poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Motywy: Praca

Już od jakiegoś czasu chciałam napisać post z tej serii, ale po prostu nie miałam pomysłu na temat. Pewnego wieczoru wpadłam więc na genialny pomysł. Poszukałam tematów rozprawek i tak oto wygrzebałam właśnie ten motyw: motyw pacy! Dokładny temat brzmiał Jaką rolę w życiu człowieka odgrywa praca? Mam nadzieję, że choć trochę trafię z tematem tegorocznych matur: może uda się Wam coś z tego wykorzystać.

UWAGA! SPOILER ARLET: Jeśli nie wiesz o co chodzi z serią „Motywy” wejdź TUTAJ nim przeczytasz ten post do końca.

Temat, sam w sobie, jest bardzo prosty do wybronienia: w końcu praca to sposób na utrzymanie swojej rodziny, to może być pasja, tradycja, możliwość poznania nowych ludzi, doskonalenie się. Problem może pojawić się właśnie w chwili, gdy będziecie musieli znaleźć konkretne pozycje związane z tym tematem. Ale spokojnie, już przychodzę z pomocą. Na początek standardowo literatura :)



„Vertical” Rafała Kosika
W świecie latających miast Kosika każdy człowiek miał przypisane zadanie. Główny bohater, Mruk, zajmował się naprawianiem lin. Praca uspokajała go i sprawiała, że był przydatny na statku.





„Z mgły zrodzony” Brandona Sandersa
Główni bohaterowie tej powieści mają do wykonania robotę; i robią wszystko, aby ją wykonać. Są wprawdzie szajką buntowników, a nie pracownikami, ale tym właśnie się zajmują i tak zarabiają na życie; ich pracą w przypadku tej historii ma być obalenie imperatora uciskającego lud.



„Tunele” Rodericka Gordona i Braiana Williamsa
Pan Burrows to doskonały przykład człowieka, który wykonuje swoją pracę z pasji, mimo, że trochę o tym zapomniał; jest dobrym pracownikiem, ale jeszcze lepszym archeologiem! Jego syn, Will też jest dość pracowitym chłopcem.




„Na skraju jutra” Hiroshi Sakaruzuka
Keiji to żołnierz z wyboru. Pracuje w armii, bo sam się do niej zgłosił. Czemu to zrobił? By przynajmniej próbować ocalić Ziemię. Jego praca automatycznie stała się całym jego życiem: w armii śpi, ma przyjaciół i wrogów.  Wie, za co walczy.


 
„Cykl inkwizytorski” Jacka Piekary
Mordimer to człowiek, który pracuje, wykonując wolę bożą – jako inkwizytor walczy z demonami i innowiercami. Głęboko wierzy, że robi dobrze; stara się być sprawiedliwy (według własnej moralności) i skromny (również rozumiejąc to słowo po swojemu). Doskonały przykład, jeśli chcecie pisząc tekst dodać do niego nieco humoru ;)
 


„Rok 1984” GeorgaOrwella
Chcecie pokazać, jak bardzo praca może zniszczyć człowieka i jak dzięki niej można kontrolować jednostkę? Natychmiast zapoznajcie się z tą książką Orwella: będziecie mieć doskonały argument w swoim tekście.


„Trylogia Czasu” Krisien Gier
Jeśli czytacie tylko, albo przede wszystkim młodzieżówki ta historia może Was uratować: w końcu główna bohaterka, chcąc nie chcąc została zatrudniona po to, by wykonywać misje, cofając się w czasie. Nie podobało jej się to, przynajmniej początkowo, ale jej zajęcie miało na nią samą olbrzymi wpływ.
 



„Zwiadowcy” Johna Falangana
Mam za sobą tylko pierwszy tom tej serii młodzieżowej, ale już w nim widać, jak ważna była praca dla młodych ludzi, którzy żyli w tamtym świecie. To, kto będzie ich szkolił było dla sierot najważniejszą rzeczą na świecie.

 
„Szczęśliwy powrót” C. S. Forestera
Książka o młodym, ambitnym dowódcy angielskiej fregaty. Hornblower poprzez pływanie statkiem zarabia na życie; to jego praca, która jednak zdaje się nigdy nie kończyć. Jako najważniejsza osoba na statku ponosi olbrzymią odpowiedzialność za swoich ludzi.




„Peonia” Pearl S. Buck
Tytułowa Peonia jest niewolnicą w pewnym bogatym, żydowskim domu. Jej praca to jej życie: jest niezwykle związana z rodziną, której służy. Jest oddana, ale to nie znaczy, że zawsze jest jej łatwo. Zwłaszcza, gdy zakochuje się w synu swojej pani.


 
„Saga Wiedźmińska” Sapkowskiego
Geralt pracuje na życie, zabijając potwory. I nikt go za to nie uwielbia. Jakby tego było mało Yennefer zarabia dzięki czarom; Jaskier dzięki sztuce. W tym uniwersum każda postać coś robi, więc jest w czym przebierać.




„Igrzyska Śmierci” Susane Collins
W przypadku tej pozycji skupiłabym się na jej początku: na tym, jak Katniss zarabiała na utrzymanie swojej rodziny poprzez polowanie, mimo, że wiele przy tym ryzykowała.



Film i serial:

„The Expanse” (od 2015)
Joe Miller to detektyw. Pracuje w zawodzie i dość długo pozostaje wierny swoim szefom: do czasu, aż ich polecenia zdecydowanie rozchodzą się z jego szkieletem moralnym. Nie on jeden jest jednak pracują postacią: Chrisjen, czy Jim także są pracownikami. Myślę jednak,  że w przypadku tego serialu to Joe jest najciekawszą postacią jeśli o ten motyw chodzi.


