poniedziałek, 24 lipca 2017

Czerwony Smok: Analiza psychologiczna na piedestale

Być może pamiętacie moją recenzje serialu „Hannibal”, która pojawiła się jakiś czas temu na Drewnianym Moście. Jeśli tak, ta recenzja nie powinna być dla Was zdziwieniem, mimo że szczerze mówiąc, nie planowałam po książki o Lecterze sięgać. Ale stało się: kupiłam tom drugi na wyprzedaży, więc pierwszy nadrobiłam w formie ebooka. Niestety, nie potrafiłam na już znaleźć papierowej wersji :c

Tytuł: Czerwony smok
Tytuł serii:  Hannibal Lecter
Numer tomu: 1
Autor: Thomas Harris
Liczba stron: 448
Gatunek: kryminał, thiller

Seryjny morderca zabija dwie rodziny. FBI, nie mając żadnych tropów,  prosi o pomoc wybitnego profilera, Willa Grahama. Śledztwo jednak stoi w miejscu, a szaleniec prawdopodobnie wkrótce zaatakuje. Will, chcąc jak najszybciej ująć sprawcę, prosi o pomoc wybitnego psychologa i wielokrotnego mordercę, dr Hannibala Lectera.

Nim sięgnęłam po „Czerwonego smoka” zapoznałam się z serialem „Hannibal”, z 2013 roku. Niestety, okazało się to złym wyborem i sprawiło, że na książce trochę się zawiodłam, mimo że pewnie gdybym poznawała ją na początku takiego odczucia by nie było. Już wyjaśniam dlaczego.
Serial bardzo mocno skupia się na postaci Hannibala Lectera i bazuje przede wszystkim na „Czerwonym smoku”. Niestety, twórcy zabawili się trochę faktami i choć uważam, że wyszło to na korzyść historii (przynajmniej biorąc pod uwagę dwa pierwsze sezony) to sprawiło, że spodziewałam się ogromnych ilości Hannibala na stronach tej powieści. A on jest w tej książce niemalże zbędny. Gdyby Harris postanowił wyciąć go z jej kart naprawdę nie miałby problemu z załataniem fabularnych dziur, które przez to by powstały. A szkoda, bo mimo niewielkiego udziału tejże postaci w tej książce widać w niej pewien potencjał. Jak wielki? Liczę, że kolejne części serii mi o tym powiedzą.
Skoro już wylałam żale może przejdźmy do dalszej części recenzji :D Jako, że ostatnio czytałam przede wszystkim fantastyk dziwnie było mi się odnaleźć w takiej książce. W książce napisanej tak, jakby została stworzona od linijki. Czystej, klarownej, jasnej, płynnej, bez nadmiaru opisów, którą czyta się tak, jak ogląda się „NCIS”, „Kości” i inne produkcje tego typu. Szczerze mówiąc, myślałam, że będzie w tym więcej thrillera, więcej emocji: a tu proszę bardzo, powieść, która sprawiła, że czułam się jak w jednym z popularnych seriali kryminalistycznych. Nie uważam, że jest to złe. „Czerwonego smoka” czyta się przyjemnie i płynnie, być może za sprawą tłumaczenia, które zabrało mu pewnie swojego klimatu. Niemniej, po fantastyce, którą pisze się w inny sposób ta książka była dla mnie niezłym szokiem.
Historia wykreowana jest w ciekawiący czytelnika sposób, choć o ile w latach 80. czy 90. była czymś zupełnie świeżym i nowym, tak teraz nie jest to coś, co by mnie w jakiś sposób zaskoczyło. Mamy FBI, morderstwa i próbę rozwiązania zagadki, tak, by uratować rodzinę. To angażuje, przynajmniej do pewnego stopnia.
Zdecydowaną zaletą „Czerwonego smoka” jest analiza psychologiczna mordercy: dowiadujemy się o nim naprawdę wiele, stopniowo odkrywając jego tajemnice, lęki i marzenia, w pewnym momencie być może nawet mu współczując. Dawno nie czytałam książki z tak dokładnym opisem charakteru i przeżyć bohatera.
Naszym głównym bohaterem jest, rzecz jasna, Will Graham. Człowiek przed czterdziestką, genialny, choć bardzo wrażliwy, próbujący stworzyć szczęśliwą rodzinę w chwili, w której zostaje wezwany do nowej sprawy. Cóż mogę powiedzieć, że tego pana po prostu lubię? Nie uważam, by był wybitny, ale chyba trudno nie czuć do niego nici sympatii. To po prostu dobry człowiek, który mimo pewnych problemów z psychiką robi wszystko, by złapać mordercę.
Chciałabym uwielbiać tą historię – ale nie potrafię. Jest zbyt czyta, zbyt klarowna i jasna. Gdzie w tym thrillrze jest thriller? Bo ja chyba go nie zauważyłam. Niemniej, jako powieść kryminalna, ze szczegółówą analizą psychopaty sprawdza się dobrze i myślę, że warto się z nią zapoznać choćby przez postać tak znanego w popkulturze Lectera.

* * *

Chcę ci pomóc, Willu, więc zacznę od pytania: twoja depresja nie wynikała z faktu, że zastrzeliłeś Garretta Jacoba Hobbsa, prawda? Bo tak naprawdę, to czułeś się podle dlatego, że zabicie go sprawiło ci tak wielką frajdę, mam rację?
Przemyśl to sobie, ale się nie zamartwiaj. Niby dlaczego zabójstwo nie miałoby sprawiać przyjemności? Bóg najwyraźniej to lubi, skoro robi to bez przerwy, a czyż nie jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Jego?


Fragment „Czerwonego Smoka” Thomasa Harrisa

sobota, 22 lipca 2017

Lucyfer. Sezon 1: Pies na baby

Lucyfer (Tom Ellis) znudzony jest życiem w piekle. Postanawia więc zabawić się na Ziemi: wybywa do Los Angeles i zakłada tam luksusowy klub nocny. Podczas jednego z wieczorów jedna z jego znajomych, wschodząca gwiazda muzyki, zostaje zamordowana. Jako boski kat, Lucyfer nie może pozwolić sobie, by takie coś uszło płazem złoczyńcy i postanawia rozwikłać sprawę jej zabójstwa, wymuszając współpracę na pani detektyw Chloe Decker.


