Co ciekawe, większość z nich została wydana przez raczej popularne wydawnictwa, w związku z czym są (lub były, jeśli nakład przypadkiem się wyczerpał) bez problemu dostępne. Każda z nich jest inna, ale również każda ma w sobie coś, co sprawia, że warto po nią sięgnąć.

 
Cixin Liu, „Problem trzech ciał”
To pochodzące z Chin hard science-fiction wstrząsnęło rynkiem wydawniczym w USA. Ten tytuł jest pierwszym, który mimo bycia tłumaczeniem zdobyło Nagrodę Hugo. Ta została wręczona zarówno autorowi, jak i tłumaczowi – Kenowi Liu.
„Problem trzech ciał” jest książką specyficzną. Postacie nie są szczególnie rozwijane, a autor stawia na opisy technologii, choć czytało mi się nią lżej, niż sądziłam. Ciekawym elementem powieści jest dodanie do niej elementów związanych z chińską rewolucją kulturową. To dodaje klimatu i smaczku tej nietypowej książki.
Niestety, o ile tom pierwszy bardzo lubię, o tyle kontynuacje już niekoniecznie. Niemniej, zdecydowanie warto „Problem trzech ciał” sprawdzić, bo to kawałek ciekawej literatury fantastycznej pochodzącej z nietypowego kraju.




Pierre Boulle, „Planeta małp”
Choć większość klasyków fantastyki naukowej pochodzi z USA to nie dotyczy to każdej z książek. „Planeta małp”, choć na pewno zalicza się do kanonu SF, pochodzi z Francji. To już dość stara powieść, po której to widać. W końcu w wielkie małpy zamieszkujące na obcej planecie nikt raczej nie uwierzy, prawda?
Mimo tego samo przesłanie książki jest cały czas aktualne, a czyta się ją po prostu przyjemnie. Fakt, czasem ze zdziwieniem i niedowierzaniem, że kiedyś takie elementy mogły uchodzić za typowe w literaturze tego typu, ale mimo wszystko to po prostu przyjemna lektura. A że jest niedługim klasykiem to po prostu naprawdę warto ją poznać.
 
Andres Ibanez, „Księżna jeleń”
Do języka hiszpańskiego mam pewną słabość, dlatego nie wahałam się i sięgnęłam po ten tytuł zaraz w okolicach jego premiery. „Księżna jeleń” to ciekawy przypadek literatury. Z jednej strony dostajemy od autora typową powieść high fantasy o młodzieńcu, który musi dorosnąć. Z drugiej zaś to kompletna dekonstrukcja gatunku… robiąca wszystko niby tak samo, ale jednocześnie zupełnie inaczej.
Przy tym wszystkim „Księżna jeleń” jest po prostu baśnią dla dorosłych. To książka, która może sprawić sporo przyjemności zwłaszcza tym, którzy cenią sobie całkiem ładny język i niekoniecznie typowe podejście do fantasy.
 
Hiroshi Sakaruzaka, „Na skraju jutra”
Ta książka jest jedyną light novelką, jaką do tej pory przeczytałam. Niedługa i młodzieżowa, jednocześnie stanowi chyba jedno z ciekawszych SF przeznaczonych dla młodzieży spośród mi znanych. A jej autor? Pochodzi z Japonii. Z resztą, to też w tym kraju toczy się główna akcja powieści.
„Na skraju jutra” jest naprawdę nietypowe jak na powieść młodzieżową, zwłaszcza jeśli porównamy ją do książek amerykańskich. Jej fabuła jest zdecydowanie „mniejsza”: obejmuje mniejszą ilość wydarzeń, mniejszą ilość akcji. Romans? Pojawia się, owszem, ale w bardzo mocno ograniczonej formie. Autor nie daje nam też zamkniętego zakończenia, jakby przerywając akcję w trakcie i pozwalając czytelnikowi domyśleć się, co będzie dalej.
 
Dimity Glukhovsky, „Futu.re”
Ten rosyjski autor często polecany jest na grupach jako twórca dobry dla początkujących czytaczy fantastyki: bo czyta się go dość lekko, bo jest przyjemny, ale osoba bardziej doświadczona może po prostu widzieć w jego twórczości zbyt wiele błędów. Trudno mi się do tego dziś odnieść: przeczytałam ten tytuł w 2016, więc nie wiem, jak odebrałabym go dziś, jakieś 300 książek później.
Niemniej, jeśli ktoś poszukuje dystopii dla dorosłych to myślę, że powinien przyjrzeć się temu właśnie tytułowi. Autor tworzy ciekawy świat, z dobrymi i kreatywnymi rozwiązaniami, choć być może faktycznie nie jest to nic wyjątkowo nowatorskiego. Dla kogoś, kto jednak nie ma dużych wymagać i przede wszystkim szuka dobrej rozrywki to powinien być strzał w dziesiątkę.
 
Saygin Erisin, „Basza smaku”
Turecki autor piszący o imperium osmańskim w fantastyczny sposób? Dla mnie to brzmi bardzo, bardzo orientalnie. Erisin nie zdobył w Polsce szczególnej popularności, a szkoda, bo „Basza smaku” to naprawdę przyjemna w odbiorze powieść.
Książka opowiada o Kucharzu, który ma niezwykły dar dotyczący gotowania. W związku ze swoją przeszłością, szuka zemsty i miłości, tworząc misterny plan spełnienia swoich pragnień. To naprawdę ładnie napisana książka o baśniowym klimacie, która wręcz pachnie wykorzystywanymi przez bohatera przyprawami.
Choć w tym przypadku fantastyki w tym wszystkim zbyt wiele nie ma to myślę, że sam klimat powieści wystarczy za setki skomplikowanych systemów magicznych. Tej książce zdecydowanie warto dać szansę.

Nomida zaczarowane-szablony