niedziela, 28 maja 2017

Znów w Orłowie, tym razem w białej sukni

Orłowo stanie się chyba jednym z moich ulubionych miejsc na zdjęcia nad morzem: plaża jest, las z ładnym widokiem na wodę też, molo wygląda ładnie, a i kutry wyglądają nieźle.  Dlatego też to tam znów wybrałam się na sesje, tym razem z Olą i Radkiem, którzy chcieli ślubną sesje nad morzem.

Jak zawsze, wszystkich zainteresowanych moimi zdjęciami zapraszam na mój fanpage.










piątek, 26 maja 2017

Czterdzieści i cztery: Moc etheru


Już przy recenzji „Cieniorytu” pisałam Wam, że chcę przeczytać także „Czterdzieści i cztery” Piskorskiego. Udało mi się to teraz po części dzięki pewnej małej wygranej: dzięki bonowi do pewnej księgarni porwałam się na zakup tejże pozycji :) Sama książka, tak jak poprzednia tego autora wydana nakładem Wydawnictwa Literackiego wygląda wręcz cudownie, tyle, że... czy w środku też była taka fajna? To najważniejsze pytanie dzisiejszego dnia.
EDIT: Książka została nominowana do Zajdla :D

Tytuł: Czterdzieści i Cztery
Autor: Krzysztof Piskorski
 Liczba stron: 458
Gatunek: historyczne fantasy, steampunk

Historia świata uległa zmianie. XIX wiek. Ludzkość wynalazła ether,  czyli energię próżni dzięki której może podróżować po innych wymiarach oraz tworzyć bronie o niezwykłej sile. Wszelkie wojny wyglądały inaczej i jak się zdaje, poeci odgrywają w tym świecie większą rolę, niż kiedykolwiek wcześniej.
Kapłanka słowiańskiego bóstwa, Eliza Żmijewska, podróżuje do Londynu; ma wykonać wyrok śmierci na zdrajcy narodu, wybrana do tego celu przez samego Juliusza Słowackiego. Nie będzie to jednak najłatwiejsze: już samo dostanie się do Anglii niesie ze sobą problemy, a znalezienie jednego człowieka w dwumilionowym mieście to jak szukanie igły w stogu siana.


Gdy czytałam „Cienioryt” Piskorskiego byłam wręcz zachwycona stylem autora, zaś świat przedstawiony niezwykle mnie zaciekawił; druga część powieści wypadła gorzej, ale w dalszym ciągu byłam bardzo zadowolona z lektury. Wobec „Czterdzieści i cztery” miałam więc spore wymagania i szczerze mówiąc, nie zostały w pełni spełnione: powieść okazała się dobrą lekturą, ale nie aż tak wybitną, jak bym sobie tego życzyła.
W porównaniu do „Cieniorytu” zmianie uległa stylizacja językowa Piskorskiego. Tam mieliśmy ostry, bardzo konkretny język z ironicznym żartem; „Czterdzieści i cztery” to lektura delikatniejsza, bardziej baśniowa, „gdybająca”. Czytanie jej jest bardzo przyjemne, ale narracja poprowadzona jest w na tyle zwyczajny sposób, że spokojnie potrafiłam odłożyć lekturę i zapomnieć o niej na dzień, lub dwa. Wciągała? Jasne że tak! Ale po prostu nie na tyle, by zupełnie w niej utonąć.
Właściwie powiedziałabym, że to jest główny problem tej historii: jest dobra, poprawna, ale chyba zupełnie przepaść się w niej nie da. Sprawia to, że po lekturze czuje po prostu lekki niedosyt, zwłaszcza, że liczyłam na coś naprawdę wyjątkowego i... winny temu jest prawdopodobnie właśnie język autora. Bo reszta po prostu w miarę gra.
Świat przedstawiony jest na pewno wykreowany niezwykle ciekawie. Zabawa z wymiarami pozwala na wiele, a Piskorski chyba zdaje sobie z tego sprawę. Chwilami niektóre elementy wydawały mi się zbyt abstrakcyjne, albo naciągane, ale taki już urok fantasy: tu nie wszystko musi być bardzo logiczne :) Przy okazji powieść wbija szpileczki naszym wielkim wieszczom narodowym, co widać już po samym tytułem, co uważam za bardzo przyjemny pomysł. Przez niego oraz przez liczne odniesienia do historii w lekturze na pewno odnajdą się osoby zainteresowane tematem, nawet, jeśli nie przepadają za samą fantastyką.
Eliza Żmijewska to moim zdaniem, naprawdę niezła postać. Pewna siebie, ale jednocześnie nie mająca w sobie nic z wulgarności i będąca bardzo kobieca doskonale nadaje się na główną bohaterkę. Nie umiem nie czuć do niej sympatii, podobnie jak do bohaterów pobocznych, których też znajdziemy w powieści w sporej ilości, a przy tym które są na tyle charakterystyczne, że nie sposób ich ze sobą mylić. Jeśli pamiętałam na końcu powieści o postaci trzecioplanowej z jej początku to uwierzcie mi, pod tym względem musi być dobrze!
Muszę przyznać, że dopóki historia opierała się na małym, detektywistycznym dochodzeniu bardzo uważnie śledziłam historię, ale gdy doszło do wielkich akcji i rewolucji nieco straciłam zainteresowanie fabułą... Niby to właśnie wtedy stempunkowy klimat był najlepiej wyczuwalny, ale również wtedy wszystko powoli zaczęło stawać się dla mnie mało istotne... Jeśli połączę ten fakt z moim zdaniem o „Cieniorycie” mam wrażenie, że Piskorskiemu doskonale wychodzi początkowa kreacja świata i fabuły, a potem nie do końca wie, jak ma to wszystko skończyć.
Nie mogę nie polecić „Czterdzieści i cztery” – to pięknie wydana, dobra fantastyka. Przystępnie napisana, poruszająca ciekawe tematy; kreatywna i z dobrymi bohaterami. Choć brakuje jej „tego czegoś”, bym książkę pokochała warto się z nią zapoznać, zwłaszcza, jeśli szuka się czegoś bezpiecznego. Bo nie mamy tu ani nadmiernej ilości krwi, ani nieprzyjemnych żartów, ani innych rzeczy, które mogłyby bardzo odstraszać. „Czterdzieści i cztery” to przykład fantastyki dla każdego, w której większość osób znajdzie coś dla siebie, choć prawdopodobnie wielu z czytelników będzie czuło po niej pewien niedosyt :)


* * *

...A może dlatego, że przeczytała w życiu zbyt wiele książek. Już dawno odkryła, że kiedy przeżywa się tysiące innych żyć, nawet fikcyjnych, łatwiej jest wcisnąć się w głowę każdego człowieka; zrozumieć, co go napędza. Pojąć motywacje kata i ofiary. Ryczącego w świętym szale biskupa i kradnącej portfele nierządnicy.