Gdyby nie blogsfera, nie miałabym pojęcia, że coś takiego istnieje. Ale cóż, chcąc nie chcąc buszując po Waszych stronach czasem wpadnę na jakieś recenzje i jakoś tak utkwiło mi w pamięci, że ktoś stworzył serial o Lucyferze. Miałam trochę wolnego czasu, więc postanowiłam zapoznać się z sezonem pierwszym i... jednak nie jest to w pełni to, czego szukam. Ale po kolei!
Jeśli miałabym w skrócie opisać, czym jest ten serial powiedziałabym, że to po prostu serial kryminalny kierowany głównie w stronę kobiet, z domieszką angel fantasy. Jego struktura podobna jest do pierwszych sezonów „Nie z tego świata” – każdy odcinek to inna główna zagadka, a to, co ważne jest dla całokształtu, dzieje się w tle. Sprawia to, że obraz jest lekki w odbiorze i nie wymaga bezustannego skupienia. Jak najbardziej, uważam że to jego zaleta: w końcu takie historie także muszą istnieć, a ta trzyma jakiś poziom, choć nie nazwałabym jej  mistrzostwem świata.
W tym serialu najważniejszą rolę odgrywa – bo jakby inaczej! – tytułowy Lucyfer. Gdyby nie ta postać, ta opowieść raczej by nie działała, bo zmieniłaby się się w zwykły kryminał ze standardowymi przestępcami. Ale kimże jest nasz diablik? To sam strącony z nieba szatan, który jest tak naprawdę głupim, ale charyzmatycznym i dobrym dupkiem. To ten typ niebezpiecznego faceta, za którym wiele pań będzie szalało, przez co naprawdę nie dziwię się, czemu tak wielu blogerkom sam serial się spodobał :) Sama mam w stosunku do niego mieszane uczucia. W pierwszych odcinkach jego magiczne umiejętności i ironiczne żarty zaskakiwały mnie i bawiły, z czasem jednak miałam ochotę dać mu w twarz i wysłać go za karę do kąta za zachowywanie się jak dziecko. Nie mogę jednak odmówić aktorowi sporej dawki charyzmy, którą wlał w tą postać, dzięki czemu Lucyfer co jakiś czas trochę się rehabilitował.
„Lucyfer”, sezon 1
ang. „Lucifer”
serial kryminalny, fantasy, romans
Niestety, mam co do tegoż pana jeszcze jeden problem. Gdyby był jakimkolwiek innym piekielnym bohaterem, nie czepiałabym się tego, ale... Lucyfer to sam książę piekieł. I choć Tom Ellis ma naprawdę cudowną mimikę, przez co w niektórych momentach byłam w stanie w to uwierzyć to przez większość czasu jednak nie widziałam w nim tego boskiego kata. Widzicie, Lucyfer wygląda na niedorozwiniętego umysłowo szaleńca, a ja jednak w tym przypadku wolałabym geniusza. Owszem, podoba mi się pomysł, by zrobić z tej postaci dobry charakter, który karze, a nie kusi ludzi do złego, ale brakło mi w tym Lucyferze inteligencji. Lubię kryminały, w których główny bohater to właśnie nią się szczyci, a u niego tego za nic w świecie nie widzę. Lucek to debil, amen, dziękuję.
Niemniej, mimo moich mieszanych uczuć – to dzięki tej postaci byłam w stanie w całości obejrzeć pierwszy sezon, bo poza nim nie widzę w serialu nic nader interesującego. Jego wątek poboczny dotyczący Nieba? Nudy, przez większość czasu. To już było! Zagadki? Standardowe. Pozostałe postacie? Schematyczne. W „Lucyferze” poza tym charakterem kompletnie nic nie zaskakuje. No, może poza pewną małą dziewczynką...
Trixie (Scarlett Estevez) to tak urocze dziecko, że chyba nie ta mu się oprzeć. Naprawdę, uważam, że tej małej należy się Oscar! Uwielbiam to, co ta mała aktorka zrobiła z tą postacią :)
Poza nią i Lucyferem naprawdę w tym serialu nie ma ciekawych postaci. Wszystkie kobiety są piękne, niebezpieczne i idealne. Dr Linda Martin (Reachel Harris) to po prostu dobra terapeutka, Maze (Leasley-Ann Brandt)? Szatański sługa z pazurem. Chloe (Lauren German) zaś to idealna mama i idealna policjantka, która nie mam pojęcia dlaczego jest z separacji ze swoim mężem, mimo,że chemia między nimi naprawdę jest odczuwalna. Te postacie zdają się nie mieć wad, są... płaskie. A przy okazji wyjątkowo ładne. Och, tak! Lauren German ma prawie 40 lat, a ja dawałam jej trzydzieści, przy okazji na moje oko wygląda jak dużo ładniejsza wersja Angeliny Jolie :) Naprawdę miło się na nią patrzy, ale sama jej postać nie ma w sobie nic nadzwyczajnego.
„Lucyfer” to serial, który naprawdę mogę polecić paniom, lubiącym dobrych dupków i aniołki – nie będziecie żałować oglądania! Ja z resztą tego też nie żałuje, jedynie nie widzę w tym dziele nic nadzwyczajnego, nic, czego nie znalazłabym w innym. Niemniej, jako zapychacz czasu sprawdził się mi całkiem nieźle.


[SPOILER! Dotyczy też „Szeptem”!] Na koniec jeszcze jedna uwaga... W „Szeptem” jest scenka, w której główna bohaterka odkrywa blizny na plecach swojego ukochanego. W tym serialu również. Zgadnijcie, które dzieło robi to lepiej (mimo że jedno z nich to nie jest tak do końca romans)? ;P [KONIEC SPOILERA]

czwartek, 20 lipca 2017

Ciężkie próby: Solidne, choć nudnawe science-fiction

„Ciężkie próby” już Wam pokazywałam z racji Pyrkonu: to książka, którą wygrałam w konkursie u Łukasza ze Świata Fantasy. Pamiętacie może moją recenzje poprzedniego tomu? Mam nadzieję :) Jeśli nie, znajdziecie ją w spisie recenzji. A teraz do rzeczy: jak to militarne science-fiction mi się spodobało?

