wtorek, 31 lipca 2018

Po wyjeździe – czytelnicza aktualizacja

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/


 
Cześć! W nocy z 28 na 29 lipca wróciłam do kraju z wakacyjnej pracy. Po powrocie sama zdziwiłam się ilością książek, jaka do mnie w tym czasie dotarła: takiego stosu nowości na raz chyba nigdy u siebie nie widziałam. Rok temu czekało na mnie chyba osiem sztuk; tym razem to aż piętnaście tytułów. Niemniej, po kolei – zacznijmy od książek, które w ciągu tych pięciu tygodni udało mi się przeczytać.


W ciągu tego czasu poznałam w całości tylko i jednocześnie „aż” pięć tytułów. Tylko, bo moja zwykła norma to dziesięć książek. Aż – bo miałam naprawdę bardzo ograniczony czas na czytanie.
O „Wiecznym Dworze” oraz „Ścianie burz” już Wam pisałam, dlatego nie będę się powtarzać: jeśli chcecie wiedzieć, co o tych pozycjach sądzę po prostu kliknijcie w ich tytuły, a przeniesiecie się do recenzji. Moja opinia o „Dżozefie” pojawi się także wkrótce, ale w skrócie mogę powiedzieć, że polubiłam się z tym tytułem, choć nie jest to typ książki, którą mogłabym czytać na co dzień.
Pełne opinię o „Złym brzegu” i „Kullu. Banicie z Atlandyty” również się pojawią, ale będziecie musieli na nie nieco dłużej poczekać. W każdym razie ten pierwszy tytuł przez pierwsze sto stron wypadał naprawdę dobrze, jednak im dalej, tym było gorzej i ostatecznie raczej tego tytułu nie polecam. „Kull” zaś to naprawdę dobra klasyka fantasy po którą po prostu warto sięgnąć.
W trakcie wyjazdu zaczęłam czytać „W stronę mroku” Lindy Nagaty, jednak chyba na razie ten tytuł sobie odpuszczę, dlatego też nie umieściłam go na zdjęciu.

Skoro omówiłam już to, co przeczytałam, przejdźmy do nowości. Przyznam Wam, że z powyższego stosu zaledwie trzy tytuły kupiłam, przez co możecie w nim wypatrzeć książki kompletnie nie pasujące do moich standardowych preferencji czytelniczych: chce po prostu przetestować trochę „dziwności”, by po prostu mieć większe pole do popisu przy polecaniu Wam tytułów. Ale po kolei!

Na pierwszy ogień trzy zakupione przeze mnie książki. Wszystkie pochodzą z dyskontu i gdyby nie to prawdopodobnie nigdy by do mnie nie trafiły. Książki Licii Torsi, czyli dwa tomu „Legend Świata Wynurzonego” zakupiłam przez powiew nostalgii. Jej „Kroniki Świata Wynurzonego” poznałam na przełomie szkoły podstawowej i gimnazjum, dlatego widząc je po dyszkę za sztukę nie mogłam się oprzeć. Zobaczymy, czy i po latach raczej młodzieżowe książki tej autorki też mi się spodobają. Trzeci tytuł, czyli książka Jemisin to już nieco bardziej przemyślany wybór: dwa pierwsze tomy „Trylogii o pękniętej ziemi” naprawdę mi się spodobały, więc po prostu sięgnęłam po kolejne dzieło autorki.

A teraz czas na książki „nie-kupione”. Wszystkie pochodzą z portalu CzytamPierwszy.pl – jeśli chcecie, mogę napisać dla Was osobny wpis o tym miejscu w sieci, jednak w skrócie mogę powiedzieć, że o ile początkowo byłam do tego pomysłu sceptycznie nastawiona, tak teraz moim zdaniem naprawdę spełnia swoje zadanie. Zwłaszcza, że zamawiając tam książki nie mam bezpośredniego kontaktu z wydawcą, przez co mam poczucie, że mogę pozwolić sobie na nieco więcej szaleństwa i wziąć tytuły, których nie jestem w pełni pewna. Ale wróćmy do samych tytułów. Na początek – jednotomówki i pojedyncze części serii.

