sobota, 30 września 2017

Podziemia Veniss: Prawdziwa uczta dla wyobraźni


Po przeczytaniu „Wodnego noża” uznałam, że moje maleństwo potrzebuje któregoś ze swojego rodzeństwa z Uczty Wyobraźni, by nie było jej smutno. Tego samego dnia trafiłam na outlet z dwoma książkami z tej serii, wśród których były „Podziemia Veniss”. Zakup bardzo emocjonalny, nieprzemyślany – brałam, bo tanie, bo Uczta Wyobraźni. Nie interesowała mnie treść, grunt to seria! Ciekawi, jak się skończyło to moje spontaniczne spotkanie? :D

Tytuł: Podziemia Veniss
Autor: Jeff Vandermeer
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Liczba stron: 240
Gatunek: antyutopia
Wydanie: Mag, Warszawa 2009

Nicholas został okadzony z całego swojego dobytku. Dlatego marzy mu się surykatka.  Postanawia ją zdobyć i... znika. Wkrótce z jego zniknięcia zdaje sobie sprawę Nicola, jego bliźniaczka. Kobieta zaczyna go szukać.

„PodziemiaVeniss” nie bez powodu trafiła do serii „Uczta wyobraźni” – to książka, która jest tak specyficzna, tak dziwna i jednocześnie tak dobra, że naprawdę nią jest. Nie będzie to może lektura dla każdego, jak to z trudniejszymi pozycjami bywa, ale zdecydowanie, to jest kawałek dobrej literatury.
Historia, którą przedstawia Jeff Vandermeer jest bardzo prosta. Z tym, że już styl autora może być trudniejszy do przyswojenia. Mi czytało się tę książkę błyskawicznie, ale zdecydowanie nie jest to lektura, którą przyswoiłby zmęczony umysł. Styl autora jest bardzo specyficzny. Vandermeer bawi się narracją i metaforami, jednocześnie opisując przerażające rzeczy w... przerażający sposób, co wcale w literaturze nie jest tak częste, jak mogłoby się wydawać. Oj tak, już dawno nie zdarzyło mi się, bym miała ochotę odwrócić głowę z obrzydzenia w trakcie czytania, a ta lektura mi to zapewniła.
„Podziemia Veniss” to – teoretycznie – antyutopia. Z tym, że tą powieść czyta się bardziej jak przerażającą baśń. Vandermeer nie skupia się w niej na dokładnym pokazaniu systemu, w którym żyją bohaterowie: daje nam jedynie jakieś szczątki, ochłapy, z których musimy poskładać całość. Przy okazji otoczenie postaci kreuje w sposób wręcz absurdalny, który jednak w jego rzeczywistości zdaje się być całkiem namacalny i logiczny. Ach, uwielbiam autorów, którzy potrafią tak dobrze łączyć paradoksy!
Wewnątrz można znaleźć trójkę głównych bohaterów, z których każdy ma swój kawałek narracji: nie są jednak one stosowane zamiennie, a po kolei. Nick, Nicola i Shadrach. Trójka zupełnie innych ludzi, z innymi przeżyciami, celami i planami na życie, których postanowił połączyć los. Nick ma duszę artysty, jego siostra, Nicola, to programistka. Shadrach zaś odkąd wyszedł z podziemi na powierzchnię pracuje dla pewnego tajemniczego człowieka. Cała trójka wzajemnie się dopełnia, a ich losy doskonale się splatają, tworząc niby przypadkowy, ale bardzo logiczny ciąg wydarzeń. Mimo, że to stylem i sposobem napisania, a nie fabułą stoi ta powieść.
Skłamałabym mówiąc, że sam antagonista nie jest ciekawym człowiekiem, bo choć ukryty jest w cieniu, również odgrywa sporą rolę. Inna ciekawa postać, czyli myśląca surykatka o wielkości goryla także sprawdza się w swojej roli. Ale by pisać o tych bohaterach więcej musiałabym powiedzieć, o co chodzi w fabule. A tego robić zdecydowanie nie chce – to historia, którą trzeba poznać na własną rękę.
„Podziemia Vensiss” to nie lekka, swawolna historyjka, którą „pokocha każdy”. Do tej lektury warto się psychicznie nastawić i nie chcieć od antyutopii przyjemnej, radosnej opowieści. Niemniej, uważam, że to naprawdę kawał dobrej fantastyki, którą warto znać, choćby dla poszerzania własnych horyzontów. Zwłaszcza, że czyta się ją wspaniale.

* * *

Cały świat uległ przekształceniu, jego zewnętrzna powłoka ustąpiła i ukazała mi skrywane dotąd pod skórą ciało. Przez długie minuty stałem tam, gryzmoląc jak idiota, z otwartymi ustami. Pisałem to, co zostało w tej chwili wpisane we mnie. Nie wytrwałbym dłużej z tymi wszystkimi pomysłami i obrazami wgryzającymi się w mój umysł. Musiałem znaleźć więcej papieru. Musiałem pisać, to wylewało się ze mnie.

Fragment „Podziemi Veniss” Jeffa Vandermeera


czwartek, 28 września 2017

Pokuta (2007): Nieporozumienie, które zmieniło wszystko



Latem 1935 roku Cecylia (Keira Knightley) wraca do rodzinnego domu po ukończonych studiach, podobnie jak syn służącej jej rodziny, Robbie (James McAvoy). Choć młodzi nie zdają sobie z tego do końca sprawy, powoli rodzi się między nimi uczucie. Gdy jednak młodsza siostra dziewczyny, Briony (Soirse Ronan / Ramola Garai), przypadkiem podgląda ich w dwuznacznej sytuacji, jej interpretacja tego wydarzenia na zawsze zmienia życie zakochanych.


