sobota, 23 września 2017

Zbankrutuję! Czyli książki, które mam nadzieję kupić

Raczej nie pisze Wam o książkach, które chce, czy planuje kupić. Dziś jednak zrobię wyjątek. Mam zwykle problem z kupowaniem serii „do końca”, dlatego aby samą sobie zmotywować, pozwólcie, że przedstawię Wam serie, albo książki, które naprawdę chciałabym niedługo zakupić i mam nadzieję, że mi się to uda.

Książki Janusza A. Zajdla

Tu nie ma konkretnych tytułów. Ostatnio bardzo polubiłam tego autora i po prostu chciałabym mieć jak najwięcej jego dzieł na półce. Jego książki zwykle można kupić za mniej niż 20zł, więc są stosunkowo tanie, ale także – niedługie, dlatego na zbyt wiele mi nie wystarczają. A szkoda, bo chętnie spędzałabym z nimi długie godziny. Uważam, że warto mieć je u siebie.

„W stronę mroku” Lindy Nagaty
Mam u siebie dwa poprzednie tomy tej serii i po prostu chce mieć całą trylogię na półce. Tak, wiem, że ostatnia część nie zebrała najlepszych recenzji, ale po prostu marzy mi się cała kolekcja, zwłaszcza, że książki nie wyglądają najgorzej. A że już drugi tom nieco mnie nudził... cóż, to już inna para kaloszy!
 Kolejne tomy „Wspomnień o przeszłości Ziemi” Cixina Liu
Kocham tom pierwszy. Uwielbiam to hard science-fiction, które wspaniale mi się czytało. Dlatego chyba żadnym zaskoczeniem nie będzie fakt, że chciałabym mieć na swojej półce kolejne książki z trylogii chińskiego autora. To naprawdę bardzo dobra powieść.

Upadek Hyperiona” Dana Simmonsa
„Hyperiona” już na swojej półce mam i naprawdę go sobie cenię. Niestety, zakończył się w „najgorszym” możliwym momencie, dlatego ja po prostu muszę mieć kontynuacje. A jak już ją sobie sprawie, marzą mi się inne książki z serii Artefakty, bo te książki mają po prostu genialny projekt okładki i bardzo dobrze wyglądają.

„Popiół i kurz” Grzędowicza
Oto ostatnia powieść tego pana, której nie mam na półce. A że go „kolekcjonuje” to wiem, że prędzej, czy później ta jego powieść u mnie się pojawi. Wiem, że mi się spodoba, dlatego jak tylko nadarzy się okazja na pewno uzupełnię swój zbiór o tę powieść.

„Miasto szaleńców i świętych” Jeffa VanderMeera
Za autorem przepadam, a po prostu mam drugi tom książki z tej serii i mam ochotę się z nią zapoznać. Niestety, książki nie ma już w księgarniach, dlatego zakup jej będzie nieco utrudniony, ale wierzę, że prędzej czy później do mnie trafi. Zwłaszcza, że ten autor to naprawdę człowiek z ogromna wyobraźnią.

Kolejne tomy „Odrodzonego królestwa” Elżbiety Cherezińskiej
Tom pierwszy czytałam w 2015 roku i choć nie uznałam go za coś genialnego to ostatnio poczułam potrzebę, by przeczytać kolejne i sprawić, by „Korona śniegu i krwi” nie stała tak samotnie na półce. Liczę, że po takim czasie kontynuacja naprawdę sprawi mi przyjemność.

„Piąta pora roku” Nory K. Jesmin
 
Odkąd wyszła, bezustannie za mną „chodzi”. Niestety, nim sobie ją sprawie, wolałabym najpierw skompletować serie. Ale na pewno kiedyś ta powieść pojawi się na mojej półce. Zwłaszcza, że post-apokalipsę lubię coraz bardziej i bardziej.

„Mechaniczny” Iana Tregillisa
 
Ta książka zaś chodzi za mną od Pyrkonu, ale podobnie jak z „Piątą porą roku” raczej nie kupię jej, dopóki nie skompletuje pozostałych serii, przynajmniej po części. Niemniej, bardzo, bardzo chcę tę książkę przeczytać, zwłaszcza, że uwielbiam steampunkowe klimaty. Em... moment. Zaraz. Ja uwielbiam większość „fantastycznych klimatów”. Co nie zmienia faktu, że steampunkowe także :D




Książek, które mi się marzą, jest o wiele, wiele więcej, ale to są te, które w tym momencie chyba najbardziej chciałabym mieć na swojej półce. Oby szybko udało mi się je kupić i przy okazji nie zbankrutować.  Mam nadzieję, że taki luźniejszy post przypadł Wam do gustu i oczywiście zapraszam do dzielenia się swoimi opiniami oraz planami zakupowo-czytelniczymi.
Na sam koniec chcę jeszcze dodać, że moje opinie na temat niektórych książek, o których tu wspominałam (np. „Hyperion”) pojawią się na DM za jakiś czas – jak zawsze, publikacje mają swoje opóźnienia. 

czwartek, 21 września 2017

Problem trzech ciał: Dziecko kulturowej rewolucji

Czasami mam tak, że zobaczę jakąś książkę, czy to w blogsferze, czy to gdziekolwiek indziej i wiem, że niezależnie od recenzji, chce ją mieć. Takim zakupem był dla mnie „Problem trzech ciał” – powieść, która niekoniecznie powinna mi się spodobać przez swój gatunek, czy nawet opisz tyłu okładki, a jednak wiedziałam, że ją kupię. Jeśli jesteście ciekawi, jak wypadło moje spotkanie z chińską fantastyką, zapraszam do recenzji!

Tytuł: Problem Trzech Ciał
Tytuł serii: Wspomnienie o przeszłości Ziemi
Numer tomu: 1
Autor: Cixin Liu
Tłumaczenie: Andrzej Jankowski
Liczba stron: 456
Gatunek: hard science-fiction
Wydanie: Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2017

Rewolucja kulturowa sprawia, że Ye Wenjie traci wszystko. Rodzinę, możliwość pracy w zawodzie i jakąkolwiek pozycje społeczną. Cudem unika śmierci, trafiając do Bazy Czerwony Brzeg, w której prowadzone są utajnione przed nią badania.
Współcześnie Wang Miao, specjalista od nanotechnologii, dokonuje kilku dziwnych odkryć podczas wykonywania zdjęć. Próbując zrozumieć, co się właściwie stało bierze udział w komputerowej grze, która okazuje się bardziej realistyczna, niż mogłoby się to komukolwiek wydawać.