Zacznijmy od góry. Nie mam pojęcia, czemu zamówiłam „Kości proroka” – naprawdę, nie pamiętam w jaki sposób trafiły do mojego koszyka. Niemniej, z opisu z tyłu okładki wnioskuje, że to jakiś kryminał, więc mam nadzieję na dobrą zabawę. W końcu wciąż szukam dobrych, polskich książek z tego gatunku.
„Banda niematerialnych szaleńców” to debiut polskiej youtuberki. Ta młodzieżowa powieść fantasy raczej budzi moje wątpliwości: Maria Krasowska to bardzo sympatyczna, młoda dziewczyna, ale po prostu obawiam się jakości wątków fantastycznych w tej fantastycznej książce. Niemniej, przetestuje, sprawdzę – i na pewno dam Wam znać.
„Bogini niewiary” przygarnęłam, aby sprawdzić, o co chodzi z Tarryn Fisher, chociaż po aktualnych recenzjach tej książki wnioskuje, że to chyba nienajlepszy wybór na start. Niemniej, książkę zamawiałam, nim jakiegokolwiek opinie zaczęły się pojawiać i staram się być dobrej myśli.
„Żmijowisko” Chmielarza to kolejny „kryminalny eksperyment” i w przypadku tej książki jestem jak najbardziej pozytywnej myśli. Ostatni tytuł zaś, czyli „Diabelski młyn” może niektórych z Was nieco zdziwić, bo na dwa poprzednie tomy tej trylogii zdecydowanie narzekałam. Niemniej, w międzyczasie przeczytałam inne książki Jadowskiej, które raczej okazały się miłymi lekturami, a sama seria okazała się trylogią właśnie, dlatego postanowiłam, że skoro znam już 2/3 tej historii to po prostu ją dokończę, by zobaczyć, co z tego wszystkiego wyniknie.

No i na koniec dwie serie. „Kroniki Drugiego Kręgu” to młodzieżowe fantasy, które zwróciło moją uwagę przez głuchoniemego głównego bohatera. Choć są u mnie dopiero trzy tomy to spokojnie – czwarty jest już w drodze, dlatego prawdopodobnie dość szybko poznam całość. Spodziewam się lekkich „czytadeł” na jeden wieczór z w miarę sensownym światotworzeniem, które będę mogła Wam polecać.
„The perfect game” jest zaś po prostu ekperymentem. Gdy poprzednie tomy pojawiały się na portalu kompletnie je ignorowałam, ale ponieważ nadarzyła się okazja wzięcia wszystkich trzech razem to uznałam, że najwyżej będą ładnie wyglądać na mojej półce. A kto wie, może w końcu jakiś romans po prostu mi się spodoba?

Jak widzicie, większość z tych książek to raczej literatura bardzo lekka, typowo rozrywkowa, ale szczerze mówiąc – absolutnie na to nie narzekam. Nie dość, że mam kilka poważniejszych tytułów czekających na półce (a lubię je mieszać z lekkimi książkami) to jeszcze w sierpniu czeka mnie pisanie licencjatu, dlatego lekkie pozycje doskonale nadadzą się mi na odskocznie.

piątek, 27 lipca 2018

W poszukiwaniu jednotomowej powieści science-fiction


Tu mnie teraz spotkasz: https://fantastykacodzienna.pl/
Gdy jakiś czas temu przygotowałam dla Was wpis z jednotomowymi powieściami fantasy bardzo dobrze go przyjęliście. Zapytałam wtedy, czy chcecie też wpis o książkach science-fiction. Wielu z Was odparło, że tak. Dlatego też zapraszam Was na „kontynuacje” tamtego wpisu, tym razem jednak w klimatach science-fiction właśnie. Pamiętajcie, że ujmuje tu tylko książki, które przeczytałam, dlatego wielu ciekawych pozycji na pewno tu brakuje.


„Czy androidy marzą o elektrycznych owcach” Philipa K. Dicka
Oto klasyczne dzieło, na bazie którego powstał równie klasyczny film. Nie jest to wprawdzie zupełnie czyste science-fiction, bo Dicka jednak często zalicza się do nurtu weird fiction, które chociaż stoją obok książek fantastyczno-naukowych to jednak nie jest nim w pełni. Niemniej, akurat to dzieło tego autora moim zdaniem nie ma aż tak wielu „dziwnych” elementów. Wracając do samej książki, ta jednotomowa historia opowiada o pewnym łowcy androidów, który musi poradzić sobie z kilkoma mechanicznymi uciekinierami. Powieść naprawdę dobra i raczej przyjemna w odbiorze, która powinna spodobać się każdemu fanowi dystopii.
>> Moja pełna opinia