Ci, którzy mnie znają, doskonale wiedzą, że kino wojenne i romans to nie są szczególnie bliskie mi tematy i nieczęsto sięgam sama po tego typu historie. Ale jakiś czas temu tak się złożyło, że obejrzałam „Pokutę” z 2007 roku i mimo uprzedzeń do gatunków, po prostu nie umiem nie docenić tego filmu.
Film Hamptona to melodramat wojenny, który opowiada nam historię dwójki ludzi z bardzo ciekawej perspektywy. Choć mamy w nim mocny wątek romantyczny to nie o niego tu przede wszystkim chodzi. „Pokuta” skupia się na niezrozumieniu przez nastoletnią, dorastającą dziewczynkę świata dorosłych, co w połączeniu z kilkoma losowymi przypadkami kończy się katastrofą.
„Pokuta” (2007)
ang. „Atonment”
reż. Christopher Hampton
melodramat
Jako osoba, która uwielbia patrzeć na McAvoya, głownie przez jego naprawdę niezłą grę, uwielbiałam każdą scenę z jego bohaterem. Poza tym Robbie to niezwykle sympatyczny człowiek: inteligentny, z ciętym językiem i żartem, ale o dobrym i ciepłym wnętrzu. To bohater, dla którego chcemy jak najlepiej, bo widzimy, że mimo drobnych wad i błędów po prostu na to zasługuje. Cecylia zaś to dość pewna siebie kobieta, która będzie próbowała postawić na swoim za wszelką cenę, a jej siostra, Briony, to marzycielka, do której dopiero z czasem dochodzi, do czego doprowadziła. Poznajemy ją jako marzącą o karierze pisarskiej dziewczynkę ze zbyt bujną wyobraźnią, a następnie obserwujemy, jak zmienia się jej pogląd na to, co zrobiła.
Jeśli spodziewacie się filmu z ogromną ilością scen miłosnych to... na „Pokucie” się rozczarujecie. Nasi główni bohaterowie są we dwójkę może przez cztery sceny. Każda jednak jest dość mocna i każda czemuś służy, pokazując nam ich relacje. Choć nie ma ich wiele, naprawdę pokazuje, kim są nasze postacie, co uważam za spory atut filmu: w końcu nie musimy przez dwie godziny obserwować budowania relacji, skoro te kilka wspólnych scen robi to doskonale.
Obraz skupia się zdecydowanie bardziej na Birony, która właściwie obserwuje relacja zakochanych i stopniowo zaczyna rozumieć, na czym ona polega. Cała intryga związana z nią jest ciekawa i dość oryginalna: zwykle historie traktujące o dorastaniu są dość sielankowe, przedstawiające błędy, które da się dość łatwo naprawić, lub przynajmniej załatać. To, do czego ona doprowadza będzie z nią już zawsze, do końca dni, bo tego, do czego doprowadziła, nie da się cofnąć.
Sama konstrukcja filmu jednak chwilami nieco mnie irytowała. Miałam wrażenie, że niby wiemy wszystko, ale to dzięki półsłówkom, w wielu momentach trochę na zasadzie „domyśl się, co tam się stało”: przez co chwilami miałam wrażenie, że „Pokuta” traci na płynności i jest dość mocno poszatkowana. Niemniej, nie wpłynęło to jakoś szczególnie na mój ogólny odbiór filmu.
Poza tym to melodramat, a nie film akcji: dlatego osoby szukające strzelanin, wybuchów i pogoni mogą sobie ten seans odpuścić. Bo to nie o tym jest ta opowieść. Nawet tematyka wojenna spada na dalszy plan.
Nie oczekujcie także nadmiaru żartu w „Pokucie” – choć na samym starcie mamy ze dwie w miarę zabawne sytuacje to naprawdę nie jest radosna historia. Nie mogę jej jednak odmówić jednego: nadziei, którą niesie ze sobą niemal do samego końca.
Jestem osobą, która raczej przyjmuje dzieło takim, jakim jest. Traktuje je jak integralną całość, nie próbując nawet w głowie układać swoich alternatywnych historii. „Pokuta” jednak była dla mnie wyjątkiem: na tyle przywiązałam się do postaci, że zakończenie, mimo że wcale nie było dla mnie szczególnym zaskoczeniem, najchętniej przerobiłabym na swoje, własne, „lepsze” – i wydaje mi się, że to najlepiej świadczy o moim naprawdę emocjonalnym podejściu do tej konkretnej historii.

Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić „Pokutę” zainteresowanym. Jak zawsze, to nie jest film, który będzie uwielbiany przez każdego, ale przedstawia na tyle ciekawą historię, że naprawdę wiele osób powinno znaleźć w nim coś interesującego, lub poruszającego.

wtorek, 26 września 2017

Dziewczyna płaszczka i inne nienaturalne atrakcje: Popkulturowo-historyczny absurd

Czwartek, przed Pyrkonem. Jestem przez chwilę sama, więc chodzę po galerii na dworcu. Oczywiście, widząc Matrasa muszę do niego zajrzeć. Szperam sobie wśród książek i nagle widzę niekoniecznie ładną, ale steampunkową okładkę. Powieść za dyszkę, z serii Nowej Fantastyki której w miarę ufam. Wzięłam sobie. Bo czemu nie :D


Tytuł: Dziewczyna płaszczka i inne nienaturalne atrakcje
Autor: Robert Rankin
Tłumaczenie: Ewa Siarkiewicz
Liczba stron: 392
Gatunek: fantasy, steampunk
Wydanie: Prószyński i Sk-a, Warszawa 2011

George opuścił rodzinny dom, marząc o byciu cyrkowcem. Nie miał jednak żadnych wybitnych talentów, dlatego stał się błaz.... asystentem! profesora Coffina. Razem jeżdżą po Anglii i pokazują jedynego ocalałego po Wojnie Światów marsjanina. Pewnego dnia dowiadują się o istnieniu niezwykłej Japońskiej Dziewczynie Płaszczce. Licząc, że dzięki niej zdobędą fortunę, wybierają się w pełną przygód podróż.

Absurd. Naginanie historii. Więcej absurdu. Schematyczni bohaterowie. Akcja. I znów absurd, a wszystko to przeplatane żartami, które akurat mnie wcale nie bawią. Tak mniej więcej prezentuje się „Dziewczyna płaszczka i inne nienaturalne atrakcje” w skrócie.
Powieść Rankina to przede wszystkim bardzo absurdalna komedia, czerpiąca pełnymi garściami z powieści drogi, steampunku, popkultury i historii. Niestety, niekoniecznie takie połączenie wychodzi dobrze: choć „Dziewczyna płaszczka” ma w sobie sporo ciekawych pomysłów to ani humor, ani sam styl autora nie są czymś, co będę chwaliła.
Autor porwał się na dość interesujące połączenie. Wepchnął do swojej historii takie postacie jak Scherlock Holmes, Hitler, Tesla, czy królowa Wiktoria. Dopchnął do tego latające statki oraz masę nawiązań do Wellsa. Przez ilość nawiązań w tej książce po prostu zrobiło się tłoczno. Większość znanych nam imion, czy nazwisk kompletnie nic nie wnosi do fabuły i jest jedynie próbą wymuszenia uśmiechu u czytelnika. Niestety, ja po prostu tego nie jestem w stanie kupić, zwłaszcza, że z jednej strony mamy do czynienia z prostym, wręcz infantylnym stylem, a z drugiej – z niewybrednymi, nawiązującymi do seksu żarcikami.
Skoro już zaczęłam o stylu autora mówić, pociągnę ten temat chwilę dłużej. Powieść napisana jest bardzo lekko; „Dziewczynę płaszczkę” czyta się błyskawicznie. Niestety, autor chyba stara się „naśladować” Pratchetta, co nie bardzo mu wychodzi. Brakuje mu pewnej błyskotliwości i świeżości. Tekst tej historii jest jak zbiór historyczno-fantastycznych żartów. Szkoda tylko, że zamiast ułożenia według alfabetu zostały nam podane w formie historyjki.
Nie twierdze, że jest to książka tragiczna. Przypomina mi w swojej konstrukcji „Złego jednorożca” Clarke, w którym też żart mi się nie podobał, a co za tym idzie, fanom tejże książki o niedobrym rogatym koniu pewnie się spodoba :) To książka wyraźnie kierowana do osób czytających powieści młodzieżowe, z niewybrednym humorem. Bo mimo schematyczności, ta historia ma w sobie kilka absurdalnych, ale ciekawych pomysłów. W końcu kto nie chciałby znaleźć Dziewczyny Płaszczki?
Bohaterowie nie należą do najbardziej inteligentnych, czy najbardziej sympatycznych. Są przeciętni, zwłaszcza, że dwie z głównych postaci, Ada i George, zlewają mi się właściwie w całość. Gdyby nie płeć powiedziałabym, że to ten sam bohater. Profesor Coffin zaś to po prostu głupi człowiek, którego roli można domyślić się już na wstępie i który często zachowuje się po prostu zupełnie irracjonalnie.
„Dziewczyna płaszczka i inne nienaturalne atrakcje” to historia kierowana do konkretnej grupy odbiorców, do której ja niestety nie należę. Brakuje mi w tej komedii czegoś, co sprawiłoby, że dobrze bym się przy niej bawiła, a to przecież powinna być główna rola tego typu książki.  Niemniej, polecam ją sprawdzić osobom, które mają wrażenie, że ten temat będzie dla nich interesujący.

* * *

George cofnął się o krok i wypuścił powietrze z płuc.
– To jest najpiękniejsza i najbardziej przerażająca rzecz, jaką widziałem w swoim krótkim życiu. I...
– Proszę, nie mów tego - powiedział profesor.
– Czego?
– Na przykład: „Pewnego dnia, jak będę bogaty, wyruszę w podróż na tym statku”. Lub coś równie nonsensownego.
– Ach... często mówię takie rzeczy?
Profesor Coffin skinął krótko głową, na której tkwił kapelusz zrobiony z tego samego materiału, co jego garnitur.
– Przypominasz sobie Liverpool, gdzie zabrałem cię do restauracji w filharmonii? Powiedziałeś: „Pewnego dnia będę właścicielem takiego właśnie przybytku”. Albo w Paryżu, kiedy powiedziałeś to samo o tej żelaznej potworności zaprojektowanej przez tego żałosnego Francuzika, Aleksandra Eiffela.

Fragment „Dziewczyny płaszczki i innych nienaturalnych atrakcji” Roberta Rankina

poniedziałek, 25 września 2017

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć: Coś dla fanów


Magiczne zwierzęta to nieodłączna część świata czarodziejów. Newt Skamander zebrał więc wszystkie znane gatunki i opisał je w jednej książce, która do dziś służy młodym czarodziejom do nauki w Hogwarcie.

Szał na Pottera minął mi już dawno i podobnie jak to było z „Przeklętym dzieckiem”, tak i po „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” nie sięgnęłabym, gdyby nie trafiła do mojego domu przypadkiem. A skoro już się u mnie pojawiła to nic nie stało na przeszkodzie, bym zapoznała się z książeczką osobiście.
Książka to jeden z trzech obecnie dostępnych „podręczników” do Hogwartu, których wydanie zostało wznowione po wypuszczeniu filmu o Newtcie Skamanderze w 2016 roku do kin. Po zapoznaniu się z nią musze szczerze przyznać, że jeśli to byłby prawdziwy podręcznik do szkoły to.... uczniowie najbardziej prestiżowej szkoły dla czarodziejów naprawdę bez celu wydawali pieniądze na podręczniki.
Tytuł: Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć
Tytuł serii: Harry Potter
Autor: J. K. Rowling
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski
Liczba stron: 152
Gatunek: przewodnik po świecie
Wydanie: Media Rodzina, Poznań 2017
Wydanie samo w sobie naprawdę nie wygląda źle. Okładka jest elegancka, a wewnątrz mamy niemało rysunków. Wprawdzie papier nie należy do tych najlepszych, ale też nie jest wyjątkowo cienki. Moim największym problemem jest jednak... czcionka. I nawet nie chodzi mi o to, że jest bardzo duża, a o to, że po prostu w niektórych momentach jest zmieniona na taką, którą po prostu bardzo nieprzyjemnie się czyta, co u mnie prawie zawsze kończy się ominięciem fragmentu. Wybacz, wydawco: nie mam zamiaru męczyć się przez Twoje widzimisię odnośnie ładnego wyglądu tekstu, który poza wyglądaniem nic do książki nie wnosi.
Niestety, sama treść jest... po prostu śmieszna. Owszem, ta książka to dobry dodatek do serii, jeśli ktoś jest fanem uniwersum, ale poza tym kompletnie nic więcej. Wszystko zaczynają dwa wstępy autorstwa Newta Skamandra, jeden napisany po premierze filmu, drugi istniejący od początku wydania książki. Jako osoba, która ma wiele zarzutów do świata Pottera po prostu ledwo byłam w stanie je znieść. Miałam wrażenie, że Rowling sama nie wie, co chce tym wstępem uzyskać. To ma być żart? Czy opis świata przedstawionego? Rowling jest osobą, która ma pomysł i wrzuca go do książki, zupełnie nad nim nie myśląc: wybaczcie, ale baba-jagi, które są magicznymi istotami, wyglądający jak latające na miotłach staruszki i szukające dzieci do zjedzenia nieco mnie przerosły...
Opis magicznych zwierząt jest bardzo ogólnikowy i ubogi. O każdym z ponad osiemdziesięciu gatunków dostajemy strzępki informacji: po piętnaście, siedemnaście, dwadzieścia linijek tekstu zapisanych dużą czcionką. Nie mamy dokładnych opisów gatunkowych, a jedynie kilka słów o rasie, które równie dobrze możemy znaleźć w sieci: naprawdę, większość z tych opisów znam od lat dzięki Wikipedii i dodatkowa książka nie była mi do tego wcale potrzebna. „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” przypominają bardziej słownik, niż encyklopedię, z której młodzi czarodzieje mają czerpać dokładną wiedzę na temat zwierząt. By ta książeczka naprawdę miała sens każdy gatunek powinien mieć opisany wygląd, zwyczaje i występowanie. W takiej formie to po prostu jest „sztuka dla sztuki’.
Ta pozycja to książka, która sprawdzi się jako prezent, czy po prostu – książka kupiona dla siebie – ale tylko dla fana serii. Jeśli nie uwielbiacie Harry’ego Pottera, jeśli nie chcecie mieć całej kolekcji książek z nim naprawdę nie macie po co kupować „podręcznik” Newta Skamandra. A jeśli bardzo zależy wam, by się z nią po prostu zapoznać wybierzcie się do biblioteki, czy nawet księgarni, przeczytajcie wstęp i pobuszujcie po Wikipedii. Na to samo wyjdzie...


* * *

BAHANKA
(znana czasami jako kąsający elf)
[Doxy – Bitting Fairy]
KLASYFIKACJA MM: XXX
Bahanki są często mylone z elfami (patrz niżej), chociaż są to dwa różne gatunki. Podobnie jak elf, bahanka wygląda jak malutki człowieczek, ale całe jej ciałko jest pokryte grubym, czarnym włosem, ma też dwie pary rąk i nóg. Skrzydła bahanki są grube, zaokrąglone i błyszczące, zbliżone wyglądem do skrzydeł żuka. Bahanki spotyka się w całej północnej Europie i Ameryce, ponieważ wolą chłodny klimat. Składają do pięciuset jaj naraz i zakopują je. Młode wykluwają się po dwóch, trzech tygodniach.
Bahanki mają dwa rzędy ostrych, jadowitych zębów. W razie ugryzienia należy zażyć antidotum.

