czwartek, 28 lutego 2019

Czas mroku (2017): Genialna rola Oldmana


Winston Churchill (Gary Oldman) jest ekscentrycznym alkoholikiem, któremu do tej pory niewiele wychodziło. Gdy wybucha II wojna światowa właściwie przez przypadek zostaje premierem… i ku zdziwieniu wszystkich zaczyna prowadzić Anglię ku zwycięstwu.





„Czas mroku” (2017)
ang. „Darkest Hour”
reż. Joe Wright
biograficzny, dramat wojenny

Filmy o wielkich bohaterach potrafią być zdradliwe: mają dar do oczyszczania ich ze wszelkich zarzutów i pokazywania ich w bardzo jasnym świetle. Nie zmienia to faktu, że zwykle mają naprawdę podniosły klimat, który ja sama po prostu bardzo lubię. „Czas mroku”, film który zdobył dwa Oscary za rok 2017 niewątpliwie jest dziełem, które postać Churchilla potrafi wynieść na piedestał, choć jednocześnie właśnie przez wspomniany klimat oraz grę aktorską Oldmana dostarczył mi naprawdę dobrą dawkę rozrywki.
Zacznijmy może od najjaśniejszej części tego filmu. Nie wiem, czego spodziewałam się po postaci Churchilla, ale na pewno nie tego, co dostałam. Jednocześnie było to zdecydowanie miłe zaskoczenie. Główna postać właściwie nie znika z ekranu i jeśli o mnie chodzi – nie mam zamiaru na to narzekać. Gary Oldman naprawdę zasłużenie dostał Oscara za swoją rolę. Mimo olbrzymiej ilości charakteryzacji (przez co wygląda w tej roli fenomenalnie) w jego aktorstwie jest ogromna ilość mimiki oraz emocji, a także – humoru. Premier Wielkiej Brytanii w tym wydaniu zdecydowanie nie jest nudnym staruszkiem i obserwowanie go jest bardzo, bardzo dostarczające.
Sam film wygląda naprawdę ładnie. Zdjęcia „Czasu mroku” to zabawa światłem. Całość wygląda „w obrazku” naprawdę dobrze. Ponadto choć zabrakło mi w nim odrobiny zdjęć pokazujących front II wojny światowej całość ogląda się naprawdę dobrze: film mija szybciej, niż można byłoby się tego spodziewać, mimo że właściwie cały czas przebywamy w Londynie, w którym w gruncie rzeczy nie dzieje się nic widowiskowego.
No bo właśnie… byłam przekonana, że „Czas mroku” będzie poruszał temat bombardowania Anglii. Twórcy jednak wybrali na swój film jednak nieco inny okres II wojny światowej: sam wybór Churchilla oraz operację Dynamo. Czułam się tym nieco zaskoczona, jednak nie mam zamiaru narzekać na samą linię fabularną. Zwłaszcza, że w gruncie rzeczy „Czas mroku” ma pod tym względem bardzo prostą konstrukcję.
Zdecydowanie nie rozumiem jednej kwestii dotyczącej tego filmu. Co robiła w nim Lily James w roli Elizabeth Layton? Choć aktorka wypada absolutnie uroczo to jej wątek właściwie nic nie wnosi do całości. Bohaterka cały czas się pojawia, ale w gruncie rzeczy nie wpływa w żaden konkretny sposób na fabułę. Nie jest też w jakikolwiek sposób pogłębiona. A szkoda.
Na pewno też jest to film, który z Churchilla „robi bohatera”: klimat filmu jest naprawdę podniosły, a przynajmniej kilka scen powstało po to, by zaakcentować, jak genialnym był przywódcą. Chwilami wypada to nieco sztucznie, ale szczerze mówiąc ten fakt nieszczególnie przeszkadzał mi w oglądaniu. Gary Oldman jest w swojej roli po prostu za dobry.
„Czas mroku” to film, który naprawdę warto obejrzeć, choćby na wzgląd na aktora grającego główna rolę i naprawdę piękne zdjęcia. Nie uważam, aby to było dzieło nadzwyczaj dobre i ponadczasowe, ale jednocześnie nie jest to nudny i ciągnący się film historyczny.


wtorek, 26 lutego 2019

Z psem przez stulecia: Gdy książka nie wie, czym chce być, ale ma dobrego tłumacza


Pies od lat jest uznawany za najlepszego przyjaciela człowieka. Co jednak złączyło nasze ścieżki?