„Różaniec” Rafała Kosika
Tak jak i wyżej, mamy do czynienia z dystopią, choć utrzymaną już w zdecydowanie innym klimacie. Kosik w swoim „Różańcu” miesza fantastykę socjologiczną z thillerem, kreując naprawdę niezwykłą powieść. Choć nie jest to książka bardzo lekka, to na pewno jej lektura jest satysfakcjonująca i jeśli tylko szukacie powieści jednotomowej, nad którą będziecie musieli się na chwilę zatrzymać… ta historia jest dla Was.

>> Moja pełna opinia

„Paradyzja” Janusza Zajdla
Skoro już wspomniałam o fantastyce socjologicznej to jej polskiego prekursora po prostu nie może tu zabraknąć. „Paradyzja” opowiada o odizolowanej kolonii, którą odwiedza pewien dziennikarz i stopniowo odkrywa jej tajemnice. Powieść naprawdę dobrze napisana, która mimo swojego wieku (bo wydana została w latach 80.) jest dalej bardzo przystępna i przyjemna w odbiorze… nawet mimo specyficznego, niekoniecznie sympatycznego klimatu dystopii.

„Planeta małp” Pierre Boulle
Ta książka, na bazie której powstały kultowe już filmy, jest też już raczej starszym SF. I niestety, widać w niej upływ czasu, zarówno pod względem technologii, jak i wykorzystanych motywów. Niemniej, to dalej naprawdę dobra książka, poruszająca ciekawe tematy. Zastanawia się, co byłoby, gdyby to inny gatunek, nie ludzie, zaczął rządzić naszą planetą. I co byłoby, gdyby okazało się, że nierozumne istoty jednak myślą tak, jak my. Naprawdę, jeśli tylko macie jakiekolwiek doświadczenie z science-fiction po tę niedługą powieść warto sięgnąć.
>> Moja pełna opinia

„Marsjanin” Andy’ego Weiera
Science-fiction bardzo bliskiego zasięgu w pełnej krasie. Oto sympatyczna powieść, która jednocześnie nie stroni od naukowego słownictwa. Tej historii samej w sobie chyba nie da się nie polubić. Główny bohater jest bardzo sympatyczny, a całość jest naprawdę przyjemnie napisana. Jeśli więc szukacie czegoś pozytywnego, „Marsjan”, opowiadający o człowieku, który przypadkiem został sam na Marsie, nie może Was ominąć.

„Wodny nóż” Paola Bacigalupiego
Oto książka, do której mam absolutną słabość. To post-apokalipsa, której akcja toczy się w świecie, w którym brakuje wody. Ma w sobie sporo z sensacji, jednak to nie ten aspekt sprawia, że tak lubię tę powieść: po prostu brakuje mi książek, w których tak dobrze opisana jest relacja między głównymi bohaterami. Na całe szczęście „Wodny nóż” tę pustkę trochę zapełnia.

„Na skraju jutra” Hiroshi Sakaruzaki
Halo, młodzieży? Szukacie SF? Oto książka dla Was. Niedługa, pełna akcji i całkiem ciekawa. Jeśli tylko szukacie czegoś z niewielką dawką romansu i jeśli tylko lubicie podróże w czasie naprawdę warto się z nią zapoznać. Niemniej, to jednak lektura dla młodszego czytelnika, albo takiego, który nie ma szczególnie wysokich wymagań: w końcu to japońska ligh novelka, pisana właśnie z myślą o takich osobach.

„Wydrążony człowiek / Muza ognia” Dana Simmonsa
Jeśli chcecie sprawdzić, jak pisze dość popularny Dan Simmons, ale jednocześnie nie macie ochoty brać się za serię musicie sprawdzić tę lekturę. Przede wszystkim wewnątrz książki mamy dwie powieści, napisane w zupełnie innych konwencjach, co da nam szerszy obraz na jego twórczość. Poza tym „Wydrążony człowiek” to historia, którą naprawdę dobrze wspominam… i która spodoba się niekoniecznie tylko fanom science-fiction. Bo to w końcu przede wszystkim powieść o miłości.