Fragment „Magicznych stworzeń i jak je znaleźć” J. K. Rowling

sobota, 23 września 2017

Zbankrutuję! Czyli książki, które mam nadzieję kupić

Raczej nie pisze Wam o książkach, które chce, czy planuje kupić. Dziś jednak zrobię wyjątek. Mam zwykle problem z kupowaniem serii „do końca”, dlatego aby samą sobie zmotywować, pozwólcie, że przedstawię Wam serie, albo książki, które naprawdę chciałabym niedługo zakupić i mam nadzieję, że mi się to uda.

Książki Janusza A. Zajdla

Tu nie ma konkretnych tytułów. Ostatnio bardzo polubiłam tego autora i po prostu chciałabym mieć jak najwięcej jego dzieł na półce. Jego książki zwykle można kupić za mniej niż 20zł, więc są stosunkowo tanie, ale także – niedługie, dlatego na zbyt wiele mi nie wystarczają. A szkoda, bo chętnie spędzałabym z nimi długie godziny. Uważam, że warto mieć je u siebie.

„W stronę mroku” Lindy Nagaty
Mam u siebie dwa poprzednie tomy tej serii i po prostu chce mieć całą trylogię na półce. Tak, wiem, że ostatnia część nie zebrała najlepszych recenzji, ale po prostu marzy mi się cała kolekcja, zwłaszcza, że książki nie wyglądają najgorzej. A że już drugi tom nieco mnie nudził... cóż, to już inna para kaloszy!
 Kolejne tomy „Wspomnień o przeszłości Ziemi” Cixina Liu
Kocham tom pierwszy. Uwielbiam to hard science-fiction, które wspaniale mi się czytało. Dlatego chyba żadnym zaskoczeniem nie będzie fakt, że chciałabym mieć na swojej półce kolejne książki z trylogii chińskiego autora. To naprawdę bardzo dobra powieść.

Upadek Hyperiona” Dana Simmonsa
„Hyperiona” już na swojej półce mam i naprawdę go sobie cenię. Niestety, zakończył się w „najgorszym” możliwym momencie, dlatego ja po prostu muszę mieć kontynuacje. A jak już ją sobie sprawie, marzą mi się inne książki z serii Artefakty, bo te książki mają po prostu genialny projekt okładki i bardzo dobrze wyglądają.

„Popiół i kurz” Grzędowicza
Oto ostatnia powieść tego pana, której nie mam na półce. A że go „kolekcjonuje” to wiem, że prędzej, czy później ta jego powieść u mnie się pojawi. Wiem, że mi się spodoba, dlatego jak tylko nadarzy się okazja na pewno uzupełnię swój zbiór o tę powieść.

„Miasto szaleńców i świętych” Jeffa VanderMeera
Za autorem przepadam, a po prostu mam drugi tom książki z tej serii i mam ochotę się z nią zapoznać. Niestety, książki nie ma już w księgarniach, dlatego zakup jej będzie nieco utrudniony, ale wierzę, że prędzej czy później do mnie trafi. Zwłaszcza, że ten autor to naprawdę człowiek z ogromna wyobraźnią.

Kolejne tomy „Odrodzonego królestwa” Elżbiety Cherezińskiej
Tom pierwszy czytałam w 2015 roku i choć nie uznałam go za coś genialnego to ostatnio poczułam potrzebę, by przeczytać kolejne i sprawić, by „Korona śniegu i krwi” nie stała tak samotnie na półce. Liczę, że po takim czasie kontynuacja naprawdę sprawi mi przyjemność.

„Piąta pora roku” Nory K. Jesmin
 
Odkąd wyszła, bezustannie za mną „chodzi”. Niestety, nim sobie ją sprawie, wolałabym najpierw skompletować serie. Ale na pewno kiedyś ta powieść pojawi się na mojej półce. Zwłaszcza, że post-apokalipsę lubię coraz bardziej i bardziej.

„Mechaniczny” Iana Tregillisa
 
Ta książka zaś chodzi za mną od Pyrkonu, ale podobnie jak z „Piątą porą roku” raczej nie kupię jej, dopóki nie skompletuje pozostałych serii, przynajmniej po części. Niemniej, bardzo, bardzo chcę tę książkę przeczytać, zwłaszcza, że uwielbiam steampunkowe klimaty. Em... moment. Zaraz. Ja uwielbiam większość „fantastycznych klimatów”. Co nie zmienia faktu, że steampunkowe także :D




Książek, które mi się marzą, jest o wiele, wiele więcej, ale to są te, które w tym momencie chyba najbardziej chciałabym mieć na swojej półce. Oby szybko udało mi się je kupić i przy okazji nie zbankrutować.  Mam nadzieję, że taki luźniejszy post przypadł Wam do gustu i oczywiście zapraszam do dzielenia się swoimi opiniami oraz planami zakupowo-czytelniczymi.
Na sam koniec chcę jeszcze dodać, że moje opinie na temat niektórych książek, o których tu wspominałam (np. „Hyperion”) pojawią się na DM za jakiś czas – jak zawsze, publikacje mają swoje opóźnienia. 

czwartek, 21 września 2017

Problem trzech ciał: Dziecko kulturowej rewolucji

Czasami mam tak, że zobaczę jakąś książkę, czy to w blogsferze, czy to gdziekolwiek indziej i wiem, że niezależnie od recenzji, chce ją mieć. Takim zakupem był dla mnie „Problem trzech ciał” – powieść, która niekoniecznie powinna mi się spodobać przez swój gatunek, czy nawet opisz tyłu okładki, a jednak wiedziałam, że ją kupię. Jeśli jesteście ciekawi, jak wypadło moje spotkanie z chińską fantastyką, zapraszam do recenzji!

Tytuł: Problem Trzech Ciał
Tytuł serii: Wspomnienie o przeszłości Ziemi
Numer tomu: 1
Autor: Cixin Liu
Tłumaczenie: Andrzej Jankowski
Liczba stron: 456
Gatunek: hard science-fiction
Wydanie: Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2017

Rewolucja kulturowa sprawia, że Ye Wenjie traci wszystko. Rodzinę, możliwość pracy w zawodzie i jakąkolwiek pozycje społeczną. Cudem unika śmierci, trafiając do Bazy Czerwony Brzeg, w której prowadzone są utajnione przed nią badania.
Współcześnie Wang Miao, specjalista od nanotechnologii, dokonuje kilku dziwnych odkryć podczas wykonywania zdjęć. Próbując zrozumieć, co się właściwie stało bierze udział w komputerowej grze, która okazuje się bardziej realistyczna, niż mogłoby się to komukolwiek wydawać.

Przed przeczytaniem „Problemu trzech ciał” nie miałam pojęcia, na co się porywam. Wiedziałam, że mam w rękach hard science-fiction, ale że umyślnie unikałam czytania wszystkiego dotyczącego fabuły kompletnie nic o niej nie wiedziałam. W trakcie czytania okazało się, że dobrze postąpiłam: odkrywanie historii samemu, kawałek po kawałku, w tym przypadku było niezwykle zajmującą zabawą.
Jako, że jest to tłumaczenie z chińskiego obawiałam się, że będzie się to po prostu źle czytało. W końcu to science-fiction, napisane w języku opierającym się na innych zasadach niż nasze, europejskie. Na szczęście prędko odkryłam, że nie mam się czego bać. Nie wiem, ile jest w tym Cixin Liu, a ile Andrzeja Jankowskiego, ale ta powieść jest napisana po prostu świetnie. Czyta się ją niezwykle przyjemne. Styl „Problemu trzech ciał” jest jednocześnie bardzo wrażliwy, mocny, a zarazem – błyskotliwy. To zdecydowanie jest połączenie, które lubię najbardziej.
Jak już wspominałam, stopniowe odkrywanie o co chodzi w „Problemie trzech ciał” sprawiło mi ogrom rozrywki. Oniryczna, abstrakcyjna gra komputerowa, zderzenie z chińską codziennością i jednocześnie jasne wyjaśnienie tego, co jak działa w świecie Cixin Liu sprawia, że tą historią nie da się jak zanudzić. Autor odkrywa przed nami wszystko stopniowo, zachowując wręcz doskonałe tępo historii. Gdy już myślimy, że wiemy o co chodzi, on podrzuca nam kolejny kawałek do układanki. A potem jeszcze jeden. Daje nam wystarczająco czasu, byśmy ułożyli je w odpowiedni wzór, a potem rozsypuje je i odkrywa przed nami kolejny element fabuły. To naprawdę niezwykle wciągająca zabawa.
Przy okazji Cixin Liu miał naprawdę bardzo dobry pomysł na historię, dobrze wykorzystując ją do pokazania pewnych zachowań społecznych. Być może nie jest to powieść z setką postaci, ale ta kilka, które obserwujemy to ludzie, zwykle skrzywdzeni przez los, którzy zdają się być z krwi i kości. Mają swoje charaktery, uprzedzenia, ale oraz... jasne funkcje w historii . Każda postać Cixina Liu jest w tej historii istotna i coś do niej wnosi.
Do całej opowieści zgrabnie wplata rewolucje kulturalną, dzięki czemu „Problem trzech ciał” staje się wielowymiarowy, bohaterowie mają bardzo konkretne motywacje, zaś my, Polacy, możemy co nieco dowiedzieć się o przeszłości tej wschodniej potęgi (zakładając, że wcześniej ta tematyka nas nie interesowała).
Jedyny mały problem, jakiego mogę się dopatrzeć jest taki, że... nie każdy w tę historię wsiąknie, przynajmniej nie od razu; obawiam się, że specyfika gry „Trzy Ciała” może wystraszyć niektórych czytelników, którzy nie przepadają za dość abstrakcyjnymi scenami. Niemniej, polecam w takim przypadku spróbować przebrnąć przez te trudniejsze elementy, bo autor w trakcie książki wszystko bardzo logicznie tłumaczy.
„Problem trzech ciał” to porządnie zrobione hard science-fiction z ogromną dawką wiedzy autora: zarówno tą historyczną, jak i naukową. Wyraźnie widać, że twórca jest zainteresowany tym tematem i zna się na tym. Proste tłumaczenia zawiłych terminów sprawiają, że z tej powieści można naprawdę wiele wynieść. Autor nie zatrzymuje się też tylko na historii współczesnej, czy na naukach związanych z fizyką. Sięga także do dalszych dziejów świata co dodaje powieści smaczku.
Przy okazji, ostatnio naprawdę coraz to bardziej lubię wydawnictwo Rebis. Jak większość ich książek, które miałam w rękach, tak i „Problem trzech ciał” wygląda bardzo dobrze. Font i ułożenie tekstu zaliczam do moich ulubionych, a papier i sama oprawa naprawdę trzymają poziom.
Książka Cixina Liu była dla mnie niezwykłą podróżą: niewątpliwie sięgnę po kolejne tomy tej trylogii. I mam szczerą nadzieję, że książka na naszym rynku zostanie na długo, bo to lektura zdecydowanie warta poznania.

* * *

Dziewczyna najwyraźniej myślała, że jej też dopisze szczęście. Wywijała chorągiewką, jakby była przekonana, że jej gorejąca młodość spali w płomieniu rewolucji wroga na popiół, jakby wyobrażała sobie, że jutro z krążącego w jej żyłach zapału wyłoni się jej idealny świat... Upijała się tym wspaniałym, szkarłatnym marzeniem, aż jej klatkę piersiową przeszył pocisk.
Fragment „Problemu trzech ciał” Cixina Liu


wtorek, 19 września 2017

The Expase. Sezon 2: Na pomoc

     

Załoga Jima Holdena (Streven Strait) odkrywa protomolekułę: niebezpieczną, obcą technologię. Do ich ekipy dołącza Joe Miller (Thomas Jane). Razem próbują dowiedzieć się, co tak naprawdę knują Marsjanie i Ziemianie, jednocześnie starając się nie dopuścić do wojny między nimi.


Nim przejdziecie na dobre do tej recenzji zachęcam do przeczytania mojej opinii na temat sezonu pierwszego (KLIK). Jak to przy serialach bywa, sam klimat historii jest zbliżony do siebie, podobnie jak sposób kręcenia :) A teraz przejdźmy do rzeczy.
Sezon pierwszy „The Expanse” miał jeden ogromny problem. Bardzo wolno się rozkręcał, co potwierdziły także Wasze komentarze. Na całe szczęście nie dotyczy to sezonu drugiego: tym razem twórcy zafundowali nam jazdę bez trzymanki, z ogromem akcji, wybuchów i zwrotów akcji przez to oglądając kontynuację tej space opery po prostu nie da się nudzić.       
Wydaje mi się, że głównym „winowajcą” tej poprawy jest zmiana perspektywy. W sezonie pierwszym mieliśmy dość rozbudowany wątek kryminalny. Teraz główna zagadka zniknęła, nie mamy już detektywa z lupą, który powoli sobie gdzieś tam węszy: w sezonie drugim katastrofa gna katastrofę i nikt nie ma czasu na spokojne załatwianie swoich spraw.
„The Expanse”, sezon 2
serial science-fiction
Do obsady doszło kilku nowych aktorów. Jedną z ważniejszych nowych postaci jest  Bobbie Draper (Frankie Adams). Niestety, przy okazji dla mnie okazała się być jedną z bardziej irytujących bohaterek. By nie było, jest dla niej miejsce w serialu, a z czasem przestaje aż tak wkurzać, ale tak czy siak, Bobbie jest po prostu idealnym przykładem głupiej dziewczynki, która wie lepiej, niż cały świat :D
W drugim sezonie dużo bardziej rozwinięty jest wątek związany z załogą. Poprzednio nasza drużyna dopiero się zgrywała; teraz stanowią idealny zespół, który po prostu ze sobą współpracuje. Oczywiście, mają jakieś wewnętrzne konflikty, ale zależy im na sobie, widać chemię między nimi, a co za tym idzie: bardzo dobrze się ich obserwuje. Jeśli chodzi o główną załogę Roci tym razem moją uwagę szczególnie zwrócił pilot, Alex (Cas Anvar), który ze swoją miłością do statku może nie jest bardzo wyjątkowy, ale jest tak uroczym człowiekiem, że jego zachowanie po prostu chwyta za serce.
„The Expanse” nie działałaby tak dobrze bez odrobiny polityki. Nie jest to może serial przeładowany nią, ale niewątpliwie działania wielkich głów państw odgrywają tu ważną rolę i... nie, nie jest to nudne, ani nie wymaga ogromnego skupienia, by całość zrozumieć. Dlatego nie ma się tego co bać, jeśli za takimi wątkami nie przepadacie, a z drugiej strony, takie zabiegi w przypadku fabuł, w których na szali postawiony jest cały Układ Słoneczny, są często właściwie niezbędne.

Drugi sezon „The Expanse” wypadł naprawdę dobrze. Jak na razie serial idzie w bardzo dobrym kierunku. Ze spokojnym sumieniem polecam każdemu, kto szuka w miarę poważnego science-fiction, w którym mimo wszystko nie brakuje akcji.

niedziela, 17 września 2017

Afryka, moja miłość: Nostalgiczny powrót, czy całkowita klapa?

Dziś – nostalgicznie. Bo Corinne Hofmann to dla mnie bardzo nostalgiczna autorka :) Do dziś pamiętam ten dzień, gdy moja mama postanowiła zapisać „mnie” do klubu Świata Książki i pierwsze co kupiła mi „Białą Masajkę” tejże pani. Byłam wtedy w podstawówce i dostałam książkę napisaną z myślą o dorosłych kobietach. Przeczytałam ją i choć pewnie połowy nie zrozumiałam, a część treści nie była przeznaczona dla dziecka to uznałam ją za coś ciekawego, innego.
Gdy jakiś czas temu wygrzebałam „Afrykę, moją miłość” w koszach przecenionych książek coś się we mnie ruszyło i uznałam, że chcę ją. Bo nostalgia. Bo podstawówka. Bo Świat Książki. I tak trafiła do mnie <3 Po tylu latach – druga książka Corinne Hofmann na mojej półce.

Tytuł: Afryka, moja miłość
Autor: Corinne Hofmann
Liczba stron: 256
Gatunek: literatura podróżnicza

Corinne Hofmann wraca do Afryki. Wędrując i poznając kolejnych ludzi i kolejne historie odkrywa, że to do tego kontynentu należy jej serce. Corinne ma dwa domy: jeden w nowoczesnej Szwajcarii, drugi w biednej Kenii.

Po latach znów sięgnęłam po książkę Hofmann i szczerze mówiąc, nie widziałam, czego się spodziewać. Czytałam jedynie jej „Białą Masajkę” i to będąc w podstawówce! Po tylu latach postrzeganie świata zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Chcąc nie chcąc, mimo pewnej nostalgii do autorki nasze ponowne spotkanie wyszło jednak dość neutralnie i ostatecznie bez większego entuzjazmu.
O ile „Biała Masajka” była historią z dość konkretną linią fabularną tak „Afryka, moja miłość” po prostu próbuje udawać reportaż. Pierwsza część książki opowiada o krótkiej pieszej podróży autorki po Kenii, druga – to historie ludzi, którym udało wyrwać się ze slumsów, a trzecia opowiada o pierwszym spotkaniu córki Corinne z jej ojcem po dwudziestu latach. Książkę można wyraźnie podzielić na te trzy części i szczerze mówiąc to druga jest najbardziej interesująca.
Pierwsza i ostatnia wyglądają jak zapiski średnio utalentowanego pisarski blogera, który po prostu opowiada co widzi. Jest emocjonalny, nadużywa wykrzykników i często powtarza jak bardzo podoba mu się to, co robi.  Tak prosty sposób przekazu może urzec wielu niedoświadczonych czytelników, ale mnie po prostu nie zaspokaja. Brakuje w tym wszystkim konkretnej fabuły, czy faktów, a sama Corinne nie jest osobą, która szczególnie wzbudza moją sympatię. Szczerze mówiąc, chwilami bardziej przypomina mi rozpieszczoną paniusię z bogatej Europy, która wyjechała sobie do Kenii dla zabawy i teraz to powtarza, bo jej się to spodobało i tyle. To nic złego, oczywiście, że nie – ale to z miejsca dyskwalifikuje ją jako dobrego reportażystę.
Środkowa część jest o tyle ciekawa, że Corinne w końcu dopuszcza do głosu innych ludzi. Ludzi, z ciekawymi historiami, które warto poznać, choćby po to, by dowiedzieć się nieco o afrykańskiej kulturze, ich zwyczajach i codzienności. Przy okazji autorka daje nam się zapoznać z kilkoma projektami, które powstały w Kenii, działają w bardzo ciekawy sposób i sprawnie pomagają ludzi wyciągać ze skrajnej biedy. Historie osób przedstawionych w tej książce bardzo dobrze pokazują, jak przy odrobinie pomocy i ogromnej ilości wysiłku człowiek bez niczego może osiągnąć właściwie wszystko.
Pod względem literackim książka wypada po prostu słabo. Pod względem tego, co przekazuje – nieco lepiej, ale szczerze mówiąc, podejrzewam, ba! Ja wiem, że jest wiele, wiele lepszych książek o Afryce. Niemniej, ta książka zdecydowanie ma swój target: mam wrażenie, że została napisana z myślą o bardzo prostym człowieku, który nie czyta za dużo, chce prostej bohaterki, która myśli jak on i przy okazji boi się do tej Afryki pojechać osobiście.
„Afryka, moja miłość” pozostanie w mojej głowie jako książka bardzo neutralna – nie wnosząca za wiele do mojego życia, nie napisana najlepiej, ale za to przypominająca mi o historii, którą jakimś cudem przeczytałam tyle lat temu.


 * * *

– To nie jest zwierzę! Kura to nie zwierzę. Zwierzę musi mieć cztery łapy, inaczej to nie jest zwierzę!
Przewodnik i ja wybuchamy śmiechem, nie możemy się powstrzymać. Pytam, czym w takim razie jest kura.
– To ptak. Ale nie zwierzę – uparcie twierdzi Lukas.
Ze śmiechu aż łzy spływają nam po policzkach.
– Węże to nie są zwierzęta. To gady. Krokodyle, chociaż mają cztery łapy są rybami, bo żyją w wodzie. No a ryby to przecież nie zwierzęta. – Lukas energicznie kończy dyskusję.
Fragment „Afryki, mojej miłości” Corinne Hofmann


sobota, 16 września 2017

Wiedźmin na deskach teatru w Gdyni!




Cześć! Dziś przychodzę do Was z wpisem na szybko, a który powinien zainteresować każdego, kto lubi musical i „Wiedźmina”.
W Teatrze Muzycznym w Gdyni niedawno pojawiła się sceniczna wersja Wiedźmina właśnie. Z tego, co wiem, bazuje na opowiadaniach, a nie na całej sadze, ale podobno wypada całkiem nieźle. Planuje się na niego za jakiś czas wybrać, nie wiem niestety, kiedy będzie to możliwe. Niemniej, wydaje mi się, że każdy fan Sapkowskiego powinien choćby na to spojrzeć :D





Na razie dostępne są nagrania ze spektaklu, jednak przyznam szczerze: trudno mi po nich cokolwiek więcej powiedzieć, niż to, że udostępniona piosenka jest dla mnie na razie dość zwyczajna. Marzy mi się, by przesłuchać cały musical, nim zakupię bilety, ale niestety, nie sądzę, by to zdarzyło się w Polskich warunkach.
Z tego co widzę stroje wyglądają specyficznie, ale cóż... teatr już tak ma, zwłaszcza musical, w trakcie którego przecież aktor musi czuć się swobodnie.

Jak Wam podobają się materiały prasowe? Wybieracie się? Macie bilety?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony