środa, 16 sierpnia 2017

Spojrzenie elfa: Kolejna kalka

W chwili, w której kupiłam „Spojrzenie elfa” z mojego koszyka wyleciał jakiś kryminał: w końcu do elfów mam słabość, a wolę poznawać i analizować fantastykę, nawet jeśli tą kiepską. Niestety, chyba lepiej bym zrobiła, gdybym kupiła coś innego...


Tytuł: Spojrzenie elfa
Autor: Katrin Lankers
Tłumaczenie: Mirosława Sobolewska
Liczba stron: 352
Gatunek: paranormal romance, młodzieżowe fantasy
Wydanie: Dreams, Rzeszów 2013

Mageli ma dziwne imię, wkurzającą matkę i dość swojego życia. Pewnej nocy z rąk bandytów ratuje ją Erin: niezwykle przystojny i odważny chłopak, który zaczyna odwiedzać ją we śnie. Nie ma pojęcia, że wplątana jest w coś, co znacznie przerasta ja samą.

Naprawdę, chciała bym wiedzieć, kto wpada na pomysł, by tworzyć tego typu literaturę: cholernie schematyczną, diabelne głupią i fatalnie napisaną. Jak najbardziej, rozumiem, że to książka napisana dla osób w wieku 12-16 lat, ale jednocześnie nie mogę uwierzyć w to, że ktokolwiek dorosły z głową na karku pozwoliłby takie coś czytać swojej młodej córce (zakładając, że ma wpływ na to,  co dziecko czyta). „Spojrzenie elfa” może być bowiem lekturą bardzo krzywdzącą, jeśli młody czytelnik zwróci uwagę nie tylko na sam wątek romantyczny.
Styl autorki jest przegadany i niezwykle infantylny: naprawdę nie mam pojęcia, czemu tak często w tekście występują wykrzyknienia, tekst jest bardzo prosty, a pani Lankers zamiast skupić się na głównej akcji bardzo często opisuje co jadły główne postacie i co robiły w szkole, myśląc chyba, że kogokolwiek to jakoś szczególnie interesuje. Ostatecznie nawet nie trzeba tej książki czytać: wystarczy przejrzeć tekst, by wiedzieć o co chodzi w całości. Nie marudziłabym być może na opisy tego typu aż tak, gdyby wnosiły coś do historii: niestety, one są tu po prostu całkowicie zbędne.
Choć „Spojrzenie elfa” to fantastyczny romans to obydwie postacie, na których powinniśmy się skupić po prostu są kiepsko wykreowane. Główna bohaterka, Mageli, mając szesnaście lat zachowuje się na dziesięć. Przy okazji jej matka też nie jest lepsza: no błagam, kto normalny daje córce karę za to, że zjadła dziesięć parówek? Niemniej, Mageli przerasta ją, gdy maja karę, uznaje, że doskonałym pomysłem będzie połażenie po nocy w lesie. Co najlepsze, książka wcale takiego pomysłu nie gani. Nie! Ona wręcz zachęca młodą czytelniczkę do takiego buntu przed rodzicami, bo w końcu ucieczka z domu oznacza poznanie przystojnego faceta. Jednocześnie w trakcie tejże akcji okazuje się,  że młoda Mageli doskonale widzi w ciemności wszystko, włącznie z kolorem oczu swojego wybawcy... Ech. A to tylko kilkanaście pierwszych stron książki.
Druga strona romansu, Erin, jest najzwyczajniej w świecie papierowa. Niby tajemniczy chłopak nie ma żadnej konkretnej cechy charakteru i autorka nawet nie próbuje rozwijać ani jego, ani jego relacji z Mageli. A przecież i jedno, i drugie jest potrzebne, by romans miał jakikolwiek sens.
Jakby tego wszystkiego było mało, Lankers nawet nie próbowała sprawić, by jej uniwersum miało w sobie cokolwiek indywidualnego. Mamy elfy, żyjące w Królestwie Ciemności, złego, skrytego w czerni mistrza oraz kalkę ze schematu „nastolatek z wyjątkową zdolnością ratuje świat”. Całość wypada po prostu śmiesznie i naprawdę nie niesie ze sobą najmniejszej wartości.
Choć ta książka to niewątpliwie gniot jedno muszę jej oddać. „Spojrzenie elfa” czyta się w sposób błyskawiczny. Lanie wody autorki oraz banalny styl sprawiają, że te ponad trzysta stron to nawet nie jest lektura na jeden dzień.
Cały czas podświadomie szukam dobrego, młodzieżowego romansu. Niestety, jak na razie moje poszukiwania kończą się fiaskiem. „Spojrzenie elfa” może co najwyżej robić za dobry przykład książki, która pokazuje jak nie należy pisać. A szkoda, bo wiem, że sama tematyka może przyciągnąć wiele dziewczyn, które szukają dobrego romansu, niekoniecznie związanego z wampirami, wilkołakami, czy tak modnymi obecnie aniołkami.

* * *

Erin nie spuszczał z niej oczu - pod wpływem tego hipnotycznego spojrzenia rozum odmawiał Megeli posłuszeństwa.
— Jesteśmy do siebie tak podobni  — powiedział.
— A jednocześnie tak bardzo różni, Jakbyśmy żyli w dwóch całkiem odmiennych światach. Ja w mojej krainie elfów, a ty w świecie...
— Ludzi — dokończyła Mageli.
— Ludzi — potwierdził Erin, jakby dla niego ten świat był równie dziwny, co dla niej kraina elfów. — Utracona ojczyzna — wymruczał tak cicho, że dziewczyna nie była pewna, czy w ogóle to usłyszała.

Fragment „Spojrzenia elfa” Katrin Lankers


poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Z wizytą we wrocławskim zoo


Początkiem sierpnia tego odwiedziłam Zoo we Wrocławiu. Ostatnim razem byłam tam jako dziecko, z resztą, niewiele z tej wycieczki pamiętam. Szczerze przyznam, po tylu pozytywnych opiniach, które dane mi było słyszeć spodziewałam się czegoś niezwykłego... a dostałam właściwie zwyczajny ogród zoologiczny, tyle, że z nowym Afrykanarium.
Wygląd samych wybiegów nie różni się szczególnie od tych, które widziałam w innych obiektach tego typu. Zwierzęta mają dobre warunki, ale nie zachwycają wizualnie. Przeciwnie, powiedziałabym, że opolski ogród pod tym względem wypada o niebo lepiej: jest po prostu ładniej zaprojektowany. Zoo we Wrocławiu jest zwyczajne i dość szare.
Afrykanarium jest nowiutkie, a więc: ładne. Przyjemnie się po nim spaceruje (mimo panującego tam upału), same akwaria są czyste. Ale... szczerze mówiąc, miałam większe oczekiwania. Sam tunel podwodny jest dość krótki, na dodatek zanurzony na tyle płytko, że od góry widzimy sufit, co niszczy całą magię tamtego miejsca. Wiem, że w polskich warunkach nie łatwo coś takiego zrobić i utrzymać, niemniej, naprawdę spodziewałam się czegoś więcej. A dostałam zdecydowanie biedną wersje tego, co możemy zobaczyć w filmach. Nie mogę jednak powiedzieć: wielkim atutem tego miejsca jest fakt, że innego podobnego w naszym kraju nie znajdziemy. To jednak najlepsze, co można u nas znaleźć.
To, co zawsze irytuje mnie w placówkach tego typu, a co we Wrocławiu jest szczególnie widoczne to... nagonka na bycie eko. Już pomijam wszechobecne plakaty z informacjami, jak to źli ludzie niszczą środowiska naturalne zwierząt. W jednym z budynków znaleźliśmy lodówkę, na której napisy... zabraniały kupować pomidorów zimą, bo pochodzą z szklarni, a szklarnie to przecież zło tego świata. Ech, ludzie, nie przesadzajmy może, co?
Wrocławskie zoo to połączenie nowego i starego: przy typowych sprzed kilku-kilkunastu lat wybiegach mamy parę nowoczesnych budynków. Przez to obiekt sam w sobie nie wypada zbyt niezwykle, ale na spacer, czy wycieczkę z  dziećmi powinien się sprawdzić. Zwłaszcza, że większość ludzi jest jednak mniej wymagająca w ocenianiu ode mnie :D

Poniżej łapcie zdjęcia: dysponowałam obiektywem 50mm, poza tym nie miałam w wielu miejscach czasu, by na spokojnie zrobić zdjęcia, dlatego potraktujcie to po prostu jako moje fotografie z „albumu rodzinnego”, a nie profesjonalne prace :D Najwięcej jest rybek, bo te po prostu najlepiej mi wychodziły.

