niedziela, 21 stycznia 2018

Pogadajmy o książkach VI: Na dzień babci i dziadka


Już dawno nie pisałam o moich poczynaniach w radiu studenckim MORS, więc nadszedł czas, by w końcu to zmienić :D Także wszem i wobec ogłaszam, że z okazji dnia dziadka i babci już jutro, czyli w poniedziałek o godzinie 20:00 będziecie mogli wysłuchać Raportu Literackiego traktującego właśnie o osobach w podeszłym wieku. Chcecie wiedzieć, jak takie postacie przedstawiane są w literaturze? Jeśli tak, musicie nas posłuchać!
Jeśli nie zdążycie w poniedziałek, będziecie mieli jeszcze trzy opcje, by zapoznać się z tą audycją: we wtorek o 14 oraz za tydzień, w tych samych dniach i godzinach. Przez sesje nagrywany audycje co dwa tygodnie.
Poza tym mam dziś dla Was mały bonus! Poniżej my, czyli ekipa Raportu, zaraz po nagraniach. Zapraszam serdecznie też na naszego Facebooka.

To jednak nie wszystko. Nagrywam regularnie moje Kartkowanie, czyli krótkie „odcinki” przedstawiające trzy książki, na które warto w danym okresie spojrzeć. To zwykle premiery i nowości, choć w okresie świątecznym pojawiły się audycje tematyczne. Jeśli będziecie słuchać Radia na pewno na nie traficie.
Nie chcecie słuchać radia, bo nie pasują Wam godziny? Oto audycje, w których uczestniczyłam, a które znajdziecie na podcastach, na naszej stronie:
Zawód: Dziennikarz, 12 grudnia, rozmowa z Maciejem Wośko
Raport Literacki, 4 grudnia, kryminały
Kartkowanie, 24 listopada

Cóż jeszcze? Przy okazji działam jako reporter. Niedawno zrobiłam relacje z wystawy psów, rozmawiałam z blogerami z Geek Kocha Najmocniej, a w ostatni piątek rozmawiałam z członkami Studia Accantus. Interesują Was takie materiały? Na pewno pojawią się w którejś z audycji.


Na ten moment to wszystko, co miałam Wam do przekazania. Lecę przygotowywać się od sesji, trzymajcie kciuki!

sobota, 20 stycznia 2018

Akuszer bogów: O wiecznym narzekaniu i powtarzaniu

Nikitę ktoś ściga i ona sama nie wie, kto to jest. Rzuca sieć podejrzeń i jednocześnie planuje wyprawę do serca Norwegii, by dowiedzieć się prawdy o swojej przeszłości.

Pierwszy tom tej serii, „Dziewczynę z Dzielnicy Cudów”, skończyłam w lutym 2017 roku: od przeczytania jej minęło więc i trochę czasu, i trochę poznanych przeze mnie lektur. Nie pamiętam z niej wiele: jedynie ogólny zarys, raczej neutralną opinię i to, że coś nie pasowało mi w składni autorki. I aby się przekonać, czy naprawdę tak jest, gdy nadarzyła się okazja przeczytałam „Akuszera bogów”. Niestety… zamiast wypaść lepiej, lub tak samo, moim wrażeniom po lekturze zdecydowanie bliżej jest do negatywnych.
Tytuł: Akuszer bogów
Tytuł serii: Cykl o Nikicie
Numer tomu: 2
Autor: Aneta Jadowska
Liczba stron: 384
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2017
Drugi tom serii można bez problemu podzielić na dwie części, z których pierwsza jest tą zdecydowanie gorszą. Bo to właśnie w niej w powieści nie tylko niewiele się dzieje, ale… z kilku powodów potrafi być nużąca i irytująca zarazem.
Przede wszystkim Nikita, dorosła zabójczyni, szkolona na zabójcę od lat, zmienia się w naprawdę niesympatyczną bohaterkę. Z jednej strony cały czas mówi o tym, jaka jest bezwzględna i wyrachowana, z drugiej: non stop narzeka. Na siebie, na życie, na sytuacje, na bliskich… Przy okazji po prostu za dużo myśli. Powieść, która z założenia ma być raczej pełna akcji, wręcz przepełniona jest rozmyślaniami naszej bohaterki.
Jakby tego było mało, Nikita ma zwyczaj myśleć cały czas o tym samym. Co oznacza, że wielokrotnie będziemy słuchać o tym, jak bardzo i w jaki sposób została skrzywdzona przez ojca i matkę, i jak bardzo jej źle z powodu popełnionego w poprzedniej części zabójstwa, i jak bardzo tęskni za Dorą Wilk…
Nie wiem, z czego wynika takie skupienie się na wnętrzu głównej bohaterki… Mam wrażenie, że Jadowska trochę „wkopała się” przez pisanie z pierwszej osoby: być może ona po prostu tak uwielbia swoją postać i tak się z nią utożsamia, że chce o niej pisać i pisać? Trudno mi stwierdzić na pewno, ale zdecydowanie w tym przypadku to nie sprawdza się najlepiej.
Moim kolejnym problemem z „Akuszerem bogów” jest sama fabuła. Już sam pomysł wydaje się absurdalny, biorąc pod uwagę fakt, że nie pamiętam, aby w poprzedniej części ktokolwiek wspominał o konotacji Nikity z Norwegią (dopytywałam kilka osób; wszystkie stwierdziły, że tam niczego takiego nie było). A tu nagle bum, nasza bohaterka jedzie odkrywać siebie na daleką północ! Po prostu,  bo może! Autorka jednak w czas orientuje się, że raczej nie ma zbudowanych podstaw, aby wysłać tam Nikitę, więc serwuje nam sporą ilość retrospekcji, która umotywuje jej działania w tamtym miejscu.
Wszystko to składa się na to, że pierwsza połowa to rozmyślania Nikity i opowieści o tym, co było wcześniej; do konkretnej historii przechodzimy dopiero w drugiej połowie „Akuszera bogów”, a i ona nie jest poprowadzona w nadzwyczajny sposób. To po prostu… przeciętna przygodówka, z bohaterami, z którymi nie czuje się związana.
Skoro już narzekam… Jeśli liczycie, że w kontynuacji dowiecie się czegoś więcej o Robinie, partnerze Nikity, to natychmiast przestańcie. Choć wszyscy wokół trąbią o tym, jak bardzo jest wyjątkowy i niezwykły to nikt nie raczy nam wyjaśnić, co w tym człowieku tkwi… Szczerze mówiąc, w pewnym momencie naprawdę wierzyłam w to, że skoro cały czas o tym się wspomina to „super moce” Robina będą miały jakiś większy wpływ na historię. Ale nie… każdy chce wiedzieć, kim on jest, ale nikt nie raczy tego sprawdzić. A moim zdaniem jego tajemnica jest zdecydowanie ciekawsza od tego, co odkryć próbuje Nikita.
Poza tym… to powieść, którą da się czytać. Nie jest katastrofalnie zła. Nie wzbudza obrzydzenia, nie wzbudza szczególnej niechęci. Jedynie właśnie irytacje tym, że non stop słuchamy o tym samym i nudzi przydługimi opisami.
Styl Anety Jadowskiej jest raczej przeciętny. W scenach akcji jest w miarę barwny i chwilami naprawdę potrafi „chwycić”, ale autorka składa raczej proste zdania, nie zachwyca językiem i czasem zrobi jakieś powtórzenie, którego nie wychwyciła korekta. Nie jest więc tragicznie, ale przez to opisy nie wychodzą jej najlepiej, a tych w tym tomie nie brakuje.
Książka zebrała przy sobie wianuszek fanów, dlatego wierzę, że tym, którzy uwielbiają tom pierwszy, „Akuszer bogów” raczej się spodoba, zwłaszcza, że często uznawany jest za ten lepszy tom. Ja sama być może sięgnę po kontynuacje, by sprawdzić, kim w końcu jest nasz Robin, ale zdecydowanie nie jestem lekturą zachwycona.


* * *

 – Ale zdajesz sobie sprawę, że będziemy musieli jakoś wrócić do domu?
– Możemy też zamieszkać tu na stałe. Hodować kozy i owce, łowić ryby i odnaleźć w sobie dziedzictwo wikingów. Tobie by się pewnie udało. Do twarzy byłoby Ci w miejscowych strojach ludowych, widziałem je w przewodniku.
– Czy ja chcę wiedzieć do byś robił z tymi kozami?
– Jedną z nich na pewno nazwałbym Nikita.
– Może Cię tu zostawię.
– I uschniesz z tęsknoty? Dlaczego to sobie robisz?





Fragment „Akuszera bogów” Anety Jadowskiej

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

czwartek, 18 stycznia 2018

Jakie serie ostatnio skończyłam czytać? - podsumowanie

Na początku sierpnia 2016 roku zrobiłam dla Was post, podsumowujący serie, które przeczytałam i albo zakończyłam, albo przestałam w połowie, nie planując czytania kontynuacji. Dziś nadszedł czas na drugi post tego typu. Chciałabym tworzyć je dla Was częściej, niestety: raczej powoli czytam serie, robiąc sobie przerwy między tomami, dlatego nawet po tak długim czasie nie ma ich zbyt dużo :) Zapraszam do wpisu – może akurat znajdziecie coś dla siebie!

Dimitry Glukhovsky, „Metro 2033”
Trzeci tom zakończyłam czytać dokładnie 17 lipca 2016 roku, czyli już kawał czasu temu :) Zdecydowanie lubię tę trylogię. Cześć pierwsza ma wspaniały, mroczny klimat. Druga nieco odcina się od reszty, ale już trzecia nadrabia wszystko, chociaż skupia się nieco bardziej na polityce, co nie każdemu może odpowiadać. W każdym razie, jeśli szukacie czegoś post-apokaliptycznego, przyjemnego w czytaniu, to spokojnie możecie sprawdzić te trylogię, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście.

Kerstin Gier, „Trylogia Czasu”

Zakończyłam ją 8 września 2016 roku. To popularna seria, poruszająca motyw podroży w czasie. Jako młodzieżówka nie najgorszej się broni, choć ma sporo wad. Do dziś ubolewam nad tym, ze autorka poszła za mocno w stronę romansu, z wątku fantastycznego robiąc właściwie tło.  A szkoda, bo pierwsza część naprawdę miała potencjał, by stać się bardzo przyjemną powieścią przygodową. Ale jak juz wspomniałam, jako młodzieżówka się broni.

Rick Riordan, „Percy Jackson i bogowie olimpijscy”

Oto kolejna seria młodzieżowa, tym razem zakończona przeze mnie 7 lutego 2017 roku. Opowiada o Percy’m, młodym herosie, który razem z przyjaciółmi musi pokonać zło. Motyw dość typowy i niezbyt zaskakujący, ale uważam, że Riordan robi tą serią sporo dobrego. Przede wszystkim to bardzo sympatyczne książki, które bawią, ucząc jednocześnie. Dzięki nim młodzież może poznać podstawy mitologii w naprawdę przyjemny sposób.

Robert J. Sawyer, „WWW.Trylogia”
Skończyłam ja... także 7 lutego 2017 roku :D To trylogia science-fiction, przedstawiająca budzenie się w sieci sztucznej inteligencji. Choć ostatni tom był najsłabszy ze wszystkich, to jako całość bardzo gorąco ja polecam. Czyta się ją bardzo lekko, jest po prostu przyjemna, a sztuczna inteligencja w niej przedstawiona to przekochana postać. Wydaje mi sie, ze to dobra pozycja na rozpoczęcie swojej przygody z niezbyt przystępnym gatunkiem.

Brandon Sanderson, „Ostatnie Imperium”

Oto jeden z moich największych, czytelniczych zawodów. Sześć tomów skończyłam dokładnie 8 kwietnia 2017 roku i raczej nie planuje sięgać po kolejną. Uwielbiam świat, który Sanderson wykreował: jest tajemniczy, z cudownym systemem magii, który bardzo chętnie zobaczyłabym na ekranie. Kocham tom pierwszy, opowiadający o Vin, Kelsierze i paczce przyjaciół, którzy maja zamiar obalić tyrana. Niestety, im dalej w las, tym było gorzej i słabiej... Obecnie cały czas mam po tych tomach „drobny” uraz do Sandersona.

Martyna Raduchowska, „Szamanka od umarlaków”
Gdy Ida dowiaduje się, że jest szamanką od umarlaków, jej życie zmienia się o 180*. Poza tym jeszcze nie wie, że ma Pecha... Pierwszy tom to debiut Raduchowskiej i to w książkach wyraźnie widać: nie są napisane najlepiej, ba! Nie są nawet przeciętnie napisane, ale ja po prostu pałam do nich jakąś sympatią. Po prostu nie najgorszej się bawiłam przy tym dość humorystycznym fantasy. Skończyłam swoją przygodę z serią 26 lipca 2017 roku.

Sarah J. Maas, „Dwór cierni i róż”
Gdybym nie wygrała dwóch tomów w konkursie, prawdopodobnie nie przeczytałabym ani jednej książki z serii. Ale udało się. Kolejną przygodę z Maas zakończyłam 31 lipca 2017 roku i raczej nie mam zamiaru jej kontynuować. Tom pierwszy, jako wariacja na temat „Pięknej i Bestii”, nawet się sprawdził, ale już kolejny był po prostu okropny pod względem logicznym, choć przyznaje, ze sam klimat tej powieści wydawał mi się przyjemniejszy. Maas to autorka, która kompletnie nic nie robi sobie z logiki, a próbuje tworzyć wielkie, epickie high fantasy i... cóż, chyba nie muszę mówić, że to nie jest dobre połączenie?

Feliks W. Kres, „Księga całości”
Wymęczyłam dwa tomy i mi to naprawdę wystarczy. Zakończyłam czytać drugą cześć 15 września 2017 roku. Choć teoretycznie to klasyka polskiego high fantasy i teoretycznie opowiada dobre historie to mnie po prostu Kres nie kupuje. Wole cześć drugą, cenie świat sam w sobie, ale kontynuować raczej nie zamierzam. Nie ma się co męczyć. Niemniej, jeśli lubicie high fantasy możecie po prostu ją sprawdzić – w końcu fanów Kresa nie brakuje.


Kai Meyer, „Arkadia”

Tę trylogię kupiłam właściwie przypadkiem, ale nie żałuje: przynajmniej mogę polecać jakąś młodzieżówkę :) Zakończyłam ja 18 września 2017 roku. Opowiada ona historię Rosy, która wyjeżdża w rodzinne strony, na Sycylię, gdzie dowiaduje się, ze jej rodzina wplatana jest w mafijną  działalność. Nie wie jednak, ze rodzina skrywa też inną, bardziej fantastyczną, tajemnicę. Tom pierwszy mnie wymęczył, ale kontynuacje nawet mi to wynagrodziły. To wręcz skonstruowana od linijki intryga, która może wypada nieco sztucznie, ale naprawdę ze świeca można szukać drugiej tak rozbudowanej powieści młodzieżowej, kierowanej głownie w stronę pan.


Ian Tregillis, „Wojny Alchemiczne”

Oto seria, która chodziła za mną od Pyrkonu 2017, a którą udało mi się przeczytać na jesień ubiegłego roku. Pierwszy tom zapowiadał nieco filozoficzną, steampunkową powieść przygodową, jednak w kontynuacji te ponadczasowe rozważania gdzieś umknęły i zrobiła się z tego przyjemna trylogia, utrzymana w dobrym klimacie, ale jednocześnie nie będąca niczym więcej, niż rozrywką. Zdecydowanie cenię autora za samą pomysłowość w wykreowaniu świata. To więc dobra seria dla tych, którzy szukają kreatywnej rozrywki. Ja jednak... po prostu liczyłam na coś nieco więcej. Ciągle mam wrażenie, że Tregillisowi po prostu zabrakło jednego, dodatkowego tomu.

PS Jakimś cudem większość z tego to młodzieżówki :D Huh, cóż poradzić, musze pokończyć moje „poważniejsze” książeczki.

wtorek, 16 stycznia 2018

Motylek: W poszukiwaniu dobrego polskiego kryminału

 
Po rozstaniu z mężem Weronika, młoda pani psycholog, kupuje dworek w Lipowie. Warszawianka prędko jednak odkrywa, że wieś nie jest tak spokojnym miejscem, jak jej się wydawało. Kilka dni po jej przeprowadzce dochodzi do zabójstwa zakonnicy. Okoliczna policja robi wszystko, by jak najszybciej odkryć sprawcę.

Do tej pory moje spotkanie z polskim kryminałem kończyło się nienajlepiej. „Ekspozycja” Remigiusza Mroza okazała się głupia i nielogiczna, a ani jednego, ani drugiego w książkach nie znoszę, zaś „Pochłaniacz” Bondy po prostu mnie wynudził. Dlatego sięgając po „Motylka” Puzyńskiej bałam się tego, co dostanę. Po części słusznie: ten debiut polskiej autorki okazał się książką lekką, ale dość przeciętną.
Tytuł: Motylek
Tytuł serii: Lipowo
Numer tomu: 1
Autor: Katarzyna Puzińska
Liczba stron: 608
Gatunek: kryminał
Wydanie: Prószyński i S-ka, 2014
Styl autorki jest wręcz opiewany w opisie wydawcy; ja niestety nic nadzwyczajnego w nim nie widzę. Puzyńska pisze w sposób bardzo prosty, który łatwo „wchodzi”, ale przy tym jest dość infantylny, naiwny; w niektórych momentach wyraźnie widać było, że autorka sama nie wie, jak dany fragment napisać i w trakcie „zmienia zdanie”. O ile takie rzeczy wybaczam tłumaczeniom, o tyle polskiemu autorowi, który powinien dobrze znać język polski już niekoniecznie... Ale cóż, to debiut. A książkę mimo wszystko lekko się czyta i jeśli komuś to wystarcza, nie powinien narzekać.
Autorka wysyła nas na wieś. A dokładniej na Mazury, do swojego wymyślonego Lipowa. Szczerze mówiąc, z jednej strony sama idea wsi jest dość urocza, z drugiej jednak bardziej przypominała mi amerykańskie miasteczko, a nie polską wieś. Lipowo ma aż jeden sklep i przy tym własną komendę policji: mieszkam na wsi i jak pamięcią sięgam, nigdy się z czymś takim nie spotkałam. Stróże prawa zwykle mają swoje oddziały w okolicznych, większych miejscowościach, a nie w tak wielkich dziurach. Jakby tego było mało wśród bohaterów mamy bogaczy, fryzjerkę, panią psycholog, sklepikarkę i policjantów... A gdzie rolnicy? Gdzie właściciele ośrodków wczasowych? Ich tu po prostu nie ma. Dlatego choć Puzyńska niby kreuje nam wieś, w praktyce dostajemy niewielkie miasteczko. Tylko dość nierzeczywiste w swojej konstrukcji: w końcu w takowych zwykle jest przynajmniej jeden market, prawda?
Naszą główną bohaterką (teoretycznie) jest Weronika: młoda psycholog po rozwodzie, która szuka szczęścia na wsi. Jest milusia, ma pieska, konika i kilka głupich pomysłów. Czytając, miałam wrażenie, że autorka utożsamia się z nią i przez to ona gra główną rolę w „Motylku”, a przynajmniej to z nią spędzamy najwięcej czasu. Bo, niestety, nasza słodka postać w moim odczuciu jest tu kompletnie niepotrzebna. Wydawało mi się, że z racji wykonywanego zawodu będzie mocno współpracować z policją, a tu proszę! Ona tylko układa swoje rzeczy, jeździ konno po lesie i wchodzi nieproszona do cudzych domów BO MOŻE.  Bez problemu tą postać można byłoby zastąpić inną.
Poza Weroniką mamy naprawdę ogrom bohaterów, którzy kręcą się wokół  prawy i są z nią jakoś powiązani. I z nimi mam mały problem: choć gdy obserwujemy ich na osobności mają jakieś ciekawe zaczątki charakterów i motywacji tak gdy są w grupie stają się bezimienną masą.  Chwilami miałam wrażenie, że Puzyńska zdaje sobie z tego sprawę, dlatego bezustannie wymienia ich z imienia i nazwiska...
Sama zagadka nie jest źle poprowadzona, ale... No właśnie, znów mam „ale”! I to nie jedno, a dwa!
Po pierwsze „ale” – w „Motylku” mamy przy okazji za dużo nieistotnych dla fabuły wątków pobocznych. Przez lekki styl autorki da się przez nie przebrnąć, ale uważam, że Puzińska spokojnie mogła z tych pomysłów zrobić osobną powieść, a nie wciskać je do kryminału.
Po drugie „ale” – pozornie skomplikowaną historię dość łatwo jest rozwiązać samemu, a ilość brudów, które przy okazji wychodzą na jaw, jest po prostu zbyt duża, jak na tak małą wieś. Bo nagle okazuje się, że ktoś się znęca nad żoną, ktoś truje swoją ukochaną, ktoś jest nielegalnym tatą, ktoś jest gwałcicielem... etc., etc. Przez to całość wydaje się naciągana i bardzo sztucznie ustalona. Dlatego naprawdę lepiej byłoby, gdyby Puzińska napisała, że Lipowo to miasteczko w USA, a nie polska wieś, która raczej kojarzy się ze spokojem i małymi skandalami.
Miałam też wrażenie, że jeśli chodzi o psychologię zabójcy i przedstawienie go, „Czerwony smok” Harrisa był dla autorki sporą inspiracją... a może po prostu obydwoje mieli podobny pomysł? W każdym razie największy atut „Motylka”, czyli dokładne pokazanie motywów i psychiki mordercy wypadłby w moich oczach bardzo dobrze, gdybym już wcześniej nie poznała książek o Hannibalu: na ich tle książka Puzyńskiej wypada jak średnio udana próba udawania tamtego klasyka. Zwłaszcza, że obydwie książki poruszają motyw związany ze skrzydlatymi owadami.
Mimo wszystko, zagadka jednak do pewnego stopnia ciekawi, a książka wciąga, choć zdecydowanie nie jest pozbawiona wad. To lektura, która sprawdzi się zwłaszcza dla pań, szukających w książkach zagadki umieszczonej na sielskim, dość obyczajowym tle: osobom szukającym kryminału z prawdziwego zdarzenia nie polecam, bo do tego miana sporo mu jeszcze brakuje.

* * *

Wyjrzała na zewnątrz. Za oknem las tonął w śnieżnej bieli. Nigdy nie lubiła zimy, ale tu na wsi nagle zaczęła patrzeć na nią inaczej. Zaśnieżone gałęzie, ślady zwierząt odciśnięte w białym nieskazitelnym puchu. Wszystko wyglądało tak romantycznie.

Fragment „Motylka” Katarzyny Puzińskiej


niedziela, 14 stycznia 2018

Królowie Dary: Polityka w klimatach orientu

Wyspy Dary nie tak dawno temu wcale nie były zjednoczone. Dlatego gdy umiera cesarz, ogarnia je rewolucja. Na jej czele staje Mlecz i Chryzantema – Kuni Garu i Mata Zyndu – których ścieżki teoretycznie nigdy nie powinny się zejść.

Czasem wystarcza kilka, czy kilkadziesiąt stron, bym wiedziała już, co sądzę o danej książce, właściwie znając jej przebieg i nie czując szczególnej potrzeby czytania dalej. Taką powieścią okazali się „Królowie Dary” Kena Liu – książka, od której oczekiwałam dość dużo, ale ostatecznie okazało się, że… to po prostu literatura nie do końca dla mnie.
Tytuł: Królowie Dary
Tytuł serii: Pod sztandarem dzikiego kwiatu
Numer tomu: 1
Autor: Ken Liu
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Liczba stron: 592
Gatunek: low fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2016
Zacznijmy jednak od wyglądu książki. To chyba najpiękniejsze wydanie SQN, jakie trzymałam w rękach. Jest naprawdę dopracowane. Zarówno okładka, jak i wnętrze książki wygląda porządnie i naprawdę dobrze współgra z jej treścią.
No ale właśnie… interesuje Was pewnie bardziej to, co można znaleźć w niej wnętrzu. Więc odpowiadam: politykę, politykę i jeszcze raz: politykę, a to wszystko w orientalnym klimacie i doprawione bitwami. Jeśli tego szukacie – lećcie do księgarni, czy biblioteki. A jeśli nie… cóż, uważajcie.
Widzicie, nie jestem osobą, która boi się polityki w literaturze. „Pieśń lodu i ognia” bardzo sobie cenię, a ta seria przecież właśnie z tego słynie. „Królowie Dary” różnią się jednak znacznie sposobem poprowadzenia historii, od opowieści George’a Martina. Tam mamy czas, by poznać na spokojnie świat; aby zżyć się z bohaterami, których poznajemy bardzo dobrze, mimo ich olbrzymiej ilości. Książce Kena Liu tego brakuje. Jego postacie to figury na szachownicy, którymi wprawdzie zręcznie manewruje, ale osobiście nie mogłam zapomnieć o tym, że to jednak historia wymyślona przez kogoś, a nie coś, co mogłoby naprawdę się zdarzyć.
Wprawdzie jak najbardziej jest to w klimacie powieści. W końcu orient raczej kojarzy się z pewną powściągliwością. Ale to, w połączeniu z brakiem zżycia się z samym światem przedstawionym sprawiło, że szczerze mówiąc, nie bardzo mnie te polityczne intrygi interesowały. Rozumiałam je, ale nie byłam nadzwyczaj wciągnięta w lekturę, często się nudząc. Zwłaszcza, że nie uwielbiam orientu, a to kultura nawiązująca do Chin jest w tej opowieści bardzo istotna. Nie zrozumcie mnie źle: cenię, że Ken Liu mocno do niej nawiązywał. Po prostu nie potrafię pałać do tego szczególną miłością.
To, co chyba najbardziej bolało mnie w „Królowych Dary” to wprowadzanie postaci dosłownie na rozdział, czy dwa. Ken Liu wprowadza nam nagle nowego bohatera. Opisuje przez kilka stron jego historię, po czym nasz nowy „znajomy” robi dwie rzeczy w jakiś sposób istotne fabularnie, by potem zniknąć z jej kart…
O ile zwykle w historiach wole postacie męskie, tak tutaj ani Mata, ani Kuni szczególnie mnie nie zachwycili. Za to dla mnie ciekawsze okazały się tu postacie kobiece. Jia, żona Kuniego, to chyba najbliższa mi postać. Opisy jej życia okazały się miłą odskocznią po bardziej politycznych wątkach, choć należy pamiętać, że w tej powieści nie ma takich, które byłyby jej zupełnie pozbawione. Ciekawa okazała się też księżniczka Kikomi, choć nie zajmuje wcale wiele miejsca w tej historii. 
Ken Liu w swojej powieści zminimalizował udział nadprzyrodzonych elementów. Gdyby nie to, że umieścił swoją powieść w innym świecie, niż nasz, można byłoby powiedzieć, że to jakaś chińska legenda spisana przez współczesnego pisarza. Bo udział magii jest bardzo, bardzo znikomy i właściwie powieść nie straciłaby, gdyby ta zniknęła z jej kart zupełnie.
Jak już wspominałam, Ken Liu przedstawia nam swój świat w sposób dość… bezosobowy. Jego narracja jest podniosła, elegancka, ale jednocześnie nie zaglądająca do końca w dusze bohaterów. Autor robi to podobnie jak twórcy baśni, czy Ursula Le Guin. Niestety, mnie po prostu taki sposób opowiadania historii na dłuższą metę męczy i sprawia, że nie potrafię przywiązać się do opowieści.
Dodać muszę, że „Królowie Dary” to kopalnia ładnych zwrotów i cytatów: orient jest pod tym względem bardzo malowniczy, a autor zrobił wszystko, by jak najlepiej ten element w swoim dziele oddać.
Ponieważ mam na półce już kolejny tom zapewne prędzej, czy później zapoznam się z kontynuacją tej powieści. Niestety… choć doceniam pracę włożoną w jej napisanie i chociaż jak najbardziej rozumiem, czemu się podoba to mnie w „Królach Dary” po prostu nic nie chwyciło. Świat przedstawiony nie jest „mój”, nie urzekł mnie w nim żaden konkretny pomysł, bohaterowie nie są mi bliscy, a sama polityka to jednak trochę za mało, bym uznała, że jakieś dzieło uwielbiam.

* * *

Właściwej ścieżki nie wskazują nam bogowie czy dawni uczeni, musimy ją musimy sami przez eksperymentowanie. Brak ci pewności i dzięki temu zawsze będziesz poszukiwał pytań, zamiast uważać, że posiadasz wszystkie odpowiedzi.

Fragment „Królów Dary” Kena Liu


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

piątek, 12 stycznia 2018

Upadek Arkadii: Jest przyzwoicie.

Rosa i Alessandro zostają wrobieni w morderstwo sędzi. Od tej pory muszą poruszać się po Sycylii w ukryciu, jednocześnie próbując rozwiązać zagadkę Arkadii. Czy jednak uda się im uniknąć aresztowania, lub śmierci z ręki wrogów, których wciąż im przybywa?

Pierwszy tom dość mocno mnie wymęczył. Drugi był zdecydowanie lepszy, zwłaszcza w kontraście z poprzednikiem. Trzeci i ostatni wypadł prawdopodobnie na zbliżonym poziomie, jednak przez brak przeskoku, widocznego wcześniej, nie zrobił już na mnie aż takiego wrażenia.
Tytuł: Upadek Arkadii
Tytuł serii: Arkadia
Numer tomu: 3
Autor: Kai Meyer
Tłumaczenie: Emilia Kledzik
Liczba stron: 456
Gatunek: powieść młodzieżowa, fantasy, romans
Wydanie: Media Rodzina, Poznań 2014
Ta trylogia ma jeden, olbrzymi atut, który wyróżnia ją na tle innych książek młodzieżowych: jest od początku do końca bardzo dobrze zaplanowana. Często czytając takie powieści mam wrażenie, że autorka (bo zwykle są to jednak panie) nie wie, co chce zrobić z bohaterami, wciska do historii każdy swój pomysł i ostatecznie dostajemy jeden, wielki chaos. Kai Meyer jednak zaplanował swoją historię bardzo precyzyjnie. Każdy element w niej jest istotny, każdy coś wnosi do powieści. Tego naprawdę w powieściach dla młodzieży często brakuje, a szkoda!
Niestety, zaleta w tym przypadku przekłada się także na wadę „Upadku Arkadii”: całość jest po prostu dość sztuczna. W chwili, w której dosłownie wszystko łączy się w całość, w chwili, w której historia nie ma w sobie nic z przypadku traci na naturalności. Życie, mimo wszystko, ma zawsze w sobie odrobinkę chaosu, a tu nie znajdziecie go najmniejszej ilości. Miałam wrażenie, że Meyer trochę nie potrafił wyważyć planowania ze sprawieniem, aby historia wypadała realistycznie.
Wydaje mi się jednak, że osoba mniej krytyczna ode mnie tego braku naturalności nie zauważy. A poza tym to naprawdę ciekawa lektura, o ile oceniamy ją w „młodzieżowej” skali. Porusza ciekawa tematykę.  Być może jako historia przeznaczona dla dorosłego czytelnika nie sprawdziłaby się, głównie przez naiwność niektórych sytuacji (jednak nie wyobrażam sobie nastolatków, którzy rządziliby mafią), ale dopóki spogląda się na nią jako na młodzieżówkę osobiście nie widzę większych powodów do wytykania jej błędów. Gdyby tylko tom pierwszy był na takim samym poziomie...
Skłamałabym mówiąc, że czuje przywiązanie do bohaterów; że interesuje mnie wątek romansowy; że przejmuje się losem postaci. Niestety, powieść młodzieżowa to dla mnie już zwykle „za mało”, bym była w stanie to zrobić. Niemniej, postacie nie irytowały mnie, co można już uznać za zaletę.
„Upadek Arkadii” czyta się błyskawicznie. Styl Meyera nie wydaje się infantylny, jak to często z takimi powieściami bywa, jest też stosunkowo surowy, ale przy tym jest lekki. Tekst się nie dłuży i bez problemu można naprawdę szybko przebrnąć przez tę historię.
Nie uwielbiam i nie będę uwielbiała tej trylogii. Niemniej, uważam, że fani powieści młodzieżowych, których interesuje fantastyka mogą na nią zerknąć i sprawdzić, czy spodoba się im ta opowieść. Zwłaszcza, że sama konstrukcja fabuły jest naprawdę porządnie wykreowana jak na tego typu powieść.

* * *

Czasem – powiedziała – dwoje ludzi mija się, spogląda sobie przez chwilę w oczy i pozostaje tylko życzenie. Marzenie o tym, co mogłoby się wydarzyć. Odchodzą, z każdym krokiem dalej od siebie i od swoich snów.

Fragment „Upadku Arkadii” Kaia Meyera

środa, 10 stycznia 2018

Logan: Wolverine (2017): Gorzkie pożegnanie

Od 25 lat na świat nie przyszedł żaden mutant. X-meni nie istnieją. Logan (Hugh Jackman) choruje, słabnąc i starzejąc się. Jego ostatnim życiowym celem jest opieka nad Profesorem X (Patric Stewart), z którym z powodu wieku jest coraz gorzej i gorzej, co przy tak potężnym umyśle nie jest zbyt bezpieczne dla otoczenia. Pewnego dnia do ich kryjówki trafia młoda mutantka, jedenastoletnia Laura (Dafne Keen). Dziewczynce grozi niebezpieczeństwo i Logan postanawia jej pomóc.


Seria o mutantach to jedyna część uniwersum Marvela, który szczerze mnie interesuje. „Logana: Wolverine” musiałam więc obejrzeć, ciekawa, jak wyszło pożegnanie Hugh Jackmana w roli Wolverine. Okazało się, że to chyba najbardziej mroczny i najmniej kolorowy film z tej serii, który jednocześnie wypadł po prostu bardzo dobrze.
Logan: Wolverine” (2017)
ang. „Logan”
reż. James Mangold
akcja, science-fiction, dramat
Zacznijmy od tego, że „Logan” w dużej mierze to po prostu mordobicie. Scen akcji tu nie brakuje, a te wypadają naprawdę stosunkowo naturalistycznie. Nie przypominam sobie, by w jakimkolwiek innym filmie Marvela tak wiele postaci miało odcinane głowy, przebijane szponami różne części ciała, lub takowe w różny sposób odrywane. Tego jest tu naprawdę dużo i nie ma kompetnie nic wspólnego z zabawnymi scenami akcji, które mogliśmy oglądać na przykład w „Deadpoolu”. „Logan” jest poważny – nawet, gdy na ekranie wypruwane są flaki.
Oczywiście, bez konkretnej fabuły, tego typu sceny akcji raczej by nas nie obchodziły: a ta jest dobrze zarysowana, choć nie należy do najbardziej skomplikowanych. To film mający w sobie coś z westernu i kina drogi. Przede wszystkim wędrujemy z naszymi głównymi bohaterami, którzy przez większą część czasu podróżują przez USA, ścierając się w różnych miejscach z niebezpieczeństwem.
Dwóch głównych bohaterów, Logana i Xaviera, widzowie znają nie od dzisiaj. Obydwie postacie wypadają bardzo dobrze, z resztą, w przypadku tych aktorów chyba trudno, by było inaczej. Pozytywnie jednak zaskakuje młodziutka Dafne Keen, która stworzyła naprawdę wiarygodny charakter: półdzikie dziecko, które stopniowo buduje relacje z pozostałymi bohaterami wypada bardzo dobrze.
Jedyna rzecz, która nieco mnie raziła dotyczy wprowadzenia do fabuły pewnego „mutanta-niewolnika”, o którym pisać więcej nie chce, by przypadkiem nikomu nic nie spoilerować, a który był jednym z najprostszych wyjść fabularnych, przez co ten wątek wypadł po prostu nieco nudno.
Jeśli chodzi o moje osobiste odczucia to, szczerze mówiąc, są... nieco mieszane. To znaczy, jak już napisałam wyżej, to dobry film akcji, z dobrymi bohaterami i sensowną fabułą, który bardzo dobrze się ogląda. Poza tym to pożegnanie z niektórymi postaciami, a co za tym idzie, po prostu nie mógł być zbyt radosny. Ale... jednak lubię X-menów w wersji nieco bardziej pozytywnej i barwnej; takiej, gdzie duża rolę odgrywa przynależność do jakiejś drużyny. W tym przypadku nieco przytłoczyła mnie samotność bohaterów. Obiektywnie nie jest to w żadnym razie wada filmu. Po prostu jako osoba, która żywi sporą sympatię do przedstawionych postaci, poczułam ukłucie smutku. Hej, w końcu Logan zawsze był nieco zabawną postacią, która mogła wszystko, prawda? Zaś w swoim ostatnim filmie w żadnym razie taki nie jest.

„Logan” to dobry przykład tego, że filmy akcji mogą jednocześnie dostarczać rozrywki pod względem ilości akcji, ale jednocześnie niekoniecznie być super-pozytywnymi opowieściami o niezniszczalnych postaciach. Przy okazji moim zdaniem można go oglądać nawet ze szczątkową wiedzą na temat uniwersum X-menów. To dobry, choć gorzki w wydźwięku film. Jeśli jednak ta surowość oraz spora ilość krwi na ekranie Wam nie przeszkadza, naprawdę warto go zobaczyć.
Nomida zaczarowane-szablony