„Solaris” Stanisława Lema
O tym dziele chyba każdy słyszał. A czy każdy czytał? Podejrzewam, że niekoniecznie. A warto! Najbardziej popularna książka Lema nie jest w końcu tak znana bez przyczyny. To powieść opowiadająca o człowieku, który ląduje na obcej planecie i odkrywa, że w stacji badawczej coś niekoniecznie gra. A cóż to takiego? By się przekonać musicie tę lekturę po prostu przeczytać.


Poniżej zachęcam Was do dzielenia się swoimi typami. Jakie jednotomowe powieści science-fiction polecacie? I dla kogo?

poniedziałek, 23 lipca 2018

Wyjazdowy „update”



Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/

 
Cześć! Jak część z Was wie (bo pisałam o tym TUTAJ) przebywam obecnie w pracy wakacyjnej za granicą (o której dokładniej zaś pisałam TUTAJ). Mam bardzo ograniczony czas: dziennie zostają mi może dwie godziny dla siebie, w trakcie których jestem zwykle zbyt zmęczona, by robić cokolwiek sensownego, a co za tym idzie: nie mam ani jak czytać, ani jak spokojnie zająć się blogiem, czy Instagramem.
Na całe szczęście dla mojej internetowej działalności prawdopodobnie już w najbliższy weekend będę w domu. Osobiście zaś nie wiem do końca, czy się cieszyć. Z jednej strony dłuższy pobyt oznacza większy zarobek, a o to w tym wyjeździe chodzi. Z drugiej… cóż…
Praca na taśmie przez tyle godzin dziennie to naprawdę nic przyjemnego. Wprawdzie po pierwszych dwóch tygodniach trochę przywykłam do tego trybu i nie mam ochoty bezustannie gdzieś iść, drapać się, zmieniać pozycji itd., ale nie zmienia to faktu, że przez kurz mam nieustający kaszel, zaś moje plecy też zaczynają się buntować. Nie jest to zdecydowanie zajęcie na dłuższą metę, choć ma swoje zalety. Tak unormowanego trybu życia jak tutaj nie mam nigdy i nigdzie. Nawet z pokoju codziennie rano wychodzę dokładnie w tych samych godzinach, bo zawsze robię to w „towarzystwie” tych samych osób. Niemniej, widzę, że też wszystkim współpracownikom powoli zaczynają puszczać nerwy, bo spięcia z dnia na dzień zdają się być coraz częstsze.
Najbardziej boli mnie obecnie brak czasu na czytanie. Głównie dlatego, że do mojego domu cały czas przychodzą nowe tytuły i zastanawiam się, kiedy po prostu to wszystko nadgonię (biorąc pod uwagę, że od połowy maja mam zastój czytelniczy). Na całe szczęście sierpień mam praktycznie wolny i liczę, że wtedy i wyczytam sporą część tego co mam, i zabiorę się porządnie za licencjat (który dotyczy fantastyki, więc… czytanie uznajmy za reascherch).
W ogóle, macie ochotę na post z książkami, które przyszły pod moją nieobecność? Moglibyśmy „razem” zobaczyć, co do mnie przyszło. Ponadto od czerwca mam sporo pomysłów na nowe posty, tylko niestety – brak czasu nie pomaga w napisaniu ich.
Mam nadzieję, że taki „update” Wam nie przeszkadza. W każdym razie, zapraszam na DM już za dwa dni, bo zgodnie z harmonogramem pojawi się tu moja opinia na temat jednej z ciekawszych książek Aghaty Christie.

czwartek, 19 lipca 2018

Czemu nie tworzę „topek”?

