niedziela, 19 listopada 2017

Pogadajmy o książkach IV: Szykujcie się na konkurs!

 
Po raz kolejny w poniedziałek o godzinie 20:00 na antenie Radia MORS będziecie mogli wysłuchać Raportu Literackiego, który współtworzę. Tym razem poruszymy dość ciekawy temat, bo porozmawiamy sobie o książkach, w którym dużą rolę odgrywa mafia. Jeśli nie zdążycie wysłuchać nas w poniedziałek, zapraszam we wtorek: o godzinie 14:00 będziecie mogli usłyszeć powtórkę.

To nie wszystko! W trakcie tej audycji organizujemy konkurs! Dzięki Wydawnictwu Publicat mamy do rozdania trzy egzemplarze książki „Byłem gangsterem” Greka, dlatego tym bardziej zapraszam do słuchania. Oczywiście o samej książce powiemy coś więcej w trakcie audycji.

sobota, 18 listopada 2017

Paradyzja: Poznajcie Polaka, który przerósł Orwella!


Paradyzja to kraj mlekiem i miodem płynący: raj, choć nie na Ziemi, a na orbicie niebezpiecznego Tataru. Niestety, ta kolonia raczej nie przepada za jakimikolwiek kontaktami z zewnątrz i niełatwo się dostać do jej wnętrza. Po dziesięciu latach od poprzednie wizyty Ziemianina, zgodę dostaje Rinah, młody literat, który planuje napisać powieść na jej temat.

To nie jest zwykła powieść! Dla świata fantastyki „Paradyzja” była – można by rzec – przełomowym dziełem. To dzięki niej nagroda im. Janusza A. Zajdla właśnie tak się nazywa: gdy w 1985 roku Nagrodę Fandomu Polskiego wręczano po raz pierwszy zdobyła ją właśnie ona, wręczona pisarzowi pośmiertnie. Choćby dlatego każdy zainteresowany tematem powinien się z nią zapoznać. Nie jest to jednak jedyny powód: „Paradyzja” to literatura z naprawdę wysokiej półki, w niczym nieustępująca orwellowskiemu „Rokowi 1984”, którą po prostu warto znać.
Mimo że mamy do czynienia z antyutopią, „Paradyzja” to powieść dość przystępna. O ile Orwell potrafi zmęczyć i przytłoczyć, tak styl Zajdla jest jednocześnie jasny, klarowny i interesujący. Czytając, czułam lekkość w jego piórze. To autor, który wiedział, jak pisać: i zdecydowanie robił to dobrze!
Kolejną przewagą Zajdla nad Orwellem jest... jego pochodzenie. Nie mam oczywiście zamiaru dyskryminować wielkiego Brytyjczyka! Po prostu dla Polaka wizja Zajdla będzie dużo bliższa. Bardziej „swojska”. A przy trudnych tematach to zdecydowanie duży atut.
Tytuł: Paradyzja
Autor: Janusz A. Zajdel
Liczba stron: 196
Gatunek: antyutopia
Wydanie: SuperNowa, Warszawa 2004
No ale może skończmy z tymi porównaniami. W końcu poza tematyką „Paradyzja” nie ma aż tak wiele z „Rokiem 1984” wspólnego. W porównaniu do niej jest o wiele prostsza fabularnie, bo na historii wcale się nie skupia.Ta jest wręcz wyjątkowo prosta: Rinah przybywa do obcego sobie świata i go poznaje, razem z nami, czytelnikami. Powoli, spokojnie. Bez nadmiaru akcji i szaleństw. Zajdel skupił się na przedstawianiu nam mechanizmów świata, ale... moim zdaniem bardzo dobrze wybrał. Bo jego wizja przyszłości jest bardzo ciekawa i wciągająca, chociaż dzisiaj może już niekoniecznie innowatorska. W „Roku 1984” mamy jednak nieco bardziej rozwiniętą tą część.
Budowanie napięcia Zajdel także zdecydowanie opanował. Nie będę oszukiwać: zwykle mam gdzieś to, co stanie się z postaciami. Nie w tym wypadku! Wyjątkowo, naprawdę bałam się o to, co się stanie z Rinahem, który przecież nie jest nauczony życia w Paradyzji, a którego obowiązują dokładnie te same zasady co jej obywateli.
Zdecydowanie podobało mi się to, że początkowo mamy naprawdę wrażenie, że Paradyzja to dobrze działający, przemyślany świat. Ma swoje ograniczenia, owszem! Ale wydaje się logiczne, że kolonia orbitalna powinna działać inaczej, niż zwykła planeta. Dopiero stopniowo jako czytelnicy odkrywamy, że coś tu jednak nie gra, że coś tu jest nie tak... dzięki czemu naprawdę skupiamy się na tekście.
Kolagen, którym porozumiewają się mieszkańcy Paradyzji to też niezwykle ciekawa sprawa. Ciekawa i jednocześnie w pewnym sensie nieco humorystyczna, choć wole nie zdradzać więcej, tak, byście nie tracili zabawy z poznawania świata Zajdla.
Muszę przyznać, że nie narzekam też na zakończenie, które wypada... zaskakująco zwyczajnie. Zwyczajnie w dobrym tego słowa znaczeniu.
Gdybym miała wybrać, czy to Orwell, czy Zajdel powinien znaleźć się na liście lektur (zakładając, że obydwaj nie mogą się tam znaleźć) zdecydowanie postawiłabym na polskiego autora. Jego „Paradyzja” to naprawdę kawałek dobrej literatury z wysokiej półki, którą absolutnie każdy powinien poznać.


 * * *

Prawa jednostki są u nas w pełni respektowane! Na przykład ja posiadam aktualnie około półtorej j e d n o s t k i, a ci, których wysyła się do pracy na Tartar, mogą posiadać po pół i mniej... To chyba jasne, że na p ó ł jednostki ludzkiej przypada p o ł o w a praw i przywilejów!'
Fragment „Paradyzji” Janusza A. Zajdla

piątek, 17 listopada 2017

Książki, które warto znaleźć w bibliotece


Nie czytam od wczoraj: jako dziecko, czy nastolatka też poznawałam sporo książek. Nic dziwnego, że część z tych, które wtedy uwielbiałam, dziś są po prostu niedostępne. Niemniej, niektóre z nich dalej sobie cenie. Choć w blogsferze pojawiają się rzadko (jeśli w ogóle), a w księgarni ich raczej nie znajdziecie to zapraszam: może niektóre z tych powieści Was zainteresują i może akurat będą w Waszej bibliotece. Oczywiście, większość z nich to literatura dziecięco-młodzieżowa, ale wiem, że wielu z Was za takową przepada.


„Król złodziei” Corneli Funke



Po śmierci matki dwójka braci ucieka od wrednej ciotki i kieruje się ku Wenecji: miasta, które kochała ich matka. Tam znajduje ich król złodziei, który przygarnia ich pod swoje skrzydła.

Ta książka, to jedyny audiobook, jaki „przeczytałam” ­– nie potrafiłam jej nigdzie znaleźć i tylko w ten sposób mogłam się z nią zapoznać. Osobiście uwielbiam tę powieść: to magiczna historia, dzięki której zakochałam się w Wenecji, co zostało mi do dzisiaj.  Oczywiście, jak na literaturę dziecięco-młodzieżową jest nieco naiwna, ale naprawdę to po prostu jest prześliczne.




„Princetta i kapitan” Anne-Laure Bondoux


Malwa, następczyni tronu, nie chce go objąć i nie ma zamiaru wychodzić za mąż wbrew swej woli. Dlatego ucieka z pałacu drogą morską. W ślad za nią zostaje wysłana załoga, która ma sprowadzić królewnę do domu.

Trafiłam na tę książkę w podstawówce i wtedy zupełnie mnie zaczarowała: podróż, przygoda i bardzo delikatnie zarysowany wątek romantyczny w pełni do mnie przemówił. To high fantasy, stworzone z myślą o tych starszych dzieciach, czy też prawie młodzieży. Bardzo chciałabym przeczytać ją jeszcze raz, ale... wydaje mi się, że zdania bym nie zmieniła. Jeśli więc szukacie czegoś takiego, albo macie dzieci, czy młodsze rodzeństwo polecam sprawdzić, czy Wasza biblioteka ma swój egzemplarz tej książki.



„Narzeczona Fabiana” Margit Sandermo


Gdy na tronie zasiada słaby psychicznie książę, młoda i inteligentna Bianka dostaje bardzo odpowiedzialną rolę: ma zostać jego żoną i dopilnować, by do władzy nie doszedł hrabia-tyran.

Nie pamiętam, kiedy dokładnie tę książkę czytałam, ale... jeśli szukacie czegoś przyjemnego w czytaniu, z nutką intrygi i przygody oraz delikatnym romansem warto sprawdzić tę pozycje. Czytało mi się ją jak lekką fantastykę i wielokrotnie do niej wracałam. A że nie jest to powieść młodzieżowa to niezależnie od wieku możecie spróbować ją sobie sprawdzić.





„Gobelin” Henry’ego N. Neffa 


Max pewnego dnia trafia na tajemniczy, celtycki gobelin, który prowadzi go wprost do szkoły magii. W niej odkrywa swoje niezwykłe zdolności i poznaje przeznaczenie, przed którym nie ma odwrotu.

Obecnie podobnych książek mamy bardzo dużo: uzdolnione dziecko, uczy się magii, aby zwalczać zło. Wiem jednak, że zwolenników takiej literatury nie brakuje i jeśli to jest to, co lubicie, tę serię warto sprawdzić: być może nie jest doskonała, ale ja te kilka lat temu całkiem dobrze się przy niej bawiłam.




„Włóczęga” Kathe Koji


Reachel pracuje jako wolontariuszka w schronisku dla psów. Gdy trafia do niego półdzika suka collie, dziewczyna postanawia ją uratować.

Nie raz i nie dwa wspominałam Wam o tej książce, ale zrobię to jeszcze po raz kolejny. Lubicie zwierzęta? Lubicie powieści młodzieżowe? Jeśli tak – szukajcie i bierzcie się do czytania. Zwłaszcza, że to bardzo krótka powieść, która nie zajmie wam wiele czasu.





„Tajemnica rajskiego wzgórza” Elizabeth Goude


Do Księżycowego Dworu, starej i pięknej posiadłości, przybywa Marynia, dziewczynka odkrywa, że okolica skrywa tajemnice, w której dużą role odgrywa biały konik.

Ta powieść to po prostu dziecięca magia.  To książka przesycona baśniowością , która powinna spodobać się każdej dziewczynce, która lubi czytać. Nawet, jeśli nie jesteście już dziećmi, warto zwrócić na nią uwagę.





„Kroniki Świata Wynurzonego” Lici Torsi


Nihal wyróżnia się na tle sowich rówieśników przez inny kolor włosów i oczu.  Od lat marzy, by uczyć się w Akademi Jeźdźców Smoków, jednak jest dziewczyną, a takich tam po prostu nie przyjmują. Jej opiekun wysyła ją jednak, by poznała podstawy magii, ucząc się u swojej ciotki.

Jeśli lubicie młodzieżowe high fantasy, przygodę, wielkie przyjaźnie i smoki – ta trylogia jest dla Was. Osobiście nawet po latach bardzo ją sobie cenie. To po prostu przyjemna historia: jedyne, co mnie w niej bolało, to polskie nazwy krain, które były stosunkowo stereotypowe. Poza tym jednak nawet wątek romantyczny wypada bardzo naturalnie i uroczo.


środa, 15 listopada 2017

Pixabay okiem twórcy

Czym jest Pixabay prawdopodobnie wie każdy świadomy bloger, jak i każda osoba, która pisze jakiekolwiek artykuły zamieszczane w sieci. Bez stron tego typu nie da się żyć. W końcu jak napisać coś, nie mając ilustracji? A przecież nie zawsze jesteśmy w stanie samodzielnie zrobić własne, mając pełne prawa autorskie. Dziś chciałabym jednak spojrzeć na tę stronę z nieco innej perspektywy – od strony osoby, która nie tylko pobiera zdjęcia z Pixabaya, ale także je tam zamieszcza.

Czym jest Pixabay?
Dla świętego spokoju wolę to zagadnienie Wam wyjaśnić. Pixabay to strona internetowa na którą każdy może wrzucić dowolne zdjęcie, grafikę, czy rysunek  „zrzekając się” części praw autorskich. Po publikacji każdy może pobrać naszą pracę i wykorzystać ją do dowolnych celów (o ile nie obraża ludzi na zdjęciu). Jako osoba pobierająca zdjęcie bez obaw możesz wrzucić je do artykułu, do płatnej aplikacji z tapetami, czy na koszulki. Promowanie własnych stron tymi pracami również jest dozwolone. W skrócie: możesz wykorzystywać je jak tylko chcesz, zarówno komercyjnie, jak i do własnych potrzeb. Bajka, prawda? :D

Pobieranie zdjęć nigdy nie było prostsze
Pixabay jest zaprojektowany bardzo nowocześnie i bardzo intuicyjnie. Gdy szukamy zdjęcia wystarczy wejść na stronę, wpisać kluczowe słowa i szukać, czego potrzebujemy. Pamiętajcie jednak, by wpisywać frazy możliwie ogólne: wtedy dostaniemy większą pulę prac w danej tematyce. Gdy spodoba się nam zdjęcie, wchodzimy na nie, pobieramy w wybranej rozdzielczości i już, gotowe!

Gorzej z przesyłaniem ich na serwer strony...
Nie, nie, wcale nie dlatego, że ładowanie prac na serwer jest trudne! Gdy już zarejestrujemy się to bardzo intuicyjne zajęcie. Wrzucamy zdjęcie, dodajemy tagi... i wysyłamy. Problem może pojawić się później.
Pixabay nie akceptuje każdego zdjęcia po kolei. Ma wymagania względem prac i jeśli nie spełniają ich norm, zostają odrzucone. Niestety, nie zawsze fair, przynajmniej nie według mnie: wiele moich zdjęć zostało odrzuconych, bo woda była zabrudzona, albo wokół fotografii była „ramka” stworzona przez płot, która wpasowywała się w jego klimat. Przy okazji jeśli wrzucisz wiele złych jakościowo prac dostaniesz limit na wysyłanie ich.
O ile pierwszą kwestię w pełni rozumiem, o tyle druga... wydaje mi się już zbyt restrykcyjna, choć też nie brak jej logiki. Gdy wrzucimy zdjęcie na stronę i zostanie ono już zaakceptowane nie mamy prawa go usunąć. Po prostu nie da się. Nie ma przycisku „usuń”. Jak wrzucamy, to na wieczność. Nie ma „zmiłuj”.

Dla jakiego twórcy jest Pixabay?
Dla takiego, który jest przekonany, że chce na wieki wieków udostępnić swoją pracę innym i nie dostać nic w zamian. Wydaje mi się, że dobrze sprawdzi się w dwóch kluczowych przypadkach.
Po pierwsze – gdy masz dużo zdjęć, których i tak nigdzie nie użyjesz. Może akurat komuś się przydadzą, a po co mają tkwić pochowane w folderach? To właściwie był jeden z moich powodów dołączenia do tej społeczności :)
Po drugie – gdy się uczysz. Wyświetlenia i pobieranie zawsze motywuje do dalszej pracy, a wymogi Pixbaya, choć czasem głupie, prędko nauczą Cię jakie zdjęcia są mniej-więcej technicznie poprawne. To znaczy: są ostre, mają dobre kolory, pokazują to, co miały pokazywać. Nie myśl tylko, że ta strona nauczy Cię o kompozycji fotografii: akurat tego musisz szukać gdzieś indziej.
Pamiętajcie, by na stronę ABSOLUTNIE nie wrzucać zdjęć na których można rozpoznać drugą osobę bez jej zgody (chyba, że mamy tłum i fotografia nie skupia się na jednej postaci). Przyczyn chyba nie muszę wyjaśniać.

Profity?
Moim głównym „profitem”, który dostaje od Pixabay jest możliwość śledzenia drogi moich zdjęć. Naprawdę, to fascynujące do jakich rzeczy ludzie potrafią wykorzystać leżące „w szufladzie” prace, które mi do niczego by się nie przydały.
Poza tym choć udostępnianie zdjęć jest darmowe i nikt nam za to nie zapłaci to jeśli połączymy konto z PayPal’em chętni będą mogli nam przesyłać jakieś pieniążki w ramach podziękowania za udostępnienie fotografii. Mi osobiście zdarzyło się to raz: dostałam całe 3$! I to w najmniej oczekiwanym momencie.

Jakie zdjęcia wrzucać?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Mnie osobiście zawsze zaskakuje to, jakie zdjęcia się „wybijają” na tle innych, bo zwykle to nie te obstawiam. W każdym razie podzieliłabym „przydatne” zdjęcia na dwie kategorie.
Pierwsza to po prostu ładne fotografie, które każdy chciałby mieć na blogu, czy stronie: jeśli coś jest przyjemne dla oka to zapewne inni będą chcieli to wykorzystać.
Druga to kategoria „specjalistyczna”: choć na Pixabay nie brakuje zdjęć to często niełatwo znaleźć na nim coś, gdy szukamy konkretów. Dlatego prace, które je przedstawiają, prawie na pewno się przyjmą, albo przynajmniej ktoś je chętnie wykorzysta. Mam tu na myśli np. drapiącego się psa, albo pejzaż przedstawiający znane miejsce.
Poza tym dość chętnie wykorzystywane są prace, na których można łatwo coś napisać. Takie, których główny obiekt znajduje się z boku, czy na górze. Albo te, na których jest po prostu biała kartka na której można coś „napisać”.

Doceń twórcę!

Artykuły pisze się raczej na szybko. Tak samo szuka się zdjęć do nich. Nie dziwię się temu i nie mam zamiaru nawoływać o to, by to zmienić. Ale... jeśli masz chwilę zarejestruj się na stronie, gdy ściągasz cudze prace. Polajkuj. Podziękuj. To tylko moment, a zdecydowanie zmotywuje osobę, która daną pracę zrobiła. Pamiętajcie, że twórcy na Pixabay to zwykli, szarzy ludzie, którzy udostępniają Wam za darmo efekty swojej pracy, na którą poświęcili trochę czasu i energii.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Dwór mgieł i furii: Koniec „dobrej” passy Maas

Feyra odzyskała swojego ukochanego i pokonała ciążącą na jego dworze klątwę. W zamian zyskała nieśmiertelność, ale także obowiązek, aby w miesiącu jeden tydzień spędzić na Dworze Nocy pod opieką znienawidzonego przez nią Rhysanda. Nie jest to jednak jej jedyny powód do zmartwień. Ukochany Tamlin zdaje się bowiem ukrywać przed nią coraz to więcej rzeczy.

Pierwszy tom serii wypadał przeciętnie. W miarę sprawdzał się jako nowa wersja „Pięknej i Bestii”, mając w sobie wiele błędów logicznych, ale jako tako trzymając się kupy. Niestety, o kontynuacji zdecydowanie nie mogę tego powtórzyć. Nie dość, że baśniowości już tu nie uświadczymy to na dodatek Maas z romansu próbuje zrobić rasową fantastyczną powieść przygodową.  Z nienajlepszymi skutkami.
Gdybym była mężczyzną i miała wybrać spośród pisarzy kandydatkę na swoją żonę na pewno nie byłaby to Sarah J. Maas. To, jak kapryśne tworzy postacie jest wręcz niewyobrażalne. Nasza ukochana Feyra na samym początku powieści uznaje sobie, że Tamlin jest zły. Dlaczego? Bo właśnie zmienia się system rządów, sytuacja jest niespokojna, a on się o nią boi, więc nie pozwala jej ruszać się poza dwór. I to jest doskonały powód, by go nienawidzić! Przy okazji to też doskonały powód, by wybaczyć facetowi, który uczynił jej niejedno świństwo i prędko uznać go nie za wroga, a za przyjaciela.
Tytuł: Dwór mgieł i furii
Tytuł serii: Dwór ciernii i róż
Numer tomu: 2
Autor: Sarah J. Maas
Liczba stron: 768
Gatunek: fantasy, romans
Wydanie: Uroboros, Warszawa 2016

Oczywiście, same czyny Tamlina też niekoniecznie są bardzo sensowne i logiczne. Przykład? Już podaje! Mimo że Feyra zdobyła kilka nowych, magicznych darów on nie ma zamiaru pomóc jej w ich rozwoju, ponieważ ktoś może to zobaczyć i uznać, że jego dwór szykuje się do wojny, co mogłoby sprowokować cudzy atak. I nikogo nie obchodzi, że Tamlin raczej ufa swoim ludziom i że przecież nikt nie musiałby się dowiedzieć o tym, że ją szkoli.
„Pięknej i Bestii” ani jakiejkolwiek innej baśni w tej powieści po prostu nie ma. Maas chyba uznała, że dość już cudzych bajek i zaczęła kreować swoją własną. Choć muszę przyznać, że pod względem samego klimatu panującego na nim Dwór Nocy podoba mi się bardziej, niż Dwór Wiosny to tak naprawdę to jedyna zaleta takiego wyjścia. Wypada jednak lepiej nie przez dobrą kreacje postaci na nim, a przez stworzenie grupki przyjaciół: na Dworze Wiosny po prostu wiało nudą, bo tak naprawdę w przeciągu dwóch tomów poznaliśmy aż czterech jego członków, razem z Feyrą i pewną niekoniecznie ciekawą kapłanką. Obserwując Dwór Nocy możemy przynajmniej skupić się choć na chwilę na innej relacji, niż relacji Feyry z Tamlinem.
Sama część przygodowo-fantastyczna wypada jednak koszmarnie. Maas stara się kreować świat z rozmachem, ale ostatecznie całość jest bardzo schematyczna. Mamy zadanie do wykonania; teleportujemy się, albo lecimy w miejsce zdarzeń; robimy co mamy z jakimiś przygodami po drodze i wracamy. Wracamy, by zobaczyć, jak bardzo Feyra lubi swojego nowego chłopaka, chwilkę odsapnąć... i ruszyć po raz kolejny w niemal identyczną oraz bardzo niebezpieczną wyprawę.
Z „Dworem mgieł i furii” mam jeszcze jeden problem. Mianowicie, nie wiem do końca dla jakiej kategorii wiekowej kierowana jest ta powieść. Z jednej strony relacje między postaciami oraz sam sposób prowadzenia fabuły sugerowałby young adult, ale z drugiej dość dokładne opisy seksu, chwilami wręcz zalatujące erotykiem sprawiają, że ta powieść to jednak new adult.
Styl Maas pozostawia wiele do życzenia. Jest prosty i klarowny, przez co powieść czyta się bardzo szybko, ale bardzo irytowało mnie to, że co chwilę powtarzała jakieś słowo, chcąc je podkreślić – p o d k r e ś l i ć – co przy tak częstym używaniu wypada głupio i dziecinnie (np. str. 732 – „Cztery królowe spojrzały na nas z wyższością i nienawiścią.Nienawiścią.”). Nie operuje też językiem w zbyt dojrzały sposób.
Niestety: to nie jest dobra powieść. Choć styl Maas nieco się rozwinął od czasu „Szklanego tronu” to dalej daleko jej do dobrej pisarki. Cóż, przynajmniej swoje zarobi, patrząc na popularność jej powieści!

* * *

Dlaczego istoty lgną do innych istot? Może kochają miejsce, w które się udają, tak bardzo, że uznają podróż za wartą ryzyka. Może będą tak wracać, aż zostanie jedna gwiazda. Może ona będzie powtarzać tę podróż po kres czasów w nadziei, że kiedyś pewnego dnia, jeśli będzie wracać wystarczająco często i wytrwale, jakaś inna gwiazda znów ją odnajdzie.

Fragment „Dworu mgieł i furii” Sary J. Maas

niedziela, 12 listopada 2017

Pogadajmy o książkach III + Stosik

 
Cześć! Już po raz trzeci zapraszam na audycje Raportu Literackiego. Tym razem pogadamy sobie o polowaniach i zwierzętach w ogóle. Poza nami będziecie też mogli usłyszeć w trakcie audycji Jakuba Ćwieka. Także zapraszam jutro o godzinie 20:00, a jeśli nie zdążycie – w czwartek o godzinie 14:00, na antenę RadiaMors.
Poza tym nasza audycja doczekała się fanpage! Kliknijcie TUTAJ, jeśli macie ochotę go zobaczyć.

A jeśli będziecie uważnymi słuchaczami, pewnie traficie też na pełny wywiad z Jakubem Ćwiekiem, który pojawi się niedługo w którejś z audycji. Niestety, w tym momencie nie jestem w stanie podać Wam szczegółów. 

A tak przy okazji, łapcie mój stosik nowości książkowych z zeszłego tygodnia:
Pierwsze pięć sztuk to używane książeczki. Poza pierwszym tomem „Karmazynowego Cienia”, kupiłam je w trakcie Jesiennego Spotkania z Fantastyką w Katowicach, w sobotę 4 października.
Pierwsza od góry to „Wyjście z cienia” Zajdla: mam już je za sobą i choć nie była to najlepsza książka autora, jaką znam, to i tak miło mi się ją czytało. Moją opinię na temat pozostałych poznanie już niedługo, bo pierwszy wpis na temat książki tego pana zaplanowany jest na 19 listopada.
Później mamy dwa tomy „Karmazynowego Cienia” Salvatore; trzeci jest w drodze do mnie. Mam nadzieję, że uda mi się w ten sposób odkopać nieznaną dziś, a fajną, trylogię fantasy, ale zobaczymy.
„Kres obłoków” Stewarta to także fantasy, ale z tego co się orientuje – jednotomowe. Niestety, tłumacz nie należy do moich ulubieńców i tego się trochę boję.
Ostatnią ze staruszek jest „Wszystko dla Billy’ego” McMurty’ego, którą już mam za sobą. To mój pierwszy w życiu, pełnoprawny western. Opinia o nim w tym momencie zaplanowana jest na 23 grudnia.
Następnie mamy książki wydane przez SQN, które zamówiłam przez promocje w księgarni Naregale. Jak możecie zauważyć, to przede wszystkim uzupełnianie kolekcji.
Mamy tam „I wrzucą was w ogień” Patykiewicza, czyli drugi tom dość młodzieżowego post-apo. Wpis na temat tomu pierwszego – „Dopóki nie zgasną gwiazdy” – w tym momencie jest zaplanowany na styczeń, także pewnie na moją opinię na temat tej książki trochę sobie poczekacie.
Później mamy „Wrota Obelisków” N. K. Jemisin: wprawdzie tomu pierwszego jeszcze nie czytałam, ale jakoś tak wyszło, że i drugi wylądował w koszyku.
„Powstanie” Iana Tregillisa to trzeci tom trylogii „Wojny Alchemiczne”. Poznałam już pierwszy i był na tyle fajny, że po prostu chcę zapoznać się z całością. Recenzja „Mechanicznego” zaplanowana jest dopiero na luty, także... cóż ja poradzę, za dużo wpisów mam dla Was przygotowanych :D EDIT: Tak, pomyliłam tomy. Przypadkiem chwyciłam drugi i nie zauważyłam, że to nie trzeci.  Na zdjęciu powinno być „Wyzwolenie” 
No i na końcu takie „uzupełnienie kolekcji”, ale nie do końca, czyli „Ciemność płonie” Jakuba Ćwieka. Zobaczymy, co wyjdzie z tego spotkania.

Jak widzicie, ani na brak pracy przez radio i studia, ani na brak czytania nie narzekam. Dobrze, że przynajmniej mam taki zapas wpisów <3

sobota, 11 listopada 2017

Entliczek Pentliczek: Kryminał level basic

 
Sekretarka Herkulesa Poirota jest ostatnio bardzo nerwowa. Gdy detektyw zwraca jej na to uwagę, dowiaduje się, że jej siostra zaczęła pracę w domu studenckim, w którym ostatnio doszło do serii dziwnych kradzieży. Prędko okazuje się, ze sprawa jest poważniejsza, niż początkowo mogło się wydawać.

Jeśli miałabym wskazać najprostszy w konstrukcji kryminał, jaki znam, to chyba byłby to „Entliczek pentliczek” Christie. Ta krótka powieść wręcz doskonale sprawdzi się jako coś do czytania w niezbyt długiej podróży, gdy zależy nam, by nie mieć przy sobie dwóch kilogramów książek.
Tytuł: Entliczek Pentliczek
Tytuł serii: Herkules Poirot
Numer tomu: 30
Autor: Agata Christie
Tłumaczenie: Aleksandra Ambros
Liczba stron: 180
Gatunek: kryminał
Wydanie: Wydawnictwo Dolnoślaskie, Poznań 2016
Jak już wspominałam, konstrukcja tej pozycji jest wybitnie prosta. Poirot dowiaduje się o problemie i postanawia go rozwiązać, a by do zrobić, musi przeprowadzić śledztwo polegające przede wszystkim na rozmawianiu i przesłuchiwaniu mieszkańców domu studenckiego. W tle tak naprawdę niewiele się dzieje, a jeśli już to tylko dlatego, że bez dodatkowych poszlak nasz bohater nie byłby w stanie rozwiązać śledztwa. Takie prowadzenie historii w tym przypadku jak najbardziej się sprawdza: mamy okazję poznać podejrzanych i snuć na ich temat własne domysły. Jednocześnie całość jest naprawdę krótka, dzięki czemu ta formuła po prostu nie zaczyna nudzić.
Niestety, ja nie jestem osoba, która mocno angażuje się w kryminał: po prostu go czytam, nie próbując rozwikłać zagadki. Przez to chwilami moje zainteresowanie słabło, a bohaterowie, choć dobrze zarysowani, zlewali się mi w jedno. Nie przywiązałam się do nikogo i nikomu nie próbowałam „kibicować”. Niemniej, wierzę, że osoby, które uwielbiają tego typu historie będą z niej zadowoleni.
Bardzo lubię styl Agaty Christie. Jest prosty, dość konkretny i dość ironiczny, co widać już w pierwszych akapitach, w których autorka uznaje, że sekretarka Poirota nie jest kobietą w bardzo ciekawym wywodzie. Właściwie samą narracje czytało mi się przyjemniej, niż dialogi: w tym przypadku to one miały tendencje do nudzenia mnie, a nie opisy, których z resztą nie ma tu zbyt wielu. Może Christie nie jest nadzwyczaj wybitną pisarką, jeśli chodzi o posługiwanie się językiem, ale robi to wystarczająco dobrze, by zainteresować czytelnika, a w końcu zbyt „artystyczny” kryminał nie jest czymś, co się sprawdzi.
Powiedziałabym, że „Entliczek Pentliczek” to kryminał o „level basic” – pokazujący bardzo prostą, sztampową historię, która może być niezłym wprowadzeniem do gatunku. Nie jest to najlepsza rzecz, jaką czytałam, ale na pewno spędziłam z nią całkiem miłe chwile. Poza tym to historia, która naprawdę doskonale nada się na kilkugodzinną podróż pociągiem, bo jest akurat na tyle długa, że spokojnie można ją w tym czasie pochłonąć w całości.
Na sam koniec dodać jeszcze muszę tylko, że tak, tę książkę można czytać zupełnie osobno, nie znając innych książek Christie: to zupełnie osobna zagadka, nienawiązująca co innych, dlatego można swobodnie sięgać po nią w dowolnej chwili.

* * *

Takie rzeczy się zawsze zdarzają. One tak głupio traktują miłość, te dziewczyny. Jakby miłość miała jakieś znaczenie. Rok, dwa i wszystko się kończy, cała wielka namiętność! Ale te durne dziewczyny nie wiedzą tego.

Fragment „Entliczka pentliczka” Agaty Christie  


    

czwartek, 9 listopada 2017

Szamanka od umarlaków: Moje Guilty Pleasure

Od następnego wpisu chyba zostanie zmieniony rozkład postów tego typu...  Gdy w 2014 roku ustalałam, jak będą wyglądały uznałam, że pierwszy „segment” tekstu będzie pełnił funkcję dziennika, albo miejsca, w którym będę pisała coś o książce, co niekoniecznie powinno znaleźć się w recenzji. Nie było to bezpodstawne: miałam wtedy nawyk snucia długiej opowieści, jak dana książka wpadła w moje ręce.
Czemu jednak trochę minęło, a ja zmieniłam nieco moje podejście do książek. Wtedy każda nowość była czymś cudownym i wyjątkowym. Teraz to jest po prostu norma. Książki pojawiają się na mojej półce i tyle. Jeśli zaś mam coś ważnego do powiedzenia to przecież nawet ten jeden akapit w tekście mogę zarezerwować. Przy okazji wpisy zwykle pisze z wyprzedzeniem, przez co „dziennikowa” forma wpisu przestała mieć jakikolwiek sens.
Dlatego w kolejnym wpisie „pogadanki” nie będzie. Jeśli macie coś przeciwko: krzyczcie! A teraz zapraszam Was na tekst dotyczący książki pewnej polskiej autorki.

Tytuł: Szamanka od umarlaków
Tytuł serii: Szamanka od umarlaków
Numer tomu: 1
Autor: Martyna Raduchowska
Liczba stron: 402
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: Fabryka Słów, Warszawa 2011


Ida zdecydowanie ma Pecha. Choć nie ma ochoty mieć nic wspólnego ze światem magii i wyjeżdża na drugi koniec Polski, by studiować i uciec od swojej rodziny, świat nadprzyrodzony i tak ją znajduje. Gdy przybywa do akademika zaczyna prześladować ją duch dziewczyny, która niegdyś w nim zmarła.

Jakiś czas temu uznałam, że „Rywalki” Kiery Cass to guilty pleasure pełną gębą. W trakcie czytania widziałam jednak błędy w budowie świata i nieco mnie one uwierały. W przypadku „Szamanki od umarlaków” naprawdę musiałam pomyśleć nad tym, co z tą książką jest nie tak. Bo choć nie jest to dobrze napisana powieść to... ja po prostu ją lubię. Sprawiła mi niemało radości, mimo bycia niekoniecznie dobrym kawałkiem literatury.
Dla jasności dodam tylko, że przed tomem pierwszym zapoznałam się z kontynuacją, przez co mniej więcej wiedziałam, czego mam się po tej książce spodziewać. Wcale mi to jednak nie zmniejszyło radości czerpanej z lektury.
Styl Martyny Raduchowskiej jest wybitnie prosty i lekki. Nie jest to jednak ten sam „rodzaj” wybitnie prostego i lekkiego stylu, jaki obserwujemy w tłumaczeniach. Co to, to nie! W nich nie uświadczymy mowy potocznej, a to właśnie jej wszechobecność jest typowa dla stylu autorki. Czytając, miałam wrażenie, że pisanie tej powieści polegało na przelewaniu na papier własnych fantazji, bez zastanawiania się, co w ogóle chce się przekazać w tekście. Przez to z jednej strony widać, że Raduchowska jest bardzo swobodna i naturalna w tym, co robi, ale z drugiej powieść jest chaotyczna i bardzo daleko jej do dobrze napisanej książki. Niemniej, miałam wrażenie, że autorka czerpie ogromną ilość radości z tego, co robi, która z resztą też mi się udzieliła.
„Szamanka od umarlaków” to powieść bardzo naiwna i bardzo prosta, ale przy tym nawet nie próbująca udawać czegoś więcej, niż historię dla młodzieży. Gdybym miała ją namalować, pewnie użyłabym wszystkich dostępnych, jasnych barw: choć Ida wiecznie narzeka i wiecznie jej się coś nie udaje to całość zachowana jest w bardzo optymistycznym klimacie.
W tej powieści dzieje się wszystko – i wszystko jest zupełnie absurdalne. Mimo wszystko mogłabym podzielić powieść na trzy segmenty.
W pierwszym poznajemy Idę i razem z nią uczymy się, o co chodzi z byciem medium w uniwersum Raduchowskiej. Poznajemy w nim ciotkę dziewczyny, jej dwa „zwierzaczki” oraz paru pobocznych bohaterów, którzy mają nam pokazać, jak to wszystko działa. Mimo że mentorka naszej pechowej studentki może być dla niektórych irytującą postacią ja zapałałam do niej pewną, bliżej niewyjaśnioną, sympatią. Ta część jest chyba najdłuższa... i zdecydowanie sprawiła mi najwięcej radości.
W drugiej części Ida jest już po szkoleniu szamanki od umarlaków i musi nauczyć się radzić sobie sama. Ma do wykonania zadanie i zagadkę do rozwiązania. To on był dla mnie najnudniejszym i momentami potrafił mnie znużyć.
Trzecia część różni się od drugiej tym, że do akcji wkracza kilku nowych bohaterów. Niekoniecznie najciekawszych, ale podratowujących historię, która powoli zaczyna wiać nudą.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że w tej powieści znajdziemy gamę różnobarwnych bohaterów. Poza bardzo charakterystyczna Idą i jej ironiczną ciotką postacie albo pojawiają się na jedną scenkę, albo nie wyróżniają się niczym szczególnym. Często mają jedną cechę charakteru i nie są wcale rozwijane. Niemniej, to powieść młodzieżowa, a nie psychologiczna, dlatego pozwalam sobie przymknąć na to oko.
To, co mnie w tej powieści dość zaskoczyło to jej niewinność. Poza jedną z początkowych scenek dotyczącą zachowania studentów w akademiku trudniej chyba o inną książkę napisaną współcześnie, w której nie byłoby odniesień do romansu i seksu oraz w której nawet żarty by się do tego nie odnosiły. W przypadku powieści młodzieżowej uważam to za naprawdę duży atut.

Jeśli szukacie czegoś bardzo lekkiego i młodzieżowego ta książka pewnie się u Was sprawdzi. Może być też dobrą książką „na start”, jeśli temat wydaje się Wam interesujący: ta książka wchodzi po prostu niezwykle łatwo przez bardzo potoczny styl Raduchowskiej. Mi jej lektura sprawiła sporo radości, chociaż nie ma się co oszukiwać: to nie jest powieść wysokich lotów.

* * *

Była jedna rzecz, której nikt o Idzie nie wiedział. 
Za cholerę nie chciała być wiedźmą. Była też jedna rzecz, której nie wiedziała samą Ida - zasadniczo nie miała w tej kwestii nic do powiedzenia. I nie chodzi tu o żadne zarządzenie losu, siłę wyższą, klątwę, życiorys zapisany w gwiazdach w najdrobniejszym szczególe czy przeznaczenie, którego nie da się zmienić ani oszukać. Ida zwyczajnie miała Pecha. Chociaż nie, to nawet nie było tak: Pech miał Idę. Trzymał mocno, nie puszczał, śledził jak cień, czepił się jak rzep psiego ogona, wierny niczym najlepszy przyjaciel, zawsze gotów, by pokrzyżować jej plany i zwalić pod nogi nie kłodę, a cały ich stos.
Rodzina Brzezińskich od zawsze parała się magią. Ten prastary, wpływowy ród od pokoleń zasiadania w loży czarodziejów. Nikt nikt nigdy nie odważył przeciwstawić się tradycji. Ida jest jedynym dzieckiem państwa Brzezińskich jako, że jej matka nie chciała mieć więcej dzieci. Dziewczyna stała się niezbędnym minimum które ma przedłużyć ten wspaniały ród.

Fragment „Szamanki od umarlaków” Martyny Raduchowskiej


wtorek, 7 listopada 2017

Polski TAG Książkowy

Dziś lekko i dość krótko. Zapraszam Was na tag książkowy do którego nominowała mnie Aoi Akuma z bloga Książkowa Królowa. Jego autorką jest Sara z bloga KultuSarnie.

Biało-czerwona flaga, czyli książka, w której krew została oddana w dobrej sprawie.
Czy tak naprawdę istnieje coś takiego? Cóż, zakładając, że tak to mogę podać tu „Z mgły zrodzonego” Sandersona. W tej powieści Kelsier, jeden z głównych bohaterów, umiera, by pozwolić pozostałym pokonać Ostatniego Imperatora. O bardziej szczytny cel raczej niełatwo :) 

Warszawka Syrenka, czyli książka, której akcja dzieje się w wielkim mieście.
Seria „Grimm City” Ćwieka! Miasto Grimm to kolos powstały na bazie takich metropolii jak Chicago. Tak naprawdę ten cykl jest właśnie o nim: klimat książki tworzy ogromne miasto-potwór, które jest gęste i klejące się od dymu i brudu.

Fiat125p, czyli zapomniana książka, o której powinien usłyszeć świat.
Książek jest na świecie tyle, że trudno mi wybrać jakąś, która tu by pasowała: wiele lektur, w tym wiele wspaniałych, zostało zepchnięte na dalszy plan i to niekoniecznie słusznie. Myślę jednak, że warto podać tu książki Zajdla – to nasz polski Orwell, którego w mojej opinii czyta się lepiej i przyjemniej niż wspomnianego Brytyjczyka. Choć nieco zapomniany, na pewno jest warty poznania.

Morze Bałtyckie, czyli książka z otwartym zakończeniem.
Emm... „Gwiazd naszych wina” Greena? Wiem, że sporo osób o tym wspomina. Szczere mówiąc, nie przychodzi mi do głowy żadna książka, która miałaby otwarte zakończenie i mocniej zapadłaby mi w pamięć. Może trylogia „Metra 2033” Głuchowskiego trochę by tu pasowała? „Wiedźmin Sapkowskiego właściwie po części też, bo tak naprawdę nie wiemy do końca, co się stało z bohaterami.

Muzeum Powstania Warszawskiego, czyli książka, przy której nie sposób nie płakać. 
Nie posiadam książki, przy której bym się rozpłakała. Po prostu nie płacze na książkach i nie wiem, co musiałoby się stać, aby to uległo zmianie. Szczerze mówiąc nawet nie jestem w stanie podać „płaczliwej” książki, bo takich po prostu nie znam. Jedyny przypadek, który nieco mnie ruszył to Włóczęga Kathe Koji, ale czytałam ją, mając z 11-12 lat... :D

Kogo nominuję do wykonania Polskiego Tagu?
Każdego, kto tylko ma na niego ochotę :D


poniedziałek, 6 listopada 2017

Pogadajmy o książkach! II

 
Cześć! Tak jak i tydzień temu, tak i dziś zapraszam Was o 20:00 na stronę Radia Mors, w którym będziecie mogli posłuchać audycji „Raportu Literackiego”. Niestety, przez święta, nie było mnie na nagraniu, ale tak czy siak zapraszam. Tematem dzisiejszej audycji będą książki z artystą w roli głównej, więc wydaje mi się, że wielu z Was może odpowiadać.

Mnie będzie można zaś posłuchać w audycji za tydzień. A już jutro na DM pojawi się tag książkowy, także... zapraszam i tutaj :)
Nomida zaczarowane-szablony