Fragment „Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego       


środa, 24 maja 2017

4 marki, 9 cieni - które wolę?

Osoby niezainteresowane kosmetykami mogą w tym monecie z bloga sobie wyjść :D Wybaczcie, ale ja dziś znów będę bawić się w speca od wszystkiego. Spokoojnie, główna tematyka DM się NIE ZMIENIA  ;P
Dziś chce Wam pokazać cienie pojedyncze, które mam i napisać Wam o nich kilka słów. Być może komuś pomogę w kolejnych zakupach, a jak nie to po porostu będę się dobrze bawić, tworząc ten post :D Dobra, to zaczynajmy.

Matt Effect Eyeshadow, Manhattan, ok. 14zł/szt.
Te dwa cienie kupiłam na ostaniej wyprzedaży w Rossmanie.  Kupiłam odcienie 95r, czyli „Mad maroon” (brąz) oraz 25c, czyli „Vanilla Sky” (beż). Obydwa cienie są matowe, w bazowych kolorach. Niestety, nie jestem zadowolona w zakupu: za taką cenę można naprawdę kupić wiele lepszych cieni. Beżowy cień ma słabe krycie, czasami tworzy „gródki”, gdy nakładam go na bazę, przez co nie wygląda za dobrze. Brąz zaś jest bardzo przeciętny. Da się nim wymodelować oko, ale jego pigmentacja pozostawia wiele do życzenia. Obydwa są bardziej suche, niż kremowe. Mam wrażenie też, że blednie w ciągu dnia. Nie polecam, nie za 14zł :C

Chick Shadow, Pierre Rene, ok. 10zł/szt.
Dwa z tych cieni opisywałam Wam już w TYM poście. Mówię o numerkach 40 (beż na wykończeniu) i 130 (połyskujący biały). Do mojej kolekcji dołączył jeszcze numer 67, czyli „Cucumber green”, będący połyskującą zielenią. Nie mam pojęcia, jakim cudem on trafił do mojej kolekcji, bo nie mam pomysłów, gdzie mogłabym go użyć ;P W każdym razie, moja opinia od tamtego czasu się nie zmieniła. Połyskujące cienie potrafią się „ważyć”, poza tym są w miarę OK. Beż cały czas mi się sprawdza: chyba muszę kupić nowy :D

Color up!, P2, ok. 15zł/szt.
Mój kolorek to 260, czyi „Marsala majesty”. To chyba satyna, bo ma lekkie drobinki. Uwielbiam ten kolor: jest ciepły i bardzo przyjemny, ładnie wygląda na oku. Przy okazji cień ma bardzo dobrą pigmentacje, ale przy tym dość mocno się kruszy. Z trwałością nie mam problemów: jedynie raz na powiece zrobiła mi się z niego dziwna „skorupa” nie mam pojęcia dlaczego. W każdym razie cień ładnie się blenduje i osobiście bardzo go lubię :) Gdyby tylko mniej się sypał!

Kobo professional: Matt eyeshadow oraz Fashion eyeshadow, ok. 17zł
O jasnym różu, czyli numerku 201 też już wcześniej Wam pisałam. Poza tym posiadam 205 „Golden rose” (róż) oraz 201 „Iridescent pit” (mat). Nowszy róż uwielbiam: jest przepiękny! Opalizuje na złoto, mam ochotę tylko na niego patrzeć <3 Żółty zaś fajnie mi się sprawdza na co dzień, w połączeniu z cieniem z P2 :D Cienie nieco się osypują, ale z ich trwałością problemu nie ma, a mat, mimo jasnego koloru, jest widoczny na powiece. Bardzo lubię cienie z Kobo i zdecydowanie chce więcej.


Podsumowując, najbardziej lubię cienie z Kobo i to szybko nie ulegnie zmianie :) P2 też mnie pozytywnie zaskoczyło, ale jednak przynajmniej mój kolor za bardzo się osypuje z pędzla w trakcie nakładania. Z tego zestawienia z czystym sumieniem odradzam jedynie cienie z Manhattanu, bo naprawdę, w okolicach 15zł kupicie lepszej jakości kosmetyki...

poniedziałek, 22 maja 2017

Ostatni olimpijczyk: Wielki koniec?

Skończyłam! W końcu? Niekoniecznie, w końcu postu publikowane są ze sporym opóźnieniem, ale jednak od przeczytania tomu pierwszego do ostatniego minął prawie rok. Nie będę się jednak już rozpisywać, czas zakończyć tą przygodę :)

Tytuł: Ostatni Olimpijczyk
Tytuł serii: Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy
Numer tomu: 5
Autor: Rick Riordan
Liczba stron: 376
Gatunek: fantasy młodzieżowe

Walka z Kronosem jest nieunikniona i zbliża się z dnia na dzień. Percy rezygnuje z wycieczki z przyjaciółką, czekając na wezwanie z Obozu Herosów. Niestety, ich sprawa wydaje się z góry przegrana: nawet bogowie nie potrafią poradzić sobie z tym, co zaplanował dla nich tytan.


