sobota, 30 grudnia 2023

Legendy i latte: łowczyni przygód otwiera kawiarnie


Viv to orczyca, najemniczka i poszukiwaczka przygód. Postanawia jednak zakończyć swoją karierę, próbując czegoś nowego. Opuszcza swoją drużynę, aby otworzyć kawiarnię w mieście, które nawet nie wie, co to kawa.


Legendy i latte
Cykl Legendy i latte, t. 1
Travis Baldree
wyd. Insignis, 2023

Przytulna, lekka fantastyka, która przy okazji trzyma pewien poziom to coś, co sprawdza się doskonale zawsze, nie tylko jesienią. Jednakże nie łatwo jest znaleźć taką, która przy tym byłaby po prostu naprawdę dobrą i wciągającą książką. „Legendy i latte” Travisa Baldree chyba jednak nawet nie próbowały ponad pewną przeciętność wyjść, w związku z tym, choć to lektura całkiem sympatyczna, to jednak chciałabym, aby było w niej troszeczke więcej „czegoś”.

To doskonały przykład obyczajowego fantasy. Takiego, który opisuje po prostu zwykłe życie niby magicznych stworzeń. Dostajemy więc raczej generyczny świat wyjęty z rozgrywki RPG, którego nie trzeba szczególnie przedstawiać, bo to nie on jest tutaj istotny. Autor wyraźnie wie, z czym to się je i dobrze czuje się w takich realiach, więc przedstawia je wystarczająco dobrze, skupiając się na głównej bohaterce oraz na tym, jak rozwija ona swój interes.

„Legendy i latte” to nie jest powieść o jakiejś bardzo skonkretyzowanej fabule, która w jakiś sposób trzyma w napięciu. To naprawdę prosta, obyczajowa historia, w której Viv po prostu tworzy kawiarnie. Obserwujemy najpierw jak ją kupuje, remontuje, zatrudnia kolejne osoby, sprzedaje kawę… W międzyczasie zaczyna zaprzyjaźniać się z częścią postaci, a w tle pojawia się prościutka intryga, która pozwala autorowi nieco podkręcić akcję na samym końcu i domknąć powieść jako całość. 

Biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z debiutem, historia jest napisana naprawdę poprawnie. Czyta się ją lekko i miło. Baldree stawia przy tym raczej na ogólnie poczucie ciepła w tekście, niż na rzucacie żartami, jak to robi na przykład Marcin Mortka w „Nie ma tego złego”. 

Niemniej, jak już wspominałam, mi w tej historii po prostu brakuje „czegoś”. I „tym czymś” mogłoby być naprawdę wszystko: bardziej wyrazisty styl, lepsza chemia pomiędzy bohaterami, nieco mocniej zawiązana intryga. Coś, co naprawdę wyróżniłoby tę powieść na tle podobnej fantastyki i sprawiłoby, że trudno o niej zapomnieć. Coś, dzięki czemu „Legedny i latte” byłyby czymś nieco więcej, niż książkowym symulatorem zakładania kawiarni, w trakcie którego odblokowuje się kolejne rodzaje kaw i ciasta, które można dodać do menu. 

Co chyba warto zauważyć, choć to pierwszy tom z serii to powieść sama w sobie jest zamkniętą całością. W związku z czym bez problemu można potraktować ją po prostu jako jedyne spotkanie z bohaterami, jeśli akurat ktoś nie przepada za cyklami.

Z tego też powodu w moim odczuciu to kolejna dość generyczna historia, która niewiele do mojego w życia wnosi i w którą nie wkręciłam się na tyle, aby móc o niej powiedzieć, że zagwarantowała mi sporo dobrej rozrywki. Nie oznacza to jednak, że inne osoby się w nią nie wkręcą i nie będą się przy niej dobrze bawić, także jeśli przedstawiony przeze mnie opis powieści Wam odpowiada to być może „Legendy i latte” akurat Wam sprawią trochę radości.


środa, 27 grudnia 2023

Wracać wciąż do domu: albo do Le Guin po latach



Po latach wróciłam do twórczości Ursuli Le Guin. „Wracać wciąż do domu” to ok. 1200-stronnicowy omnibus, który zawiera tytułową powieść, zbiór opowiadań „Międzylądowania” oraz trylogię „Kroniki Zachodniego Brzegu”. Jako że to książka długa, a moje ostatnie spotkanie z tą autorką było dość męczące, odkładałam jej lekturę, ile wlezie i swoje na mojej półce przeleżała. Ale jak się okazało, nie do końca słusznie. 

Wracać wciąż do domu
Ursula K. Le Guin
wyd. Prószyński i S-ka, 2018

Tę książkę można właściwie podzielić na pół. Pierwsza połowa to fabularna trylogia, druga zaś to dzieła nieco bardziej… cóż, koncepcyjne? Chyba tak mogę to określić. Poszczególne jej części są więc zupełnie inne, ale pewne dla mnie jest jedno – styl pisania Ursuli Le Guin jest bardzo, ale to bardzo charakterystyczny. Mam wrażenie, że gdybym dostała jakiś jej tekst, nie wiedząc, czyj jest, bez większego problemu zgadłabym, kto go napisał.

Le Guin tworzy trochę tak, jakby pisała kronikę. Niezależnie od tego, jaką historię opowiada i czy w ogóle jest to historia, to zawsze stoi jakby z boku. Przy tym ma niezwykle ładne, wręcz poetyckie pióro. W swoich historiach nie skupia się zaś na wielkich i potężnych bitwach, a raczej na tym, co z nich wynika dla zwykłych ludzi. Gdy w standardowej powieści fantasy główny bohater będzie wojownikiem, biorącym udział w starciach, tak u niej będzie to mieszkaniec wioski, która została napadnięta. To wszystko sprawia, że jej twórczość jest jednocześnie bardzo unikatowa, jak i czasem męcząca oraz zdecydowanie nie dla wszystkich. To po prostu inny sposób narracji niż ten, do którego współczesny czytelnik jest przyzwyczajony.

Należy jednak tu też dodać, że to autorka o unikatowej wrażliwości, która była świetną obserwatorką rzeczywistości. Z tego powodu poruszane przez nią problemy społeczne, czy proponowane rozwiązania na takowe zawsze są przynajmniej interesujące i zasługujące na to, by się nad nimi pochylić.

Jeśli chodzi o same jej prace zawarte w tym zbiorze, to zacznijmy najpierw od tych, które znajdują się na początku, czyli od młodzieżowej trylogii „Kroniki Zachodniego Brzegu”. To trzy powieści, skonstruowane trochę tak jak trylogia „Zamek” Diany Wynny Jones. Bohaterowie pojawiający się w tomie pierwszym spinają wszystkie trzy części, jednak poza właśnie tomem pierwszym nie grają pierwszych skrzypiec. Każda z tych powieści jest przy tym od siebie inna.

Pierwsza część, czyli „Dary” to dość obyczajowa opowieść o młodych ludziach z niezwykłymi mocami, którzy jakoś próbują sobie przeżyć w niewielkiej wsi. Rzecz ładna, poruszająca wątki rodzinne, choć bez szczególnie dużej akcji. Dla mnie osobiście była to po prostu dość komfortowa lektura, z takim zastrzeżeniem, że nie byłabym w stanie czytać takich rzeczy bezustannie; jednak chciałabym ciut więcej akcji.

Druga część, czyli „Głosy” podobała mi się najbardziej. To powieść osadzona w niegdyś naukowym mieście, które zostało podbite przez lud uznający słowo pisane za herezję. To historia o różnicach kulturowych, opowiadana z perspektywy nastolatki będącej potomkinią dwóch ludów. Odpowiadał mi tu zarówno klimat, ogólna tematyka, jak i rytm powieści, w której już nieco więcej się działo.

„Moce” to zaś historia niewolnika, który zostaje z pewnych powodów zmuszony do wyruszenia w podróż. Choć jest najdłuższa z nich wszystkich i choć w teorii to historia podróży to sama miałam wrażenie, że najmniej mi wnosi do życia i szczerze mówiąc, zaczynałam się już przy niej męczyć. Jednak może to była też wina zmęczenia materiałem.

Dwa kolejne dzieła to tak naprawdę opisy fantastycznych światów. I w tym przypadku mój osobisty problem z nimi polega na tym, że personalnie kompletnie mnie coś takiego nie interesuje. Oczywiście pojawiają się tam jakieś krótsze historie, jednak autorka skupia się tam na kreacji innych rzeczywistości, także z np. podaniem wierszy, opisów chorób, zwierząt etc. Jak najbardziej rozumiem, że mogą być osoby zafascynowane takimi publikacjami, ale to po prostu nie jestem ja; jeśli mam czytać o wyimaginowanych światach to wolałabym sięgnąć po książkę popularnonaukową, albo jakiś reportaż. Niemniej, jeśli ktoś właśnie czegoś takiego szuka, to w tym omnibusie to znajdzie. 

Jak się dla mnie okazało, nie taki diabeł straszny, jak go wspomnienia malują. Od dawna cenie sobie twórczość Le Guin, jednak moje poprzednie spotkanie z jej twórczością zakończyło się bodaj zastojem czytelniczym oraz lękiem przed ciężkością jej pióra. I chociaż zdecydowanie do najlżejszych nie należy, a jej wizje skupiające się tylko na kreacji światów kompletnie nie są dla mnie, to naprawdę doceniam i piękne pióro tej autorki, i jej spojrzenie na rzeczywistość. Choć nie dla każdego to zdecydowanie jest jakościowa fantastyka. 



niedziela, 24 grudnia 2023

Piękny drań: poznaje nowe erotyczne wody literatury

 

Chloe jest utalentowana i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jej szef, Bennet, jednak zdaje się tego nie zauważać, bezustannie źle ją traktując. Gdy jednak pewnego dnia zostają po spotkaniu sam na sam, dzieje się coś, czego kobieta kompletnie się nie spodziewała.


Piękny drań
Cykl  Beautiful Bastard, t. 1
Christina Lauren
wyd. Zysk i s-ka, 2015

Literatura erotyczna bez wątpienia nie jest tą, po którą standardowo sięgam, dlatego jej świat jest dla mnie czymś dość nowym. Nic więc dziwnego, że „Piękny drań” autorstwa duetu autorek ukrywających się pod pseudonimem Christina Lauren zagwarantował mi trochę unikalnych przeżyć… choć chyba nie takich, do których chciałabym w najbliższym czasie wracać.

Zwykle gdy w moje ręce trafiały powieści kręcące się wokół erotycznych tematów, przynajmniej próbowały one zbudować jakąś podstawową fabułę. Początek często zaczyna się dość niewinnie, poświęcając przynajmniej jeden-dwa rozdziały na rozstawienie pionków na szachownicy: na wyjaśnienie kto jest kim, na opisanie relacji. Gdy zaś dochodzi do pierwszego zbliżenia pomiędzy postaciami, często ten pierwszy opis jest dość rozbudowany.

„Piękny drań” robi zaś to wszystko na odwrót. Po bardzo krótkim zarysowaniu tego, kim są bohaterowie, dostajemy scenę erotyczną, która jest nomen omen sceną co najmniej molestowania w pracy, tyle że protagonistce jakimś cudem całkiem się to podoba. Opis nie jest jednak bardzo szczegółowy i postacie dość szybko przechodzą do scenki obyczajowej, aby w kolejnej znów przejść do szybkiego numerku. I właściwie cała ta powieść zbudowana jest właśnie w ten sposób: dostajemy scenkę, w której bohaterowie się niby nie lubią, następnie pożądają siebie, nie potrafią się opanować, pojawia się raczej krótka scena erotyczna, a następnie znów się kłócą i w sumie to się nie lubią. 

Biorąc pod uwagę konwencję „Pięknego drania”, nie jestem na tę książkę z tego powodu zła. Najzwyczajniej w świecie nie tego się spodziewałam. Czy tego typu budowanie erotycznego romansu mi odpowiada? Nie bardzo, nie uważam, by to była dobrze napisana książka, jednak jednocześnie nie żywię do niej jakiś wielkich, negatywnych emocji. Prędzej powieść Christiny Lauren trafia do mojej szufladki „tak złe, że aż czasem śmieszne”.

No bo jak można się nie zaśmiać, gdy człowiek odkrywa, że ta poważna firma, w której pracują protagoniści, to w sumie zajmuje się nie wiadomo czym? Oryginalny tytuł tej książki (która była publikowana jako fanfiction „Zmierzhcu”) brzmiał „The Office” i uważam, że jest bardzo trafny — to w końcu jest jak serial pod tym samym tytułem, tylko w wersji książki dla dorosłych.

Albo jak można traktować sytuację, w której męski bohater przez cały dzień wymiotuje i czuje się po prostu źle przez zatrucie pokarmowe, a jako najlepszy lek na coś takiego traktuje przespanie się z Chloe na poważnie? Przynajmniej osobiście tego zrobić nie potrafię.

„Piękny drań” to erotyk, którego celem jest przede wszystkim zaspokojenie pewnych fantazji. Ta książka w żadnym razie nie jest i nie próbuje udawać dobrej literatury. Z tego powodu akceptuje ją taką, jaka jest, nawet mimo przedstawienia toksycznej relacji bohaterów w dobrym świetle. W końcu to po prostu pewna konwencja, literatura dla dorosłych, która właśnie taka miała być. Czy to oznacza, że tę książkę lubię? Absolutnie nie. Ale rozumiem, jeśli realizuje czyjeś fantazje i pozwala odciąć się od rzeczywistości.


Nomida zaczarowane-szablony