Przed przeczytaniem „Problemu trzech ciał” nie miałam pojęcia, na co się porywam. Wiedziałam, że mam w rękach hard science-fiction, ale że umyślnie unikałam czytania wszystkiego dotyczącego fabuły kompletnie nic o niej nie wiedziałam. W trakcie czytania okazało się, że dobrze postąpiłam: odkrywanie historii samemu, kawałek po kawałku, w tym przypadku było niezwykle zajmującą zabawą.
Jako, że jest to tłumaczenie z chińskiego obawiałam się, że będzie się to po prostu źle czytało. W końcu to science-fiction, napisane w języku opierającym się na innych zasadach niż nasze, europejskie. Na szczęście prędko odkryłam, że nie mam się czego bać. Nie wiem, ile jest w tym Cixin Liu, a ile Andrzeja Jankowskiego, ale ta powieść jest napisana po prostu świetnie. Czyta się ją niezwykle przyjemne. Styl „Problemu trzech ciał” jest jednocześnie bardzo wrażliwy, mocny, a zarazem – błyskotliwy. To zdecydowanie jest połączenie, które lubię najbardziej.
Jak już wspominałam, stopniowe odkrywanie o co chodzi w „Problemie trzech ciał” sprawiło mi ogrom rozrywki. Oniryczna, abstrakcyjna gra komputerowa, zderzenie z chińską codziennością i jednocześnie jasne wyjaśnienie tego, co jak działa w świecie Cixin Liu sprawia, że tą historią nie da się jak zanudzić. Autor odkrywa przed nami wszystko stopniowo, zachowując wręcz doskonałe tępo historii. Gdy już myślimy, że wiemy o co chodzi, on podrzuca nam kolejny kawałek do układanki. A potem jeszcze jeden. Daje nam wystarczająco czasu, byśmy ułożyli je w odpowiedni wzór, a potem rozsypuje je i odkrywa przed nami kolejny element fabuły. To naprawdę niezwykle wciągająca zabawa.
Przy okazji Cixin Liu miał naprawdę bardzo dobry pomysł na historię, dobrze wykorzystując ją do pokazania pewnych zachowań społecznych. Być może nie jest to powieść z setką postaci, ale ta kilka, które obserwujemy to ludzie, zwykle skrzywdzeni przez los, którzy zdają się być z krwi i kości. Mają swoje charaktery, uprzedzenia, ale oraz... jasne funkcje w historii . Każda postać Cixina Liu jest w tej historii istotna i coś do niej wnosi.
Do całej opowieści zgrabnie wplata rewolucje kulturalną, dzięki czemu „Problem trzech ciał” staje się wielowymiarowy, bohaterowie mają bardzo konkretne motywacje, zaś my, Polacy, możemy co nieco dowiedzieć się o przeszłości tej wschodniej potęgi (zakładając, że wcześniej ta tematyka nas nie interesowała).
Jedyny mały problem, jakiego mogę się dopatrzeć jest taki, że... nie każdy w tę historię wsiąknie, przynajmniej nie od razu; obawiam się, że specyfika gry „Trzy Ciała” może wystraszyć niektórych czytelników, którzy nie przepadają za dość abstrakcyjnymi scenami. Niemniej, polecam w takim przypadku spróbować przebrnąć przez te trudniejsze elementy, bo autor w trakcie książki wszystko bardzo logicznie tłumaczy.
„Problem trzech ciał” to porządnie zrobione hard science-fiction z ogromną dawką wiedzy autora: zarówno tą historyczną, jak i naukową. Wyraźnie widać, że twórca jest zainteresowany tym tematem i zna się na tym. Proste tłumaczenia zawiłych terminów sprawiają, że z tej powieści można naprawdę wiele wynieść. Autor nie zatrzymuje się też tylko na historii współczesnej, czy na naukach związanych z fizyką. Sięga także do dalszych dziejów świata co dodaje powieści smaczku.
Przy okazji, ostatnio naprawdę coraz to bardziej lubię wydawnictwo Rebis. Jak większość ich książek, które miałam w rękach, tak i „Problem trzech ciał” wygląda bardzo dobrze. Font i ułożenie tekstu zaliczam do moich ulubionych, a papier i sama oprawa naprawdę trzymają poziom.
Książka Cixina Liu była dla mnie niezwykłą podróżą: niewątpliwie sięgnę po kolejne tomy tej trylogii. I mam szczerą nadzieję, że książka na naszym rynku zostanie na długo, bo to lektura zdecydowanie warta poznania.

* * *

Dziewczyna najwyraźniej myślała, że jej też dopisze szczęście. Wywijała chorągiewką, jakby była przekonana, że jej gorejąca młodość spali w płomieniu rewolucji wroga na popiół, jakby wyobrażała sobie, że jutro z krążącego w jej żyłach zapału wyłoni się jej idealny świat... Upijała się tym wspaniałym, szkarłatnym marzeniem, aż jej klatkę piersiową przeszył pocisk.
Fragment „Problemu trzech ciał” Cixina Liu


wtorek, 19 września 2017

The Expase. Sezon 2: Na pomoc

     

Załoga Jima Holdena (Streven Strait) odkrywa protomolekułę: niebezpieczną, obcą technologię. Do ich ekipy dołącza Joe Miller (Thomas Jane). Razem próbują dowiedzieć się, co tak naprawdę knują Marsjanie i Ziemianie, jednocześnie starając się nie dopuścić do wojny między nimi.


Nim przejdziecie na dobre do tej recenzji zachęcam do przeczytania mojej opinii na temat sezonu pierwszego (KLIK). Jak to przy serialach bywa, sam klimat historii jest zbliżony do siebie, podobnie jak sposób kręcenia :) A teraz przejdźmy do rzeczy.
Sezon pierwszy „The Expanse” miał jeden ogromny problem. Bardzo wolno się rozkręcał, co potwierdziły także Wasze komentarze. Na całe szczęście nie dotyczy to sezonu drugiego: tym razem twórcy zafundowali nam jazdę bez trzymanki, z ogromem akcji, wybuchów i zwrotów akcji przez to oglądając kontynuację tej space opery po prostu nie da się nudzić.       
Wydaje mi się, że głównym „winowajcą” tej poprawy jest zmiana perspektywy. W sezonie pierwszym mieliśmy dość rozbudowany wątek kryminalny. Teraz główna zagadka zniknęła, nie mamy już detektywa z lupą, który powoli sobie gdzieś tam węszy: w sezonie drugim katastrofa gna katastrofę i nikt nie ma czasu na spokojne załatwianie swoich spraw.
„The Expanse”, sezon 2
serial science-fiction
Do obsady doszło kilku nowych aktorów. Jedną z ważniejszych nowych postaci jest  Bobbie Draper (Frankie Adams). Niestety, przy okazji dla mnie okazała się być jedną z bardziej irytujących bohaterek. By nie było, jest dla niej miejsce w serialu, a z czasem przestaje aż tak wkurzać, ale tak czy siak, Bobbie jest po prostu idealnym przykładem głupiej dziewczynki, która wie lepiej, niż cały świat :D
W drugim sezonie dużo bardziej rozwinięty jest wątek związany z załogą. Poprzednio nasza drużyna dopiero się zgrywała; teraz stanowią idealny zespół, który po prostu ze sobą współpracuje. Oczywiście, mają jakieś wewnętrzne konflikty, ale zależy im na sobie, widać chemię między nimi, a co za tym idzie: bardzo dobrze się ich obserwuje. Jeśli chodzi o główną załogę Roci tym razem moją uwagę szczególnie zwrócił pilot, Alex (Cas Anvar), który ze swoją miłością do statku może nie jest bardzo wyjątkowy, ale jest tak uroczym człowiekiem, że jego zachowanie po prostu chwyta za serce.
„The Expanse” nie działałaby tak dobrze bez odrobiny polityki. Nie jest to może serial przeładowany nią, ale niewątpliwie działania wielkich głów państw odgrywają tu ważną rolę i... nie, nie jest to nudne, ani nie wymaga ogromnego skupienia, by całość zrozumieć. Dlatego nie ma się tego co bać, jeśli za takimi wątkami nie przepadacie, a z drugiej strony, takie zabiegi w przypadku fabuł, w których na szali postawiony jest cały Układ Słoneczny, są często właściwie niezbędne.

Drugi sezon „The Expanse” wypadł naprawdę dobrze. Jak na razie serial idzie w bardzo dobrym kierunku. Ze spokojnym sumieniem polecam każdemu, kto szuka w miarę poważnego science-fiction, w którym mimo wszystko nie brakuje akcji.

niedziela, 17 września 2017

Afryka, moja miłość: Nostalgiczny powrót, czy całkowita klapa?

Dziś – nostalgicznie. Bo Corinne Hofmann to dla mnie bardzo nostalgiczna autorka :) Do dziś pamiętam ten dzień, gdy moja mama postanowiła zapisać „mnie” do klubu Świata Książki i pierwsze co kupiła mi „Białą Masajkę” tejże pani. Byłam wtedy w podstawówce i dostałam książkę napisaną z myślą o dorosłych kobietach. Przeczytałam ją i choć pewnie połowy nie zrozumiałam, a część treści nie była przeznaczona dla dziecka to uznałam ją za coś ciekawego, innego.
Gdy jakiś czas temu wygrzebałam „Afrykę, moją miłość” w koszach przecenionych książek coś się we mnie ruszyło i uznałam, że chcę ją. Bo nostalgia. Bo podstawówka. Bo Świat Książki. I tak trafiła do mnie <3 Po tylu latach – druga książka Corinne Hofmann na mojej półce.

Tytuł: Afryka, moja miłość
Autor: Corinne Hofmann
Liczba stron: 256
Gatunek: literatura podróżnicza

Corinne Hofmann wraca do Afryki. Wędrując i poznając kolejnych ludzi i kolejne historie odkrywa, że to do tego kontynentu należy jej serce. Corinne ma dwa domy: jeden w nowoczesnej Szwajcarii, drugi w biednej Kenii.

Po latach znów sięgnęłam po książkę Hofmann i szczerze mówiąc, nie widziałam, czego się spodziewać. Czytałam jedynie jej „Białą Masajkę” i to będąc w podstawówce! Po tylu latach postrzeganie świata zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Chcąc nie chcąc, mimo pewnej nostalgii do autorki nasze ponowne spotkanie wyszło jednak dość neutralnie i ostatecznie bez większego entuzjazmu.
O ile „Biała Masajka” była historią z dość konkretną linią fabularną tak „Afryka, moja miłość” po prostu próbuje udawać reportaż. Pierwsza część książki opowiada o krótkiej pieszej podróży autorki po Kenii, druga – to historie ludzi, którym udało wyrwać się ze slumsów, a trzecia opowiada o pierwszym spotkaniu córki Corinne z jej ojcem po dwudziestu latach. Książkę można wyraźnie podzielić na te trzy części i szczerze mówiąc to druga jest najbardziej interesująca.
Pierwsza i ostatnia wyglądają jak zapiski średnio utalentowanego pisarski blogera, który po prostu opowiada co widzi. Jest emocjonalny, nadużywa wykrzykników i często powtarza jak bardzo podoba mu się to, co robi.  Tak prosty sposób przekazu może urzec wielu niedoświadczonych czytelników, ale mnie po prostu nie zaspokaja. Brakuje w tym wszystkim konkretnej fabuły, czy faktów, a sama Corinne nie jest osobą, która szczególnie wzbudza moją sympatię. Szczerze mówiąc, chwilami bardziej przypomina mi rozpieszczoną paniusię z bogatej Europy, która wyjechała sobie do Kenii dla zabawy i teraz to powtarza, bo jej się to spodobało i tyle. To nic złego, oczywiście, że nie – ale to z miejsca dyskwalifikuje ją jako dobrego reportażystę.
Środkowa część jest o tyle ciekawa, że Corinne w końcu dopuszcza do głosu innych ludzi. Ludzi, z ciekawymi historiami, które warto poznać, choćby po to, by dowiedzieć się nieco o afrykańskiej kulturze, ich zwyczajach i codzienności. Przy okazji autorka daje nam się zapoznać z kilkoma projektami, które powstały w Kenii, działają w bardzo ciekawy sposób i sprawnie pomagają ludzi wyciągać ze skrajnej biedy. Historie osób przedstawionych w tej książce bardzo dobrze pokazują, jak przy odrobinie pomocy i ogromnej ilości wysiłku człowiek bez niczego może osiągnąć właściwie wszystko.
Pod względem literackim książka wypada po prostu słabo. Pod względem tego, co przekazuje – nieco lepiej, ale szczerze mówiąc, podejrzewam, ba! Ja wiem, że jest wiele, wiele lepszych książek o Afryce. Niemniej, ta książka zdecydowanie ma swój target: mam wrażenie, że została napisana z myślą o bardzo prostym człowieku, który nie czyta za dużo, chce prostej bohaterki, która myśli jak on i przy okazji boi się do tej Afryki pojechać osobiście.
„Afryka, moja miłość” pozostanie w mojej głowie jako książka bardzo neutralna – nie wnosząca za wiele do mojego życia, nie napisana najlepiej, ale za to przypominająca mi o historii, którą jakimś cudem przeczytałam tyle lat temu.


 * * *

– To nie jest zwierzę! Kura to nie zwierzę. Zwierzę musi mieć cztery łapy, inaczej to nie jest zwierzę!
Przewodnik i ja wybuchamy śmiechem, nie możemy się powstrzymać. Pytam, czym w takim razie jest kura.
– To ptak. Ale nie zwierzę – uparcie twierdzi Lukas.
Ze śmiechu aż łzy spływają nam po policzkach.
– Węże to nie są zwierzęta. To gady. Krokodyle, chociaż mają cztery łapy są rybami, bo żyją w wodzie. No a ryby to przecież nie zwierzęta. – Lukas energicznie kończy dyskusję.
Fragment „Afryki, mojej miłości” Corinne Hofmann


sobota, 16 września 2017

Wiedźmin na deskach teatru w Gdyni!




Cześć! Dziś przychodzę do Was z wpisem na szybko, a który powinien zainteresować każdego, kto lubi musical i „Wiedźmina”.
W Teatrze Muzycznym w Gdyni niedawno pojawiła się sceniczna wersja Wiedźmina właśnie. Z tego, co wiem, bazuje na opowiadaniach, a nie na całej sadze, ale podobno wypada całkiem nieźle. Planuje się na niego za jakiś czas wybrać, nie wiem niestety, kiedy będzie to możliwe. Niemniej, wydaje mi się, że każdy fan Sapkowskiego powinien choćby na to spojrzeć :D





Na razie dostępne są nagrania ze spektaklu, jednak przyznam szczerze: trudno mi po nich cokolwiek więcej powiedzieć, niż to, że udostępniona piosenka jest dla mnie na razie dość zwyczajna. Marzy mi się, by przesłuchać cały musical, nim zakupię bilety, ale niestety, nie sądzę, by to zdarzyło się w Polskich warunkach.
Z tego co widzę stroje wyglądają specyficznie, ale cóż... teatr już tak ma, zwłaszcza musical, w trakcie którego przecież aktor musi czuć się swobodnie.

Jak Wam podobają się materiały prasowe? Wybieracie się? Macie bilety?

piątek, 15 września 2017

Piękna i Bestia (2017): Najlepsza ekranizacja animacji

Bella (Emma Watson) nie czuje się dobrze w swojej rodzinnej wiosce: to romantyczka, która chce czegoś więcej, niż życia wśród prostych ludzi. Gdy jej ojciec (Kevin Kline) zostaje uwięziony przez Bestię (Dan Stevens) dziewczynie udaje się go znaleźć. Bella zajmuje jego miejsce i stopniowo odkrywa, że zaczarowany zamek, w którym mieszka potwór nie jest taki straszny, jak początkowo jej się wydawało.



Gdy filmowa wersja „Pięknej i Bestii” wchodziła do kin wiedziałam, że prędzej czy później ją zobaczę, choćby z czystej ciekawości. Nie miałam wielkich wymagań co do filmu, ale ostatecznie mogę stwierdzić, że wyszedł całkiem nieźle.
Skłamałabym, mówiąc, że to kino, które mnie porwało. Nie dość, że znałam już historię to na dodatek sama główna bohaterka, Bella, chwilami potrafiła mnie nieźle irytować. Niemniej, film sprawdza się jako ekranizacja animacji.
Przede wszystkim „Piękna i Bestia” ma w sobie sporo elementów musicalu. W animacji śpiewające postacie to coś normalnego i nie zwraca się na to większej uwagi; tutaj twórcy musieli przypilnować, by muzyka wpasowywała się w samą historię. I robi to całkiem nieźle. Poza piosenkami z oryginału dostajemy trochę nowych utworów, w większości dość krótkich, które dodają całości klimatu, a dzięki temu, że położono nacisk na interakcje bohaterów w trakcie śpiewania musicalowe wstawki wyglądają bardzo dobrze.
„Piękna i Bestia” (2012)
ang. „Beauty and the Beast”
romans
reż. Bill Condon
Scenografia też nie pozostawia nic do życzenia. Pałac Bestii jest przepiękny (choć wolę bibliotekę z animacji :D) i można naprawdę cały czas na niego patrzeć. Mówiące naczynia jakoś wpasowują się w klimat wnętrz i naprawdę, nie mam się czego przyczepić, a byłam pewna, że będę na to narzekać. Jedyne, co mnie bolało to wygląd Bestii. Powinien być przerażający, zwłaszcza w pierwszych scenach, a przez to, że wygląda jak wielki, puszysty kociak trudno się go bać. To sprawia, że sceny z początku filmu lepiej wypadają jednak w wersji animowanej.
„Piękna i Bestia” w filmowej wersji odpowiada nam na kilka pytań, na które nie odpowiedziano w oryginale i rozwija wątki, na które tam brakło czasu. Dowiadujemy się więcej o rodzicach Belli, a jej relacje z ojcem ogląda się po prostu wspaniale. Również uczucie, które stopniowo budzi się między głównymi bohaterami jest lepiej uargumentowane.
Niestety, jak to z baśniami bywa, dalej nie wszystko tu trzyma się kupy, a przez to, że jest to film, a ja lubię się czepiać nie mogłam nie zwrócić na nie uwagi. Zwłaszcza w pierwszej połowie „Pięknej i Bestii” Bella zachowuje się kompletnie irracjonalnie. To Gastone mówi z sensem, nie ona! Biorąc pod uwagę historyczne czasy, dziewczyna odrzucająca w ten sposób człowieka, który jest dla niej całkiem miły, zachowuje się po prostu głupio (to Gastone ma porządne argumenty, nie ona!). Poza tym o zniknięciu ojca także mogła komuś powiedzieć, a nie jechać sama do lasu, nie wiadomo gdzie, nie mówiąc o tym zupełnie nikomu. Rozumiem, że to nie jest film kierowany ku osobom dorosłym, ale tak czy siak, to właśnie takie „drobne” problemy sprawiają, że sama nie mogłam się nim w pełni cieszyć.
Skoro już mówiłam o Gastone muszę przyznać, że grający go Luke Evans wypadł naprawdę dobrze. Emma Watson też, aczkolwiek z nią miałam jeden kluczowy problem: cały czas widzę w niej Hermionę, a nie Bellę :D Ciekawą rolę miał także Josh Gad jako Le Fou, któremu dodano nieco gejowskiego polotu. Wiem, że wokół tego było sporo szumu, ale szczerze mówiąc to tak delikatne przytyki, że dzieci nie zwrócą na to uwagi, a przynajmniej nie w „ten” sposób, a sprawiły, że parę razy się uśmiechnęłam.

Fani „Pięknej i Bestii” niewątpliwie będą zachwyceni. Film ogląda się bardzo przyjemnie, przy okazji wygląda wprost obłędnie. Być może ta ekranizacja nie będzie moim ulubionym filmem, ale z animacji Disney’a o królewnach przerobionych na film ta wypada zdecydowanie najlepiej.