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/



 
Jeśli śledzicie Drewniany Most doskonale wiecie, że choć pojawiają się tu zestawienia różnych książek to nigdy nie tworzę „topek”. Nigdy nie piszę, które książki są najlepszymi z najlepszych i które KONIECZNIE musicie przeczytać. Czemu? Sprawa jest prosta. Nawet bardzo.
Zacznijmy od tego, że naprawdę lubię robić dla Was różne, tematyczne zestawienia. Wiem, że często szuka się książki z jakąś konkretną cechą, na przykład dobrą na prezent, jednotomową, o elfach, wróżkach, czy z akcją w konkretnym miejscu. A ja lubię takich wspólnych cech wyszukiwać, więc znalezienie takich pozycji i wrzucenie ich do jednego wpisu to dla mnie po prostu dobra zabawa. Ja robię to, co lubię, Wy dostajecie coś często przydatnego, więc obydwie strony wygrywają. Robię to i rezygnować z tego nie mam zamiaru.
Ale „topki”? Tego typu wpisy wzbudzają we mnie wewnętrzny bunt. Nie widzę sensu w ich tworzeniu.
Po pierwsze, w tego typu wpisach u innych zwykle brakuje mi mocnego zaznaczenia, że zestawienie to dotyczy tylko mnie i wybieram tylko spośród przeczytanych przeze mnie książek. Niby to jest jasne, niby oczywiste… a jednak, gdy tego brakuje, od razu mam podświadome wrażenie, że autor stawia się wyjątkowo wysoko, skoro spośród tak bogatego gatunku, jakim jest fantasy, wybiera „top 5”. A to – rzecz jasna – od razu mnie od autora odrzuca.
Po drugie, nigdy nie do końca rozumiem kryterium wyboru. No bo co sprawia, że jedna książka jest obiektywnie lepsza od drugiej? Nie ma czegoś takiego! Literaturę odbieramy zupełnie subiektywnie i coś, co jest dla mnie na pierwszym  miejscu nie będzie na pewno na takowym u większości otaczających mnie osób. Ustawianie w szeregu książek, filmów, czy jakichkolwiek innych prac artystów (mniejszych, lub większych – ale jednak artystów) to jak ustawianie w kolejności ludzi. Mogę ocenić, jakie dana osoba ma wady i zalety. Mogę ustalić, kogo wolę. Ale nie jestem w stanie obiektywnie wybrać człowieka, który jest najlepszym z najlepszych.
Sprawa ma się trochę inaczej, jeśli chodzi o produkty codziennego użytku. Jeśli wiem, że płyn do naczyń ma myć i przy okazji ładnie pachnieć to ten, który jednocześnie najlepiej myje i najlepiej pachnie jest tym najlepszym. Proste. Ale niestety, dzieł kultury to po prostu nie obejmuje.
Trzecia sprawa dotyczy tego, że… kryteria wyboru są dla mnie często trochę niejasne. Dobrze, wybieramy „top 5” najlepszych książek fantastycznych z tego roku. Niech będzie! Tylko co oznacza, że te książki są najlepsze? Są najlepiej napisane? Mają najciekawsze pomysły na świat? A może po prostu w moim subiektywnym odbiorze są najfajniejsze? Te kategorie, które pojawiają się na blogach są często też zbyt… ogólnikowe. Bo najzwyczajniej w świecie podana przeze mnie przed chwilą kategoria jest zbyt szeroka. W fantastyce naprawdę jest wszystko! I horror, i kryminał, i przygoda, i romans, i historia, i socjologia… wymieniać można bez końca. A to takie kategorie widuje najczęściej.
Wyobrażam sobie, że gdybym miała już szykować „topkę” to ewentualnie mogłoby to być zestawienie bardzo tematyczne. Wiecie, coś w stylu „top 5 książek o syrenkach”. Problem polega jednak na tym, że abym czuła się na siłach, by coś takiego zrobić, musiałabym przeczytać z setkę książek w takiej tematyce… a to jest raczej niewykonalne. Nie w najbliższej przyszłości.
Dlatego choć rozumiem potrzebę robienia takich wpisów przez innych to ja sama naprawdę nie widzę w tym ani większego sensu, ani nie czuję takiej potrzeby… Zwłaszcza, że tu, na DM, nie występuję w roli specjalisty. Jestem czytelnikiem, który lubi o książkach pisać i mówić. Tak skrupulatne ocenianie wolę zaś zostawić tym, którzy są w swojej dziedzinie niekwestionowanymi autorytetami.

środa, 11 lipca 2018

Kultowe marki: Szybcy i wściekli



Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/

Jak pewnie część z Was domyśliła się po tytule, mam zamiar zacząć pewną „serię” – z tym, że jak to u mnie na blogu bywa, nie będzie to raczej nic regularnego. Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę nie miałam okazji zapoznać się z wieloma kultowymi „markami” tworów kultury na bieżąco, gdy wychodziły: po części dlatego, że nie jesteśmy w stanie poznać wszystkiego na raz, po części przez to, że z reguły po prostu mam nieco opóźniony zapłon. Nie widzę jednak często sensu w pisaniu osobnego wpisu dla danego dzieła, które jest częścią powszechnie znanej serii... i stąd pomysł na te posty, w których po pierwsze, mam zamiar wyrazić swoje własne zdanie, po drugie – wspomóc takie osoby jak ja, które zwykle są opóźnione z poznawaniem kultowych już marek. Mam nadzieję, że dzięki temu po prostu będziecie w stanie wybrać bardziej odpowiadające Wam dzieła.

Dziś – jak nazwa tego wpisu sugeruje – na tapet weźmiemy „Szybkich i wściekłych”. Dlaczego? A no bo... właściwie dopiero niedawno nadrobiłam wszystkie filmy z serii, które dotychczas wyszły. Prawda jest taka, że jakoś nigdy mnie po prostu nie interesowały. Znałam nazwę, pewnie widziałam fragmenty w telewizji, ale właściwie nic więcej. Nie miałam pojęcia o fabule i tle powstania tych filmów. Zwłaszcza, że szybkie bryki nigdy nie leżały w kręgu moich zainteresowań. Ale... zabrałam się za te filmy i... muszę przyznać, że trochę wpadłam w te historie.


Pierwszy z filmów, czyli „Szybcy i wściekli” z 2001 roku, w reżyserii Roba Cohena był – z tego co się orientuje – odpowiedzią na modne wtedy uliczne wyścigi samochodów. Dostajemy więc prostą fabułę, w której młody policjant, Brian O’Conner (Paul Walker) ma wkupić się w łaski pewnej wyścigowej „drużyny”, na której czele stoi Dominic Toretto (Vin Disel), aby zbadać, czy to ona zajmuje się porwaniami ciężarówek.
Muszę przyznać, że sama nie wiem, czym ten pierwszy „odcinek” mnie kupił: bo nie mam tu ani dobrych efektów, ani szczególnie dobrego aktorstwa, ani fabuły. Niemniej... same relacje między bohaterami były czymś, co w dziwny sposób po prostu mi „siadło”. Nawet, jeśli wszystko było bardzo przerysowane i prostolinijne.
Druga część to w pewnym sensie powtórka z rozrywki. „Za szybcy, za wściekli”, film Johna Singletona odcina się nieco od poprzednika. Znika nam Van Disel, za to pojawia się Tyrese Gibson, który wraz z Paulem Walkerem znów musi rozwiązać kryminalną zagadkę, ścigając się szybkimi samochodami. Wiele osób uważa tę część na najsłabszą ze wszystkich...   być może tak jest, choć muszę przyznać, że postać Gibsona, czyli Romana Pearce najbardziej lubię we właśnie tej odsłonie: w kolejnych częściach zrobiła się z niego po prostu naczelna maruda.
Następnie mamy próbę zrobienia czegoś dalej utrzymanego w klimacie wyścigów samochodowych, ale z zupełnie innymi bohaterami. „Szybcy i wściekli: Tokio Drift” Justina Lina to opowieść o młodym chłopaku, Shaunie (Lucas Black), który przenosi się do Japonii z powodu problemów w szkole w USA. Tam trafia na Hana (Sun Kang), który uczy go driftu. Przyznam: to jedyna część na której po prostu przysypiałam. Mamy tu typową historię od zera do bohatera, która być może spodoba się fanom samochodów właśnie, ale... dla mnie była to powtarzalna opowieść, ze sporą ilością głupich wpadek. Jedynie postać Hana (który wraca w kolejnych odsłonach) zwróciła bardziej moją uwagę.



Kolejne części zaś... cóż, to jazda bez trzymanki. Twórcy odchodzą od wyścigów samochodowych jako takich i biorą się za tych „Szybkich i wściekłych” jakich chyba obecnie najbardziej kojarzymy. Choć aut tu nie brakuje, to wszystko skupia się na rodzinie Torreto, która wspólnymi siłami walczy zarówno o siebie, jak i o uratowanie świata. To filmy o superbohaterach, którzy zamiast supermocy mają supersamochody. Tu pod względem fizyki nic nie działa tak, jak powinno, ale jednocześnie seria robi się tak widowiskowa i pomysłowa, jeśli chodzi o ilość i rodzaje wybuchów, że... chyba po prostu nie da się tego oglądać bez poczucia jakiejś dziwnej satysfakcji.