Tytuł: Ciężkie próby
Tytuł serii: Czerwień
Numer tomu: 2
Autor: Linda Nagata
Tłumaczenie: Mirosław P. Jabłoński
Liczba stron: 464
Gatunek: militarne science-fiction
Wydanie: Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2017

Po poprzedniej misji, oddział Shelley’ego nie zostaje przywitany w USA z otwartymi ramionami. Świat jest u schyłku wojny nuklearnej, a ekipa, która próbowała go ratować, sądzona jest jak złoczyńcy. Przy tym Shelley nie potrafi pozbyć się uczucia, że chyba wyczerpał swój limit szczęścia do końca życia...


Z „Ciężkimi próbami” mam mały problem. Bo niby kontynuacja trzyma poziom. Niby fabuła jest przemyślana. Niby świat przedstawiony jest ciekawy. Ale w praktyce czegoś tej książce zdecydowanie brakuje.
Tak samo, jak „Czerwień”, tak i „Ciężkie próby” są wręcz napisane od linijki. Czyste, klarowne, „doskonałe” – i wydaje mi się, że to jest właśnie największa bolączka tej trylogii. Teoretycznie pasuje to do świata przedstawionego, ale taki sposób pisania po prostu po jakimś czasie męczy.
Zwłaszcza, że fabularnie „Ciężkie próby” jednak wypadają słabiej, niż poprzedni tom. Gdy autorka wrzuciła nas do tego świata po raz pierwszy był świeższy, ciekawszy: teraz ciągniemy stare już wątki. Brakuje czegoś nowego, co znów zainteresowałoby nas tym światem. Bo tu cały czas przewija się to samo. Nuki mogą wybuchnąć, więc trzeba temu zaradzić. A by temu zaradzić, trzeba jechać na kolejne samobójcze misje. Jednocześnie autorka daje nam kolejny wątek romantyczny, który mógłby wypaść dobrze, ale szczerze mówiąc, nie zrobił na mnie żadnego wrażenia.
Jeśli w książce umiera bohater, którego znam już jakiś czas, bo od poprzedniego tomu i nawet mnie to nie obchodzi, bo w gruncie rzeczy nie wiem, kim on jest to jest to kolejny spory problem. Kolejny – bo i na to cierpią „Ciężkie próby”. Postacie umierają, a ja, jako czytelnik, mam to głęboko w czterech literach. Ledwo wiem, kim ta osoba była, nie wspominając o jej charakterze: bohaterowie drugoplanowi naprawdę trochę tu leżą. Shelley to dalej fajny facet, podobnie jak Delphi jest fajną babką, a którą poznajemy tu bardziej, ale pozostałe postacie to mięso armatnie. Nic mniej, nic więcej.
Mimo, że jest to science-fiction „Ciężkie próby” czyta się dość szybko. Mimo małej czcionki w około czterdzieści minut potrafiła przeczytać ponad sto stron, gdy nie miałam nic lepszego do roboty. Problem pojawiał się, gdy już coś takiego miałam. W takim przypadku powieść mnie do siebie nie ciągnęła, a czytałam ją trochę z przymusu, w trakcie czując sprzeczne ze sobą emocje. Z jednej strony jedna część mnie krzyczała: „To JEST porządnie napisana i wydana książka, trzeba to docenić i się tym cieszyć.”, a druga – „Tylko co z tego, skoro masz to w czterech literach, bo cię to nudzi?”.
Nie umiem nie docenić pracy włożonej w tę książkę oraz faktu, że oceniając obiektywnie to jest nie najgorsze science-fiction. Jednak choć pewnie sięgnęłabym po tom trzeci, gdybym go miała to nie mogę zaprzeczyć temu, że „Ciężkie próby” wypadają po prostu gorzej od „Czerwieni”. To nie jest książka, która znalazłaby się w moich ulubieńcach, gdybym szykowała taką listę. Niestety.

* * *

Kiedy jednak nad moją głową odzywa się broń dużego kalibru, słyszę to. To nie Chudhuri czy Omer, bo one mają tylko pistolety, co oznacza, że dysponują mniejszą siłą ognia.
Nie chcę, żeby umierały za mnie.
Odepchnąwszy się wierzgnięciem od ściany, walę barkiem w ledwo widoczne kolana.
Barak trzeszczy w zderzeniu z tytanowym wspornikiem.
Kurwa mać. Martwa siostra?
Strzelec się chwieje, ale nie przewraca. Logicznie rzecz biorąc, następnym jego krokiem powinno być wpakowanie mi kuli w łeb, ale nic takiego się nie dzieje. Zamiast tego wokół mojego bicepsa zamyka się w miażdżącym uścisku tytanowy hak, po czym zaczynam być częściowo niesiony, a częściowo wleczony w stronę wywalonych wybuchem drzwi.
Fragment „Ciężkich prób” Lindy Nagaty


wtorek, 18 lipca 2017

Maszyna Szeherezada: Opowieści snute przez mechanizm

Wybaczcie mi za tą „starą”, czy raczej „niedostępną” fantastykę, ale... pojawiło mi się jej trochę na półce, muszę ją przeczytać, a potem o większości z tych książek chce zapomnieć.  Liczę, że przynajmniej po takich postach czegoś się „nauczycie”, a tymczasem... zapraszam na kolejną recenzje niekoniecznie znanego science-fiction.

Tytuł: Maszyna Szeherezada
Autor: Robert Sheckley
 Liczba stron: 268
Gatunek: science-fiction

Martindale wchodzi do antykwariatu, marząc o tym, by snuć opowieści. Natrafia tam na niezwykłą maszynę z talentem właśnie do tego: duma nad zakupem jej, by w końcu się zdecydować i zabrać ją ze sobą do domu. Wystarczy tylko chwila, by Maszyna Szeherezada wciągnęła go w magiczny świat swoich opowieści.

Najpierw poczułam się zaintrygowana. Potem nie wiedziałam, co do końca mam w rękach, a gdy już myślałam, że złapałam meritum sprawy, znów traciłam wątek. Ostatecznie więc „Maszyna Szeherezada” była dla mnie zarówno męczarnia, jak i ciekawą wycieczką. Chociaż jednak ostatecznie przeważyło to pierwsze.
Naprawdę, pierwsze strony bardzo intrygują. Jakiś losowy człowiek, kupuje maszynę, która jest tu narratorem, by zabrać ją do domu i próbować coś z nią począć. Styl autora nie wydaje się tak tępy jak często przy starszych tłumaczeniach, a nawiązanie do postaci, jaką jest Szeherezada ciekawi samo w sobie. Niestety, potem jest po prostu gorzej, przynajmniej w moim odczuciu – bo to, co dostajemy to zbiór totalnie losowych i absurdalnych opowiadań z których właściwie trudno cokolwiek wyciągnąć. Bohaterzy co chwilę się zmieniają, o linearną rozrywkę trudno, jak to połączyć? Też nie wiem, mimo że opis z okładki obiecuje mi, że będę w stanie to zrobić.
Poza samym początkiem i nawiązaniami do Szeherezady ciekawiło mnie chyba przede wszystkim opowiadanie o Hadesie i Persefonie, bo z niego przynajmniej coś wyciągnęłam. Nie było wybitne, nie oczarowało mnie, ale w tym przypadku fakt, ze coś rozumiem był już dla mnie sporą zaletą :D Poza tym mamy jakiś obcych, mamy Rzymian, Marsjan i dużo innych motywów, które nijak nie łączą się w jedną całość i które są tak różnorodne, że aż głowa potrafi od nich rozboleć.
Lektura tej książki sprawiła, że w mojej głowie pojawiły się dwie konkluzje. Pierwsza: nawiązania do baśni i innych takich nie są wcale nowością. „Maszyna Szeherezada” została wydana w 1997 roku i tak jak obecnie wydawana literatura fantastyczna próbuje bawić się tym, co już znamy. Druga: obecnie idzie się w dość proste, linearne historie; te dwadzieścia lat temu i wcześniej to chyba nie było aż tak istotne, jak sama kreatywność autora, której tu nie brakuje, mimo że osobiście mam wrażenie, że w tej książce sama fabuła i świat przedstawiony po prostu leży, a styl autora też nie jest aż tak wyjątkowy, by ratował całość.

Szczerze przyznam, że gdybym mogła bez problemu i być może z radością o tej lekturze bym po prostu zapomniała. Nie wniosła do mojego życia właściwie nic, choć wiem, że coś w jej formie może ująć. Nie była to być może najgorsza książka wszech czasów, ale mnie po prostu trochę wynudziła i sprawiła, że więcej szukać książek tego autora nie będę.

* * *

O czym myśli maszyna, gdy zastanawia się nad swoim pochodzeniem? Nie wie, skąd się wzięła. Ma jakieś wspomnienia oczywiście. Czasami staje się nawet narratorem własnych opowieści, czasami zaś narratorem cudzych. Niekiedy wydaje jej się, że ludzie mówią o niej różne rzeczy, a niekiedy, że w ogóle nie zawracają sobie nią głowy. A ona bez trudu przechodzi z rąk do rąk i donosi o poczynaniach innych ludzi.
Fragment „Maszyny Szeherezady” Roberta Sheckley’a

niedziela, 16 lipca 2017

Czerwień: Niezwykłe przeczucia

Poprzednie „militarne” science-fiction, które dane mi było przeczytać okazało się nijaką młodzieżówką. Nie zraziło mnie na szczęście do całego tego podgatunku. W końcu powieści new, czy young adult rządzą się swoimi prawami i byłabym głupia, gdybym przez ich pryzmat oceniała całokształt takiej literatury, prawda? Na całe szczęście „Czerwień” to już militarne science-fiction dla „dorosłych”. Jeśli chcecie wiedzieć, jak wypadło moje spotkanie z tą książką, zapraszam do przeczytania dalszej części posta!

Tytuł: Czerwień
Tytuł serii: Czerwień
Numer tomu: 1
Autor: Linda Nagata
Tłumaczenie: Mirosław P. Jabłoński
Liczba stron: 417
Gatunek: militarne science-fiction
Wydanie: Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2016

Niedaleka przyszłość. James Shelley trafił do wojska właściwie przypadkiem. Mimo to dzięki swojej nadnaturalnej intuicji dobrze sprawdza się w roli żołnierza, często ratując życie innym. Nie każdej tragedii da się jednak uniknąć. Podczas misji w Afryce jego oddział zostaje zaatakowany. Shelley traci obydwie nogi.  W wojskowym szpitalu dostaje propozycje nie do odrzucenia: jeśli będzie dalej służyć w wojsku, dostanie mechaniczne kończyny.
Prędko młody żołnierz musi wziąć udział w niełatwych zadaniach specjalnych.

Uwielbiam to, jak Rebis wydaje swoje książki. Zawsze są eleganckie i przyjemnie leżą w dłoni; okładki wyglądają dobrze, papier nie pozostawia nic do życzenia, podobnie jak układ tekstu i dość mały font (który oznacza więcej czytania). Niestety, w przypadku „Czerwieni” wydawca popełnił spory błąd: opis z tyłu okładki zdradza większą część treści książki. A zdecydowanie, nie powinien. Zwłaszcza, że cały świat wykreowany przez Lindę Nagatę jest naprawdę niezły, a historia, którą autorka nam przedstawia należy do naprawdę przyzwoitych.
„Czerwień” to stosunkowo poważna, militarna lektura. Jak na science-fiction przystało na jej kartach możemy odkryć ciekawe wynalazki i choć niektóre z nich dla fabuły są kluczowe, to jednak nie na nich skupia się autorka.
Linda Nagata opowiada nam historię młodego porucznika, który właściwie nigdy nie chciał być w wojsku, ale ostatecznie nieźle się w nim odnalazł. Shelley to dobry facet, z krwi i kości, z własną przeszłością i pragnieniami. Mówią, że jest królem Dawidem, bo w niebezpiecznych sytuacjach miewa wręcz boskie przeczucia. Wie, że coś się stanie, nim to będzie miało miejsce. Autorka stopniowo wyjaśnia nam czemu się to dzieje i w jaki sposób, jednocześnie wrzucając nas w wir wydarzeń, których w życiu bohatera nie brakuje.
Fabuła powieści poprowadzona jest bardzo zgrabnie i powiedziałabym, że dzieli się na pięć krótszych segmentów, które naprawdę bez problemu można podzielić. To dość prosta, ale ciekawa historia, w której nie da się zgubić. Niestety, chwilami brakowało mi w niej odpowiedniego tępa, by utrzymać cały czas moje zainteresowanie: pierwsze sto pięćdziesiąt stron było dla mnie bardzo interesujące, by następnie moje opadły i obudziły się dopiero w ostatnim segmencie historii.
Mimo małych problemów z tempem historii samemu stylu autorki nie mam właściwie nic do zarzucenia. Tekst utrzymany jest w dość gęstym, wojskowym klimacie, ale jednocześnie chwilami potrafi być zadziwiająco ludzki. Choć wewnątrz wojskowości nie brakuje Linda Nagata znajduje chwilę dla prywaty bohatera i dla jego bliskich spoza wojska, dzięki czemu historia nie jest jednowymiarowa. „Czerwień” to książka bardzo przejrzysta i konkretna, ale nie wyprana zupełnie z emocji. Skłamałabym jednak mówiąc, że to lektura, w której to właśnie one przejmują stery;  jak na science-fiction przystało to rozum w przypadku książki Nagaty gra główną rolę.
„Czerwień” to dobra lektura. Ma pewne drobne problemy, ale nie żałuję spotkania z nią. Przedstawia ciekawą wizje świata przyszłości, daje nam niezłą historię, a mimo bycia militarną science-fiction nie opisuje nadmiaru rozlewu krwi. Na jej kartkach panuje porządek, w tekście po prostu nie da się zgubić, a w stylu autorki widać sporo pracy nad własnym warsztatem. Polecam, jeśli tylko macie ochotę na bardziej wojskową fantastykę.

* * *

Biegnę szybko. Jego pierwsze pociski nie przelatują blisko mnie, ale wprowadza poprawkę i zmniejsza ten rozziew, podczas gdy ja odpowiadam ogniem. Strzelam z biodra, korzystając z muszki przyłbicy w celu uzyskania odpowiedniej trajektorii. Spust odskakuje mi od palca, gdy kontrolę przejmie moja AI. Pojedynczy strzał i dzieciak leci wstecz, wykonując pół obrotu, po czym uderza o zbocze.
– Załatwione! – grzmi Ransom przez gen-kom.
– Sprawdź to! – ostrzegam go.
– Bez obaw, poruczniku, nikt nie pozostał na szczycie.
– Podchodzę – mówi Jaynie.
Dostrzegam ją na swojej mapie.
– Widzę cię.
Wynurza się z wysokiej trawy.
– Oznaki życia? – pytam ją.
– Nie, jest martwy.
Kuca obok zwłok i używa haka ramiennego, żeby je odwrócić. Otwór po kuli widnieje dokładnie między oczami.
– Cholera, pańska AI jest dobra.

Fragment „Czerwieni” Lindy Nagaty



zBLOGowani.pl
Książka bierze udział w akcji na zblogowani.pl

piątek, 14 lipca 2017

Stranger Things. Sezon 1: Zaginiony chłopiec



W niewielkiej miejscowości dochodzi do tragedii. W tajemniczych okolicznościach znika mały chłopiec, Will (Noah Schnapp).  Zaczyna go szukać zarówno rodzina, przyjaciele, jak i całe miasto. Niestety, bez skutku.


„Stranger things” chodził za mną od dłuższego czasu i szczerze mówiąc, pochłonęłam go w trybie natychmiastowym. Choć to prosta historia to ogląda ją się ją po prostu wspaniale.
Serial mogłabym określić jako połączenie horroru, dramatu i filmu familijnego, co sprawia, że może spodobać się naprawdę dużej grupie osób. W tym przypadku nie ważne, czy widz woli perypetie matki, czy elementy fantastyczne – bo i jedno i drugie znajdzie. Horror? Akcja? Też tu jest. Zdziwiło mnie, jak to wszystko dobrze jest wyważone: naprawdę dawno nie spotkałam serialu, który z jednej strony, nadawałby się dla całej rodziny, a z drugiej nie był zbyt infantylny .
„Stranger things”, sezon 1
serial dramat, horror
„Stranger things” ujmuje bohaterami. Paczka Willa, składająca się z czterech chłopców z jednej klasy, to naprawdę porządne dzieciaki z indywidualnymi charakterami. Mike (Finn Wolfhard) to ciepły lider, który właściwie ma pewne predyspozycje do stania się Charlsem Xavierem z nowszych części filmowych „X-menów”.  Dustin (Gaten Matarazzo) to mózg, jeśli chodzi o sprawy organizacji i postępowania racjonalnie, zaś Lucas (Caleb MaLaughlin) jest tak dobrze zagrany, że za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie kradnie scenę. Gdy do paczki dołącza Elevn (Millie Bobby Brown) jako pewien tajny, tajemniczy członek okazuje się, że i dziewczynka ma wśród chłopców swoje miejsce.
Choć mamy tu sporo dziecięcych bohaterów to jednak nie one podejmują te kluczowe decyzje. Mam wrażenie, że serial posługuje się pewną... gradacją. Im postać jest starsza, tym ważniejsze rzeczy odkrywa. Nie chcę jednak mówić tu o wszystkich postaciach, by niczego Wam nie sugerować, wspominając tylko o dwóch: mamie Willa, Joyce (Winona Ryder) oraz Johnatanie (Charlie Heaton), jej starszym synu. Joyce jest samotną matką, której nigdy nie było łatwo: wielu uważa, ze aktorka przesadziła odgrywając tę rolę, jednak ja uważam, że Ryder doskonale oddała zachowanie przerażonej kobiety, której nikt nigdy nie wierzy i każdy ma ją za wariatkę. W takich chwilach takie zachowanie się postaci jest uzasadnione. Johnatan zaś to naprawdę uroczy chłopak. Idealny starszy brat, który może jest zamknięty w sobie, ale serce ma na właściwym miejscu.
Właśnie.... to jest chyba jedna z cech charakterystycznych tego serialu, która sprawia, że jest tak przyjemny w odbiorze. Właściwie każda z ważnych postaci jest w gruncie rzeczy dobra. Ci ludzie mają problemy ze sobą, z przeszłością, z rodziną... ale tu prawie nie ma złych ludzi. Tych bohaterów nie da się nie lubić; patrząc na nich robi się po prostu ciepło w środku.
Skłamałabym mówiąc, że to serial o cudownej fabule. Nie. To prosta, jasna historia, która zwłaszcza w drugiej części robi się dość naiwna. Niemniej, całość nakręcona jest tak zgrabnie, że tego się po prostu nie zauważa. Historia, tocząca się właściwie dwutorowo, wciąga i zajmuje na tyle, że przynajmniej ja nie miałam najmniejszej ochoty na nią narzekać.
„Strangr things” zdecydowanie znalazł drogę do mojego serca. To opowieść, którą bardzo przyjemnie wspomina się po seansie – i ze spokojnym sumieniem mogę ją polecić każdemu zainteresowanemu.

środa, 12 lipca 2017

Rywalki: Bo kto nie chciałby być królewną, prawda?

Skłamałam! Przyznaje się! Na wielu blogach pisałam, że „Rywalki” zaczęłam, po czym uznałam, że szkoda mi czasu, znam tylko początek. Że kontynuować nie planuje. Nie wyszło. Wybaczcie :c
Już tłumaczę, dlaczego. Tak jakoś się złożyło, że wyszłam z domu bez książki, a na moim telefonie była tylko ta właśnie pozycja (po wcześniejszej próbie). Czekałam na kogoś, nudziłam się – więc zaczęłam czytać. A że szło mi błyskawicznie to tego samego dnia ją skończyłam. Ot, tak, z nudów, zupełnym przypadkiem.
Wybaczcie raz jeszcze. Obiecuje się poprawić, ale życie czasem pisze swoje scenariusze :D


Tytuł: Rywalki
Tytuł serii: Selekcja
Numer tomu: 1
Autor: Kiera Cass
Tłumaczenie: Małgorzata Kaczorowska
Liczba stron: 336
Gatunek: romans młodzieżowy, fantastyka
Wydanie: Jaguar 2014

Gdy USA upadło, na jego miejscu powstała wielka i dumna Illea – królestwo dzielące lud na kasty. Według jednej z jej tradycji książę musi znaleźć sobie żonę wśród trzydziestu pięć dziewczyn wybranych z ludu w trakcie Eliminacji.
Gdy eliminacje się zaczynają, America, naciskana przez biedną rodzinę oraz ukochanego, który nie może zapewnić jej szczęścia przez bycie gorzej urodzonym, zgłasza się do nich. Nie sądzi, że to ona stanie się jedną z dziewczyn, które trafią do królewskiego pałacu...

Gulity pleasure pełną gębą – oto, czym właśnie są „Rywalki” Kiery Cass.
Gdybym miała oceniać tą powieść tą samą miarą, jak typową, „poważną” fantastykę nie uznałabym tej książki nawet za przeciętną. Świat przedstawiony „Rywalek” nie ma prawa zaistnieć: wyraźnie widać w niej inspiracja takimi historiami jak „Igrzyska Śmierci”, czy „Niezgodna”. Opisywana w niej polityka to jeden wielki żart. Eliminacje, czy bardzo sztuczny podział kastowy (błagam, artyści potrzebujący wykształcenia i CZASU by tworzyć są piątkami? W żadnym razie...) nie mają szans się utrzymać, a zamek królewski, który powinien być najlepiej pilnowanym miejscem w kraju jest ot tak sobie atakowany przez rebeliantów. Ale... w porównaniu do innych powieści z tego nurtu Cass wyraźnie nie traktuje świata poważnie, a kreuje go tylko po to, by stworzyć lekką historyjkę, która doskonale wpasuje się w marzenia zwykłej dziewczyny o byciu tą najlepszą i wyjątkową.
Naprawdę, nie wierzę, że to mówię, ale ta książka w swojej roli po prostu się sprawdza. Główna bohaterka, America, może nie zawsze jest tą najbardziej bystrą, ale wie, że należy przeprosić, jeśli się kogoś obrazi (co już jest CZYMŚ w młodzieżówce :D). Jest ukrytym Kopciuszkiem, który nie chce nim być. Wprawdzie ma w sobie coś z Mary Sue, ale to w końcu przyjemna baśń, a nie poważna lektura, dlatego w żadnym razie mi to nie przeszkadzała. Przy okazji ma u swojego boku dwóch naprawdę porządnych facetów. Wprawdzie Aspen i Maxon są do siebie bardzo podobni (Aspen jest biedną wersją Maxona), ale w tego typu książce więcej nie potrzebujemy: obaj są mili, dobrzy i ciepli.
Wprawdzie trójkąty to nie jest najciekawszy z możliwych schematów, a taki tu zdecydowanie występuje, ale szczerze mówiąc, jest naprawdę nieźle rozpisany. Wiemy dokładnie, czemu powstał i szczerze mówiąc, jest to zarysowane dość realistycznie. Nie mam więc zamiaru na niego narzekać. Mimo, że zdecydowanie wolałam sceny Ami z Maxonem, które po prostu wydawały mi się bardziej niewinne i urocze.
Oczywiście, to nie jest oryginalna historia. „Rywalki” to wariacja na temat bardzo typowych schematów przez co już na starcie wiemy, jak się zakończy, ale tak czy siak po prostu miło i szybko się ją czyta: styl Cass jest lekki, przy okazji niezbyt błyskotliwy, ale za to przyjemny i barwny. Te ponad trzysta stron to dosłownie trzy godziny czytania, nie więcej.
Jak już wspominałam, „Rywalki” mają pewne problemy z logiką dotyczącą świata przedstawionego. Czasami przenosi się to także na to, co dzieje się w pałacu. Poza tym mimo, że mamy przyszłość to w tym świecie nie uświadczycie żadnych komputerów, czy innych „dzisiejszych” sprzętów, ale co tam, to w końcu baśń o miłości, prawda? Nie musi być dobrą fantastyką, by się sprawdzać.
Jak to z romansami bywa, same Eliminacje prędko schodzą tu na dalszy plan: drugoplanowi bohaterzy nie są zbyt rozwijani, pozostałe dziewczyny często poznajemy tylko po imionach, a ten zapowiadany w opisie wydawcy morderczy wyścig o koronę to zdecydowanie przesadzone stwierdzenie. Niemniej, w moim odczuciu dobrze, że autorka zdecydowała się na takie wyjście: gdyby bardziej skupiła się na polityce mogłaby łatwo położyć całość, zwłaszcza, że kreacja tego świata do najlepszych nie należy.
Muszę powiedzieć, że poczułam się zaskoczona zakończeniem. Nie będę go oczywiście zdradzać, ale Ami zdecydowanie pokazała w nim, że myśli sensownie i logicznie oraz że ma swoje zdanie, co przy powieści tego typu zasługuje na zdjęcie czapek z głów :D
Powtórzę raz jeszcze: to nie jest dobra powieść, jeśli chcemy oceniać ją jako zwykłą książkę. Ale jako dość naiwny, lekki i przyjemny romans po prostu się sprawdza. To dobra, miła przygoda na jeden wieczór, która powinna wpasować się w gusta większości kobiet, zwłaszcza tych młodych – bo która z nas nie chciałaby zostać królewną mimo braku takiego pochodzenia?

PS. Czy tylko mi Maxtnowe „moja miła” wydawało się niezwykle śmieszne i głupie? Angielskie „my darling” brzmi... jakoś lepiej :D Tłumaczka mogła to zmienić na „moją panią”.

* * *

 – Myślisz, że będę mógł się do ciebie zwracać „moja miła”? – zapytał Maxon.
– Nie ma mowy – odparłam szeptem.
– Mimo wszystko będę próbował. Nie poddaję się łatwo. – Wierzyłam w to, choć irytowało mnie, że tak się przy tym upiera.
– Do wszystkich tak mówiłeś? – zapytałam, skinieniem głowy wskazując resztę sali.
– Tak, i każdej się to podobało.
– Właśnie dlatego mnie się nie podoba – oznajmiłam i wstałam.

Fragment „Rywalek” Kiery Cass


zBLOGowani.pl
Książka bierze udział w akcji na zblogowani.pl

poniedziałek, 10 lipca 2017

Buntowniczka: Nic poza lekkim stylem

„Buntowniczkę” udało mi się kupić na promocji razem z „Milczeniem owiec”. Do mojego koszyka trafiła głównie za sprawą Fabryki Słów, która tę książkę wydała.  Nie miałam jej wcześniej w planach, ale uznałam, że jeśli trafię na fajne, młodzieżowe SF to po prostu znów będę miała Wam co polecać. Jak wyszło to spotkanie? Przekonajcie się sami!
Ach, uznałam, że spróbuje nieco wydłużyć metryczkę, co o niej sądzicie? Ponieważ post wrzucam wcześniej, niż powinien być na razie będą nieco pomieszane.

Tytuł: Buntowniczka
Tytuł serii: Kris Longknife
Numer tomu: 1
Autor: Mike Shepherd
Tłumaczenie: Justyna Łyżwa
Liczba stron: 504
Gatunek: science-fiction
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2014

Córka premiera nie ma łatwo. Kris, próbując uciec przed polityką dołącza do armii. Nie tak łatwo jednak jest uciec od rodziny, zwłaszcza, gdy międzyplanetarna wojna staje się rzeczywistością.

Rzadko czytam opisy książek. Nie widzę takiej potrzeby: zwykle robię to dopiero po lekturze. W przypadku „Buntowniczki” zapoznawałam się jednak z tym, co Fabryka Słów umieściła z tyłu i uznałam, że pewnie dostanę młodzieżowe militaria w kosmosie, z jakąś niekoniecznie mądrą przygodą i romansem. Nic wielkiego, ale jednocześnie – lekkiego i miłego. Moje oczekiwania względem książki jednak trochę się rozminęły z tym, co ostatecznie dane było mi poznać.
Skłamałabym mówiąc, że „Buntowniczkę” źle się czyta. Być może tłumaczenie nie jest najlepsze – powtórzeń jest sporo, parę błędów wypatrzyłam – ale nie zmienia to faktu, że tekst łatwo „wchodzi”. Dość lekki, choć niewyróżniający się styl sprawia, że tu nie da się ani pogubić, ani czegoś nie zrozumieć.
Niestety, styl autora jest tu chyba największą zaletą. Osobiście czytając „Buntowniczkę” po prostu nieźle się wynudziłam. Seria, którą książka rozpoczyna, jest tasiemcem i pierwsza część niby ma wprowadzić nas w świat przedstawiony i teoretycznie to robi, tyle, że w niekoniecznie najciekawszy sposób. Cokolwiek istotnego dziać się zaczyna dopiero na ostatnich stronach. Wcześniej obserwujemy, jak marines rozdają jedzenie poszkodowanym i jak główna bohaterka piecze pięć blach ciastek w ciągu godziny, albo dwóch, w trakcie, gdy jej ciotka hakuje komputer. Fascynujące, prawda? :D
Główna bohaterka, Kris, niby jest kreowana na silną, młodą kobietę, ale ja jakoś tego do końca nie widzę. Nie zrozumcie mnie źle: wykreowana jest na pewno lepiej niż „super-zabójczyni-zabijcie-mnie” ze „Szklanego tronu” Maas, ale coś mi w niej nie gra. Przede wszystkim nie do końca klei mi się jej przeszłość z tym, co robi, a jej powód wstąpienia do marines jest po prostu dość głupi. Poza tym ma dwadzieścia dwa lata: osobiście wolałabym, gdyby miała więcej, zwłaszcza, że gra rolę oficera, przy okazji będąc w samej armii chyba zaledwie od kilku miesięcy. Nie wszystkich traktuje też fair. Jej najlepszy przyjaciel, Tom, robi za jej młodszego brata i popychadło jednocześnie, co wcale nie sprawia, że lubię tą postać bardziej.
Pozostali bohaterowie „są jacy są”. Tom, jak już wspominałam, to po prostu popychadło, które zrobi cokolwiek Kris chce. Jej rodzina często zachowuje się w sposób wymuszony, a komputer bohaterki to inteligentna maszyna, która zachowuje się jak jej koleżanka: nie czuje w niej ani SI, ani oprogramowania stylizowanego na nią, a to zdecydowanie nie jest zaletą książki science-fiction.
Czytając, miałam wrażenie, że autor nie do końca wie o czym pisze. Wprawdzie sama na temat amii mam nikłe pojęcia, ale w trakcie lektury miałam wrażenie, że te wszystkie militaria, które w tekście są obecne zupełnie do niego nie pasują. Całość wygląda tak, jakby autor chciał opowiedzieć prostą historię o dziewczynie, która chce wyrwać się z domu rodzinnego i do tego dokleił tą całą fantastyczną powłoczkę, by było ciekawiej i kolorowej.
Dodać muszę, że przynajmniej w tomie pierwszym nie istnieje coś takiego, jak romans głównej postaci. Czy to zaleta? Zależy jak na to spojrzeć: w tym przypadku może romans sprawiłby, że powieść miałaby więcej kolorów?
„Buntowniczka” to powieść, która ma szansę się spodobać tym, który nie są szczególnie zainteresowani science-fiction. Czytelnicy młodzieżówek, niekoniecznie wymagający, pewnie polubią książkę Mika Shepherda, głównie za sprawą lekkiego stylu autora. Niemniej, wyjadaczom fantastyki zdecydowanie nie polecam. Nie ma po co tracić czasu na książkę co najwyżej przeciętną.

* * *

– Tom, czego się tu bać?
– Jesteś dziewczyną, więc nie spotkasz żadnego z nich w drodze pod prysznic, albo do toalety. Ciągle musiałbym stać na baczność. Jakoś się do tego nie palę.
Harvey oparł dłoń na ramieniu młodego oficera.
– Wiem, co czujesz, chłopcze, Świeżo po wyjściu z amii nadal nosiłem w duszy pagony szeregowego i przebywanie w pobliżu generała było dla mnie szokiem. Ale szybko okazało się, że to ludzie. Tacy sami jak my. I wiesz, im wyższą pozycje zajmują, tym bardziej zdają sobie z tego sprawę. Nie wszyscy oczywiście, ale wierz mi, ci z otoczenia generała, albo „Kłopota” to porządni ludzie. Gdyby nimi nie byli, nie przyjechaliby tu wszyscy  pytać generała, jak wyplątać się z tego bałaganu.

Fragment „Buntowniczki” Mike’a Shepherda




zBLOGowani.pl
Książka bierze udział w akcji na zblogowani.pl

niedziela, 9 lipca 2017

Nowości na Facebooku Drewnianego Mostu


Hej! Jak wiecie – „nie ma mnie”. Nie ma mnie w kraju, czasu na czytanie mam mało, podobnie jak na bycie tutaj, ale jednocześnie mam sporo czasu na myślenie.
Więc myślałam, myślałam i... wymyśliłam.
Fanpage Drewnianego Mostu był takim trochę „zapychaczem”: wrzucam tam Wam linki do postów, czasem jakieś informacje dotyczące tego, co tam u mnie słychać. Ale oświeciło mnie: to przecież genialne miejsce, by umieszczać rzeczy, na które szkoda mi czasu na DM. By umieszczać treści krótkie, albo lżejsze. Dlatego postanowiłam wprowadzić dwie małe zmiany:

Po pierwsze: pojawiać się tam będą tematyczne posty o książkach.
Co to oznacza? Bardzo prostą rzecz :) Zamiast tu polecać Wam „top 10 książek o czymśtam” to na fanpage będą pojawiały się takie posty. Linki do nich pojawia się w spisie postów oraz, rzecz jasna, w odpowiednim albumie na fanpage. Obecnie pojawiły się już dwa takie posty: o wakachach i o książkach z kwiatem w tytule. Jeśli macie jakieś pomysły na kolejne wpisy tego typu śmiało mi je podawajcie :)
Powiedźcie mi tylko, chcecie, bym podawała wydawnictwo? I podawała linki do fanpage autorów/książek, jeśli takie są?

Zdjęcie użytkownika Drewniany Most.
kliknij na zdjęcie, by zobaczyć post!

Po drugie: wszystkie lżejsze posty, jeśli będę miała taką ochotę.
Nigdy nie dzieliłam się z Wami stosikami (poza chyba dwoma wyjątkami, wrzucanymi przy okazji), uznając, że szkoda mi na to czasu. Ale teraz jeśli będę miała Wam co pokazać, pojawi się tam :)


Jakieś inne lekkie treści, które przyjdą mi do głowy postaram się także tam zamieszczać.

Także zapraszam serdecznie do obserwacji fanpage, powinno być ciekawiej :)


* * *


Poza tym mam dla Was krótką i szybką informacje. Zaczęłam prowadzić hodowlanego fanpage: jeśli chcecie śledzić życie stada piesków, zapraszam! Obecnie to ja jestem „głównym adminem”, który robi tam wszystko, choć nie przeczę: to za jakiś czas może ulec zmianie. Ale tak czy siak powinnam tam być w jakiś sposób :)

Zdjęcie użytkownika Blue Valley of Dogs.
Kliknij na zdjęcie, by przejść do fanpage!
Nomida zaczarowane-szablony