środa, 13 września 2017

Wypychacz zwierząt: Odyn, ufoludki, świat przyszłości i wiele więcej

Po  „Hel 3” postanowiłam, że skompletuje pozostałe trzy książki Grzędowicza, których jeszcze nie mam na półce. I tak trafił do mnie „Wypychacz zwierząt” Już teraz mogę Wam powiedzieć, że wydanych pieniędzy nie żałuje :)

Tytuł: Wypychacz zwierząt
Autor: Jarosław Grzędowicz
Liczba stron: 470
Gatunek: zbiór opowiadań fantastycznych

Co mają wspólnego żołnierze z lat 40. z nordyckimi bogami? Jak wygląda Nowa Ziemia przygotowana dla nas przez UFO? I kim była zmarła ciotka pewnego mężczyzny, która zostawiła mu po sobie mieszkanie? Na te i wiele innych pytań odpowiada Jarosław Grzędowicz w swoim zbiorze opowiadań.

Zbieranie opowiadań jednego autora rozsianych w różnych miejscach w jeden tomik to chyba dość powszechny zabieg, przynajmniej ostatnio. „Wypychacz zwierząt” jest jedną z książek, która właśnie tak powstała. Wewnątrz możemy znaleźć trzynaście opowiadań. Większość z nich powstała na zamówienie, co sprawiło, że są wyjątkowo różnorakie. Wewnątrz mamy zarówno krótkie „short stories” pisane do Faktu, jak i dłuższe, pełnowartościowe opowiadania, które Grzędowicz tworzył do jakiś antologii.
Połączenie opowiadań z różnych miesięcy, czy nawet lat sprawia, że dostajemy naprawdę różnorodny tomik, nie tylko pod względem długości. Znajdziemy wewnątrz i opowiadania typowo fantasy, i science-ficion, i mieszające gatunki tak bardzo, że nie da się dokładnie określić, czym to właściwie jest. Mi osobiście jak najbardziej coś takiego odpowiada, bo mogę poznać różne koncepcje i wybrać te, które mi odpowiadają, by później szukać ich w powieściach różnych autorów :) Zwłaszcza, że Grzędowicza samego w sobie po prostu lubię.
Opowiadania napisane są stylem typowo Grzędowiczowym, za którym ja jak najbardziej przepadam, ale też jednocześnie są stylizowane tak, by narracja pasowała do danej sytuacji, czy epoki. Skłamałabym mówiąc, że autor przy tym bardzo bawi się językiem i pokazuje wszystkie swoje umiejętności, ale generalnie całość czyta się dość płynnie i przyjemnie, może poza paroma drobnymi zgrzytami, których w antologii chyba nie sposób uniknąć.
To, co szczególnie zwróciło moją uwagę w tym zbiorku to ilość wizji zbliżonych do świata z „Hel 3” – najpierw sięgnęłam po powieść autora, dopiero potem po te opowiadania i odkryłam, że Grzedowicz tego uniwersum nie tworzył od zera. Miał już podstawy: w wielu z historii widzimy świat przyszłości, który próbuje wszystko kontrolować tak, by każdy był zdrowy i żył długo i szczęśliwie, zwykle z marnym skutkiem, a o to przecież chodzi w tym sciecne-fiction bliskiego zasięgu, wydanym w 2017 roku. Oczywiście, te wizje są mniejsze, mniej szczegółowe, ale jak najbardziej utrzymane w tej samej tonacji.
Właściwie dwa opowiadania uznałabym za najlepsze – w mojej opinii oczywiście. Pierwszym jest „Buran wieje z tamtej strony”, które niby jest oczywiste, niby jasne od początku, ale jednak wzbudza pewien niepokój. Drugie to „Weekend w Spestreku”, które ukazuje życie w absurdalnym świecie i zmusza do przemyślenia, którą stronę – bardziej kapitalistyczną, czy bardziej socjalistyczną – chcielibyśmy wybrać. Uroczym opowiadaniem było też to noszące tytuł „Trzeci Mikołaj” i... w moim odczuciu doskonale mogłoby zadziałać jako bajka na dobranoc dla dzieci. Jedynie należałoby ją przejrzeć, czy aby na pewno wszystkie wypowiedzi bohaterów i ich myśli dla nich się nadają :D
Niestety, nie przy wszystkich opowiadaniach bawiłam się wyśmienicie, bo dwa nieco mnie przynudziły. Obydwa mają całkiem ciekawe zakończenia, ale w trakcie po prostu traciłam zainteresowanie. Pierwszym jest „Zegarmistrz i łowca motyli”, za którym nie przepadam, bo generalnie podróże w czasie „to nie jest mój temat”, a to właśnie jest główny wątek tej historii. Drugie nosi tytuł „Wilcza zamieć” i opowiada o II Wojnie Światowej, i to jeszcze takiej w łodziach podwodnych... i znów, jest to motyw, który mnie po prostu śmiertelnie nudzi.

Jak to ze zbiorkami bywa, ten nie jest doskonały. Nie zmienia to jednak faktu, że z lektury jestem zadowolona i mogę ją szczerze polecić. Zwłaszcza tym, którym spodobała się wizja świata obecna w „Hel 3” :)

* * *

Ludzie są źli z natury, doktorze. Nie muszę oglądać zamku jakiegoś szalonego barona, żeby to wiedzieć. Nic w nich nie ma, tylko chęć zaznania przyjemności. Nic, tylko instynkt. Kochają dzieci, bo kochają własne uczucie do nich. Swoją własność. Kiedy płaczą po czyjejś śmierci, to tylko nad sobą. To jedyne zwierzęta zdolne do bezinteresownej podłości, które potrafią to tłumaczyć wyższymi celami.

Fragment „Wypychacza zwierząt” Jarosława Grzędowicza



poniedziałek, 11 września 2017

Karmin: Wokół starodruku

Gdy zgłaszałam się do konkursu patronackiego u dziewczyn z Książkowiru przekonana byłam, że „Karmin” to kryminał: nie próbowałam nawet ruszyć nadgarstkiem, by sprawdzić, co to. Zmyliła mnie okładka, która jakoś z tym gatunkiem mi się skojarzyła. Dopiero, gdy konkurs u nich wygrałam i zaczęłam dokładniej sprawdzać co ma do mnie przyjść (wcześniej wolę nie, by na książki się nie nakręcać :D) dowiedziałam się, że to jakiś debiutancki romans. Ale w końcu dla „dorosłych”, nie dla „młodzieży”.
Dziewczynom oczywiście dziękuję za możliwość zapoznania się z kolejnym kawałkiem literatury :)

Tytuł: Karmin
Autor: Agnieszka Meyer
Wydanie:  Wydawnictwo MG, Kraków 2017
Liczba stron: 288
Gatunek: literatura kobieca, romans

Max, artysta-cieśla oraz odnawiająca stare księgi Selina wydają się być dla siebie stworzeni. Aż do kłótni, która wybucha niespodziewanie, sprawiając, że lądują w dwóch różnych zakamarkach świata. Ona we Włoszech, tonąca w książkach i objęciach tajemniczego Davida. On zaś w USA, próbując znaleźć szczęście w ramionach innej.

Agnieszka Meyer to osoba, której pisanie nie jest obce: wydała już e-booka z esejami, pisała do gazet i czasopism. „Karmin” jest jednak jej pierwszą powieścią i mimo, że autorka ma już jakieś doświadczenie w pracy nad słowem to niepisana reguła mówiąca o tym, że pisarz umie pisać po 3-4 książkach i u niej się sprawdza.
„Karmin” to powieść z bardzo konkretną inspiracją. Starodruki. Książka wydaje się być wokół tego słowa wręcz obudowana. Główna bohaterka się nimi interesuje, jeden z głównych bohaterów także. Doskonale widać, że to coś, co panią Meyer zafascynowało i być może dalej fascynuje. Niestety, sama inspiracja nie wystarczy: miało być o starodrukach, o tajemnicy, o czymś nienamacalnym... a wyszło właściwie trochę jak zwykle.
Nim jednak do tego przejdę, skupię się na stylu autorki, bo według mnie to największy problem „Karminu”. Jak już wspomniałam, powieść napisana została wokół słowa „starodruk”. I to niemal dosłownie. Skoro mamy stare teksty, tajemnicze i na swój sposób romantyczne to i styl powinien taki być, prawda? Agnieszka Mayer próbowała więc stylizować język na poetycki, piękny i delikatny jak skrzydełko motyla. Niestety, z nie najlepszym skutkiem.
Już na pierwszych stronach łapałam się za głowę, widząc „baobaby finansów”, albo „misterny wzór kolczyka sekretarki”, która kompletnie nic innego do fabuły nie wnosi, poza posiadaniem misternego wzoru na kolczyku. Meyer zdaje się nie znać umiaru w porównaniach, nader często zmuszając sowich bohaterów do nienaturalnych rozmyślań na filozoficzne tematy. A jak nie na filozoficzne, to o swojej przeszłości i o swoich bliskich, Przez to tempo powieści jest bardzo nikłe i niekiedy nużące. Mamy ogrom często kompletnie zbędnych opisów i wspomnień, a sama fabuła stoi w miejscu. Rozumiem, jaki był zamysł autorki, ale uważam, że prawdopodobnie brakuje jej jeszcze umiejętności, by takie coś zrobić dobrze. Tak po prostu.
Na całe szczęście najbardziej bolesny jest tylko początek książki. Bo albo ja się do stylu Meyer przyzwyczaiłam, albo im dalej w las tym tych zastojów jest mniej (choć i tak jest ich sporo). W każdym razie, choć było to męczące, dałam radę dobrnąć do końca. Podejrzewam, że taki styl pisania niektórym paniom bardzo się spodoba, aczkolwiek ja widzę tu po prostu braki warsztatowe.
Choć całość obraca się wokół słowa „starodruk” to nie oznacza, że fabuła obraca się wokół starodruków. Jeśli to jest jedyny powód, dla którego chcecie sięgnąć po tę książkę odradzam z ręką na sercu. Choć stare teksty są niezwykle ciekawe autorka stawia jednak na romans; starodruki to tylko coś, co naprawia Selina i coś, co pozwala na zbudowanie, nieco naciąganej, relacji z Davidem. Jednocześnie dodaje historii trochę tajemnicy i poza tym nie robią kompletnie nic. To jest dodatek, nie główny temat samej historii.
Muszę pochwalić autorkę za pewną wartość edukacyjną, którą ze sobą niesie. Czytając, możemy poznać kilka faktów na temat konserwowania papieru, manuskryptów, historii i zabytków. Nie jest tego za wiele, ale Meyer podaje nam trochę ciekawostek i mniej znanych miejsc, które możemy zwiedzić. To naprawdę spora wartość „Karminu” biorąc pod uwagę, że to przede wszystkim romans.
A właściwie nie romans: trzy romanse! W pewnym sensie przynajmniej. Max i Selina rozstają się w (według mnie) nieco głupich okolicznościach. Cóż, bywa, uznajmy, że w to wierzę, zwłaszcza, że nasz bohater jest bardzo gwałtowna postacią. Potem wyjeżdżają. Rozstają się i próbują zacząć nowe życie, ciągle wracając myślami do siebie. Szczerze mówiąc, samego Maxa po prostu nie polubiłam. Nie przepadam za gwałtownymi osobami, a on na dodatek ma w sobie sporo agresji. To człowiek, którego w realnym życiu miałabym ochotę wielokrotnie pobić, tak po prostu. Poza tym jego wątek jest po prostu dość zwyczajny i nudny.
Z Seliną sprawa ma się nieco inaczej. David, którego poznaje, to zdecydowanie najciekawsza postać w całej książce. Inteligencja i tajemniczość to w końcu coś, co po prostu musi przyciągać, prawda? :) Przy okazji to po prostu miły facet, a sama Selina wiedzie ciekawsze życie niż Max. W porównaniu do jego wątku, historia Davida i konserwatorki jest zdecydowanie ciekawsza. Niestety, nie jest to coś genialnego: jeśli ktoś zna choć trochę popkulturę szybko załapie, o co z tym tajemniczym mężczyzną chodzi i nagle okaże się, że jego motywy są po prostu dość nudne, bo typowe i powtarzalne.
Ostatecznie jednak, choć „Karmin” nie jest genialny to jest czymś więcej, niż typowym romansem. Widać w tym jakiś pomysł, widać chęć stworzenia czegoś niezwykłego; mimo wszystko, to nie jest tak sztampowa historia, jak mogłabym się spodziewać. Styl autorki sprawia jednak, że książka niekoniecznie jest przyjemna w odbiorze. Na dodatek brakuje mi w niej czegoś dodatkowego: jakiegoś szczegółu, tajemnicy związanej ze starodrukami. Może odrobiny kryminału? Albo romansu sprzed wieków? Spodziewałam się, że w „Karminie” będzie jeszcze jakiś dodatkowy wątek poza romansem, niestety, przeliczyłam się.
„Karmin” to lektura, która spodoba się przede wszystkim romantyczkom zakochanym w książkach i historii: nie wątpię, że do wielu takich osób książka w pełni trafi. Niestety, ja tym typem nie jestem. Przed książkę Agnieszki Meyer przebrnęłam, doceniłam to, co mogłam, ale wracać do niej na ten moment nie planuje.

* * *

Przesiadał się w Nowym Jorku niejako na własne życzenie – przegapił bezpośredni lot do Niemiec. Nawet nie był to zwyczajowy powód, czyli atak, po prostu źle odczytał godzinę.
– Idiotycznie – wymamrotał. W zasadzie nie śpieszył się, ale irytował go sam fakt skutku, jaki jedno błędne przesunięcie oczami po bilecie miało dla płynności jego podróży. Zdekoncentrowany przestał uważać na to, co się dzieje wokół niego. Stanął wraz z walizką i bagażem podręcznym przed stalowymi drzwiami widny mającej zabrać go na następny poziom lotniska, automatycznie omiatając wzrokiem stojących obok niego ludzi.

Fragment „Karminu” Agnieszki Meyer

sobota, 9 września 2017

Kobieta w czerni: Po prostu głupia

Na Boga, cóż ja zrobiłam? Gdy kupowałam majowy numer Nowej Fantastyki zajrzałam na książki w kiosku. W oczy wpadł mi pierwszy tom tej serii. Kosztował 2zł, więc po prostu go wzięłam, tak z czystej ciekawości. Nie powiem, by to był najlepszy z możliwych pomysłów :D

Tytuł: Kobieta w czerni
Tytuł serii: Czarne perły
Numer tomu: 1
Autor: O. S. Winterfield
Tłumaczenie: Anna Just
Liczba stron: 192
Gatunek: literatura kobieca
Wydanie: Edipresse Polska S. A., Warszawa 2017

Odkąd skończyła dziesięć lat Stella mieszkała w internatach. Teraz ma osiemnaście i wraca do rodzinnego zamku na wieść o śmierci ojca. Dziedziczy po nim wielki majątek, jednak jednocześnie odkrywa, że jej rodzina skrywa większe tajemnice, niż mogłaby przypuszczać.

Raczej nie kupuje takich serii, do jakich zalicza się ta książeczka: tanich i dostępnych w kioskach. Dlatego już pierwsza styczność z tą książką wprawiła mnie w niezłe osłupienie. Nie dość, że „Kobieta w czerni” nie ma nawet dwustu stron to czcionka wewnątrz jest tak olbrzymia, jak w książkach dla dzieci. Biorąc pod uwagę, gdzie kupiłam książkę, reklamy na wewnętrznych stronach okładek oraz informacje o tekście „ułatwiającym czytanie” targetem tej książki niewątpliwie są starsze kobiety, mające już (prawdopodobnie) problemy ze wzrokiem. Niestety, wydawca wyraźnie nie wierzy w inteligencje czytelniczek, biorąc pod uwagę, co raczy im serwować.
Ta książka to po prostu głupawa, naiwna historyjka, w której kompletnie nic nie trzyma się kupy i poza tym, że czyta się ją błyskawicznie nie ma zbyt wielu zalet. „Kobieta w czerni” może i łatwo wchodzi, ale mam wrażenie, że nawet sławne „Pięćdziesiąt twarzy Greya” ma więcej sensu, niż ta opowiastka.
To nie miała być młodzieżówka, a lekka, pełna miłości i namiętności powieść dla dorosłej kobiety. Niestety, jej autor popełnił chyba wszystkie typowe błędy dla autorów new, czy young adult. Główna bohaterka ma dopiero osiemnaście lat. Powinna się uczyć i studiować, a przynajmniej chcieć to robić. Niestety, jej nawet nie przemknie to przez myśl. Stella jest głupiutką dziewczynką, której w głowie tylko otwieranie krypt i płacz, bo dwie osoby powiedziały jej coś niemiłego... Co ona oczywiście odbiera tak, jakby cały świat jej nienawidził.
„Kobieta w czerni” to nie jest książka, której fabuła trzyma się kupy. Wybaczcie za spoilery, które pojawią się za chwilę, ale to tak krótka historia, że po prostu nie mogę nie omówić jej wad, nie zdradzając pewnych szczegółów.
[SPOILER] Główny wątek książki dotyczy ucieczki Stelli z rodzinnych stron. Czemu dziewczyna ucieka? A no dlatego, że jakaś starucha powiedziała, że nad jej rodem wisi jakieś przekleństwo, a ona sama jakże mądrze otworzyła kryptę matki, przez co mieszkańcy okolicy mają ją za wariatkę/diabła/dziwaka. Dlatego też musi w tajemnicy uciekać z własnego domu, mając ogromną ilość funduszy i spore możliwości by się bronić. [KONIEC SPOILERA]. To tylko jeden przykład irracjonalności tej historii, a uwierzcie mi, na tych niespełna dwustu stronach jest ich więcej.
Tu nie ma żadnego porządnego bohatera. Nie ma też porządnego stylu: tłumaczenie zdaje się leżeć i kwiczeć, zaś narrator kilkukrotnie musi nas informować o tych samych rzeczach. Przez swoją irracjonalność ta opowieść nie uczy i nie wnosi kompletnie nic, przy okazji nie wiedząc, czym chce być. Romansem? Obyczajówką? Książką o podróżach nastolatki? A może jednak horrorem? To naprawdę nie jest dobra literatura.
„Kobietę w czerni” mogę „polecić” jedynie jako ostateczność: prosty język sprawi, że połkniecie tę książkę w pół godziny, może godzinę, albo półtora. Pod tym względem jest jak znalazł do pociągu, czy autobusu. Niestety, cała reszta pozostawia bardzo wiele do życzenia. Jeśli nie macie ochoty czytać książki, która nic do waszego życia nie wniesie po „Kobietę w czerni” nawet nie próbujcie sięgać.

* * *

Stella otworzyła oczy. Grabarz klęczał przy otwartej trumnie i z wykrzywioną twarzą wpatrywał się w jej wnętrze, potem wstał i rzucił się na Stellę. Chwycił ją z całych sił i przyciągnął do trumny. Trumna była pusta!
Fragment „Kobiety w czerni” O. S. Winterfielda

czwartek, 7 września 2017

Literacka podróż na Daleki Wschód!


Lato powoli dobiega końca. To jednak nie znaczy, że musicie przestać podróżować! Przedstawiam Wam zestawienie książek, które na krócej, lub dłużej zabiorą Was na Daleki Wschód. Przygotowałam dla Was aż 12 propozycji!
Poniższe lektury to takie, których albo akcja w całości dzieje się na Dalekim Wschodzie, albo w części, lub też odbywa się w świecie inspirowanym właśnie tamtymi rejonami. Jeśli więc tylko chcecie poczuć orientalne klimaty: zapraszam!



Trylogia „Ziemski Dom” Pearl S. Buck
Postanowiłam, że zacznę od znanych mi pozycji kobiety, która naprawdę wiele wie o Dalekim Wschodzie i to o nim przede wszystkim pisze. Trylogia „Ziemski Dom” to jej najważniejsza seria: dzięki niej autorka zdobyła nagrodę nobla. Każda z części opowiada historię jednego pokolenia pewnej chińskiej rodziny, żyjącej na przełomie XVIII i XIX-wieku. To delikatna, spokojna saga, która doskonale pokaże realia życia w tamtym miejscu i w tamtych czasach, jednocześnie przedstawiając nam zmiany zachodzące w społeczeństwie. Jeśli jesteście zainteresowani Chinami ta trylogia to Wasze „must read”!



„Peonia” Pearl S. Buck
Ta powieść łączy tematykę Chin z tematem niewolnictwa: Ortodoksyjna Żydowska rodzina zamieszkujący ten kraj kupuje Peonię, dziewczynkę do pomocy w domu. Po latach ta zakochuje się w Dawidzie, synu jej właścicieli. Za pomocą intryg próbuje doprowadzić do poślubienia młodego mężczyzny. Ta historia to wielki dramat młodej kobiety, której miłość od początku skazana jest na niepowodzenie...



„Ukryty kwiat” Pearl S. Buck
Tym razem autorka przenosi nas do Japonii, przedstawiając nam miłość młodej Japonki do Amerykanina, zaraz po II Wojnie Światowej, w chwili, gdy kraj kwitnącej wyśni był okupowany przez USA. Ta powieść doskonale pokazuje różnice kulturalne pomiędzy tymi dwoma światami. Na dodatek przedstawia naprawdę poruszającą historię. Dwójka młodych, pozornie wolnych ludzi nie może czynić tego, co pragnie, przez rodziny, które bezustannie utrudniają im życie.



„Tygrysie oczy” Moniki Wareńskiej
Oto Biały Kruk. Książka, której łatwo raczej nie znajdziecie, ale nie mogę o niej tu nie wspomnieć.  To nie jest powieść, a połączenie książki podróżniczej z wietnamskimi legendami. Autorka podróżuje po tym odległym kraju, zbierając i spisując podania, łącząc swój pamiętnik z tym, co usłyszała. Nie będę oszukiwać: robi to w niezwykle magiczny sposób. Jeśli więc tylko macie do niej dostęp i interesuje Was Wietnam sięgajcie po nią bez wahania!



Trylogia „www” Roberta Sawyera
W przeciwieństwie do poprzednich książek, ta trylogia nie jest napisana w klimatach Dalekiego Wschodu. Jeśli jednak szukacie dobrego science-fiction, w którym Azja jednak gdzieś się przebija na tę serię nie powinniście narzekać. Chiny są w niej dość istotnym, choć drugoplanowym wątkiem: na pierwszy plan wychodzi jednak budząca się do życia, sztuczna inteligencja. Poza tym dzięki Sawyerowi możecie przynajmniej na chwilę odwiedzić Japonię.



„Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza
Vuko ma misję. Misję na obcej planecie, która pod względem kulturowym przypomina średniowieczną Ziemię. Właśnie: Ziemię, nie Europę. Jedna z kultur, którą odnajdziemy w tym świecie mocno czerpie z Dalekiego Wschodu i ten klimat naprawdę mocno w niektórych momentach czuć. Zwłaszcza, że to właśnie z tych rejonów świata pochodzi jeden z dwóch głównych bohaterów. Chociaż nacisk na to położony jest głównie w tomie pierwszym to serdecznie polecam całą serię.



„Imperium” Janny Wurts i Raymonda E. Feista
W przypadku „Imperium” autorzy czerpali z klimatów Dalekiego Wschodu tylko częściowo, kreując swój oryginalny świat. Inspiracje tamtymi rejonami można dostrzec na przykład przez ogromną ilość tradycyjnych rytuałów, które budują porządek tego świata. Przy okazji w którymś z kolejnych tomów okazuje się, że autorzy zrobili podobny zabieg do zabiegu Grzędowicza: w pewnym momencie w trylogii widzimy zderzenie dwóch kultur, z których jedna bardziej przypomina europejską, a druga – Azjatycką.



Seria „Takeshi” Maji Lidii Kossakowskiej
Choć mi nie przypadła do gustu, po prostu nie mogę nie umieścić jej w tym zestawieniu. Świat tej serii to połączenie science-fiction ze średniowieczną Japonią, co daje nam na końcu prawdziwą mieszankę wybuchową. Jeśli lubicie krew, akcje i dalekowschodnie klimaty nie wątpię, że się w tej serii odnajdziecie.



„Podróże z Herodotem” Ryszarda Kapuścińskiego
Nasz zmarły już mistrz reportażu i jego „pamiętnik” połączony z przemyśleniami na temat „Dziejów” Herodota. Nic o Azji, myślicie? Nic bardziej mylnego! Pierwsza podróż Kapuścińskiego odbyła się do Chin, więc i dla nich autor poświęcił chwilę. Jeśli chcecie bliżej poznać tego wielkiego Polaka serdecznie zapraszam do lektury.



„Wspomnienia o przeszłości Ziemi” Cixina Liu
Chińskie hard SF! Tego tu zabraknąć po prostu nie mogło. Oto genialna, choć nie najlżejsza, bardzo przemyślana powieść. Nie tylko zmusza do myślenia, ale także pozwala nam poznać Chiny: mentalność ludzi w nich mieszkających, historię współczesną i nie tylko. Akcja całej historii ma miejsce w Pekinie, który można dość dokładnie razem z tą książką zwiedzić. Gorąco polecam – bo to kawałek dobrej literatury!




„Bramy Światłości. Tom 1” Maji Lidii Kossakowkiej
Interesują Was Indie? Tak? A ich mitologia? Jeśli szukacie nawiązań do niej w literaturze musicie sięgnąć po piąty tom „Zastępów Anielskich”. Autorka wrzuca nas do Stefów Poza Czasem, w których królują indyjskie bóstwa. Ta powieść drogi zapewnia wielką przygodę z naprawdę przyjemnymi bohaterami.


„Na skraju jutra” Hiroshiego Sakaruzaki
W tej książce nie znajdziecie może wielkiego wczucia się w klimat Japonii, ale to właśnie tam ma miejsce akcja. Ta light novelka to naprawdę niezłe, młodzieżowe science-fiction z subtelnie wplecionym wątkiem miłosnym. Jeśli szukacie czegoś powiązanego z Azją, z akcją, która tam się odbywa, ale jednocześnie niezbyt narzucającego się pod względem kulturalnym ta książka może być dla Was!


Znaleźliście coś dla siebie? Jakie inne książki związane z Azją polecacie?
Nomida zaczarowane-szablony