Szczerze mówiąc, nie mam bladego pojęcia, o czym powinnam tu napisać.
Styl Riordana? Jak zawsze. Jest lekko, miło i zabawiane. Fabuła? Bohaterowie? Tu też nie ma jakiś znaczących zmian: to finał serii, trudno więc, by autor wprowadził wiele nowych zwrotów akcji, albo bohaterów. Raczej bazujemy na tym, co już poznaliśmy. W końcu wszystkie wątki muszą zostać domknięte, a książki z tej serii do najdłuższych nie należą.
Nie będę oszukiwać: tu nie ma zaskoczeń. Fabuła jest chyba jeszcze bardziej schematyczna niż w częściach poprzednich: mamy po prostu wielką, końcową bitwę. Niemniej, w końcu pojawia się coś wielkiego! Zakończenia części poprzednich były dość małe, nieznaczące. Dopiero teraz zabawa w pełni się rozkręca i da się wyczuć, że to, co się dzieje jest w jakiś sposób istotne.
W dalszym ciągu w tle bardzo istotne są kwestie rodzinne. Riordan pokazuje młodemu czytelnikowi, jak ważni są rodzice i przyjaciele oraz rodzeństwo. Prezentuje nam różne rodziny i różne sposoby na rozwiązywanie problemów, co wydaje mi się bardzo wartościowe przy książce kierowanej dla młodszego czytelnika, zwłaszcza, że on nie robi tego w sposób nachalny.
O ile w poprzednich tomach pojawiało się dużo nowych nawiązań do mitów to jak napisałam, w „Ostatnim olimpijczyku” bazujemy raczej na tym, co już było. Niemniej, pojawia się kwestia Hestii, pomniejszych rzymskich bogów. Dowiadujemy się także nieco więcej o wyroczni. Nie jest tego bardzo dużo, nie rzuca się barwo w oczy, ale jednak: jest.
Riordan zamyka właściwie wszystkie wątki, zostawiając sobie przy okazji furtkę na kolejną serię. „Ostatni olimpijczyk” nie jest żadnym dziełem sztuki, ale przyzwoicie sprawdza się jako zakończenie młodzieżowej serii i właściwie niczego więcej od niego nie wymagam.

* * *

– Udawajmy, że jesteśmy dwojgiem zwykłych ludzi.(...)
– Okej – przytaknąłem. – Zwyczajne popołudnie dwojga zwykłych ludzi.
Kiwnęła głową.
– I wiesz... Teoretycznie gdyby tych dwoje ludzi lubiło się nawzajem, co trzeba by zrobić, żeby ten głuptas pocałował dziewczynę, hę?
– Och... – poczułem się jak jedna za świętych krów Apollina: powolny, głupi i jaskrawoczerwony.
Fragment „Ostatniego Olimpijczyka” Ricka Riordana



Wybaczcie, za tak niezwykle długi tekst, ale w przypadku tej książki nie mam wiele do dodania. Jeśli chcecie więcej, zapraszam do moich recenzji poprzednich tomów :)

sobota, 20 maja 2017

To takie banalne!



Szukacie banałów w sieci? Nie ma problemu: wejdźcie na Fanpage z cytatami, albo na blog 13-latki, która postanowiła wyjaśnić czym jest szczęści/miłość/przyjaźń/cokolwiek. Na nudne pieprzenie o niczym traficie prędzej, niż mogłoby się to Wam wydawać. Niestety, na swoje nieszczęście i w recenzjach ich nie brakuje – w moich zapewne także, bo w końcu porządnie pisać cały czas się uczę. Problem polega na tym, że właśnie banały są czymś, co mnie do bloga, posta, książki czy czegokolwiek nie zachęca, a bardzo, bardzo odrzuca.
Gdy czytam, że coś jest fantastyczne, cudowne, nieziemskie, emocjonalne... jak myślicie, co pojawia mi się w głowie? Muszę koniecznie sięgnąć? W życiu! Już prędzej: „O ku...wa kolejna tępa młodzieżówka/romans”, zwłaszcza, jeśli tytuł, opis, bądź okładka to właśnie sugeruje. Bo właśnie: zauważyłam, że najwięcej banałów pojawia się przy ocenie tych najprostszych w odbiorze książek. To książki Maas są nieziemskie, to książki Sparksa i Greena poruszają i skłaniają do refleksji, to książki Hoover sprawiają, że chce się płakać etc. Oczywiście, pewnie recenzje tak wyglądają przez młody wiek autorów, co jest normalne i naturalne, ale w żadnym razie nie zachęcające.
Pisząc, staram się unikać sytuacji, w których będę coś wychwalać, nazywać to poruszającym i cudownym, jeśli nie podaje argumentów świadczących o tym. W wielu recenzjach właśnie to niestety widzę: zachwyty, nie poparte kompletnie niczym. Bo widzicie, napisanie, że coś jest rodzinne, albo że historia nie jest taka, jak cała reszta (co często powtarza się w co drugiej recenzji autora :D) wcale nie jest konkretnym argumentem. Chce faktów: CZEMU ta pozycja jest wyjątkowa. CZEMU mam po nią sięgnąć: CO w niej znajdę, jakie wydarzenia, jaki klimat, jaki styl. Nawet nie sami bohaterowie są dla mnie istotni.
Banały zabijają tekst – i to każdy, kto pisać próbuje powinien wbić sobie do głowy. I tak, ja cały czas na ich wyeliminowaniem pracuje ;)

Mogłabym ten post zakończyć w tym miejscu. Ale przy okazji chcę poruszyć jeszcze jedną, bardzo zbliżoną kwestię. Widzicie, banały w amatorskich recenzjach wybaczam: zwracam tylko uwagę na to, by starać się ich unikać, bo nie są niczym przyjemnym dla odbiorcy Ale dobrze wiem, że osoby prowadzące blogi często z tego nie żyją, nie jest to ich praca; nie muszą więc pisać doskonale. Ale autorom, którzy wydają książki i za które zwykle płacę, by je przeczytać tego już tak łatwo nie wybaczam.  To samo oczywiście tyczy się także filmu. Bądź co bądź, jest to jest to jeden z powodów dla którego zwykle nie czytam obyczajówek, czy romansów: są tak proste, że aż wieją głupotą, zwłaszcza, jeśli wiem od autora nieco więcej na dany temat i wiem, że się myli. A muszę przyznać, że z biegiem czasu zdarza się to coraz częściej.
Jakie książki wieją banałami? Choćby takie o słodkich, uroczych zwierzaczkach. „Misja na czterech łapach” aka „Był sobie pies” Camerona doskonale sprawdzi się tu jako przykład. Główny przekaz? Psia miłość jest bez granic i pokona wszystkie niedogodności losu, by pomóc ukochanemu człowiekowi. Brzmi pięknie, ale jest zarówno banałem, jak i kompletną bzdurą. Oczywiście, chciałoby się w to wierzyć, ale nie wiem czy wiecie: psy tak nie działają. To nie jest człowiek: zmiana stada (czyt. właściciela) znaczy dla niego częściej mniej, niż nam się wydaje. Wiem to po swoich doświadczeniach i doświadczeniach ludzi, którzy brali od nas psy. Zdarzało nam się sprzedawać i ośmiomiesięczne, i półroczne zwierzaki, które niby powinny być do nas przywiązane. Szły do nowego domu, ani razu nie piszcząc, ani nie będąc zestresowanym. Psia miłość to przywiązanie – a to wygląda nieco inaczej, niż u ludzi.
Inny banał? Harry Potter. A i oczywiście, że on! W końcu miłość wszystko zwycięża, prawda? :D Gdyby nie jej brak, Voldemort nie był by złym, a Harry by nie wygrał. Powiedźcie mi, gdzie tu jest jakiś nowy, cudowny przekaz, albo cudowna historia? Ja już tego tu dostrzec nie potrafię.
Choć „Zanim się pojawiłeś” nie znam w wersji książkowej to film obejrzałam. I ta historia jest przykładem doskonałego, pustego banału: mamy dziewczynę, bogatego przystojniaka z problemem i próbę naprawienia jego psychiki. Całość na siłę próbuje wymuszać emocje, ostatecznie próbując nauczyć, że miłość jest trudna i nie zawsze szczęśliwa, a w praktyce mówiąca o tym, że warto siebie nawzajem okłamywać, by potem dostać super stypendium. Cóż, ja nie bez powodu unikam takich historii ;)
Wiecie, kto wydaje się mistrzem w pisaniu o niczym? Paulo Coelho. „Wydaje się”, bo czytałam aż jedną jego pozycję – „Być jak płynąca rzeka”. No błagam, teksty pokroju „Nie daj się nikomu zakrzyczeć, żyj bez strachu, a wygrasz.” naprawdę może wymyślić dziecko w podstawówce ;) Albo: „Zarówno optymista, jak i pesymista musi umrzeć, ale każdy z nich zupełnie inaczej korzystał z życia.” – przecież to, że osoby o różnym światopoglądzie inaczej przeżywają swój czas jest (a przynajmniej powinno być) jasne jak słońce.