Takie akwarium to ja chce mieć w domu!










Magia 50mm: nóżka ucięta, ostrość uciekła z końskiej głowy...

Tak mieszkają wrocławskie konie

Niestety, ktoś zapomniał o słomie w boksie...


sobota, 12 sierpnia 2017

Wodny Nóż: W czasie wielkiej suszy

Rzadko kiedy mi się to zdarza, ale tym razem nie mam najmniejszego pomysłu, jak ten post zacząć :D Zwykle staram się na wstępie dodać coś od siebie, co nie koniecznie pasuje do samej recenzji, ale tym razem mam po prostu „książka” chyba mnie przerosła. Dlatego pozwólcie, że od razu przejdę do samej recenzji.

 
Tytuł: Wodny Nóż
Autor: Paolo Bacigalupi
Tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
Liczba stron: 400
Gatunek: post-apokalipsa
Wydanie: Wydawnictwo Mag, Warszawa 2015

Świat umiera przez wielką suszę. Las Vegas utrzymywane jest przy życiu dzięki Wodnym Nożom, zbirom i zabójcom pilnującym, by nikt nie wykradał życiodajnego płynu. Gdy okazuje się, że coś śmierdzi w Phoneix jeden z nich, Angel, zostaje wysłany na misje: ma dowiedzieć się, o co tam chodzi.
Nie spodziewa się, że jego los spleciony z inteligentną dziennikarką, Lucy, oraz nastoletnią sierotą, Marią, której jedynym marzeniem jest, by przetrwać i uciec się z umierającego miasta.

„Wodny nóż” okazał się dla mnie jednym z większych, pozytywnych zaskoczeń w ostatnim czasie. Nie spodziewałam się, że trafię na tak dobry kawałek mocnej, realistycznej fantastyki.
Świat wykreowany przez Bacigalupiego jest jak najbardziej „nasz”: jedyna różnica poleca na tym, że brakło w nim wody. Na Ziemi panuje susza, a ludzkość jakoś stara się przystosować do istniejących warunków. Oczywiście, w związku z tym powstają wynalazki, które mają pomóc ludziom przetrwać, ale nawet, jeśli lekko wykraczają ponad to, co mamy dziś to spokojnie da się uwierzyć w to, że takowe mogłyby istnieć w tak specyficznej sytuacji. Dzięki temu „Wodny nóż” to książka nie tyle dla fanów fantastyki, a dla osób, które lubią dobre i mocne historie, które analizują zachowanie ludzi w niesprzyjających im warunkach. Element, który sprawia, że książka to psot-apokalipsa nie zabiera jej nic z realizmu, a jedynie dodaje książce dramaturgii i sprawia, że całość staje się ciekawsza.
Powieść bazuje na trzech głównych postaciach, których losy wzajemnie się przeplatają. „Wodny nóż” jest wręcz doskonale zaplanowany: trzecioosobowa narracja skupia się na jednym z głównych bohaterów, co jakiś czas zmieniając perspektywę, ale nie robi tego w sposób chaotyczny. W tej książce nie ta się zgubić, dzięki czemu czyta się ją niezwykle płynnie.
Skoro już o postaciach mowa, muszę przyznać, że od dawna nie trafiłam na książkę z tak dużą chemią między postaciami. Angel, Lucy i Maria doskonale się dopełniają, a jednocześnie to, co robią pozwala nam na obserwacje świata przedstawionego z różnych płaszczyzn: od slumsów, po miliarderów. Bohaterowie „Wodnego noża” są postaciami z krwi i kości, których przeszłość nie należy do przyjemnych i których przyszłość wcale nie wygląda zbyt różowo. Uwielbiam w tej książce to, jak oddziaływają na siebie i to, jak zgrabnie ich losy łączą się ze sobą.
Chociaż pod względem fabularnym „Wodny nóż” nie jest prekursorem i w sporej mierze bazuje na znanych nam już schematach to sam świat jest tak dobrze przedstawiony, a akcja tak wartka, że tego po prostu się nie zauważa w trakcie czytania, zaś niektórymi z fabularnych wyjść Bacigalupi potrafi zaskoczyć czytelnika, popisując się sporą pomysłowością. Niemniej, uważam, że to książka, która działa głównie przez bardzo dobre wykreowaną rzeczywistość oraz charaktery, które muszą się z nią zmierzyć, a nie przez samą historię.
Nie wiem, czy to kwestia dobrego tłumaczenia, czy samego sposobu pisania autora, ale bardzo lubię także styl, w jakim napisany jest tekst. „Wodny nóż” napisany jest dość dojrzałym, poważnym językiem: nie ma w nim „śmieszkowania”, tak typowego dla dzisiejszej literatury. Przy okazji opisy, których wcale nie ma tu za dużo, są po prostu przepiękne. Przy okazji powieść doskonale buduje napięcie: początkowe rozdziały są dłuższe, pozwalają nam poznać nieco bardziej świat. Z czasem historia wciąga coraz to bardziej i bardziej, nie pozwalając na odłożenie książki choćby na moment.
Jestem pod wrażeniem „Wodnego noża” i niewątpliwie ta książka zostanie w mojej pamięci na dłużej. Uważam, że to kawał dobrej fantastki, która sprawdzi się u każdego zainteresowanego realistycznymi, mocnymi i dobrze napisanymi historiami, nie tylko z tego konkretnego gatunku.

* * *

W pocie kryły się opowieści.
Pot kobiety zgiętej wpół na cebulowym polu, pracującej od czternastu godzin w promieniach słońca, różnił się od potu mężczyzny, który zbliżał się właśnie do przejścia przez meksykańską granicę, modląc się do La Santa Muerte o to, by nie okazało się, że federales są na żołdzie tych, którzy go ścigali. [...]
Pot był historią ciała, skoncentrowaną w klejnotach perlących się na czole i pozostawiających na koszuli słone plamy. Opowiadał wszystko o tym, w jaki sposób dana osoba znalazła się we właściwym czasie w niewłaściwym miejscu, i mówił, czy ta osoba przeżyje następny dzień.
Fragment „Wodnego noża” Paola Bacigalupiego

czwartek, 10 sierpnia 2017

Split (2016): (Nie)zwykły thiller

Casey, Clarie i Marcia siedzą w samochodzie, czekając, aż ojciec jednej z nich odwiezie je do domów po przyjęciu urodzinowym. W aucie jednak pojawia się nieznany mężczyzna, który porywa je. Dziewczyny, zamknięte w niewielkim pokoju prędko odkrywają, że ze złoczyńcom coś jest nie tak.


„Split” to thiller, który porusza jeden z ciekawszych tematów, jaki chyba poruszyć można:  opowiada historię mężczyzny z rozdwojeniem jaźni. Główny bohater filmu ma dwadzieścia trzy osobowości. Kilka z nich głęboko wierzy w jakiegoś potwora, przez którego bohater porywa trzy niewinne nastolatki. Choć już przed obejrzeniem tegoż dzieła naprawdę wierzyłam, że biorę się za coś dobrego nie miałam pojęcia, że najnowszy film Shyamalana zrobi na mnie aż tak duże wrażenie.
 „Split”(2016)
thiller
reż. M. Night Shyamalan
Ten film przede wszystkim nie wyszedłby, gdyby nie James McAvoy, który gra w nim główną rolę. Tego aktora kojarzę głównie przez „Opowieści z Narnii” oraz filmy z uniwersum X-men i choć lubię go w tamtych kreacjach, obawiałam się, że będę w nim widziała przede wszystkim Charlesa Xaviera. Nie mogłam bardziej się pomylić: w jego bohaterze nie ma nic z ciepłego profesora. Ta postać jest  – wybaczcie za angielskie wtrącenie – po prostu „creepy”.  Mimo, że jego bohater ma wiele osobowości rozróżnienie ich nie stanowi problemu, bo McAvoy samą mimiką potrafi oddać, kogo gra. Wprawdzie nie zobaczymy w filmie aż dwudziestu trzech charakterów (w gruncie rzeczy krążymy cały czas wokół czterech), ale i tak jego kreacja robi wrażenie.
Na pochwałę zasługuje również Anya Taylor-Joy grająca Casey, bo mimo młodego wieku, aktorka naprawdę nieźle sobie w tym filmie poradziła.
Dawno nie wpadłam na film, który tak bardzo trzymałby mnie w napięciu jak „Split”: połączenie bardzo dobrem muzyki, ciekawej, ale przerażającej historii z dobrym aktorstwem sprawiło, że ten obraz wciąga i ciekawi, sprawia, że cały czas chcemy więcej. Na dodatek stopniowo odkrywa przed nami przeszłość głównych postaci, tłumaczy, dlaczego u postaci granej przez McAvoy’a doszło do rozdwojenia jaźni, a ostatecznie zahacza nawet lekko pod fantastykę, co dodaje historii smaczku.
Dzięki takiemu podejściu widz zżywa się z głównymi postaciami i naprawdę zaczyna się o nie martwić i im współczuć. Postaci McAvoya nie da się ocenić jednoznacznie, biorąc pod uwagę ile charakterów jest wewnątrz nieco, zaś Casey to bardzo silna, choć zamknięta w sobie dziewczyna po przejściach, której nie da się chyba nie kibicować.
Przy okazji „Split” potrafi przerazić też samymi kadrami: w przypadku dialogów (na których bazuje) postacie pokazane są w ogromnym zbliżeniu. Widzimy właściwie tylko ich twarze, co w tym przypadku tylko potęguje emocjonalność tego obrazu.

Nie zostaje mi nic innego, jak szczerze polecić „Split” każdemu zainteresowanemu. To kawałek porządnie zrobionego, trzymającego w napięciu kina, które opowiada pozornie prostą, ale przy tym niezwykle ciekawą historię. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Wieczór panieński w Sopocie

W czerwcu zostałam zaproszona jako fotograf na wieczór panieński Weroniki – jedna z jej przyjaciółek postanowiła jej zrobić prezent w postaci sesji zdjęciowej :) Zdjęcia odbyły się w Sopocie: na plaży obok molo oraz na nim samym.
Mimo  że od października 2016 studiuje w Gdańsku to w tamtej okolicy ostatnio byłam jeszcze podstawówce. Muszę Wam przyznać, że ten rejon Trójmiasta wygląda naprawę obłędnie. Choć Sopot chyba nie jest najciekawszym z miast to akurat ten rejon po prostu musicie zobaczyć, jeśli wybierzecie się do tego miejsca na wakacje. Deptak, architektura, śliczny „park” z fontanną i sceną, a przy okazji słynne molo naprawdę robią wrażenie. Jedyną wadą tej lokacji jest tłum: osobiście wole miejsca nieco zapomniane, a przy tym tak duża ilość zwiedzających po prostu przeszkadza w robieniu zdjęć.
Nim pokażę Wam zdjęcia, zapraszam jeszcze na mój fanpage:
Whispering Rift













niedziela, 6 sierpnia 2017

Kosiarz: Absurd Śmiercią zwany

Po „Parze w ruch” miałam nie sięgać po Pratchtta. Zraziłam się, podirytowałam i tyle z tego było. Ale na szczęście jak mam na półce – to czytam, a tak się zdarzyło, że jedna z książek ze Świata Dysku pojawiła się na chwilę na mojej półce :D

 
Tytuł: Kosiarz
Tytuł serii:  Świat Dysku –> Cykl o Śmirci
Numer tomu: 11 –> 2
Autor: Terry Prattchet
Liczba stron: 266
Gatunek: fantasy

Śmierć w końcu dostaje czas i wyrusza, aby go spędzić. Jego brak od razu wywołuje wielkie zamieszanie w Świecie Dysku: odczuwa to przede wszystkim stutrzydziestoletni mag Windle Poons, który choć martwy, wciąż nie zmienił miejsca swojego pobytu i ciągle przemierza Ankh-Morpork w swym ciele.