„Hannibal” (2013-2015)
Will jest konsultantem FBI. Oddaje się pracy do tego stopnia, że niemal traci rozum: zdecydowanie źle wpływa to na jego psychikę. Można rozważać tu zagadnienia pokroju: czy praca zawsze jest dla nas dobra? Czy powinniśmy wyznaczyć sobie granice? Ważniejsze jest własne zdrowie, czy powstrzymanie zła?



„Whiplash” (2014)
Choć pod względem fabularnym to prosty film, to doskonale pokazuje jaki wpływ na człowieka może mieć praca. Z jednej strony mamy młodego perkusistę: Andrew robi wszystko, by zostać w zespole i być najlepszy ze wszystkich. Widzimy, jak ciężko musi nad tym pracować, jak wiele dla tego poświęca, włącznie z życiem prywatnym. Z drugiej strony mamy Terence’a: wyjątkowo wymagającego nauczyciela, który wręcz obsesyjnie szuka wybitnych talentów i z nie mniejszym zaangażowaniem próbuje wydostać co się da ze swoich uczniów. Czy jego zachowanie można nazwać moralnie poprawnym? Cóż, nad tym już nie mi debatować w tym momencie.
 
„Zwierzogród” (2016)
Judy Hops zawsze chciała być policjantką i nią została. Ale okazało się to trudniejsze, niż przypuszczała. Jej przykład stanowi świetny motyw pokazujący, jak ciężką pracą i determinacją można dojść do celu, przy tym zachowując swój światopogląd i kręgosłup moralny.




Oczywiście jeśli macie jakieś własne propozycje standardowo możecie podać je poniżej w komentarzach. 


sobota, 22 kwietnia 2017

Zanurz się w świat steampunku i postapokalipsy razem z Miesięcznikiem Wobec

Na stronie Miesięcznika Wobec pojawił się już kwietniowy numer, a w nim... moja recenzja „Ostatniego Dnia Pary”, czyli pewnej konkursowej antologii utrzymanej w klimatach steampunku i post-apo, która jest dostępna ZA DARMO w sieci :) Zapraszam Was tam serdecznie, zwłaszcza, że tej recenzji na blogu nie było, nie ma i nie będzie :D Oczywiście zachęcam również do zapoznania się z innymi tekstami.
Ach, przez takie posty czuje, że Drewniany Most faktycznie jest w końcu tym „mostem” :) Właściwie takie wpisy miały być początkowo jedną z jego głównych funkcji.
Przy okazji informuje wszem i wobec: znów wybieram się na Pyrkon. Będę w Poznaniu od czwartkowego popołudnia do niedzieli, także jeśli ktoś z Was też się wybiera można mnie w jakiś sposób łapać :D

Cóż, na dziś – tyle, a już za dwa dni zapraszam Was na post o motywach w kulturze :D A potem na recenzje najnowszej książki Kossakowskiej :)

czwartek, 20 kwietnia 2017

Kuzynka Bietka: Mój mały koszmarek



Boże drogi... kiedy ja się nauczę, że nie wszystko, co mi trafi na półkę jakimś cudem muszę przeczytać? Chyba nigdy: w końcu skoro zalega to muszę wiedzieć CO to jest, prawda...? Cóż, sama sobie robię pod górkę. A wynikiem tego jest czytanie... czegoś takiego.

Tytuł: Kuzynka Bietka
Autor: Honore de Balzac
Liczba stron: 424
Gatunek: klasyka literatury, powieść obyczajowa

Elizabeth Fischer, nazywana kuzynką Bietką to niezamężna chłopka, która w swoich oczach jest niezwykle pokrzywdzona przez los. Knując i planując postanawia zniszczyć rodzinę Hulotów ku którym kieruje swoje negatywne uczucia.


XIX-wieczna klasyka. Szanowany autor. Tłumaczenie? Mistrzowskie – w końcu Boy-Żeleński to nie byle kto. I czytelniczka fantastyki jako czytelnik. Cóż, to połączenie po prostu nie mogło skończyć się dobrze.
Poprzednią książką z XIX-wieku, którą dane było mi poznać była „Rozważna i romantyczna”. Nie porwała mnie, ale wytrwałam bez problemu do końca. Historia była prosta, styl ładny, narracja niczego sobie. Niestety, z „Kuzynką Bietką” już tak miło nie było. Balzac zdecydowanie nie jest osobą, którą chce czytać i przy tym choć chce, chyba po prostu nie potrafię go docenić.
Chciałabym, by mój największy problem z tą książką polegał na braku rozdziałów i przerw w tekście w chwili, w której autor zmieniał narracje. Niestety... mnie „Kuzynka Bieka” po prostu cholernie wynudziła. Częściowo wynika to po prostu z braku wystarczającej wiedzy: Balzac często odwołuje się do współczesnych mu wydarzeń i przemian w społeczeństwie, które dla niego były czymś oczywistym, a dla mnie kompletnie nic nie znaczą. Żaden ze mnie fan Francji: nie znam za dobrze historii tego kraju, a to o nim autor opowiada.
Moim drugim problemem jest linia fabularna powieści. Wydaje mi się, że dobrze rozumiem, co autor chciał w tej historii pokazać. Z jednej strony ukazuje nam kobietę, która po prostu czuje się niesprawiedliwie traktowana i w ramach tego planuje zemstę. Z drugiej obserwujemy dramat rodzinny, który nie wynika wcale z jej działań: choć matka i córka są po prostu bardzo niewinnymi istotami, to mężczyźni wokół nich zachowują się jak nieodpowiedzialne dzieci. Zwłaszcza głowa rodziny, która powinna być przecież źródłem stabilności. Tyle, że... historie rodzinne zawsze mnie nużyły, a co dopiero w chwili, w której mam do czynienia z narracją, którą odbieram po prostu jako toporną...? Ta książka zdecydowanie była dla mnie nie małą katorgą, zwłaszcza, że jeśli chodzi o relacje międzyludzkie nie odkrywa niczego nowego, przynajmniej nie dla mnie.