Bardzo chciałabym, aby literatura była dobrym przykładem dla tych, którzy próbują pisać. Niestety, o to trudno, zwłaszcza, jeśli czytelnik namiętnie sięga po lekkie historie... Ale jeśli traficie na banalną książkę czy film proszę Was: niech zapali się Wam w głowie lampka. Autor, który sypie banałami nie jest dobrym pisarzem; jego warsztat jest we wręcz opłakanym stanie, bo właśnie unikanie ich to jedna z pierwszych rzeczy, których się człowiek powinien nauczyć. Nie zabronię Wam oczywiście takich rzeczy czytać, jeśli to Was bawi. Z resztą, sama po takie rzeczy czasem sięgam i nawet nieźle się przy nich bawię (jak przy książce Camerona). Jedynie proszę Was o to, byście zadali sobie pytanie, czy ktoś, kto tworzy takie rzeczy jest zawsze wart waszego czasu, pieniędzy i zainteresowania? Oczywiście, zakładając, że wiecie co i o czym pisze i nie kupujecie książki w ciemno ;) 


czwartek, 18 maja 2017

Stanie się czas: Niezwykłe dziecko

O tej książce bardzo chce powiedzieć – bo myślę, że część z Was się nią zainteresuje – ale jednocześnie wiem, że możecie mieć problem z dostaniem jej.  W normalnej sprzedaży nie była od dawna, w 2010 pojawiła się jedynie jako dodatek do „Fantastyki”. Niemniej, sprawdzałam sieć i jeśli chcecie, czasem można ją dostać z drugiej ręki, poza tym w niektórych bibliotekach też powinna być.

Tytuł: Stanie się czas
Autor: Poul Anderson
 Liczba stron: 232
Gatunek: science-fiction

Przed II Wojną Światową dr Anderson odbiera poród swojej znajomej. Na świat przychodzi zdrowy chłopczyk. Tyle, że to zwykłego jest mu trochę daleko: Jack to ciche dziecko, zamknięte w sobie i czasem – nie wiadomo czemu – znikające. Mimo baku kolegów ma olbrzymią wyobraźnie i od czasu, do czasu dziwnie się zachowuje. Dopiero z czasem doktor odkrywa jego tajemnice: Jack jest podróżnikiem w czasie.

Przy starszych, albo niezbyt znanych pozycjach zawsze obawiam się jednego: topornego tłumaczenia, lub niemiłego stylu autora. Jaka więc była moja radość, gdy po dwóch stronach „Stanie się czas” zamiast odrzucić ją w kąt ja chciałam więcej! Chociaż styl Andersona jest dość surowy to autor bardzo zgrabnie prowadzi narracje i książkę po prostu dość lekko się czyta. Przy okazji sam sposób poprowadzenia historii jest dość ciekawy. Historię obserwujemy z perspektywy doktora, który rozmawia z Jackiem. Czasem przenosimy się do głowy chłopca, ale cały czas wiemy, że głównemu bohaterowi właśnie ktoś o tym opowiada. To sprawia, że ta krótka historia nabiera pewnego dynamizmu, mimo, że bądź co bądź, brakuje w niej emocji, które mogłyby przyciągnąć większą rzeszę czytelników.
Wydaje mi się, że to właśnie taki styl jest największym  problemem autora. Gdyby napisana była w bardziej emocjonujący sposób pewnie łatwiej byłoby zatuszować pewne nielogiczności, które często tak, czy siak pojawiają się w historiach poruszających tematykę podróży w czasie. Bo choć to temat bardzo ciekawy to niełatwy do ugryzienia przez kogokolwiek. Tej książki po prostu nie da się przeczytać bez choćby jednej myśli „ej, zaraz, to bez sensu”, mimo że w np. „Trylogii Czasu” Gier na ten sam problem nikt nie zwróciłby uwagi: to jednak zbyt poważna pozycja, by czytelnik przeszedł obok tego obojętne.
Pomimo pewnych wad i tego, że za podróżami w przyszłość które zajmują sporo kartek, nie przepadam to ze „Stanie się czas” warto się zapoznać. Historia na swój sposób potrafi zaciekawić. Jack to dość ciekawa i dobrze skonstruowana postać. Doktor, jako narrator także się sprawdza, zwłaszcza, że Anderson nie skupia się na nim i jego prywatnym życiu: o tym, co się u niego dzieje dowiadujemy się z półsłówek, które od czasu, do czasu nam podsuwa.
Muszę też dodać, że nie jest to „typowe” SF. Podobnie jak w przypadku „Wydrążonego człowieka” mamy tu jeden główny element fantastyczny: podróże w czasie. Książka to science-fiction  tylko dlatego, że bohaterowie próbują zrozumieć poruszanie się w czasie w sposób naukowy. No i dlatego, że spora część podróży Jacka odbywa się w odległą przyszłość. Nie mniej, nie więcej ;)
Choć nie jest to najlepsza powieść, jaką przeczytałam to tym, którzy szukają przygody powiązanej z podróżami w czasie serdecznie ją polecam: być może akurat Anderson Was uwiedzie, a nawet jeśli nie to obok tak ciekawego motywu po prostu nie da się przejść obojętne. Niech też nie straszy Was gatunek powieści, bo to w tym przypadku naprawdę nie jest najbardziej istotne.

* * *

– To Johnny! ... Było ich dwóch. Potem znów został jeden. – Załkała – Ale to ten drugi!
Błagała mnie spojrzeniem, żebym uwierzył w to, co mi opowiada.
– Kąpałam go, kiedy usłyszałam płacz dziecka. Myślałam, że to sąsiedzi, albo coś takiego. Ale płacz dochodził z sypialni. Owinęłam Johna w ręcznik – przecież nie mogłam go zostawić w wodzie – i wzięłam go na ręce. Poszłam zobaczyć, co się dzieje. W jego łóżeczku leżało nagie dziecko. Płakało i wierzgało nóżkami, bo się zmoczyło. Byłam taka zaskoczona, że... upuściłam Johna, kiedy pochylałam się nad łóżeczkiem. Powinien upaść na materac... Ale, Boże! On nie upadł. Zniknął. Złapałam go instynktownie, lecz w ręku został mi tylko ręcznik. John zniknął! chyba straciłam przytomność. Kiedy ją odzyskałam, już nic nie było...

Fragment „Stanie się czas” Poula Andersona


wtorek, 16 maja 2017

Tej recenzji tu nie zobaczycie!

Cześć! Znów przychodzę do Was z małą autoreklamą. Na Wobec pojawił się już kwietniowy numer, a w nim moja recenzja trylogii „Imperium”, której na blogu nie ma i nie będzie. Jeśli więc jesteście zainteresowani serią high fantasy z kobietą w roli głównej zapraszam do czytania :D
Jeśli chodzi inne blogowe sprawy to w najbliższym czasie powinno mi „wpaść” trochę nowych zdjęć, dlatego czekajcie na nowe sesje: w przygotowaniu są obecnie dwa takie posty, ale mam nadzieję, że będzie więcej :) Poza tym szykuje jeden kosmetyczny post, bo czemu nie.
Przypominam też, że posiadam coś takiego jak Fanpage, gdzie sporo informacji o blogu, czy książkach pojawia się wcześniej.

Cóż, na dziś - to wszystko :) Chętnych zapraszam serdecznie na Wobec, a innych zachęcam do czekania na kolejny post. W nim zaś pojawi się recenzja książki o podróżach w czasie. Interesuje Was taka tematyka? 

niedziela, 14 maja 2017

Dziewczyna z Dzielnicy Cudów: Nikita w akcji


Miałam po to nie sięgać. Naprawdę, miałam! Ale... ale Biedronka ze mną wygrała. Co szłam do niej to już z daleka widziałam „Dziewczynę z Dzielnicy Cudów” i za którymś razem po prostu wrzuciłam ją do koszyka. Co ja poradzę, że polskie nazwiska zawsze mnie kuszą, nawet, jeśli młodzieżówki mnie nie przekonują? A że niedawno została wydana kontynuacja tejże książki to myślę, że część z Was chętnie zaznajomi się z recenzją tomu pierwszego.

Tytuł: Dziewczyna z Dzielnicy Cudów
Tytuł serii:  Seria Nikity
Numer tomu: 1
Autor: Aneta Jadowska
 Liczba stron: 320
Gatunek: urban fantasy, powieść młodzieżowa

Nikita, Alicja, Carmen – to tylko przykrywka, nie jej prawdziwe imię. W trosce o swoje bezpieczeństwo musi co chwilę je zmieniać. Cały czas obawiająca się, że przeszłość do niej powróci dziewczyna pracuje jako szpieg, morderca, czy tropiciel, zależnie od tego, do czego jest potrzebna i kto jej za to zapłaci. Jej życie nie jest łatwe, a teraz ma się stać jeszcze trudniejsze: odgórnie zostaje jej przydzielony partner, którego wcale nie chciała. Jakby tego było mało z Dzielnicy Cudów znika bliska jej osoba, którą Nikita obiecuje odnaleźć.

Zwykle przy powieściach młodzieżowych nie mam problemów z ocenieniem ich. „Dziewczyna z Dzielnicy Cudów” jest jednak małym wyjątkiem, bo moje uczucia co do tej powieści są dość mieszane. Albo inaczej: choć nie uważam jej za złą pozycję to jednak widzę w niej sporo wad i w żadnym razie nie mam zamiaru stać się największą fanką Jadowskiej. A przynajmniej nie po tej historii.
Przede wszystkim, przez kilka pierwszych stron żałowałam, że to od tej historii zaczęłam przygodę z uniwersum tej autorki. Miałam wrażenie, że niektóre rzeczy zostały wyjaśnione w innych jej książkach i tu sprawę traktowała po macoszemu. Z drugiej strony bolała mnie okropna dysproporcja między opisami: tu widzę niedomówienia, rzeczy, które czytelnik powinien już „wiedzieć”, a chwilę później bohaterka (swoimi słowami, bo historia napisana jest w pierwszej osobie) po raz kolejny mnie nudzi, opowiadając o tym, o czym mówiła już i co tłumaczyła mi dwie strony wcześniej. Tak, jakbym jako czytelnik była tępa i nie rozumiała prostych słów. To zdecydowanie nie było najlepsze, ani najciekawsze wyjście.
Przy okazji styl Jadowskiej też chwilami był dla mnie nieco męczący. Z jednej strony fajnie budowała klimat, świat przez nią przedstawiony był bardzo barwny, ale z drugiej krótkie zdania i czasami dziwna, wręcz nienaturalna składnia nie jest czymś, co uwielbiam.
Ale, ale! Mimo że zaczęłam negatywnie, „Dziewczyna z Dzielnicy Cudów” to nie jest zła młodzieżówka. Jedynie ma sporo problemów, na które ja uwagę zwróciłam, ale „zwykły” czytelnik, albo osoba bardzo lubiąca historie tego typu już niekoniecznie musi to zrobić.
Przede wszystkim, jako, że jest to oryginał, nie tłumaczenie język jest bardziej soczysty, bardziej barwny, o czym przed chwilą pisałam, niż w książkach amerykańskich, czy jakichkolwiek innych, co dla mnie zawsze jest olbrzymim plusem. A za lepszy język niż zwykle jestem w stanie naprawdę dużo wybaczyć.
Bohaterka tak istotna dla powieści tego typu? Jest! Oczywiście, że jest. Wprawdzie chwilami irytował mnie fakt, ze niby nikomu nie ufa, a widzimy, jak podchodzi do ludzi i o każdym mówi, jaki to on miły, i fajny, i jak ona bardzo chce mu wierzyć (co bywało śmieszne), ale poza tym... w końcu mamy postać, która może skopać komuś tyłek. Taka zabójczyni ze „Szklanego Tronu” była kochliwą idiotką: tu mamy nieco starszą (choć niekoniecznie przez zachowanie) kobietę, która choć nieco zagubiona w świecie, potrafi być bezwzględna i odważna. Jednocześnie dba o swoich bliskich i ma w sobie trochę ciepła.
Niestety, pisząc o bohaterce znów muszę przejść do konstrukcji tekstu i fabuły, a tu nie wszystko grało. Jak już wspominałam, rozkminy Nikity chwilami bolą, a jakby tego było mało, autorka za często pisze o sprawach pobocznych, rozpisuje się o nich... by potem to nie miało wpływu na historię. Bo co mnie obchodzi, że łaziła za kimś przez cały dzień parę lat temu? Albo co mówiła jej matka, skoro nie ma to żadnego wpływu na fabułę? Naprawdę, ta powieść mogłaby mieć dwieście stron i niewiele by straciła.
Co ciekawe, przy stosunkowo niedługiej historii mamy wielu bohaterów pobocznych, którzy są przy okazji nieźle zarysowani. Szkoda tylko, że główny bohater drugoplanowy wcale barwny nie był: partner Nikity, Robin, jest po prostu milusim twardzielem, który znów – tak samo, jak opisy – według mnie nie jest kompletnie w tej historii potrzeby.
Sama historia nie należy do tych najbardziej oryginalnych, ale pseudo-kryminalistyczne opowieści zawsze mnie kuszą, a akcja chwilami naprawdę pędzi. Powieść nie zapewniła mi tym rozrywki wszech czasów, ale pod względem treści po prostu się sprawdza i jest tym, czym być powinna.
Styl – „meh”, ale lepsze to niż tłumaczenie. Historia? Potrafi być ciekawa, ale dłuuugie opisy wszystkiego co wokół potrafią znudzić i dać poczucie, że czytamy coś niepotrzebnego. Świat? Nic bardzo oryginalnego, ale jak najbardziej, jest ciekawy i barwny. Bohaterowie raczej na plus, choć też nie bez wad: oto jak w skrócie mogłabym podsumować tę książkę. Nie żałuje tego, że spędziłam nad nią trochę czasu i zdecydowanie trafia do powieści młodzieżowych, które będę polecać, ale nie jest to książka z moich marzeń :)

* * *
Uznałam, że jeśli jest za głupi, by docenić tę miejscówkę, sama je wezmę, na norę – zawsze milej mieć w norze ogrzewanie, ciepłą wodę, elektryczność, która częściej działa, niż nie działa... I sypialnię z prawdziwego zdarzenia. I wannę. Po co ja mu je pokazałam? Jest stworzone dla mnie. Wprawdzie mieści się ledwie dwie przecznice od mojego domu, ale hej, kto powiedział, że nora musi być naprawdę daleko od głównego mieszkania?
– Biorę je – odparł cicho – jeśli mnie stać. Jeśli nie, znajdź mi kogoś, kogo będę mógł zabić, by mnie było stać – dodał.
Parsknęłam śmiechem. Zaczynam go naprawdę lubić.
– Stać cię. Ale będziesz mi winien. 
Obrócił się i spojrzał na mnie zimno.
– Co dokładnie?
– Niedługo mam urodziny, a to jest dobre miejsce na imprezę przy grillu. Co ty na to?
Napięcie opuściło jego twarz.
– Ale ty przynosisz alkohol. Jeśli pijesz, tak jak jesz, nie stać mnie na upijanie Cię na mój rachunek.

Fragment „Dziewczyny z Dzielnicy Cudów” Anety Jadowskiej

piątek, 12 maja 2017

Po te książki NIE próbuj sięgać!

Już dawno nie było na Drewnianym Moście zwykłego zestawienia książkowego: wprawdzie był post o motywach, ale jednak w nim o coś nieco innego chodzi, niż zwykle. Wprawdzie nie tęsknie jakoś szczególnie za tego typu wpisami na moim blogu, ale w mojej głowie zrodził się pomysł, więc dziś do realizuje ;)
Jak pewnie się domyślacie dziś przedstawię Wam kilka książek po które absolutnie nie macie po co sięgać. No, prawie absolutnie: gusta ludzi są w końcu różne i pomylić się mogę. Ale generalnie są to pozycje w większości niezbyt znane, których raczej i tak nie kupicie w sklepie i po prostu moim zdaniem powinniście omijać w bibliotece, jeśli nie chcecie trafić na bubla. O większości z nich pisałam na blogu, ale uznałam, że warto Wam je przypomnieć. A więc, zaczynajmy!


„Lekcja geografii” Tomasza Mirkowicza
Dwadzieście trzy opowiadania, będące lipogramami. Brzmi fajnie: każda historia bez jednej literki z alfabetu...? I choć muszę przyznać, że autor nieźle się nad nimi napracował to po pierwsze, wyszukiwanie braku liter po jakimś czasie się nudzi, a po drugie przez niemożność użycia niektórych słów tekst chwilami brzmi absurdalnie i głupio. Oczywiście, opowiadania mają dość zróżnicowany poziom, ale nie zmienia to faktu, że patrząc na ogół książka wypada po prostu słabo.


„Mageot” Krzysztofa Kochańskiego
Fajny pomysł na historię... szkoda,  że zupełnie zmarnowany. Toporny język, historia, która od razu wypada z pamięci. Książka nie ma nawet trzystu stron, a czyta się ją tak, jakby miała około tysiąca. No nie jest to pozycja, którą z dumą trzymam na swojej półce.


„Thor” Wolfganga Hohlebeina
W porównaniu do „Maegota” ta pozycja jest wręcz doskonała. Niemniej to wcale nie oznacza, że warto po nią sięgnąć. Wprawdzie moja recenzja nie była bardzo negatywna, ale z czasem widzę, jak nijaka i mdła jest ta pozycja. Niby ma być powieścią przygodową, a jednak skupia się na rodzinnych, głupich perypetiach. Niby o Thorze, ale tak na prawdę to jakoś nie... To tytuł, który jest „meh” na każdej z możliwych płaszczyzn. Główna zaleta? Na szczęście, czyta się go błyskawicznie.


„Zamek złudzeń” Mercedes Lackley i Josepha Shermana
Weź worek, włóż do niego wszystkie główne schematy w fantastyce i podstawowe rasy, po czym po prostu to wysyp i zobacz, co z tego wynikło. Co takiego, jesteś ciekawy? A no, właśnie to! „Zamek złudzeń”. Książka na podstawie gry, która jest po prostu głupia. Czy muszę cokolwiek dodawać? Polecam omijać, bo naprawdę wokół można znaleźć wiele lepszych historii.


„Słoneczny kataklizm” Lawrence E. Josepha
Literatura popularnonaukowa może być fajna, przyjemna i przydatna, a może być taka jak „Słoneczny kataklizm”. Robiąca z czytelnika idiotę, nudna i nieciekawa, bo wiedzę, którą próbuje przekazać możemy znaleźć w wielu innych źródłach, podaną w lepszy sposób. Przy okazji jej wydanie jest moim skromnym zdaniem koszmarne. Nie sięgajcie, naprawdę. Nie ma po co.


„Jestem numerem cztery” Pittacusa Lore

Oto najbardziej znana, ale... wcale nie najgorsza książka ze wszystkich przedstawionych. Umieściłam ją na liście, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie spełnia tego, co obiecuje. Niby ma być historią pełną akcji, wydarzeń, stworów z kosmosu... a w praktyce skupia się na nienajlepiej opisanym romansie. Naprawdę, nie ważne, czy lubisz młodzieżowe „akcyjniaki”, czy dobre historie o miłości utrzymane w klimacie fantastycznym znajdziesz miliard lepszych rzeczy... nawet w sieci, za darmo.

środa, 10 maja 2017

www.Wolność: Mogłoby być lepiej, ale i tak nie jest źle


Dwa pierwsze tomy tej serii kupiłam przez zupełny przypadek za grosze. Trzeciego niestety nie potrafiłam nigdzie znaleźć i książka dopiero jakiś czas temu wpadła w moje rączki. Okazało się, że dostępna jest (a przynajmniej była, nie wiem jak teraz) tylko na stronie księgarni Solaris, która jest jednocześnie wydawcą serii.  Niemniej, choć trudno dostępna, nie jest w ogóle nie dostępna i na szczęście mimo 1,5 rocznej przerwy z serią udało mi się do niej dotrzeć :D

Tytuł: www.Wolność
Tytuł serii:  WWW.Trylogia
Numer tomu: 3
Autor: Robert J. Sawyer
 Liczba stron: 402
Gatunek: science-fiction

Próba zniszczenia Webminda nie powiodła się. Mimo to nie wszyscy są przyjaźnie nastawieni do nowopowstałej sztucznej inteligencji, obawiając się, że wkrótce zwróci się przeciwko ludzkości, choć na razie wydaje się być całkiem przyjazna. Webmind próbuje więc przekonać do siebie cały świat z pomocą bliskich mu osób.

Gdy wzięłam książkę w ręce moją uwagę zwrócił fakt, że została wydana inaczej, niż poprzednie tomy: nie ma żadnych ozdobników, okładka jest cieńsza, a format tego wydania odbiega od poprzednich. Wygląda gorzej, taniej... a wewnątrz? Cóż, choć bawiłam się całkiem dobrze w czasie lektury, muszę przyznać, że poziom tej części jest nieco słabszy w porównaniu do poprzednich.
Zacznijmy może od tego, co w tym tomie nie grało, a przede wszystkim są to poglądy Sawyera. Fabuła poprzednich tomów sprawiła, że historia była nieco „mniejsza”. Nie obejmowała całego świata, tak jak w ostatniej odsłonie. Dlatego też dopiero teraz autor miał możliwość pokazania tego, w co wierzy. Niestety, przelewanie swoich poglądów w tak bezprecedensowy sposób, niezależnie od tego, jakie one by nie były, nigdy nie wychodzą powieści na dobre, chyba, że są istotne dla fabuły. Tu, niestety, nie są. A przynajmniej nie na tyle, by w tak nieprzyjemny sposób je podawać.
Drugim problemem historii jest.. Caitlin. O ile w poprzednich tomach była po prostu użyteczną dla fabuły postacią, która mimo młodego wieku nie działała mi na nerwy tak w tym tomie autor nieco za bardzo stara się pokazać jej życie „za kulisami”, kompletnie nie istotne dla całokształtu. Podejrzewam, że spodoba to się osobom lubiącym powieść młodzieżową, ale ja uznaje po prostu za niepotrzebne. Niemniej, nie było tak źle, jakby mogło być.
Poza tymi wadami jednak czułam się, jakbym wróciła do starych przyjaciół. Szczerze uwielbiam Webminda, który z jednej strony przeraża i budzi niepokój, z drugiej jest tak kochanym charakterem, że człowiek chce po prostu z nim porozmawiać. Zdecydowanie, to powieść o sztucznej inteligencji i jak na taką przystało, ona robi tę historię. Sam jego sposób myślenia, odpowiedzi, żarty są tak sprawnie poprowadzone, że z wielką przyjemnością obserwowałam jego poczynania.
Pomijając wady, które już wymieniłam sama fabuła też ma się całkiem nieźle. Niby wszystko, cała akcja, dzieje się w bardzo szybkim tempie, ale jednocześnie nie jest nadmiernie duża. Nie jest przedramatyzowana, czego można byłoby obawiać się po takiej lekturze. Jest prosta, niby jasna, ale jednocześnie potrafi czymś zaskoczyć. Zwłaszcza samo zakończenie: tak oczywiste i tak wyjątkowe jednocześnie.
Muszę dodać też, że Sawyer naprawdę wie o czym pisze. Sztuczna inteligencja, jak i Internet to rzeczy na których po prostu się zna, co w tym tekście naprawdę widać. Na pochwałę zasługują również drobne chwyty marketingowe, które w powieści zostały umieszczone. Na przykład, jeden z adresów podanych w książce przenosi nas na stronę oryginalnego wydawnictwa trylogii, a jeśli chcecie znaleźć Webminda na Twitterze również możecie to zrobić :)
Nie pozostaje mi nic innego jak polecić całą serię, nie tylko fanom science-fiction: to jedna z tych historii, która dobrze nada się także dla tych, którzy chcą zacząć przygodę z tym gatunkiem. Fakt, że jedynym elementem SF jest tu sztuczna inteligencja sprawia, że nawet laik nie będzie miał problemów z odnalezieniem się w tym świecie. To trylogia na którą warto poświęcić trochę czasu.

* * *

Ujrzałem wszechświat w całym jego pięknie.
Być świadomym, myśleć, czuć, postrzegać! Mój umysł szybował, wdychając planety, smakując gwiazd, dotykając galaktyk... przyćmione i rozmyte formy, odkrywanie przez czujniki bezustannie skierowane na zewnętrz, odsłaniające nieskończenie tajemnicze, niezwykłe, pradawne królestwo.
Jakże cudowne jest żyć; ileż radości daje przetrwanie!
Fragment „www.Wolnosć” Roberta Sawyera

poniedziałek, 8 maja 2017

Pyrkonowa Cranberry

Jak już wspominałam w poście o Pyrkonie dane mi było na nim zrobić dwie sesje. Obydwie odbyły się w parku niedaleko targów, w którym robiłam też zdjęcia rok temu :)  Na pierwszy ogień łapcie zdjęcia z sesji z Kinuu w stroju Cranberry z Mahou Shoujo Ikusei Keikaku.


Oczywiście zapraszam na nasze fanpage:
Whispering Rift
Kinuu








sobota, 6 maja 2017

Bohater Wieków: Na szczęście Zniszczenie tej trylogii nie dotknęło

Jak zazwyczaj książkę kończę i siadam do recenzji tak za tą po prostu nie umiałam się zabrać. Czemu? Nie wiem. Nie byłam ani zabiegana, pomysł jakiś na recenzje był... po prostu usiąść i napisać mi się nie chciało. Cóż, bywa, chyba każdy tak czasem ma. Ale w końcu się zmusiłam :D

Tytuł: Bohater Wieków
Tytuł serii:  Ostatnie Imperium
Numer tomu: 3
Autor: Brandon Sanderson
 Liczba stron: 799
Gatunek: high fantasy

Vin i Elend oraz ich przyjaciele robią wszystko, by wygrać walkę ze Zniszczeniem. Szukając kryjówek z zapasami przygotowanymi przez Ostatniego Imperatora próbują odkryć, co ten chciał im przekazać w swoich tekstach. Czy jednak da się walczyć z bogiem? Z istotą, która potrafi zmienić to, co zapisano i mąci w ludzkich umysłach lepiej, niż ktokolwiek?

Tom pierwszy zapewnił mi cudowną rozrywkę. Drugi? Bardzo młodzieżowy, często głupi i z wieloma problemami sprawiał, że nieco się podłamałam. Trzeci zaś, choć nie mógł zmazać grzechów „Studni wstąpienia” to wypadł całkiem przyzwoicie, zwłaszcza, że jak każdą książkę z tej serii czyta się go wprost błyskawicznie.
Początkowo czułam się troszkę zagubiona, głównie przez to, że nie zorientowałam się, że Vin z nastolatki zmieniła się w dwudziestokilkuletnią kobietę. Autor zrobił dość znaczny przeskok czasowy między tomem drugim i trzecim i albo tego nie zaznaczył zbyt wyraźnie, albo ja nie doczytałam. Niemniej, wydaje mi się, że bardziej prawdopodobna jest ta druga opcja. Poza tym jednak akcja poprowadzona jest bardzo, ale to bardzo zgrabnie. Sanderson miał wyraźnie pomysł na cały cykl, a to, że tom drugi chyba nieco go przerósł to już nieco inna para kaloszy.
„Bohater wieków” zmienia się trochę w typowe fantasy przygodowe: jeździmy z miejsca na miejsce, tam mamy do wykonania jakieś zadania i próbujemy zrozumieć, o co chodzi z tym całym Zniszczeniem, by je pokonać. Wykonane jest to jednak w całkiem ciekawy sposób. Sanderson naprawdę porządnie wykreował swój świat i przynajmniej ja po prostu nie umiem nudzić się, odkrywając kolejne jego części. Nie powiem jednak, bym była „Bohaterem wieków” nadzwyczaj zachwycona: to po prostu była dobra przygoda, którą miło mi się czytało i o której po prostu będę pamiętać.
Dobrze wiem, że wielu interesują bohaterowie, więc pozwolę sobie wtrącić o nich trzy grosze :) Vin i Elder jako główne postacie nie irytowali mnie już tak, jak potrafili robić to w części drugiej: dorośli, zaczęli rozumować logicznie. Cały czas jednak czuje, że to nie są moje ukochane postacie o których będę myśleć. Dalej bardzo lubię Opiekuna, Sazeda, choć część jego zachowań była po prostu nudnawa. Kandra, czyli powiedzmy, „mgielny szpieg” o imieniu KanPaar też ma ciekawy wątek, który ma swoje znaczenie dla fabuły. Chyba jedynie Spook wydał mi się... zbyt inny. Zbyt dorosły i zbyt nieprzypominający postaci z poprzednich tomów, jednak jestem w stanie to wybaczyć autorowi, zwłaszcza, że przecież od tomu drugiego minęło kilka lat, a teraz jest po prostu ciekawszy.
Zdecydowanie muszę pochwalić autora za samo zakończenie. Oczywiście, nie będę go tu zdradzać, ale Sanderson swoją trylogię zamknął w bardzo zgrabny sposób, przy tym nieco mnie zaskakując. Nieco, bo oczywiście przy tego typu literaturze, idącej w stronę młodzieżowej, trudno o końcówkę, która mogłaby to zrobić w zupełnie spektakularny sposób.  Przy okazji autor zamknął wszystkie wątki i wszystkie trzy części bardzo ładnie trzymają się kupy.

Nawet, jeśli tomem drugim poczuliście się nieco zawiedzeni to jeśli macie możliwość, spokojnie sięgnijcie po zakończenie trylogii. Naprawdę trzyma poziom, jest ciekawa i warta uwagi. A tym, którzy serię mają jeszcze przed sobą polecam po prostu zabrać się za tom pierwszy, jeśli tylko mają na to ochotę.


* * *

Skazałam go na śmierć.
– Jak? Jak mogłaś to zrobić?
– Ponieważ spojrzałam mu w oczy – odpowiedziała Vin – i wiedziałam, że tego właśnie pragnie. Ty mi to dałeś, Sazedzie. Ty nauczyłeś mnie kochać go wystarczająco mocno, by pozwolić mu umrzeć.

Fragment „Bohatera wieków” Brandona Sandersona
Nomida zaczarowane-szablony