Choć chciałabym wszystkie serie czytać po kolei to nie zawsze mi to wychodzi. „Kosiarz” to moje drugie spotkanie ze Światem Dysku. Pierwszym jednak nie był wcale „Mort”, czyli poprzednia część tej historii, a „Para w ruch”, która właściwie tylko mnie zanudziła.  Do lektury podeszłam więc dość sceptycznie, ale... okazało się, że zupełnie bezpodstawnie.
„Kosiarz” nie jest najlepszą książką jaką kiedykolwiek czytałam. Zdecydowanie nie: to bardzo lekka, niekoniecznie głęboka historia, której celem jest przede wszystkim zabawienie czytelnika. I... dobrze, bo czasami takich powieści po prostu brakuje :)
Jednocześnie historia jest dobrze napisana. Jest wiele książek, które chcą być lekkie i zabawne, ale przez styl, czy jakąś nieumiejętność autora to po prostu nie wychodzi; Pratchett zaś wyraźnie świetnie się na tym zna. Nie powiem, bym śmiała się w trakcie lektury w głos, ale zdarzyło mi się parę razy uśmiechnąć pod nosem, a to jest już duży sukces. Całość napisana jest zgrabnie i choć brzmi absurdalnie to jednak nie ma w niej grama chaosu i czytelnik dobrze wie, co czyta; nie gubi się w wątkach i bez problemu nadąża za bohaterami.
Fabularnie też jest całkiem nieźle. Niestety, środkowa część wątku Windle Poonsa trochę mnie nudziła, ale poza tym bawiłam się naprawdę dobrze. Pratchett doskonale bawi się absurdem i stereotypami, pokazując nam dwie dość proste, niezbyt powiązane z sobą historie. Wątek Śmierci w pewnych chwilach ujmuje, a dzięki magowi możemy poznać Świat Dysku.
Jeśli chodzi o postacie to...po prostu uwielbiam Śmierć. Jest tak absurdalny, że nie umiem go nie lubić :) Przypomina trochę dziecko, które powoli uczy się świata dorosłych i nie zawsze wszystko rozumie, ale stara się to zrobić. Niby próbuje być straszny, ale szczerze mówiąc, nie bardzo mu to wychodzi.
Sporą zaletą tej niedługiej historii jest fakt, że nieznajomość innych książek z cyklu wcale nie odbiera nam zabawy; nie musicie wiedzieć nic o pozostałych tytułach, by odnaleźć się w „Kosiarzu”.

Nie powiedziałabym, że Pratchett to twórca, po którego każdy musi sięgnąć. To nie jest lektura obowiązkowa. Jednak wydaje mi się, że tak lekka i przyjemna forma może zaspokoić ogromną rzeszę czytelników. „Kosiarz” sprawdzi się zarówno jako lektura dla dzieci, jak i dla dorosłych. Nawet osoby, które za fantasy nie przepadają może się w niej odnajdą. W końcu całość to jeden, wielki, absurdalny żart  :)

 * * *

Jako jedyne spośród wszystkich stworzeń na świecie, trolle wierzą, że istoty żywe poruszają się w czasie do tyłu. Jeśli przeszłość jest widoczna, a przyszłość ukryta, tłumaczą, to znaczy, że musimy stać tyłem do przodu. Wszystko, co żyje, porusza się tyłem. To bardzo interesująca idea, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że wymyśliła ją rasa, która większość czasu spędza na waleniu się nawzajem kamieniami po głowach.
Fragment „Kosiarza” Terry’ego Prattchetta

piątek, 4 sierpnia 2017

Upiorna opowieść: Kolejne spotkanie z klasyką horroru

Ja naprawdę próbuję dać szansę horrorom! King już swoje pięć minut miał, nadszedł czas na innego klasyka. Szkoda tylko, że jakoś nie potrafię znaleźć w tym gatunku niczego „swojego”... :c

Tytuł: Upiorna opowieść
Autor: Peter Straub
Liczba stron: 585
Gatunek: horror

Starsi, zamożni panowie spotykają się regularnie i opowiadają sobie opowieści o duchach. Pewnego dnia jeden z nich ginie, a wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Czemu? Co jest tego przyczyną?

Powieść Petera Strauba jest moim kolejnym już – po Kingu – świadomym podejściem do horroru. Niestety, znów nieudanym. Wprawdzie „Upiorna opowieść” nie okazała się dla mnie taką masakrą, jak „Lśnienie”, czy „Czarny dom”, ale tak czy siak, ostatecznie nieźle wynudziłam się na lekturze.
Ale spokojnie, nie wynika to do końca z tego, jak Straub pisze, a ze specyfiki gatunku. Po stylu autora widzę, że ten pan piać potrafi nienajgorzej. Dobrze operuje słowem, nieźle buduje postacie, a w jednym momencie historii nawet ja dostałam dreszczy.
Niestety, horror sam w sobie wymaga budowania obyczajowego tła, co wcale do mnie nie przemawia. Zwłaszcza, że Straub postawił raczej na powolne budowanie napięcia, skupione na opisach i skakaniu w czasie i przestrzeni, co tylko mnie dezorientowało i sprawiało, że lektura irytowała mnie coraz bardziej. Kilkanaście pierwszych stron dawało mi nadzieję na naprawdę dobrą lekturę, ale z czasem było po prostu coraz gorzej.
Taki sposób pisania, jaki prezentuje autor w „Upiornej opowieści” sprawia, że spokojnie mogłabym dziesięć stron pominąć i wcale tego „nie poczuć”, zwłaszcza, że fabuła horroru jest dość klasyczna i przynajmniej mnie w żadnym razie nie zaskoczyła. Dobrze wiem, że w przypadku fanów gatunku, czy czytelników obyczajówek takie budowanie historii może być uznane za zaletę, dla mnie jednak „Upiorna opowieść” jest przede wszystkim przegadana.
Jak już wspomniałam, sama historia „Upiornej opowieści” jest dość klasyczna. Mamy grupę starszych panów, którzy się wzajemnie straszą jakimiś opowieściami oraz tajemnicę, zagadkę do rozwiązania. Z tym, że ta zagadka jest zagadką właściwie tylko dla bohaterów, bo naprawdę nie trzeba być geniuszem, by zrozumieć w miarę szybko co tu się kroi.
Chciałabym móc powiedzieć o tej książce coś więcej, ale szczerze mówiąc, nie mam pojęcia co: „nie czuje” tej lektury, wynudziła mnie i zostawiła po sobie pustkę. Niby rozumiem, o co w niej chodzi, niewątpliwie mogę polecić fanom gatunku, ale ja sama raczej prędko po inne książki autora nie sięgnę.

* * *

A w tydzień później, kiedy Ricky, próbując zwrócić jej płaszcz zatelefonował do teatru, w którym grała, dowiedział się, że na drugi dzień po przyjęciu wróciła do Nowego Jorku [...]. Nikt nie wiedział, dokąd pojechała. Znikła na dobre – zbyt młoda, zbyt nowa i nie zostawiła po sobie dość, aby stać się legendą. Tego wieczoru, który wydawał się ostatnim spotkaniem Stowarzyszenia Chowder, zwrócił się do przygnębionego Johna Jaffreya i zapytał:
– Jaka była najgorsza rzecz, którą zrobiłeś? – A John uratował ich wszystkich, odpowiadając:
– Tego ci nie powiem, ale opowiem ci o najgorszej rzeczy, jaka kiedykolwiek mi się zdarzyła –  i rozpoczął swoją upiorną opowieść.

Fragment „Upiornej opowieści” Petera Strauba

wtorek, 1 sierpnia 2017

Północna granica: Militaryzm i koty

Dawno, dawno temu na jakiejś promocji przypadkiem upolowałam „Króla bezmiarów”, czyli drugą część z serii książek Kresa. Niestety, pierwsza część jest od dawna niedostępna w sprzedaży i nie mogłam ani jej nigdzie znaleźć, ani zmusić się, by przeczytać  ją w wersji e-booka... aż do teraz :D

Tytuł: Północna granica
Tytuł serii:  Księga całości
Numer tomu: 1
Autor: Feliks W. Kres
Liczba stron: 238
Gatunek: high fantasy

W świecie Szereru panuje wojna. Północna granica atakowana jest przez ogromne ilości stworzeń zwanych Alerami. Oficer Rwat, mając do dyspozycji jedynie niewielkie wojsko oraz kota-zwiadowcę musi odeprzeć ataki.

Sięgając po książkę Kresa naprawdę nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać. Nie miałam kontaktu z autorem, opis z okładki przeczytałam tylko pobieżnie. Nie miałam ani specjalnych wymagań w stosunku co do tej książki, ale z drugiej strony z racji pochodzenia autora liczyłam, że po prostu będzie fajnie. Ostatecznie trafiłam na lekturę całkiem niezłą, ale... po prostu nie dla mnie.
Czytając „Północną granicę” pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to styl Kresa. Dość specyficzny, wyraźnie „polski” – widać, że to nie jest tłumaczenie. Autor pisze w sposób surowy, konkretny, męski. W tej powieści nie ma tak obecnie modnych żartów i żarcików, czy nawiązań do popkultury. Twórca ma do opowiedzenia konkretną historię i trzyma się swojego założenia. Dzięki temu dostajemy po prostu kawałek porządnie napisanej opowieści, bez nadmiernego przedłużania.
Niestety, książka nie przypadła mi do gustu przez... ogromną ilość militaryzmu. Świat Kresa może i jest ciekawy, ale tak naprawdę „Północna granica” ma jeden wątek i skupia się bezustannie na wojsku. Na atakach, obronie, planowaniu; tu nie ma nadmiaru emocji, tu nie ma bliskiej zażyłości z bohaterami. Jest walka. I tyle. Nie wątpię, że takie wyjście spodoba się wielu, zwłaszcza panom, którzy częściej wolą konkrety, ale dla mnie takie podejście do tematu okazało się zbyt monotonne i czasami wręcz nużące. Choć częściej sięgam po męską, niż kobiecą literaturę to jednak w tym przypadku takie wyjście mi nie odpowiadało.
Jeśli chodzi o sam świat przedstawiony to zdecydowanie podoba mi się pomysł związany z... kotami. Kres postanowił, że w jego świecie te zwierzaki będą istotami myślącymi i jedna z głównych postaci to właśnie przedstawiciel tego gatunku. Nie będę ukrywać, to jeden z niewielu (na swój sposób) uroczych elementów w tej bardzo męskiej książce. Poza tym sama kreacja świata jest ciekawa, ale nic aż tak nie zwróciło mojej uwagi jak ten wątek właśnie.
Trudno mi powiedzieć więcej o bohaterach, niż to, że są wykreowani porządnie, na miarę tej właśnie historii. Czytając, miałam wrażenie, że Kres postawił bardzo duży nacisk na pokazanie roli kobiety w wojsku i na jej problemy, związane z małą ilością pań wśród ogromnej ilości mężczyzn. Na pewno też jakiś płaczliwych i delikatnych dziewczynek się tu nie znajdzie. Poza tym choć postacie mają swoje cechy charakterystyczne to nie ma się co spodziewać tu dużej ilości psychoanalizy i innych tym podobnych rzeczy, bo w końcu to nie jest wcale książka o tym.
„Północną granicę” mogę polecić przede wszystkim fanom militaryzmu oraz kotów: te osoby zdecydowanie powinny odnaleźć się w lekturze. Poza tym nie chcę odradzać nikomu chętnemu tej książki, bo to kawałek dobrej, polskiej literatury, aczkolwiek dobrze wiem, że to nie jest książka dla każdego (w tym nie do końca dla mnie :D).

* * *

Agatra przyjaźniła się z kotem. Nigdy nie kochała żadnego mężczyzny i nie miała rodziny. Lecz tutaj, pod Północną Granicą, spotkała i obdarzyła szczerą, siostrzaną miłością zwinnego kociego zwiadowcę. Trochę śmiano się z tej przyjaźni, ale rzadko złośliwie; wszyscy o niej wiedzieli i lubili tę przyjaźń, bo było w niej coś delikatnego i bardzo, bardzo pięknego. Była ogromna... czystość, którą widziały nawet oczy szorstkich, twardych żołnierzy. W jakiś sposób – otoczono tę przyjaźń opieką. W stanicy, pośród ciągłych patroli i „wyjść", było tak niewiele rzeczy pięknych i czystych... Wszyscy chcieli, by ta przyjaźń trwała i trwała. Nikt nic do niej nie miał. Ale każdy chciał ją oglądać.

Fragment „Północnej granicy” Feliksa W. Kresa

Nomida zaczarowane-szablony