Nie wiem, czy moja niechęć do tej pozycji wynika tylko z mojego charakteru, czy może po prostu do niej jeszcze nie dojrzałam? A może ten styl jest dla mnie po prostu zbyt trudny, bym była w stanie go zrozumieć kiedykolwiek...? Może... ale niezależnie od tego w tym momencie „Kuzynka Bietka” jest po prostu moim małym koszmarkiem, którego nie chce nigdy więcej trzymać w rękach. Być może, jeśli ktoś interesuje się problemami rodzinnymi, Francją, czy po prostu – XIX-wiekiem odnajdzie w tej pozycji siebie i będzie w stanie się nią cieszyć. Ja niestety, nie potrafię.

* * *

Wśród naszych paryżan, rzekomo tak sprytnych, znajdują się tacy, którzy sądzą, że w mundurze jest im nieskończenie bardziej do twarzy, niż w zwykłym ubraniu, i posądzają kobiety o taką rozpustę smaku, aby sobie wyobrażać, iż widok włochatego kołpka oraz żołnierskiego rynsztoku nastroi przychylnie ich serce.
Fragment „Kuzynki Bietki” Honore de Balzaca

wtorek, 18 kwietnia 2017

Musicalowo: Notre-Dame de Paris w Gdyni

„Notre-Dame de Paris” jest dla mnie dość nostalgicznym mucialem. Już będąc w gimnazjum znałam kilka piosenek z niego i słuchałam ich głównie po francusku, mimo, że tego języka wcale nie znam. Dlatego gdy okazało się, że  Teatr Muzyczny w Gdyni im. Danuty Baduszkowej go wystawia, a na dodatek jedna z głównych postaci grana jest przez przez Janka Traczyka (możecie znać go ze Studia Accantus) po prostu musiałam się na niego wybrać.
Bilety rezerwowałam zaraz po świętach, lecz mimo, że na spektaklu byłam 30 marca udało mi się kupić je dokładnie w ostatnim rzędzie, na samym boku sali. Innych już po postu nie było. Nie miałam pojęcia, jak ona wygląda i bałam się, że będę z tego miejsca źle widzieć, ale... choć owszem, miałam daleko do sceny to widoczność była naprawdę niezła.
Jeśli nie wiecie czym w ogóle jest „Notre-Dame de Paris” już śpieszę z wyjaśnieniami. Musical powstał na bazie romantycznej książki, francuskiej klasyki pt. „Katedra Najświętszej Maryi Panny w Paryżu” Wiktora Hugo, a na połączeniu tych dwóch dzieł bazował Disney nagrywając „Dzwonnika z Notre Dame”. Choć... z książki Disney wziął chyba tylko kozę Esmeraldy, której po prostu nie ma w musicalu z przyczyn dość oczywistych :) EDIT: Błąd rzeczowy się wkradł: bajka Disney'a powstała PRZED musicalem. Najwyraźniej albo twórcy mieli podobne pomysły, albo musical bazował nieco na paru pomysłach z bajki :)


Historia opowiada o młodej cygance żyjącej w XV wieku, w Paryżu. Esmeralda, bo jak się domyśliliście tak ma na imię, słynie z tego, że tańczy pod Katedrą Najświętszej Maryi Panny kradnąc serca wszystkich wokół, w tym księdza Frollo, strażnika Febusa oraz dzwonnika Quasimodo. Musical porusza także problematykę uchodźców, ale z tego co wiem między innymi w tym odbiera od oryginału.
Szczerze przyznam, gdybym nie znała wcześniej jako tako historii chwilami nie wiedziałabym o co w ogóle chodzi: nie znałam wszystkich piosenek, a na scenie wiele rzeczy dzieje się w sposób symboliczny. Jeśli przypadkiem umknęło mi któreś słowo z tekstu musiałam chwilę pomyśleć o co w ogóle chodzi. Dlatego jeśli planujecie zapoznać się z tym musicalem, czy to w Gdyni, czy to gdziekolwiek indziej – najpierw zorientujcie się o co w nim mniej więcej chodzi :)
Najbardziej emocjonalny dla mnie osobiście był początek spektaklu. To właśnie w pierwszej połowie pojawiły się piosenki, które znałam i skłamałabym mówiąc, że nie zeszkliły mi się oczy. Nostalgia i sam „wybuch” muzyki sprawił, że emocje trochę mi „puściły”. Niemniej, później zdecydowanie się uspokoiłam, a że zakończenie było mi znane szczerze mówiąc wcale mnie nie ruszyło. Chociaż szczerze mówiąc dziwnie poczułam się w trakcie oklasków: musical nie kończy się wielką sceną, jak to zwykle bywa, a czymś stosunkowo niewielkim, na dodatek smutnym.... a ja mam wstać i klaskać..?
Na moje nieprofesjonalne oko cała ekipa sprawdziła się naprawdę dobrze. Może nie czuje się oświecona wokalami, ale były dobrze dobrane, a całość po prostu bardzo ładnie współgrała ze sobą. Niestety, uważam, że z tłumaczeniami mogłoby być nieco lepiej... Miałam wrażenie, że przez większą część spektaklu aktorzy mieli do wyśpiewania za dużo słów na za małą ilość nut :c


Mimo tej małej „wpadki” z tłumaczeniem jestem szczęśliwa, że udało mi się zobaczyć tę sztukę na żywo; musical jest naprawdę cudowny. Jeśli tylko możecie, zapraszam do odwiedzenia teatru w Gdyni, a jeśli nie możecie sięgnijcie chociaż po książkę Hugo (której ja nie znam i nie planuje, ale jeśli wolicie – samą historię polecam), albo po francuską wersje musicalu: możecie go znaleźć na Youtube z polskimi napisami (pierwsza część powyżej).

Ach, cóż mi z tego posta wyszło :) Ani to recenzja, ani same przemyślenia :D

źródło: gazeta.pl

niedziela, 16 kwietnia 2017

Studnia Wstąpienia: Król-skryba i dorastająca nastolatka

„Studnie Wstąpienia” męczyłam prawie tydzień. Przypadła akurat na czas mojej sesji i cóż, miałam inne rzeczy na głowie i na pochłonięcie książki nie miałam czasu. Taka sytuacja bywa naprawdę irytująca, zwłaszcza, gdy na półce zalegają inne książki... Ech. Na całe szczęście ostatecznie udało mi się do niej przysiąść.
W ogóle jak tam wasze święta? :) Ja w końcu mogła coś upiec :D

 UWAGA! Recenzja może zawierać spoilery z tomu pierwszego.

Tytuł: Studnia Wstąpienia
Tytuł serii:  Ostatnie Imperium
Numer tomu: 2
Autor: Brandon Sanderson
 Liczba stron: 799


Ostatni Imperator nie żyje.
Elend przejął władzę w mieście, ze swoją zrodzoną z mgły u boku. Na młodego króla czyha jednak nie małe niebezpieczeństwo: do jego miasta zbliżają się złowrogie armie. Utrzymanie go z małymi siłami i zapasami może być nie lada wyzwaniem. Nawet allomantycznie zdolności Vin oraz jego przyjaciół mogą okazać się niewystarczające.
Nie jest to jednak ich jedyne zmartwienie. Do grupy powoli dochodzi, że zabijając Ostatniego Imperatora mogli obudzić coś o wiele straszniejszego.

„Z mgły zrodzony” był cudowny. Naprawdę, pokochałam świat Sandersa, jego pomysły i jego bohaterów.  Niestety, jego zakończenie dało mi do myślenia: autor wyraźnie miał plan postawić na młodszych bohaterów w następnych częściach, co wcale mi się nie uśmiechało. I jak się później okazało – zupełnie słusznie.
Kelsier, przywódca rebelii z tomu pierwszego może i niby miał prawie czterdzieści lat, ale swoim zachowaniem, wigorem, przypominał w miarę doświadczonego dwudziestoparolatka. Gdy go zabrakło, patyczek przejęli ludzie w tym właśnie wieku... zachowujący się jak nastolatkowe. Cóż, Sanderson chyba ma dar do tworzenia ludzi młodych duchem. W ten sposób z dość poważnej fantastyki stworzył historię, która ma w sobie naprawdę wiele elementów powieści młodzieżowej, a ja za takimi raczej nie przepadam, zwłaszcza, jeśli chcą udawać poważną historie.
Ale spokojnie, nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Najzwyczajniej w świecie „Studnia wstąpienia” ma więcej problemów, niż „Z mgły zrodzony”, ale to dalej dobra historia. By móc zakończyć bardziej pozytywnie, najpierw wyjaśnię, co nie grało mi w związku z głównym wątkiem książki.
Tom pierwszy był zdecydowanie bardziej kameralny. Mamy proste zadanie – obalamy imperatora. Nie jesteśmy strategami, nie jesteśmy wodzami, a złodziejami. I mamy kaprys, by obalić tego, który rządzi. Nie musimy być nawet inteligentni, by to planować. W takie historie łatwiej jest mi uwierzyć i wybaczyć im więcej błędów. W kontynuacji niestety sytuacja jest już o wiele potężniejsza: jednym z głównych bohaterów jest król.       Wypadało by wiec, aby powaga została zachowana.
Niestety, o ile Elend sprawdziłby się jako uczeń skryby o tyle królem, przynajmniej początkowo, jest okropnym. To po prostu głupi dzieciak–filozof, który nie wiem jakim cudem utrzymał władze przez rok. Niby ma nauczyciela, ale szczerze mówiąc, jego rady są często nie mniej banalne i dziecinne. Mam wrażenie, że Sanderson nie jest najlepszy z polityki, a to właśnie taki wątek odgrywa tu ważną rolę i autor nie potrafił zachować w nim odpowiedniej powagi. Wprawdzie zdaje sobie sprawę z tego, że Elend to żaden król, ale nie potrafi go za nic w naturalny sposób do bycia władcą doprowadzić.
Kolejnym problemem historii, z powodu jej młodzieżowego wydźwięku, jest wątek romantyczny. W pierwszym tomie nie grał on tak istotnej roli, więc nie miałam się czego czepiać: w tym jednak już muszę. Związek Vin z Elendem jest tak niewinny, że aż niemożliwym jest uwierzenie w niego. Błagam, oni nawet śpią osobno! A gdy zrodzona chce go pilnować i odpocząć, zasypia na dywanie pod jego nogami, niczym pies. Naprawdę...? Cóż, z resztą ona sama jako postać też ma sporo problemów sama ze sobą. Jej zachowania często są głupiutkie, niedojrzałe. I nie miałabym nic przeciwko, gdyby tak jak Elend nie była aż tak istotną postacią...
Powyższe problemy ciągną się przez około 3/4 historii – dopiero pod koniec to wszystko jakoś traci na znaczeniu. Bohaterowie w nieco sztuczny sposób, ale jednak dorastają, dając nadzieję, że kolejny tom może być pod tym względem lepszy.
Poza tymi aspektami właściwie większość zalet części poprzedniej jest i tutaj. Uwielbiam pomysł Sandersona związany z kandrami, czyli stworzeniami dostosowującymi swój kształt do kształtu swojego posiłku oraz z kolossami. Postacie poboczne, takie jak Dockson, czy Sazed są naprawdę doskonale wykreowane. Książkę czyta się bardzo szybko, a zwroty akcji i dobrze prowadzona narracja sprawdzają, że trudno się przy niej nudzić.
To, co dzieje się w tle historii i nie dotyczy polityki samej w sobie jest zdecydowanie ciekawsze od wątku głównego. Tajemnice związane z mgłą budzą ciekawość, zmuszają, by się tym bać, martwić, interesować... w przeciwieństwie do tego, co zwykle dzieje się w Luthadel.

Nie powiem, bym nie bawiła się dobrze, czytając „Studnię wstąpienia”. Szkoda tylko, że autor w ten sposób rozwiązał całą sytuacje: naprawdę mógł bardziej skupić się na dorosłych bohaterach, a nie dzieciakach, które cały czas muszą dorosnąć i nie potrzebują aż tyle czasu na kartach powieści. Książka pewnie zyskałaby, gdybyśmy więcej czasu spędzili w głowie innych bohaterów, naszego króla i allomantkę obserwując z daleka. Niemniej, kontynuacja jest warta uwagi, głównie przez świat przedstawiony wymyślony przez Sandersona. 


* * *

– Wiesz, dlaczego myślałem, że mnie uratujesz? – próbował wyszeptać, choć wiedział, że jego wargi nie wypowiadają słów. – Przez głos. Byłaś jedyną osoba, której głos nie kazał mi zabić. Jedyną osobą.
– Oczywiście, że nie kazałem ci jej zabić – powiedział Bóg.
[...]
– Wiesz, co jest naprawdę śmieszne, Zane? – spytał Bóg. – Najbardziej zabawne w tym wszystkim? Nie jesteś szalony. Nigdy nie byłeś.
Fragment  „Studni Wstąpienia” Brandona Sandersona

piątek, 14 kwietnia 2017

Nie z tego świata. Sezony 1-3: Wszyscy znają, znam i ja


Głupio lubić fantastykę, ale nie znać jednego z popularniejszych seriali o takiej tematyce, no nie? Cóż, w końcu, przynajmniej częściowo nadrobiłam swoje zaległości jeśli chodzi o znajomość Nie z tego świata. Post będzie dotyczył sezonów 1-3, bo te właśnie mam za sobą.


Myślę, że nikomu nie muszę przedstawiać tej historii, ale dla świętego spokoju pozwólcie, że Wam ją przypomnę. Serial opowiada o Deanie i Samie, dwóch braciach, którzy podróżują po USA, szukając duchów, demonów i innych anomalii, ratując ludzi oraz próbując odkryć, co stało za śmiercią ich matki.
Nie brzmi to zbyt ambitnie, hm? Nic dziwnego: to serial przede wszystkim rozrywkowy. Ale jako taki sprawdza się naprawdę znakomicie!
Nie z tego świata z jednej strony w każdym odcinku opowiada inną historię, z drugiej: całość zgrabnie łączy się w całość. Zagadki utrzymane są w dość mrocznym klimacie i choć przy tego typu serialach plot armor głównych bohaterów jest czymś oczywistym to czasami po prostu nie da się o nich nie bać. Ich przygody zaś są tak różnorodne, że po prostu nie da się tym nudzić.
Oczywiście, nie ma tu nadmiernej ilości intryg, czy głębokich treści: jak już wspominałam to przede wszystkim serial rozrywkowy. Taki, który obejrzymy po powrocie ze szkoły, czy pracy, by się na chwilę odprężyć i zapomnieć o reszcie świata.
Nie z tego świata, sezony 1-3
Supernatural
Serial fantastyczny
Doskonale wiem, że ogrom dziewczyn jara się Samem i Deanem. Ja jednak do tego grona się nie zaliczam. Choć razem tworzą świetny zespół to jednak każdy ma swoje słabości, które chwilami po prostu potrafią irytować. Sam to ten inteligentny; wie wszystko o wszystkim, ale z drugiej strony daleko mu do silnego faceta. Dean zaś za bardzo chce rządzić swym bratem i go chronić, czasem popadając wręcz w paranoje, co nie pozwala mi go uwielbiać. Niemniej, postacie jako takie wykreowane są bardzo dobrze i świetnie sprawdzają się w tej historii.
Świat przedstawiony z jednej strony jest kompletnie szalony: tu naprawdę może zdarzyć się wszystko. Ale z drugiej przynajmniej do trzeciego sezonu wszystko trzyma się kupy. Są potwory, które istnieją i takie, które są tylko mitem. Mają swoje właściwości i słabości, które nie zmieniają się z odcinka na odcinek, co także zasługuje na pochwałę, bo nie każdemu dziełu takiego typu to się udaje.
A co z efektami? Sezon pierwszy miał premierę w 2005 roku, więc oczywiste jest, że serial nieco się zestarzał. Ale właśnie – nieco. Efekty w dalszym ciągu wyglądają dość dobrze. Widać, że nie są już pierwszej świeżości, ale nie psują wizualnie serialu i wpasowują się w klimat. A chyba niczego więcej do szczęścia nie potrzeba ;)
Same odcinki potrafią być do pewnego stopnia przewidywalne, ale muszę przyznać, że zgrabnie łączą fantasy z odrobiną horroru. Często motywy, które w nim obserwujemy są popularne i powszechnie znane, ale o to chodzi. Nie z tego świata po prostu się tym bawi, utrzymując dobry rytm i klimat historii.

Szukacie lekkiego serialu z elementami fantastyki, ale jakimś cudem ten was ominął? Natychmiast nadróbcie zaległości ;) A jeśli już go znacie, podzielcie się ze mną swoją opinią na jego temat :D

środa, 12 kwietnia 2017

Konturowanie: Hean czy Kobo?

Witajcie :) Postanowiłam dziś po raz kolejny pobawić się w blogerkę kosmetyczną i zrobić Wam małe porównanie dwóch paletek do konturowania. Niby są nieco inne, ale przez to, że ich cena jest zbliżona. Liczę, że komuś z Was ten wpis się po prostu przyda.
Produkty na zdjęciach nie wyglądają na zupełne nówki, bo nimi nie są :) Używam ich regularnie, także trudno, by wyglądały jak w dniu zakupu.

Nim opiszę obie paletki dokładniej najpierw chcę zwrócić uwagę na ich opakowanie. Omawiane dziś Kobo Professional Face Contour Paltte oraz Hean Sculping Facial Palette są w dokładnie tym samym pojemniku. Opakowanie nie jest może najlepszej jakości, ale od razu widzimy co jest w środku, no i jak na razie mi się nie rozwaliło :) Także – na moje oko wszystko z nimi gra, a za taką cenę trudno oczekiwać nie wiadomo jak pięknych paletek.
Skoro to już sobie wyjaśniliśmy, czas przejść do samych palet!


Kobo Professional Face Contour Paltte
Właściwie jest to moje drugie opakowanie tego produktu. Kobo ma w swojej ofercie kilka bardzo podobnych produktów do konturowania, tylko po prostu są one w różnych opakowaniach. Wiem, że na pewno można osobno kupić obydwa bronzery, albo – tak jak ja zrobiłam wcześniej – zaopatrzyć się w paletkę z różem w bonusie. Tym razem wzięłam tą wersję, bo jego praktycznie w ogóle nie używałam.
Paletka bardzo fajnie sprawdza się do samego konturowania. Jasnego bronzera używam właściwie codziennie, ciemniejszego – prawie codziennie, w nieco mniejszej ilości. Jasny puder dobrze nadaje się do rozjaśnienia strefy T, czego ja nie lubię robić rozświetlaczem przez mieszaną cerę.
Pigmentacja jest całkiem niezła, ale wydaje mi się, że wynika to z faktu, że produkt dość mocno się pyli: po każdym użyciu muszę zdmuchnąć nadmiar bronzerów z jasnego pudru. To nieco obniża jego wydajność. Nie przeszkadza mi to za bardzo, ale przy zakupie warto na to zwrócić uwagę.
Paletka kosztuje około 25zł.

Hean Sculping Facial Palette
Paletka z Kobo służy po prostu do samego konturowania. Ta z Hean jest nieco bardziej kolorowa :) Mamy w niej bronzer, rozświetlacz oraz róż.
Bronzer w przypadku tej paletki jest kolorystycznie gdzieś pomiędzy tymi dwoma z Kobo. Przy tym nie sypie się tak bardzo, ale jednocześnie jest mniej napigmentowany. Da się z nim zrobić wszystko, tylko wymaga to więcej pracy i czasu :) Z tego powodu jeśli chodzi o zwykłe konturowanie używam zwykle poprzedniej paletki.
Największą zaletą paletki z Hean jest w mojej opinii róż. Ma ładny  kolor, jest dobrze, ale nie przesadnie napigmentowany. To, co jednak przede wszystkim zwraca uwagę jest śliczne, perłowe wykończenie. Nie nada się one dla osób o bardzo problematycznej cerze (sama odstawiam go, gdy coś pojawi mi się na policzkach), tak samo osoby z dojrzałą cerą powinny na niego uważać, ale... jejku, on jest po prostu cudowny.
Rozświetlacz jest po prostu OK. Nie zachwycił mnie szczególnie, ale ja też fanką tego typu kosmetyków nie jestem :) W każdym razie daje ciepły połysk, który można stopniować. Nie widać w nim drobinek, jest jak najbardziej poprawny i używam go niemal codziennie. Po prostu wygodnie jest mieć róż i rozświetlacz razem :)
Paletka także kosztuje około 25zł.

Jedną? A może obie?
Jak mogłyście zauważyć, ja mam obydwie i obydwie używam regularnie, każdej do czegoś innego i jeśli także chcecie mieć u siebie je w „komplecie” to naprawdę zachęcam. Wiadomo jednak, że nie każdy obydwu (czy nawet ani jednej :D) paletki potrzebuje i w takiej sytuacji zachęcam do wybierania jej do swoich potrzeb. Jeśli chcecie pełnego kompletu do wykonturowania twarzy i lubicie błysk paletka z Hean doskonale się Wam sprawdzi. W przypadku, w którym stawiacie na mocne konturowanie polecałabym bardziej paletkę z Kobo.

Z konturowania do oczu!

Gdy nie chce mi się wyciągać palet cieni bardzo często wykonuje prosty makijaż używając głównie paletki z Hean. Potrzebuje do niej tylko matowego, cielistego cienia. Na bazę w załamaniu nakładam właśnie ten cień. Na ruchomą powiekę róż, w wewnętrzny kącik rozświetlacz, a bronzerem konturuje oko. Czasami też zamiast kredką, przyciemniam linię rzęs bronzerem. 
Jeśli macie obydwie paletki zamiast dodatkowego cienia możecie ewentualnie użyć po prostu jasnego pudru z Kobo.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Państwo opiekuńcze: Taki mały miszmasz

Doskonale wiem, że w głębi duszy wszyscy uwielbiacie, gdy pojawiają się tu bardziej naukowe pozycje :D Cóż ja zrobię: ostatnio czytanie ich weszło mi trochę w nawyk co uważam za mój mały sukces. Może i nie są to książki rozrywkowe, ale poznawanie ich daje mi sporo satysfakcji :)

Tytuł: Państwo opiekuńcze – kosztowne złudzenie
Autor: Tom G. Palmer
Liczba stron: 230
Gatunek:  zbiór esejów


Czemu Grecja popadła w długi? Czym jest i kto wymyślił państwo opiekuńcze? Jak działały systemy ubezpieczeń społecznych, gdy nie były państwowe? Na te i wiele innych pytań odpowiada Tom G. Palmer oraz inni autorzy esejów.

Co do tego, że żyjemy w państwie opiekuńczym nie ma najmniejszej wątpliwości. Tyle, że tak naprawdę mało kto z nas jest w stanie je zdefiniować, a biorąc pod uwagę fakt, że jego istnienie ma wpływ na naszą codzienność warto co nieco o tym wiedzieć.
Książka Palmera to zbiór esejów napisanych zarówno w stylu naukowym, jak i dziennikarskim. Choć poruszają różne tematy ich motywem przewodnim jest właśnie państwo opiekuńcze. Dzięki temu, że twórca książki zebrał kilku twórców i teksty pisane są w różnym stylu każdy – czy to laik, czy nie – powinien znaleźć w tej książce coś na miarę jego możliwości.
Autorzy poruszają temat niewątpliwie ważny, wykładając go raczej w sposób klarowny i zrozumiały. Przy tym książkę można czytać wyrywkowo, a poszczególne eseje nie są zbyt długie: idealnie nadają się na „jeden raz”, na przerwę od literatury rozrywkowej.
Sama książka tylko wydaje się „długa” przez swoje dwieście stron: duża czcionka sprawia, że bardzo szybko się ją czyta, zwłaszcza jak na literaturę, której celem jest, bądź co bądź, edukacja. Ma to swoje zalety: uciekające tak szybko kartki zachęcają do szybszego zakończenia lektury.
Czy jednak jest to książka, którą przeczytać trzeba? Nie sądzę. Jest porządnie napisana, co do tego nie mam wątpliwości, ale tak naprawdę szczerze zainteresowały mnie może trzy eseje. Pozostałe były powtórzeniami tego, co czytałam już gdzieś wcześniej, albo wręcz pokrywały się z poprzednimi: w końcu nie da się uniknąć powtórzeń, krążąc wokół tego samego. Niemniej, na pewno jest to lektura warta uwagi, bo jak zwykle przy takich pracach poza wiedzą dotyczącą tematu możemy dowiedzieć się i zapamiętać co nieco z innych dziedzin, na przykład z historii.
Nie jestem zachwycona tą lekturą, niemniej – zadowala mnie jej poziom oraz sposób napisania i konstrukcja. Zainteresowani tematem mogą po nią bez strachu sięgać.


* * *

(...) Klasyczni liberałowie nie uważają samej biedy za "przyczynę" ubóstwa (jak chce tego teoria błędnego koła); nie zgadzają się też z innym, powtarzanym przez wielu socjalistów twierdzeniem, że to istnienie bogactwa jest jego przyczyną, czyli, innymi słowy, że nieudostępnienie biednej osobie swoich dóbr i usług jest przyczyną jej ubóstwa. Wręcz przeciwnie, dobrowolnie uzyskane bogactwo jest przyczyną bogacenia się innych, nie ich biedy. Zgodnie z prawem Saya, "to produkcja tworzy popyt na produkty", a bogactwo poszczególnych osób, grup, czy krajów jest korzystne dla wszystkich, którzy mogą z nimi handlować (...)

Fragment „Państwa opiekuńczego – kosztownego złudzenia” Toma G.Palmera

sobota, 8 kwietnia 2017

Z tą wiarą to tak nie do końca...


W listopadzie 2015 roku na blogu został opublikowany post w którym opowiadałam o mojej przygodzie z przykościelną wspólnotą. Dzisiejszy wpis będzie jego kontynuacją: bo będzie poruszał ten sam temat, ale od strony wiary, nie ludzi. Dlatego już na wstępie najpierw zapraszam Was do zapoznania się z TAMTYM WPISEM. A dziś: nieco bardziej kontrowersyjnie. W końcu wiara z polityką na czele to dwa tematy, przy których czasem trudno się nie kłócić.
Ten post miał powstać już dawno, ale... nie wiedziałam, jak się za niego zabrać. Jest dla mnie dość osobisty, aczkolwiek to w gruncie rzeczy po prostu mój światopogląd na dany temat, a przecież takie posty już tu się pojawiały ;)
Dla jasności: wychowałam się w typowej, polskiej katolickiej rodzinie. Bez udziwnień. Najpopularniejsze wyznanie w kraju,  podejście w rodzinie jakich wiele. Wychowana w wierze, przy ciotce-zażartej katoliczce (między nami jest 9 lat różnicy w wieku), która zafascynowała mnie możliwością posiadania kluczy do parafii (te marzenia 4-latki!) oraz rodzicach, którzy wierzą, ale do kościoła chodzą jak im się chce. Czasem co tydzień, czasem raz na miesiąc, bywało, że rzadziej: wszystko zależało od ich chęci i możliwości. Bez nadmiernego pieprzenia o wierze, ale z zachowaniem pewnych tradycji.
Właściwie dość długo byłam takim dzieciakiem, który niby wierzy, ale nie ma żadnej fazy na tym punkcie. Bóg? To drugi tatuś, któremu się wygaduje w głowie, gdy jest mi źle: przybierał rolę wymyślonego przyjaciela. Przy okazji lubiłam rekolekcje szkolne i jakieś msze dla dzieci: bo mogłam sobie pośpiewać, bo było trochę magicznie i w sumie... tyle. Ale gdzieś tam w głowie siedziała mi cały czas chęć posiadania tych kluczy do parafii, które miała moja ciotka... <3
W 3. gimnazjum zmieniłam miejsce zamieszkania, szkołę – i byłam osobą dość samotną. Przy okazji zaczęły mi się przygotowania do bierzmowania, które w mojej parafii były spotkaniami raz na tydzień (albo dwa? Nie pamiętam już, szczerze mówiąc), po dwie godzinki. Mieliśmy swoje małe grupki i nieco starszego animatora, który nas do tego przygotowywał. Całe te przygotowania prowadziła wspólnota młodzieżowa.
No i... wpadłam. Nie dość, że w końcu mogłam o tym mówić to na dodatek wokół było tyle magiczności! Uwierzcie mi: nabożeństwa organizowane przez wspólnoty potrafią wyglądać jak rytuały wyjęte z książek fantasy. Uwielbiałam klimat tej podniosłości. Wciągało mnie to. Nic wiec dziwnego, że nagle moja wiara przybrała na sile, zwłaszcza, że miałam wtedy problemy z samooceną. A Bóg był wymówką, by z tym nie walczyć, albo przykrywką, która pozornie dawała mi siłę: bo skoro on mnie kocha i jest ze mną to co mnie obchodzi reszta świata? Co mnie obchodzę ja sama...?
Czas jednak mijał – a ja dorastałam. Stopiwo okazywało się, że we wspólnocie tak fajnie nie jest, a wiara... trochę mi się nie sprawdzała. Zaczęły pojawiać się inne myśli, inne doświadczenia, inna wiedza, która często wydawała się mądrzejsza. Lepsza. Nagle połowa Biblii zaczęła wyglądać mi na pierdolenie trzy po trzy w chwili, gdy inne teksty miały w sobie tyle prawdy i racji.
No i stało się. Z osoby wierzącej stałam się... sama nie wiem kim.
Z jednej strony WIEM jak to jest wierzyć. Rozumiem to, wiem, co daje wiara. Przy okazji filozofię chrześcijańską znam dość dobrze, mam wiedzę na ten temat.
Z drugiej choć nie neguje istnienia Boga (bo przecież żadne badania nie wykazały, że go nie ma) to... po prostu nie potrafię już z tego czerpać. Często przy osobach wierzących czuje się jak dorosły, który patrzy na dziecko głęboko wierzące w świętego Mikołaja. Z jednej strony zdaje sobie sprawę z tego, że to tradycja, a nie magia, zaś z drugiej trochę zazdroszczę temu maluchowi jego światopoglądu.  Mogę o tym rozmawiać, mogę dyskutować, mogę tłumaczyć innym, czemu chrześcijanie uważają tak, a nie inaczej – ale sama się z tym nie utożsamiam. Już nie.
Będąc na pewnym uniwersytecie i rozmawiając z pewną młodą filozofką doszłyśmy do wniosku, że wiara sama w sobie jest najlepsza dla ludzi słabych: takich, którzy szukają w tym oparcia, bo nie potrafią go znaleźć w samym sobie. I choć wiem, że wielu z Was pewnie się z tym nie zgodzi to obserwując moje otoczenie ja z tym twierdzeniem coraz bardziej się utożsamiam.
Temat wiary nie jest łatwy, na pewno nie dla mnie: bo rozumiem, ale choć chce, nie potrafię. Wyrosłam. Dowiedziałam się za dużo, zbyt wiele rzeczy widziałam i za bardzo przetestowałam jej działanie na samej sobie. Nie zmienia to jednak dwóch rzeczy.
Po pierwsze, tego, że nabożeństwa chrześcijańskie były jednymi z najcudowniejszych wydarzeń, jakie przeżyłam: naprawdę, nawet, jeśli nie wierzycie, wybierzcie się na jakieś. Podpytajcie ludzi i idźcie, bo jest na co popatrzeć, zwłaszcza, jeśli się wczujecie.

Po drugie, tego, że nie miałam nic przeciwko temu, by zdarzył się jakiś cud; taki, który jednak by mi tę wiarę przywrócił. Ale w końcu... który dorosły nie chciałby, aby nagle przez komin do domu wszedł Święty Mikołaj z wielkim worem i wymarzoną zabawką z dzieciństwa...?


Nomida zaczarowane-szablony