Wspominałam już o rodzinie, nie? No właśnie... te filmy są przede wszystkim o rodzinie, o której ciągle, wręcz łopatologicznie nam się przypomina. Niemniej... to działa. Bo tej drużyny bohaterów chyba nie da się nie lubić. Każda z postaci jest prosta i schematyczna, ale jednocześnie tak sympatyczna, jak tylko się da. I chyba to sprawia, że ja sama tak dobrze te filmy odbieram, nawet, jeśli jest to rozrywka raczej dla oczu, niż dla umysłu. Bo nad tą linią fabularną i sensem niekoniecznie zawsze warto się zastanawiać.



Warto pamiętać, że produkcja części siódmej z 2015 roku odbyła się z ogromnymi przeszkodami. Paul Walker, aktor grający jednego z głównych bohaterów, zmarł w wypadku samochodowym, co prawie doprowadziło do zakończenia nagrań: ostatecznie jednak całość udało się zakończyć, jednak przez to scenariusz filmu musiał zostać zmieniony... więc całość wypada nieco koślawo. Niemniej, samo pożegnanie Paula wypada bardzo dobrze... wyłączając piosenkę, której moim zdaniem do dobrej trochę daleko.
Dodam też, że nie ma potrzeby oglądania wszystkich tych filmów po kolei: ich fabuła jest tak prosta, że... naprawdę, połapanie się w tym wszystkim nie będzie trudne.
„Szybcy i wściekli” to seria filmów akcji, która sprawdza się przez absurdalne pomysły, świetne efekty i mocne skupianie się na fabule. Mam wrażenie, że to jeden z tych nielicznych przypadków, w których kolejne filmy wcale nie są gorsze: po prostu na przestrzeni lat seria mocno ewoluowała, mając wzloty i upadki, jednak w jakiś sposób wychodząc na prostą. To już kultowa marka, na którą warto zwrócić uwagę, jeśli szuka się filmów do obejrzenia w formie maratonu z przyjaciółmi, albo po prostu – czegoś na rozluźniające popołudnie.

niedziela, 1 lipca 2018

Przewodnik po fantastyce dla zielonych

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Cześć! Wiem, że wielu z moich czytelników jest jakoś związanych z fantastyką: jednak to ten temat pojawia się tu najczęściej, a swój swego przyciąga, prawda? Nie zmienia to jednak faktu, że i zbłąkane duszyczki się tu pojawiają, co często od razu widać w komentarzach. Bo widzicie, fantastyka to nie to samo co science-fiction, a słowo „fantasy” zapisujemy… no właśnie, jak? Dziś post-poradnik, czy raczej post-słowniczek dla zielonych: jeśli nie macie pojęcia o fantastyce to mam nadzieję, że dzięki temu tekstowi po prostu przestaniecie popełniać pewne drobne, ale popularne błędy.

1. Zacznijmy od słowa „fantasy”, skoro już ten problem wywołałam. Bardzo często spotykam się z osobami, które mają na myśli właśnie je, a zamiast tego tworzą dwa dziwolągi: „fantaZy” i „fantasTy”. Te dwa sposoby zapisu są błędne! „Fantasy” zapisujemy z jednym „t” i przez „s”. To słowo wywodzące się z angielskiego (a nie od słowa fantasTyka) i nie spolszczone, występujące w słowniku tylko w tej jednej, jedynej formie.

2. Według Słownika Języka Polskiego słowo „fantastyka” to twórczość literacka, filmowa, lub inna przedstawiająca świat i wydarzenia nierealne. Należy przy tym pamiętać, że obejmuje ona między innymi trzy główne podgatunki: science-fiction, fantasy oraz horror. 


3. Fantastyka nie jest realizmem magicznym. Mam wrażenie, że łatwo rozróżnić te dwa gatunki: twórca fantastyki chce, byśmy uwierzyli w jego świat. W przypadku realizmu magicznego coś takiego nie występuje. Niemniej, w tej kategorii nie jestem akurat specjalistą i mogę się mylić.

4. Fantasy to te dzieła kultury, które odwołują się do mitologii i baśni, nie wyjaśniając nam w techniczny sposób, jak w danym świecie działa magia. Na przykład bohater korzystając ze swojej magicznej mocy wbija gwóźdź w ścianę. Nie wiemy, skąd ma energię i jak to dokładnie działa.

5. Science-fiction to dzieła kultury, które odwołują się do przyszłości oraz różnego rodzaju technologii. W tym podgatunków działanie szeroko pojętej magii jest nam w jakiś sposób wyjaśnione. Na przykład bohater wbija gwóźdź w ścianę nie dotykają go, za to korzystając z pomocy niewidzialnych gołym okiem Nano botów.

6. Horror to te dzieła kultury, które przedstawiają pozornie zwykłą rzeczywistość, w którą wkradają się mroczne siły. Albo inaczej: to historia obyczajowa, opowieść o zwykłych ludziach, ale z nadprzyrodzonymi, mrocznymi elementami.

7. Często mówi się też o science-fantasy: ten gatunek pojawia się, gdy twórca łączy science-fiction z fantasy. Na przykład w „Panu Lodowego Ogrodu” Grzędowicza bohater to Ziemianin z przyszłości, który ląduje na planecie na której obecnie panuje średniowiecze, a magia jest czymś rzeczywistym. Mamy elementy science-fiction (ulepszony przez wynalazki główny bohater, sama podróż kosmiczna) i fantasy (magia, baśniowy klimat). Jak podał autor tekstu na Lekturze obowiążkowej bohater takiej powieści prawdopodobnie może powiedzieć: dlaczego ten smok zeżarł mi lądownik?”.

8. Korzystanie z kategorii na Lubimy Czytać i przekopiowywanie ich do postów w przypadku fantastyki zwykle kończy się błędem. Ta kategoria, występująca tam jako „fantastyka, fantasy, science-fiction” nie jest najlepiej sprecyzowana: pamiętajcie, że słowo „fantastyka” zawiera w sobie dwa kolejne, a coś, co jest powieścią fantasy prawdopodobnie nie będzie powieścią science-fiction.

9. Jeśli piszesz recenzje i w metryczce książki nie wiesz, czy wpisać „science-fiction”, czy „fantasy” napisz po prostu „fantastyka” – to zawsze jest po prostu bezpieczne wyjście do którego nikt nie będzie mógł się przyczepić.


10. Pozostając w temacie gatunków, jeśli historia przez lwią część jest opowieścią obyczajową, utrzymaną w jej tonie i wyraźnie kierowaną do odbiorcy takich historii, ale zawierając jedynie drobny element nadnaturalny to dalej możemy zaliczyć ją do gatunku obyczajowego. Możemy ewentualnie dopisać, że historia zawiera elementy paranormalne/nadnaturalne, lub jest realizmem magicznym. Na przykład: „Prawo Mojżesza” Amy Harmon, „Karmin” Angnieszki Meyer, „Był sobie pies” Bruce Camerona.

11. Najważniejszą nagrodą literacką w dziedzinie fantastyki jest Nagroda Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla, przyznawana co roku jednej powieści i jednemu opowiadaniu na konwencie Polcon. Nosi imię pierwszego laureata tej nagrody.  Amerykańskim odpowiednikiem naszego Zajdla jest Nagroda Hugo, przyznawana co roku na konwencie Worldcon.

12. Nim powiesz, że nie lubisz fantastyki, zastanów się, czy aby na pewno. Pamiętaj, że między innymi filmowa i komiksowa twórczość Marvela to też fantastyka – piszę o tym,  ponieważ wielokrotnie spotkałam się z osobami, które twierdzą, że tego gatunku nienawidzą, jednocześnie wychwalając Iron Mana.

13. To, że chcemy tworzyć fantastykę, nie oznacza wcale, że wolno nam absolutnie wszystko: ten gatunek to nie surrealizm, czy abstrakcja. Każde odstępstwo od „realnego” świata powinno zostać w miarę logicznie wyjaśnione. Nie zawsze musi być to nic rozbudowanego – ale ma „zamknąć” odbiorcy usta i pytania dotyczące logiki funkcjonującej w danym świecie. Jeśli więc widzisz tego typu dziurę w historii nie zrzucaj tego na cały gatunek: to prawdopodobnie błąd tego konkretnego twórcy. Poniżej, w ramach ciekawostki, zamieszczam filmik z Brandonem Sandersonem, który opisuje prawa magii, które powinny rządzić (jego zdaniem oczywiście) twórcami fantastyki.


„Zielonych” zapraszam do zadawania pytań odnośnie fantastyki w komentarzach, zaś tych bardziej doświadczonych: do dzielenia się tym, w czym często widzą błędy, a o czym ja zapomniałam.