Tytuł: Z psem przez stulecia
Autor: Hans Bauer
Tłumaczenie: Jan Żabiśki
Liczba stron: 239
Gatunek: literatura faktu
Wydanie: Wiedza Powszechna, Warszawa 1968
„Z psem przez stulecia” to książka specyficzna: ni to książka naukowa, ni to dziwna literatura faktu. Oryginalnie została wydana w latach 50. XX wieku, a w Polsce pojawiła się w 1968. Nie jest to więc pozycja wyjątkowo aktualna, chociaż przynajmniej teoretycznie jej historyczna część powinna być rzetelna i sprawdzona.
Problem polega na tym, że „Z psem przez stulecia” Hansa Bauera to książka absolutnie pozbawiona żadnych przypisów. Czytając, miałam wrażenie, że to trochę taki współczesny, blogowy wpis. Autor informuje nas o tym, co kiedyś usłyszał, lub wyczytał. Czasem podaje zdawkowe i niepotrzebne informacje (jakiś pies zrobił tak i tak w jakimś mieście w Europie).
Książka czasem też nie wie, czym chce być. Ma przedstawić czytelnikowi historię ludzko-psiej relacji od starożytności, a może pokazać, jak to wygląda teraz? A może jednak lepiej najpierw wyjaśnić czytelnikowi jak wygląda psia psychika, bo inaczej nie zrozumie treści? Czytając, miałam wrażenie, że autor w żaden sposób nie usystematyzował historii życia psa i człowieka, wrzucając dane w stosunkowo losowy sposób.
Nie zmienia to faktu, że „Z psem przez stulecia” bardzo dobrze się czyta. Choć to nie zaskoczenie, jeśli spojrzymy na tłumacza tego tytułu. Jan Żabiński to niezwykła postać wśród polskich zoologów: niegdyś dyrektor warszawskiego zoo, który w trakcie II wojny światowej troszczył się zarówno o zwierzęta, jak i o ludzi, potem radiowiec, odsunięty od prowadzenia swojego ukochanego ogrodu w związku z zatargami z ówczesną władzą. To człowiek z pasją, co chyba po prostu w tym tłumaczeniu widać.
            Czy samo wnętrze książki jednak cokolwiek wnosi? Tak, ale… nie dla kogoś, kto jest psiarzem od lat. O większości historii podawanych przez autora po prostu słyszałam; brakło mi wewnątrz konkretnej, dokładnej analizy relacji człowieka z psem. Ponadto zawsze w przypadku takich książek należy wziąć pod uwagę ich wiek. Wiele z faktów podawanych przez Bauera mogło się zdezaktualizować i nim wykorzystamy gdzieś jego dane to warto je dodatkowo zweryfikować, nie tylko przez wzgląd na brak przypisów.
Warto jeszcze w przypadku tej pozycji nadmienić, że wewnątrz nie brakuje czarno-białych zdjęć, które w ciekawy sposób mogą przenieść nas w przeszłość i pokazać, jak te kilkadziesiąt lat temu wyglądały psy konkretnych ras, a warto pamiętać, że niektóre z nich przez te dziesięciolecia naprawdę się zmieniły. Choć wzorce teoretycznie pozostały te same, zwierzęta potrafią naprawdę diametralnie różnić się od tych, które widzimy współcześnie na ringach wystawowych.
Jak w przypadku wielu starszych książek „poradnikowych”, tak i „Z psem przez stulecia” jest raczej ciekawostką, niż pozycją, po którą koniecznie trzeba sięgnąć. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że bardzo podoba mi się sam jej zamysł i bardzo chętnie sięgnęłabym po coś o tej samej tematyce, tylko współczesnego i lepiej opracowanego.


poniedziałek, 25 lutego 2019

Przebudzenie Lewiatana: Poznaję oryginał serialu „The Expanse”



Ludzkość zasiedliła Układ Słoneczny. Statek Jima Holdena w trakcie jednego ze swoich kursów odbiera wołanie o pomoc. Mężczyzna, razem z trójką innych członków załogi wyrusza, aby sprawdzić co stało się ze statkiem Scopuli. Wkrótce później ich statek-matka zostaje unicestwiony. W tym samym czasie detektyw Miller pracujący w Pasie Asteroid dostaje zlecenie: ma odszukać i porwać Julie Mao, młodą i bogatą, lecz zbuntowaną dziewczynę, która według swojej rodziny może być w dużym niebezpieczeństwie.

Tytuł: Przebudzenie Lewiatana
Tytuł serii: Expanse
Numer tomu: 1
Autor: James S. A. Corey
Tłumaczenie: Marek Pawlec
Liczba stron: 544
Gatunek: space opera
Wydanie: Mag, Warszawa 2018
Gdy poznałam serial „The Expanse” początkowo nie byłam zachwycona, ale z czasem historia zaczęła nabierać rozpędu, a ja naprawdę zżyłam się z jej bohaterami. Dlatego właściwie gdy tylko dowiedziałam się, że Wydawnictwo Mag wznawia „Przebudzenie Lewiatana”, czyli pierwszy tom z cyklu na bazie którego powstała ekranizacja od razu miałam na niego wielką ochotę. Zwłaszcza, że nowe wydania mają naprawdę przepiękne okładki. Spotkania z twórczością dwóch panów ukrywających się pod pseudonimem James S. A. Corey uważam za udane, chociaż muszę dodać, że w przypadku tej konkretnej historii absolutnie nie potrafię być obiektywna i absolutnie nie potrafię oceniać tej powieści w zupełnym oderwaniu od serialu.
Dlaczego? Sprawa jest prosta – dwa pierwsze sezony „The Expanse” bardzo wiernie oddaje treść „Przebudzenia Lewiatana”. Zmiany w samej historii są naprawdę niewielkie (a przynajmniej ja większych nie zauważyłam, będąc już jakiś czas po obejrzeniu serialu), dzięki czemu po prostu nie mogę mieć do samej fabuły innego podejścia w przypadku oryginału, czy serialu. Tak, jak lubiłam adaptację, tak lubię oryginał – i już. „Przebudzenie Lewiatana” to utrzymana w dość poważnym tonie space opera, do której treści jestem naprawdę przywiązana.
Omawianie książki to jednak nie sama historia, ale też język, jakim posługuje się autor, czy w tym przypadku – autorzy. Muszę przyznać, że z tym po prostu nie miałam żadnych większych zgrzytów. Być może wynika to właśnie ze znajomości historii samej w sobie, ale w moim odczuciu duet pisarski Daniela Abrahama i Ty Franck’a pisze poprawnie i przejrzyście. Ich styl jest po prostu „w sam raz” – nie jest lekki w sposób infantylny, panowie nie boją się opisów, nie próbują być zabawni na siłę, ale jednocześnie dobrze wyważają akcję, kończą rozdziały w kulminacyjnych momentach i po prostu nie pozwalają na nudę. W „Przebudzeniu Lewiatana” bezustannie coś się dzieje, coś wybucha, ktoś kogoś goni.  Tempo tej historii naprawdę mi odpowiadało, choć – przypominam ponownie – może to częściowo wynikać ze znajomości wersji serialowej.
Warto dodać, że narracja „Przebudzenia Lewiatana” poprowadzona jest dwutorowo: autorzy oddają głos tylko Millerowi i Holdenowi z wyjątkiem prologu i epilogu historii. Ich rozdziały bezustannie przeplatają się, dynamizując historię.

A co z samymi bohaterami książki? Muszę przyznać, że w trakcie czytania miałam przed oczami bezustannie twarze serialowych aktorów, choć oczywiście – ich charaktery w drobny sposób się różnią. Miałam wrażenie, że serialowy Holden jest mniej konkretny i częściej wygląda jakby zaraz miał się rozpłakać (przez co wolę „oryginalnego”), a książkowy Miller to postać bardziej zniszczona przez życie. Relacja Amosa i Naomi w „Przebudzeniu Lewiatana” wydała mi się skromnej zarysowana, a Aleks… Aleks jest po prostu świetnym pilotem i elementem, który czasem potrafi rozładować napięcie. W jego przypadku chyba zauważyłam najmniej zmian.
Mam wrażenie, że ta space opera jest przy okazji tytułem, który nie wymusza czytania o olbrzymiej ilości technologii, raczej skupiając się na „przygodzie” i relacjach bohaterów. Dzięki temu „Przebudzenie Lewiatana” może okazać się książką dobrą także dla osób, które właśnie tego technicznego podejścia obawiają się z science-fiction. Jakby nie patrzeć już sam gatunek tej serii wymusza jej mocno rozrywkowy charakter, choć sam ton książki należy raczej do poważnych.
Dla mnie „Przebudzenie Lewiatana” było powtórką z rozrywki i cudownym powrotem do bohaterów, których naprawdę lubię. Cieszę się, że oryginał nie okazał się dla mnie smutnym zderzeniem z rzeczywistością i na pewno nie raz polecę ten tytuł osobom szukającym podobnej rozrywki.


* * *

Miller zamknął oczy. Jego skafander przypominał, że zostało mu tylko dwadzieścia minut tlenu.
– Nie możesz zabrać Finwala! Nie ma jej i nie ma, i nie ma!
– O szlag – rzucił Miller. – O Jezu.
Puścił wózek, zawracając w stronę rampy, światła i szerokich korytarzy stacji. Wszystko się trzęsło, sama stacja drżała jak ktoś na skraju hipotermii. Tylko, oczywiście, wcale tego nie robiła. Całe drżenie pochodziło od niego. To wszystko było w głosie Erosa. Było tam przez cały czas. Powinien był wiedzieć.
Może wiedział.
Fragment „Przebudzenie Lewiatana” Jamesa S. A. Corey’a



sobota, 23 lutego 2019

Muza Koszmarów: Opowieść o traumie podana w baśniowy sposób


Lazlo i Sarai są w końcu razem, choć nie do końca tak, jakby chcieli. Obydwoje stopniowo odkrywają swoje możliwości. Jednocześnie czeka przed nimi trudny wybór. Ktoś musi zginąć i będzie to albo Sarai, albo mieszkańcy Szlochu.


Tytuł: Muza Koszmarów
Tytuł serii: Strange The Dreamer
Numer tomu: 2
Autor: Laini Taylor
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Liczba stron: 512
Gatunek: fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2019
„Marzyciel” był chyba jednym z moich największych zaskoczeń 2018 roku: spodziewałam się powieści młodzieżowej, a dostałam książkę, którą właściwie trudno określić tym mianem. Miała wprawdzie drobne elementy, sugerujące target, ale pod względem stylu autorki zdecydowanie odbiegała od mojej wizji typowej, amerykańskiej powieści fantasy dla młodych czytelników. Na kontynuację, czyli „Muzę Koszmarów” naprawdę bardzo czekałam. Nie zawiodłam się na niej, choć w tym przypadku ta „młodzieżowość” jest jednak bardziej dostrzegalna.
A dostrzegalna jest – moim zdaniem – głównie przez pewien drobny dysonans, który autorka stworzyła w „Muzie Koszmarów”. Z jednej strony ponownie dostajemy absolutnie przepiękny styl Laini Taylor. Jej słowa układają się w przepiękne brzmienia, a porównania zaskakują. Ta odziana w czerwoną okładkę powieść zachwyca swoją wrażliwością, która jednocześnie nie jest w żadnym razie infantylna.
Z drugiej zaś strony w dialogi w „Muzie Koszmarów” brzmią naprawdę młodzieżowo. Brakuje im tej głębi i mocy, którą mają opisy. Czasami wydają się spłaszczać nieco historię, sprowadzać ją na ziemię i choć są raczej przyjemne to po prostu nie mają w sobie aż takiej magii. To jest zdecydowanie jedna z tych książek, w której czekałam na „ściany tekstu”, a nie wymiany zdań między bohaterami.
Mimo powyższego, „Muza Koszmarów” podobnie jak tom poprzedni jak na powieść młodzieżową ma naprawdę wysoki próg wejścia. Po części dlatego, że nie jest to typowe fantasy, a książka z elementami realizmu magicznego. Nie wszystko w świecie Taylor musi mieć pełny sens logiczny, nie wszystko musi być dokładne wyjaśnione, a wiele rzeczy trzeba brać „na wiarę”, co nie każdemu czytelnikowi, zwłaszcza młodemu i niedoświadczonemu, może się spodobać. Niemniej, to właśnie ta cecha sprawia, że czytanie „Muzy Koszmarów” przypomina bardzo baśniowy sen i nadaje jej tej niezwykłej, magicznej otoczki.
Gdybym miała powiedzieć, o czym jest „Muza Koszmarów” powiedziałabym, że to przede wszystkim powieść o osobach skrzywdzonych przez los i o tym, jak te radzą sobie z traumą. Taylor porusza tę tematykę z naprawdę olbrzymią wrażliwością i wyczuciem, czasami wymuszając na czytelniku zatrzymanie się i przemyśleniem pewnych faktów.
Przy tym wszystkim mam jednak wrażenie, że tom pierwszy był dla mnie bardziej magiczny. Nie czuje się wprawdzie zawiedziona tomem drugim, ale po prostu sam początek „Marzyciela”, stopniowe zagłębianie się w świat i sny Lazla miały w sobie pewną magię, której „Muza Koszmarów” po prostu nie była w stanie powtórzyć. Jednocześnie osobom, które nudziły się przez pierwszą połowę poprzedniej części, powinien spodobać się fakt, że w tym przypadku nie dostajemy tak długiego i powolnego wstępu.
„Muza Koszmarów” to po prostu dobra kontynuacja dobrej książki. Jest wprawdzie powieścią dedykowaną młodzieży, ale jednocześnie jest świetną historią w zupełnym oderwaniu od wiekowego targetu. Naprawdę, styl Taylor nie ma w sobie nic z prostoty i infantylności, która zwykle towarzyszy tego typu książkom, a sama historia jest tak magiczna i baśniowa, że wiek czytelnika pełni tu drugo- czy trzeciorzędne znaczenie. Dylogia Laini Taylor jest naprawdę oryginalną i ciekawą historią, po którą warto sięgnąć. Zwłaszcza, że nie jest to wielotomowa seria, której kolekcjonowanie i czytanie zajmie lata.

* * *

Istniało takie słowo z mitologii: „sathaz”. Oznaczało pragnienie posiadania czegoś, co nigdy nie mogło być twoje. Oznaczało bezmyślną, beznadziejną tęsknotę, marzenie ulicznika o byciu królem i pochodziło z opowieści o człowieku, który ukochał księżyc. Lazlo uwielbiał tę historię, lecz teraz ją znienawidził. Mówiła bowiem o pogodzeniu się z niemożliwym, a tego zrobić nie mógł. Gdy Sarai rozwiewała się w jego ramionach, był pewien jednego: musiał z tym walczyć.
Fragment „Muzy Koszmarów” Laini Taylor



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN.
Chcesz kupić tę książkę? Sprawdź bookbox!

czwartek, 21 lutego 2019

Cienie Nowego Orleanu: Polska interpretacja mitologii Cthulhu


Trwa dwudziestolecie międzywojenne. Lata temu John R. Legrasse, mieszkający w Nowym Orleanie policjant, natrafił na dziwną sektę, dokonującą przerażających rzeczy. W trakcie pracy nad jedną ze spraw odkrywa, że ta prawdopodobnie wciąż istnieje. Detektyw robi wszystko, aby położyć kres tym okrutnym praktykom.

Tytuł: Cienie Nowego Orleanu
Autor: Maciej Lewandowski
Liczba stron: 480
Gatunek: kryminał
Wydanie: Uroboros, Warszawa 2019
Choć twórczości H. P. Lovecrafta nie znam jeszcze za dobrze to z czystym zumieniem mogę powiedzieć, że naprawdę lubię i cenię tego klasyka grozy. Zarówno jego świat, jak i klimat twórczości tego pana to coś, co bardzo mi odpowiada, szczególnie że ostatnio wręcz uwielbiam czytać o latach 20. i 30. Po „Cienie Nowego Orleanu” sięgnęłam więc bez wahania: w końcu to książka promowana jest jako pozycja, którą fani Lovecrafta muszą przeczytać. Nie będę jednak oszukiwać – po lekturze nie jestem w pełni zadowolona. Mimo że zaczęło się naprawdę dobrze.
Maciej Lewandowski nie był mi wcześniej znanym twórcą, ale temu akurat się nie dziwie: raczej nie jest pisarzem, którego znają wszyscy. Jednocześnie to autor, który pracując nad „Cieniami Nowego Oreanu” wykonał kawał dobrej roboty… tylko moim zdaniem nie wykorzystał najlepiej wiedzy, jaką zdobył, zbierając informacje do książki.
W tej powieści naprawdę widzę pasję twórcy do tematu. Zdziwiłam się nieco, gdy odkryłam, że „Cienie Nowego Orleanu” właściwie rozgrywają się w świecie Cthulhu, ale było to zdecydowanie pozytywne odczucie. Jednocześnie pierwsze strony powieści wypadały naprawdę dobrze: Lewandowski dobrze tworzył klimat mrocznej, ale kryminalnej historii osadzonej w latach 20. XX wieku. Lewandowski wyraźnie lubi tę tematykę i dobrze się w niej czuje.
Jak już wspominałam – to powieść, w której tworzenie włożono naprawdę wiele pracy. Autor nie tylko wie wiele o mitologii Cthulhu, ale musiał naprawdę dużo czytać o Nowym Orleanie. I mówię tu zarówno o jego historii, kwestiach kulturowych oraz rasowych, jak i konkretnych, prawdziwych opowieściach, które rozgrywały się w USA. Przynajmniej jedna z „kryminalnych historii” wspominanych przez bohaterów naprawdę miała miejsce, bo sama ostatnio o niej czytałam.
Problem „Cieni Nowego Orleanu” moim zdaniem polega jednak na nieumiejętnym wykorzystaniu zdobytych informacji. Lewndowski w narracji próbuje „upchnąć” to wszystko, wrzucając do tekstu ogrom makaronizmów oraz słów, które następnie często wyjaśnia poprzez przypisy. Jednocześnie zwykle używa konkretnych słów tylko raz, lub dwa, nigdy więcej do nich nie wraca, w związku z czym nie ma to jakiegoś szczególnego fabularnego sensu. Osobiście wolałabym, aby wybrał kilka określeń i trzymał się ich przez całą powieść: to z jednej strony pomogłoby jej nadać klimat, a z drugiej nie przytłaczało i nie psuło dynamiki książki.
Jednocześnie zauważyłam, że autor wręcz na siłę próbował wepchnąć do książki polski pierwiastek. Nie jest to może obiektywna wada, ale muszę przyznać, że bawiło mnie bezustanne podkreślanie, że jedna z postaci jest polskiego pochodzenia i bardzo lubi się z Amerykaninem, jakim jest Legrasse.
Sam główny bohater to postać, która szczególnie mnie nie urzekła, ale akurat to u mnie rzecz dość typowa, jeśli chodzi o kryminalne historie: wolę skupić się na samej zagadce  i tajemnicy, nie przywiązując wielkiej wagi do bohatera. W każdym razie osobiście nie widzę w jego przypadku powodu do krytyki kreacji.
„Cienie Nowego Orleanu” to po prostu książka z – moim zdaniem – brakami warsztatowymi, które trochę zepsuły mi zabawę w trakcie czytania. Niektóre sceny wypadały świetnie, ale po dobrym wstępie całokształt na dłuższą metę zaczął mnie męczyć. Niemniej, trzymam kciuki za Lewandowskiego, bo on w tym przypadku naprawdę wiedział, o czym pisze, tylko wydaje mi się, że za bardzo chciał właśnie ten fakt udowodnić.

* * *

Zwykła śmierć nie robiła na nim wrażenia. Dawno obłaskawił jej widmo. Na dnie wypełnionych deszczówką okopów widywał gorsze rzeczy. Mimo to skala bestialstwa wprawiła go w osłupienie. Co innego okrutna i zdehumanizowana wojna, a co innego sadystyczny mord. Ponownie spojrzał na oliwkową skórę, smukłe kształty i plątaninę ran. Przysiągłby, że dostrzega pajęczynę bólu oplątującą ciało.
Fragment „Cieni Nowego Orleanu” Macieja Lewandowskiego


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Uroboros!

wtorek, 19 lutego 2019

W stronę mroku: Od misji do misji


Shelley trafia do tajnego oddziału, zarządzanym przez Czerwień. Prowadzi oddział, starając się zdecydować komu powinien zaufać.

Muszę się przyznać: nie potrafiłam zabrać się za ukończenie „Czerwieni” Lindy Nagaty. Ostatni tom tej trylogii, „W stronę mroku” leżał na mojej półce przez dobre osiem miesięcy, nim postanowiłam się za niego zabrać. Nie widzę w tym nic dziwnego: to nie jest seria nadzwyczaj wybitna, a militarne tematy nigdy nie należały do moich ulubionych.
Tytuł: W stronę mroku
Tytuł serii: Czerwień
Numer tomu: 3
Autor: Linda Nagata
Tłumaczenie: Mirosław P. Jabłoński
Liczba stron: 486
Gatunek: militarne science-fiction
Wydanie: Rebis, Poznań 2017
Po zakończeniu całej trylogii odnoszę wrażenie, że to po prostu książki, które sprawdzą się w przypadku bardzo konkretnej grupy odbiorców. To literatura bardzo męska, skupiona praktycznie tylko na akcjach militarnych. „W stronę mroku” jest książką, która tak naprawdę w ogóle nie buduje głębokich relacji między bohaterami, ani nie skupia się na tle wydarzeń. Wprawdzie te informacje są w jakiś sposób przemycane, ale jednak wyraźnie widać, że nie są celem istnienia tej powieści.
Temat sztucznej inteligencji działającej gdzieś w sieci, który sprawia, że trylogia może intrygować niestety jest też zepchnięty na dalszy plan. Teoretycznie bohaterowie cały czas o niej mówią, cały czas o niej pamiętają, ale jako czytelnik nie odczułam, aby autorka się tak naprawdę, z pełnym zaangażowaniem skupiła właśnie na niej.
Naprawdę, fabuła „W stronę mroku” opiera się tylko na akcjach. Shelley razem ze swoim oddziałem leci do jednego miejsca, wykonuje zadanie i nagle okazuje się, że musi lecieć na kolejną, jeszcze bardziej niebezpieczną misję. W ten sposób mija praktycznie cała książka i najzwyczajniej w świecie jeśli czytelnik nie jest tym zainteresowany po prostu się znudzi. Zwłaszcza, że przynajmniej mi nie udało zżyć się z bohaterami.
Nie oznacza to jednak, że jest to zła książka. Absolutnie nie. To książka dla konkretnego targetu – i nie ma w tym nic złego. Same militarne realia są przedstawione naprawdę nieźle, a otaczająca naszych bohaterów technologia to po prostu dodatkowy smaczek. Dlatego moim zdaniem nawet nie jest to literatura dla fanów „po prostu science-fiction”: sięgając po trylogię Nagaty trzeba się po prostu nastawić na bardzo specyficzny typ literatury.
Moje „problemy” z tą serią zaczęły się już przy tomie drugim, który po prostu mocno mnie wymęczył. Niestety, z ostatnią częścią nie było wcale lepiej. Trochę żałuje, bo widzę, że autorka włożyła w swoją historię sporo pracy. Niestety, brakuje mi jakiegokolwiek przywiązania się do postaci (nawet głównego bohatera) i przedstawionych realiów. W trakcie czytania przyłapywałam się na tym, że nawet nie obchodziło mnie w jakim celu odbywa się kolejna misja Shelly’ego: wszystkie zlewały mi się w całość, nie kibicowałam postaciom, nie interesowały mnie ich rozmowy, ani bliższe relacje.
Jeśli znacie poprzednie tomy tej trylogii i uważacie, że to jest „wasza” literatura myślę, że i kolejna część będzie całkiem miłą rozrywką. Niestety, ja do serii raczej nie wrócę: po prostu nie jest to literatura przeznaczona dla mnie, choć nie żałuje, że miałam okazję ją poznać.


* * *

Wszyscy w GRK mają podobny podstawowy styl osobowościowy. Mógłbym go nazwać inklinacją do służby, ale jebać to. Jesteśmy kółkiem wzajemnej adoracji, skupiającym pompatycznych skurwieli obarczonych kompleksem mesjasza i uzależnionych od adrenaliny.
Fragment „W stronę mroku” Lindy Nagaty

niedziela, 17 lutego 2019

6 historii kryminalnych, które warto przeczytać


Kryminały to książki, po które sięgam od czasu do czasu, dla odmiany: sprawia mi to pewną przyjemność, ale jednocześnie nie na tyle dużą, aby te historie z całego serca uwielbiać. Wiem jednak, że wielu z Was to absolutni fani tego gatunku i to z myślą o takich osobach powstaje ten post. Mam dziś dla Was 6 historii kryminalnych, które mogą Was zainteresować. „Historie kryminalne” to jednak nie stwierdzenie rzucone na wiatr: nie każda z tych historii to typowy kryminał, choć każda jest w jakiś sposób związana z zagadkową zbrodnią, lub zbrodniami. A więc zaczynamy!



Krzysztof Jackowski, Krzysztof Janoszka – „Jasnowidz na policyjnym etacie”
Czy jasnowidz może faktycznie pomóc w odnalezieniu zmarłej osoby? Czy zdolności paranormalne istnieją? Jeśli kiedykolwiek zadawaliście sobie te pytania to książka, po którą warto sięgnąć. Choć niewątpliwie jest najbardziej kontrowersyjną pozycją w tym zestawieniu i jako debiut nie jest ideałem (zarzucam jej m. in. traktowanie umiejętności Jackowskiego bez cienia sceptyzmu) to dzięki niej możecie poznać kulisy jednych z najbardziej znanych polskich spraw, a także zobaczyć, jak można podejść do tematu kryminalistyki z nieco nietypowej strony.

Wojciech Chmielarz – „Żmijowisko”
Grupa znajomych, niewielka miejscowość i spotkanie po latach, które kończy się tragedią: oto co pokrótce dzieje się w książce Chmielarza. To połączenie kryminału z thrillerem jest po prostu dobrze napisaną pozycją z zaskakującym zakończeniem. Mamy tu do czynienia z książką dość lekką w czytaniu, ale nie składającą się z samych dialogów, której autor po prostu wie co robi. I tyle. Moim zdaniem tę książkę Chmielarza warto brać w ciemno.

Jakub Ćwiek, Adam Bigaj – „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”
Po tym, jak Adam Bigaj musiał w 2017 przymusowo przejść na emeryturę razem z pomocą Jakuba Ćwieka spisał swoje wspomnienia z trzydziestu lat pracy z policji. Ten duet to niezła gratka: z jednej strony dostajemy prawdziwe wspomnienia, fakty i ciekawostki dotyczące funkcjonowania policji z okresu PRLu oraz lat 90., a z drugiej lekki język zafundowany przez Jakuba Ćwieka sprawia, że tę historię po prostu dobrze się czyta. Jeśli więc jesteście zainteresowani kryminalistyką od kuchni, ale z drugiej strony nudzą Was niekoniecznie umiejętnie napisane pamiętniki, albo literatura faktu to za „Bezpańskim” zdecydowanie warto się rozejrzeć.

Aghata Christie – „Noc i ciemność”
Królowej kryminałów nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu! Ale spokojnie, „Noc i ciemność” to nie jest jej typowa książka. Formą bardziej przypomina thriller, niż kryminał, a klimat, który tworzy autorka w tej niedługiej historii jest naprawdę magiczny. W końcu cyganeria, przeklęty dom i wielka miłość od pierwszego wejrzenia to elementy, które po prostu muszą go zapewnić. Choć ta pozycja ma zaledwie nieco ponad dwieście stron to na pewno będzie świetną odmianą od typowych książek Christie oraz zapewni odrobinę dreszczyku na jeden, może dwa wieczory. Świetna lektura szczególnie dla tych, którym brakuje czasu na czytanie.

Aneta Jadowska – „Trup na plaży i inne sekrety rodzinne”
Jeśli szukacie lekkiego kryminału z elementami obyczajowymi, który zapewni przyjemną, niezobowiązującą rozrywkę to „Trupa” zdecydowanie warto sprawdzić. To historia młodej dziewczyny, która po skończonych studiach wraca do rodzinnej Ustki i na plaży znajduje tytułowego denata. Powieść, poza tym że utrzymana jest w ciepłym, przyjemnym tonie porusza też istotne tematy związane z kobiecością, dzięki czemu nie jest zupełnie pustą rozrywką. Szczególnie polecam studentkom i osobom, które dopiero co skończyły szkołę – nie wątpię, że przynajmniej po części utożsamicie się z główną bohaterką.

Jakub Ćwiek – „Grimm city. Wilk!”
Na koniec odrobina fantastyki! Tej książki nie mogło tu zabraknąć: klimat Grimm City kocham od dawna i uwielbiam wracać myślami do tej pozycji. W tej książce Ćwiek funduje nam kryminał noir oraz urban fantasy w jednym. Pierwszy tom „Grimm city” to niewątpliwie bardzo klimatyczna historia, która przedstawia ciekawy motyw dotyczący religii (baśnie jako obiekt wierzeń). Ponadto poza samą zbrodnią mamy tu nietypowego bohatera, jakim jest… całe miasto. Olbrzymie, szare i śmierdzące, w którego kątach czai się zło.

Jakie historie kryminalne szczególnie polecacie? Znacie którąś z tych pozycji? A może po jakąś z nich sięgniecie po tym wpisie?

czwartek, 14 lutego 2019

Ogień i krew. Część 2: Kolejny tom tej samej książki




W Westeros zaczyna się Taniec Smoków, wojna o sukcesję, która ostatecznie w swoich skutkach doprowadziła do zagłady latających gadów. Aegon II zostaje koronowany zamiast prawowitej następczyni tronu, swojej siostry Rhaenyry. Choć on ma we władaniu stolicę kraju to ona ma w swoim zasięgu większość smoków należących do rodziny.

Tytuł: Ogień i Krew. Część 2
Tytuł serii: Historia Targaryenów
Numer tomu: 1.2
Autor: Gerorge R. R. Martin
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Liczba stron: 518
Gatunek: fantasy
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2019
Naprawdę trudno jest oceniać część drugą „Ognia i krwi”. Głównie przez wybór polskiego wydawcy: oryginalnie to jedna książka, sprzedawana jako całość. W związku z tym w moim odczuciu jako taka powinna być traktowana, szczególnie, że ani pierwsza, ani druga nie odbiega od siebie pod względem jakości, czy sposobu pisania.
W związku z powyższym cały czas mamy do czynienia z kroniką. Tekstem dość suchym, ale prostym w przyswojeniu, czasem wprawdzie skrótowym, ale jasnym i klarownym. To naprawdę nie jest trudna książka, chociaż w związku ze swoją formą może zmęczyć czytelnika. Szczególnie, jeśli nie czytamy obydwu tomów pod rząd i zapomnieliśmy już odrobinę z tego, co było w części pierwszej, a nie mamy jej akurat pod ręką, by móc ją swobodnie przekartkować. Właściwie to kolejny mój argument za tym, aby ta książka została jedną, tak jak powinna być od początku… W przypadku „Ognia i krwi” po prostu zbyt łatwo da się zapomnieć, co działo się wcześniej.
Jeśli miałabym wskazać różnice fabularne pomiędzy tymi dwiema częściami wskazałabym fakt, że w części pierwszej dostajemy wiele historii różnych władców. Część druga to tak naprawdę tylko Taniec Smoków oraz początek panowania Aegona III, w związku z tym mimo nazwy jednego z rozdziałów tak naprawdę nie dostajemy w dotychczas napisanej historii rodu zagłady smoków. Naprawdę, bez obaw: w „Ogniu i krwi” te zwierzęta występują od początku do końca. Jednocześnie przez tak mały okres, który obejmuje część druga mam wrażenie, że jednak ta pierwsza połowa książki Martina miała więcej ciekawszych, pobocznych historii do opowiedzenia.
Czy powyższe można uznać za spoiler? Podejrzewam, że niektórzy z Was tak to odczują, ale osobiście mam poczucie, tak jak i przy poprzedniej części, że to książka, po którą będą sięgać osoby zaznajomione już z główną sagą, a te najważniejsze elementy dotyczące historii smoczego rodu są przecież raczej znane.
Wracając do samej pozycji… naprawdę nie wiem, co mogłabym tu dodać. To jest po prostu druga część TEJ SAMEJ książki. Mówię o niej „część” czy „tom” drugi, ale nie zapominajmy, że Gerorge R. R. Martin nie podzielił jej sam. Jeśli spodobała się Wam część pierwsza to po prostu musicie mieć drugą, bo inaczej ta historia nie będzie kompletna. I jeśli miałabym komuś ten tytuł kupować na prezent (a to bardzo „prezentowe” wydania) na pewno od razu brałabym dwie książki, bo chyba głupio byłoby mi dawać obdarowywanemu połowę docelowej historii…

* * *

Na koniec brązowego smoka zmusiła do posłuszeństwa, dzięki sprytowi i cierpliwości, „drobna, smagła dziewczyna” w wieku szesnastu lat. Co rano przynosiła mu świeżo zarżniętą owcę, aż Owcokrad nauczył się ją akceptować i spodziewać jej wizyt. Munkun podaje, że ta niezwykła kandydatka na smoczego jeźdźca miała na imię Nettles. Grzyb twierdzi, że nazywała się Netty i była zrodzonym z nieprawego łoża dzieckiem portowej kurwy i nieznanego ojca. Bez względu na imię, miała czarne włosy, brązowe oczy, smagłą cerę i niewyparzony język, była chuda, brudna, nieustraszona… i jako pierwsza, a zarazem ostatnia została jeźdźcem smoka zwanego Owcokraem.
Fragment „Ognia i krwi. Części 2” Gerorge’a R. R. Martina



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i Sk-a!


wtorek, 12 lutego 2019

#Luzaczka: Nieliteracka powieść jeździecka


Życie Łucji nie należy do prostych. Połączenie pracy, studiów, wyjść ze znajomymi oraz jazdy konnej to naprawdę trudne zadanie. Gdy dziewczyna dostaje propozycje, aby pomóc „przy owcach na latających psach” od Mikołaja, w którym niegdyś była zauroczona, natychmiast się zgadza. 



Tytuł: #Luzaczka
Autor: Gaba Krzyżanowska
Liczba stron: 216
Gatunek: powieść obyczajowa
Wydanie: Pszczo w głowie, 2017
Gabrielę Krzyżanowską obserwuje nie od dziś. Chyba byłam jeszcze w gimnazjum, gdy trafiłam na jej fanzin jeździecki – Konną Cafe – i od tego czasu po prostu mniej więcej obserwuje jej działania w sieci. Gdy więc w 2017 wydała książkę (własnym nakładem) od razu kusiło mnie, by sprawdzić, co takiego ta konna blogerka stworzyła. Trochę przyszło mi wprawdzie poczekać na sięgnięcie po jakieś z jej dzieł, ale… w końcu się udało. I choć niby nie żałuję spotkania z „#Luzaczką” to nie mogę ukryć – jest mi jednak trochę przykro.
Czemu? Bo to wcale nie jest dobre dzieło pod kątem literackim. Świat jeździecki jest trudny do opisania dla osoby, która nigdy się nim nie interesowała, dlatego w powieściach często pojawiają się liczne błędy rzeczowe. Wydawać by się więc mogło, że książka stworzona przez osobę od lat związaną z końmi, która na dodatek ma cały czas kontakt ze słowem i wielokrotnie udowodniła mi, że potrafi czasem coś dobrze skomentować po prostu nie może nie wyjść. Niestety, to jednak wydany własnym nakładem debiut… i to po prostu widać.
Jeśli zajrzymy na pierwszą „informacyjną” stronę książki znajdziemy informacje o tym, że książka Krzyżanowskiej miała „wsparcie redakcyjne”, a nie po prostu redakcję, jak to jest w przypadku większości książek wydawanych standardowym, klasycznym torem. Niestety, w przypadku debiutu, gdy autor dopiero uczy się tworzyć, to po prostu nie ma prawa zdać egzaminu. Gaba, Ty potrzebujesz specjalisty, który „przerżnie” Ci tekst od początku do końca i NAUCZY cię jak pisać! Wsparcie to niestety za mało.
„#Luzaczka” jest więc książką bardzo nieliteracką. Naprawdę! To powieść, która wygląda jak „opko z Wattpada”, czy po prostu tekst umieszczany gdzieś za darmo w sieci, a nie rzecz, za którą ktokolwiek miał by płacić. Czyta się ją wprawdzie lekko, ale autorka wyraźnie nie ma wyczucia dotyczącym tego, kiedy wizja autorska może dopuścić w książce „żartobliwy” brak czarownika w zdaniu, albo wykorzystanie internetowych skrótów (takich, jak choćby „BTW”). Czasem pojawiają się też dziwne, nienaturalne konstrukcje zdania, czy drobne problemy z interpunkcją.
Sam humor w „#Luzaczce” odbieram jako często suchy i dość mocno wymuszony. Krzyżanowska czasem po prostu wrzuca wszystkiego za dużo i żart zamiast być taką idealnie wbitą szpileczką w końcu przestaje bawić, bo w takich chwilach łatwo się na niego znieczulić.
Co zaś z fabułą? Ech… szczerze przyznam – trudno powiedzieć. „#Luzaczka” miała być humorystyczną powieścią JEŹDZIECKĄ i choć konie cały czas się tu pojawiają, to jednak w głowie głównej bohaterki pojawiają się przede wszystkim chłopcy i imprezy. Oczywiście wszystko cały czas kręci się wokół stadniny i opieki nad końmi, ale jako osoba, która nieszczególnie przepada za romansami wolałabym jednak, aby historia skupiła się konkretnie na koniach, a nie miłostkach głównej bohaterki.
Ponadto powieść jest po prostu dość chaotyczna: bohaterka co chwilę pisze na komunikatorze ze swoimi koleżankami (co jest zawarte w książce w formie „chatu”), co chwilę przedstawia nam kolejne dygresje, czasem tylko po to, by powiedzieć coś żartobliwego. A sam główny trzon fabuły trochę się w tym wszystkim jednak gubi. Tego jest po prostu za dużo: na nieco ponad dwustu stronach autorka opisuje i wizyty w stajni, i szukanie przez Łucję nowego mieszkania, i wypady na miasto bohaterki z koleżankami… a wiele z tych scenek nie ma żadnego konkretnego wpływu na linię fabularną.
Jak już wspominałam „#Luzaczki” nie czyta się źle. Choć to kompletnie nieliteracka powieść to jednak da się ją pochłonąć bardzo szybko. Poza tym widzę też sens w istnieniu tego typu pozycji: nie znam absolutnie żadnej innej książki jeździeckiej napisanej przez zwyczajnego jeźdźca dla innych zwyczajnych jeźdźców. To jednak jest nieco za mało, abym mogła uznać debiut Krzyżanowskiej za książkę dobrą. Niemniej, jeśli komuś bardzo przypadnie do gustu sam żart autorki to wydaje mi się, że „#Luzaczka” może się swobodnie stać jego „guilty pleasure”.

* * *

– Masz jakiś uwiąż? Kantar?... – spytałam, bo nigdzie żadnego nie zauważyłam, a Tomek już zdążył otworzyć boks Ramki, która napierała na jego drzwi.
– Bez uwiązu. Za grzywę ją złap.
No dobra, pomyślałam. Połowa koni jest taka, że wystarczy za grzywę trzymać, by kopytny szedł tam, gzie trzeba.
Ramka dzisiaj nie miała na to jednak ochoty i przez następne dziesięć minut wspólnie z Tomkiem uganialiśmy się za nią i za drugim koniem, Fenkiem, który nie wytrzymał widoku swobodnie biegającej koleżanki.
Fragment „#Luzaczki” Gaby Krzyżanowskiej


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony