niedziela, 17 czerwca 2018

Iverson. Życie to nie gra: Sława ze slumsów


Zaczynał w slumsach. Miał jednak trochę szczęścia: jego talent do sportu został zauważony przez odpowiednich ludzi. I tak oto Allen Iverson, z biedaka, zmienił się koszykarza z milionami na koncie. Przeszłość jednak nigdy tak naprawdę go nie opuściła.

Czasem książki trafiają do mnie przypadkiem: „Iverson. Życie to nie gra” to biografia, która właśnie tak się u mnie pojawiła. Gdyby nie to, prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po pozycje o koszykarzu NBA. Po pierwsze, nie lubię gier zespołowych. Po drugie, nie interesuje się sportem w ogóle. Po trzecie, nie miałam pojęcia, kim jest Iverson przed lekturą tej książki. Ale z ciekawości po prostu postanowiłam sprawdzić z czym mam do czynienia i raczej nie żałuję, choć jednocześnie nie będę ukrywać: nie jestem zakochana w tematyce, więc automatycznie i sama książka jest dla mnie raczej obojętna.
Tytuł: Iverson. Życie to nie gra
Autor: Ian Tregillis
Tłumaczenie: Michał Rutkowski
Liczba stron: 336
Gatunek: biografia
Wydanie: SQN, Kraków 2016
Zacznijmy od tego, że ta książka to kawał dobrej, reporterskiej roboty. Autor zebrał wiele faktów i zgrabnie je ze sobą połączył. „Iverson. Życie to nie gra” ma dobrą konstrukcje: Babb postanowił przeplatać początki kariery koszykarza z opisem jego rozwodu, dzięki czemu całość jest ciekawsza i dynamiczna.          Na dodatek wszystko jest wyraźnie udokumentowane: dostajemy konkretne nazwiska, ogromną ilość cytatów oraz informacje na temat miejsc, w których dane wydarzenia miały miejsce. Po prostu trudno w tę historię nie uwierzyć.
Na dodatek sam styl Babba jest całkiem przyjemny. Oczywiście, jest bardziej surowy i mniej plastyczny niż w powieściach, ale jednak narracja autora jest po prostu dobra i przystępna dla czytelnika. Tu naprawdę nie da się pogubić.
Żałuję jedynie, że autorowi nie udało się porozmawiać z samym Iversonem, bo wywiad z nim, wpleciony elegancko w całość, byłby bardzo dobrym dopełnieniem. Niestety, nie zawsze da się zrobić wszystko, a i tak uważam, że Babb zrobił kawał dobrej roboty.
Mój problem z tą książką jest zupełnie osobisty: ja najzwyczajniej w świecie nie przepadam za Iversonem, jako postacią wykreowaną w tej biografii. To człowiek, który wyszedł z biedy za sprawą swojego talentu i ludzi, którzy o niego walczyli, a potem jednocześnie urósł w piórka, zatopił się w alkoholu i nie potrafił zajmować się własnym majątkiem. Allen Iverson w tej biografii zdecydowanie nie jest postacią w pełni pozytywną: choć Babb zauważa jego dobre cechy to również mocno piętnuje je złe, a ich nie brakowało.
Przez to, jakim człowiekiem jest Iverson, nie da się czytać tej książki jako czegoś, co da nam mocnego, pozytywnego kopniaka. Niestety, to nie jest opowieść o człowieku, który przez ciężką pracę dorobił się i stał się „kimś” – on miał talent i szczęście do ludzi wokół, zaś do treningów motywacji zdecydowanie mu brakowało. Wydaje mi się, że przez to „Iverson. Życie to nie gra” jest biografią skierowaną właściwie tylko do osób zainteresowanych tematem NBA, Iversonem, czy po prostu tym gatunkiem literackim samym w sobie.
Wszystkim fanom takiej tematyki zdecydowanie polecam. Powtórzę raz jeszcze: „Iverson. Życie to nie gra” to kawał dobrej roboty. I tyle. A to, że aby uwielbiać tę historię trzeba po prostu lubić taką tematykę to już inna para kaloszy.

* * *

– Pierdol się! – usłyszeli, jak Iverson wrzeszczy na Croce’a i dyrektora zarządzającego, Billy’ego Kinga, który wziął na siebie rolę mediatora. Zdawało się, że to koniec. Do mężczyzn znajdujących się po drugiej stronie ściany zaczęło docierać, że najbardziej utalentowana drużyna Filadelfii od lat właśnie się rozpada. Jak zawsze w przypadku Iversona i Browna prawda objawiła się w ponurych, choć jednocześnie całkiem zabawnych okolicznościach.
– Nie – odpowiedział Brown; jego zawodnicy jeszcze nigdy nie słyszeli, by tak podniósł głos. – To ty się pierdol!
Fragment „Iverson. Życie to nie gra” Kenta Babba

piątek, 15 czerwca 2018

Wywierania wpływu na ludzi: Podstawy manipulacji

Jakie mechanizmy nami rządzą? I jak jest to wykorzystywane w marketingu? Robert Cialdini odpowiada na te pytania, przytaczając praktyczne przykłady.

Tytuł: Wywierania wpływu na ludzi. Teoria i praktyka
Autor: Robert Cialdini
Liczba stron: 238
Gatunek: literatura psychologiczna, marketing
Wydanie: GWP, Gdańsk 2009
Jeżeli ktokolwiek z Was uczył się o czymś takim jak marketing, czy public relations na pewno o tej książce Cialdiniego już słyszał. To jedna z tych książek, które bardzo często pojawiają się przynajmniej w sylabusach. Niemniej, jeśli, a może właśnie tym bardziej, jeśli jeszcze nic związanego z tematem nie wiecie to… „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” będzie dla Was bardzo dobrym wyborem.
Zacznijmy od tego, że Cialdini przede wszystkim pisze bardzo, ale to bardzo prostym językiem i nie sposób uznać, że jego książka się wlecze. Zwykle literatura tego typu nie jest bardzo przyjemna, ale wyraźnie widać, że autor pisze po prostu do zwykłego, przeciętnego człowieka i po prostu chce, by ten zrozumiał o co mu chodzi. Na dodatek ogromna ilość przykładów, często nieco zabawnych, fabularyzuje całość i sprawia, że to po prostu łatwo wchodzi.
Niestety, właśnie ta duża ilość przykładów jednocześnie może być uznana za wadę książki, bo tak naprawdę w podsumowaniach rozdziałów znajdujemy wszystkie podstawowe informacje, które są konieczne, by rozumieć przedstawiane mechanizmy. To właśnie one rozciągają książkę, sprawiając, że konkretnej treści nie ma tu aż tak wiele, ale jednocześnie sprawiają, że zapamiętujemy dane mechanizmy bez żadnego problemu. Dlatego uważam, że „Wywieranie wpływu na ludzi” to lektura dobra dla osób, które dopiero chcą zapoznać się z tematem. Osoby „siedzące” w temacie po prostu zapewne już te rzeczy dobrze znają i obawiam się, że mogą się po prostu znudzić.
Warto zwrócić też uwagę na to, że książka wyszła w 2009 roku. Oznacza to, że chociaż same mechanizmy istnieją cały czas (w końcu ludzka psychika raczej nie ulega gwałtownym zmianom) to niektóre przykłady, choć wciąż przez nas kojarzone (a przez to rozumiane), są jednak nieco przestarzałe. Niemniej, nie uważam, by to była jakaś szczególna wada.
Książka Caldiniego podzielona jest na kilka rozdziałów, z których każdy opisuje metodę wywierania wpływu na ludzi. Również każdy poza ogólnym opisem zawiera informacje o tym, jak bronić się przed danym sposobem, jeśli ktoś wykorzysta go, aby nas zmanipulować. Przez to ta książka jest wręcz doskonała po prostu dla każdego: techniki, które opisuje autor po prostu nas otaczają i dobrze jest przynajmniej mieć świadomość tego, jak działają i jak ewentualnie się przed nimi bronić.
Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że Cialdini odkrywa w swojej książce coś niezwykłego. To po prostu bardzo podstawowa wiedza, którą zwykle mamy już w głowie. Niemniej, takie książki pozwalają sobie nam uświadomić, że „to coś się tak nazywa”, dzięki czemu mimo wszystko poszerzamy naszą wiedzę o świecie.
Jak już pisałam, „Wywieranie wpływu na ludzi” to książka właściwie dla wszystkich, z naciskiem na osoby, które chcą dowiedzieć się więcej o marketingu, public relations, lub o ludzkiej psychologii i manipulacji. Naprawdę, warto sprawdzić, jeśli nigdy nie mieliście styczności z tym tematem.

* * *

Jak zauważył sir Joshua Reynolds: „Nie ma takiego poświęcenia, na jakie człowiek się nie zdobędzie, by tylko unikąć wyczerpującego wysiłku myślenia”.

Fragment „Wywierania wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” Roberta Cialdiniego

środa, 13 czerwca 2018

Łowca androidów (1982): Tak inny od oryginału, a jednak... tak dobry


Na Ziemię trafia kilka androidów. Rick Decker (Harrison Ford) ma je wyeliminować. Okazuje się jednak, że to nie są zwykłe jednostki: to najnowszy model sztucznej inteligencji, która niemal niczym nie różni się od ludzi.


„Łowca androidów” z  1982 roku to już klasyka kina science-fiction. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że to po prostu dobry film. Dlatego też tym razem, zamiast skupić się zupełnie na jego analizie, pozwólcie, że porównam go z książką, na bazie której powstał, czyli na „Blade runnerze. Czy androidy marzą o elenktycznych owcach?” Dicka.
„Łowca androidów”  (1982)
ang. „Blade Runner”
reż. Ridley Scott
film science-fiction
Nim jednak do tego przejdziemy, muszę powiedzieć parę słów o wyglądzie tego filmu. „Łowca androidów” ma ponad trzydzieści lat. Mimo to.... wygląda cudownie. Widać, że twórcy naprawdę przyłożyli się do swojej pracy: większość lokacji została naprawdę zbudowana, dlatego i dzisiaj mogą zachwycać. Poza tym mroczny, ciężki klimat, w jakim utrzymana jest całość, jest po prostu wspaniały.
Wracając już do fabuły, zacznijmy od tego, że historia, którą przedstawia film jest zupełnie inna, od tego, co stworzył Dick. Twórcy wzięli z książki wiele motywów, a potem po prostu przerobili je na własną modłę. I właśnie dzięki temu „Łowca androidów” wypada aż tak dobrze.
Przede wszystkim nasz główny bohater, Rick Decker, w wersji książkowej jest podrzędnym łowcą, którego największym marzeniem jest posiadanie żywego zwierzęcia. Ma rodzinę i właściwie „klepie biedę”. Filmowa wersja tej postaci jest w pewnym sensie jego przeciwieństwem. To samotny człowiek, o którego ciągotach do zwierząt nic nie wiemy. Jest przy tym po prostu najlepszy w swoim fachu.
Samych androidów też mamy nieco mniej, a wątki z nimi związane zostały jednak nieco zmienione. Ich motywacje są inne, niż książkowe. Powiedziałabym, że są wręcz bardziej rozbudowane, a ich motywacje są bardziej ludzkie. Jednocześnie to, jak się ruszają i to, jak okrutne potrafią być sprawia, że osobiście czułam się w trakcie seansu o wiele bardziej zmieszana, niż w trakcie czytania powieści. Dick wprawdzie lubi poruszać się na granicy absurdu, ale ostatnie sceny „Łowcy androidów” moim zdaniem zdecydowanie przewyższają jego dzieło pod tym kątem.
Słabiej, niż w książce, wybrzmiewa jednak wątek Reachel (Sean Young). W filmie zabrakło miejsca na rozważania dotyczące religii i moralności, dlatego o ile w powieści ta postać jest wprowadzona właśnie po to, by pokazać nam jak te wartości funkcjonują w świecie, o tyle w ekranizacji ona... po prostu jest. Nie zrobiła na mnie większego wrażenia, a już na pewno daleko jej było do tego, co zrobił Rutger Hauer z postacią swojego androida, Roy’ego Batty’ego.

Świat Philipa K. Dicka nie jest światem z „Łowcy Androidów”, choć mają wiele punktów wspólnych. W przypadki tego filmu to jednak tylko zaleta: to po prostu osobne dzieła, z których każde wypada bardzo dobrze. Chociaż być może nie jest to film, który pokochałam całym sercem, to nie potrafię go nie docenić i nie szanować. Ta produkcja jest naprawdę jedną z tych, którą każdy powinien poznać, choćby dlatego, jak ważna jest dla światowej filmografii.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Bramy Światłości. Tom 2: Odcinek bardzo przejściowy


Wyprawa do Stref Poza Czasem w poszukiwaniu Jasności już na początku wiązała się z dużym ryzykiem, zarówno dla podróżników, jak i tych, którzy zostali, strzegąc bram Królestwa oraz Głębi. Im jednak ta dłużej trwa, tym bardziej wzmaga się związane z nią niebezpieczeństwo.


Gdy został wydany drugi tom „Bram Światłości” opinie o nim niekoniecznie były bardzo pochlebne. Nie zmieniło to jednak faktu, że po książkę sięgnąć bardzo chciałam, bo najzwyczajniej w świecie lubię czytać o przygodach Świetlistych Kossakowskiej. W trakcie jednak okazało się, że mimo wszystko, krytyczne głosy mają w sobie sporo racji.
Tytuł: Bramy Światłości. Tom 2
Tytuł serii: Zastępy anielskie
Numer tomu: 6
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Liczba stron: 560
Gatunek: angel fantasy
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2018
Zacznijmy od tego, że ja dalej po prostu lubię styl tej autorki. Fakt, w tym tomie bardziej, niż w poprzednich rzuciło mi się w oczy jej dość specyficzne prowadzenie narracji. Mianowicie, z jednej strony Kossakowska raczy nas poetyckimi wręcz porównaniami, a z drugiej chwilę później wrzuca do tekstu takie słowa jak „fajnie”, co po prostu kontrastuje z całością. Niemniej, mi akurat w jej przypadku to odpowiada. Zwłaszcza, że całość czyta się wręcz błyskawicznie, chociaż przyznam, że tu po prostu swój wkład ma sam układ tekstu. Niestety, jak na Fabrykę Słów przystało marginesy i czcionka są wręcz olbrzymie, co sprawia, że te pięćset stron pewnie spokojnie dałoby się zmieścić na dwustu.
Bohaterowie – jak zawsze w tej serii – są po prostu sympatyczni. Lubię ich obserwować, choć jednocześnie żałuję, że dalej wątek Razjela spychany jest na zdecydowanie dalszy plan, niż ten dotyczący Daimona. Niemniej, rozumiem to: w końcu Pan Tajemnic na wyprawę w poszukiwaniu Jasności się nie wybrał, a to przecież o niej jest ta lektura. Brakowało mi jednak też Piołuna, który w tomie pierwszym wiódł prym: w przypadku kontynuacji spotykamy się z nim zaledwie na samym początku, a potem zupełnie znika z kart powieści.
Niemniej, wiele z głosów uznało, że tom drugi jest tomem zupełnie niepotrzebnym i… po części muszę się z tym zrobić. Mimo że książka wydaje się bardzo obszerna to tak naprawdę opisuje jedną przygodę z trasy, którą swobodnie można byłoby skrócić, albo podzielić na pół, robiąc dwa, a nie trzy tomy „Bram Światłości”. Zwłaszcza, że szczerze mówiąc… ona sama w sobie nie jest wyjątkowo porywająca. Gdyby nie bohaterowie i styl Kossakowskiej zapewne prędko bym się całością znudziła.
Tym razem jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę w ten negatywny sposób, a mianowicie: wykłady prezentujące nam nowe postacie. Naprawdę, co najmniej dwa razy jeden z bohaterów dostaje monolog na temat istot zamieszkujących Strefy Poza Czasem i po prostu łopatologicznie wyjaśnia nam, kim to stworzenie jest. Przyznam, że w moim odczuciu nie było to do końca wyważone.
Niemniej, by nie kończyć negatywnym tonem, muszę znów oddać Kossakowskiej sięganie do tych mniej znanych mitologii. W „Rudej sforze” sięgnęła do wierzeń ludów syberyjskich, w poprzednim tomie – do wierzeń hinduskich. Tym razem zaś dostajemy mitologie Azteków, która moim zdaniem wielu osobom może przypaść do gustu.
Choć dla fanów serii „Bramy Światłości. Tom 2” to pozycja obowiązkowa i choć sama bawiłam się przy niej nieźle to muszę przyznać, że Kossakowska ma na swoim koncie ciekawsze powieści z tej serii. Cóż, przychodzi mi czekać tylko na tom trzeci, by zorientować się, czy zakończenie wypadnie lepiej od środkowej, przejściowej części.


* * *

Stojąc w oknie, w obliczu chłodnej, obojętnej nocy, czuł, że nic już do niego nie należy. Nic nie potrafi zdziałać, niczemu zaradzić. Stał się drobiną życia, rzuconą w kosmiczny wir zdarzeń. Iskrą, która zaraz może zgasnąć.
Fragment „Bram Światłości. Tomu 2” Mai Lidii Kossakowskiej

sobota, 9 czerwca 2018

12 książek - znajdź jakąś dla siebie!


Ostatnio pewną radość sprawia mi tworzenie dla Was list książkowych, a po statystykach stwierdzam, że i Wy za nimi przepadacie. Dlatego dziś mam dla Was kolejne zestawienie. Tym razem to kilka tytułów z poleceniami dla konkretnych osób: nawet jeśli mi jakaś książka nie do końca się podoba to wiem, że są pewne grupy, którym podobać się jak najbardziej może, dlatego po prostu mam nadzieję, że coś tutaj dla siebie znajdziecie. Prawie wszystkie książki, o których tu piszę, już pojawiły się na blogu, dlatego przy okazji podrzucę Wam linki do moich pełnych opinii o nich.
Jeśli spodoba się Wam ten post, dajcie znać – na pewno pojawi się ich więcej.


 „Ani słowa prawdy” Jacka Piekary
Dla osób lubiących przygody
Dla fanów lekkiej fantastyki
Dla fanów niekonwencjonalnych pomysłów
Dla tych, którzy nie lubią, gdy wszystko jest „na serio”
✓  Dla fanów zbiorów opowiadań z jednym bohaterem

„Narzeczona Fabiana” Margit Sandermo
Dla romantycznych kobiet
Dla tych, którzy lubią odważne bohaterki
Dla osób, które lubią powieści „historyczne” z zaledwie odrobiną historii
Dla fanów lekkich powieści
Dla tych, których bawią intrygi na królewskim dworze
Dla fanów powieści jednotomowych

„I nie było już nikogo” Aghaty Christie >>
Dla osób, które chcą zapoznać się z Aghatą Christie
Dla tych, którzy szukają powieści jednotomowej
Dla fanów dobrych zagadek
Dla tych, którzy lubią, gdy wiersze łączą się z treścią
Dla fanów klasycznych kryminałów

„Tropem Zaginionych” Suanah Charleson
✓ Dla fanów psów
Dla osób, których interesuje praca psa-ratownika
Dla tych, którzy lubią życiowe historie
Dla osób kochających golden retrivery

„Maladie i inne opowiadania” Andrzeja Sapkowskiego
Dla fanów opowiadań
Dla wielbicieli pięknego stylu
Dla fanów fantastyki
Dla fanów „Wiedźmina”
Dla osób, które uwielbiają opowieść o „Tristanie i Izoldzie”

„Księga bez tytułu” Anonima
Dla fanów długich serii
Dla osób, które uwielbiają zabawę popkulturą
Dla fanów rozlewu krwi w literaturze
Dla tych, których bawi czarny humor

„Korona śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej >>
Dla osób, które uwielbiają trylogie
Dla tych, którzy kochają grube książki
Dla fanów kobiecego, choć nie delikatnego stylu
Dla tych, którzy szukają odrobiny magii
Dla każdego, kto chce poznać historię Polski podaną w przystępny sposób
Dla fanów politycznych zagrywek

„Oko jelenia. Droga do Nidaros” Andrzeja Pilipiuka >>
Dla fanów krótkich powieści, ale długich serii
Dla fanów absurdalnych historii
Dla tych, którzy szukają lekkiej fantastyki
Dla tych, którzy szukają przyjemnej książki na rozluźnienie się
Dla osób, które nie podchodzą do literatury zbyt poważnie

„Solaris” Stanisława Lema >>
Dla osób, którzy chcą zapoznać się ze Stanisławem Lemem
Dla tych, którzy chcą poznać klasyką science-fiction
Dla osób, których interesuje warstwa filozoficzna w literaturze
Dla fanów ciekawych pomysłów na inne światy
Dla fanów odległych planet

„Prawo Mojżesza” Amy Harmon >>
Dla młodzieży
Dla fanek romansów, choć niekoniecznie tych zupełnie szczęśliwych
Dla tych, którzy szukają w powieści odrobiony kryminału
Dla tych, którzy szukają w powieści delikatnego wątku paranormalnego
Dla tych, którzy lubią powieści osadzone na amerykańskiej wsi

„Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciecha Tochmana >>
Dla osób, które szukają ciekawego reportażu
Dla tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej na temat ludobójstwa w Rwandzie
Dla osób, które szukają historii, która porządnie je poruszy
Dla osób, które chcą zobaczyć nawet to najbardziej krwawe oblicze świata

„Piąta pora roku” N. K. Jemisin >>
Dla tych, którzy szukają w fantastyce czegoś więcej
Dla fanów fantasy
Dla osób, które nie boją się nietypowej narracji
Dla tych, których zachwycają ciekawe pomysły na kreacje świata

Dla szukających przygód

czwartek, 7 czerwca 2018

Ucz się angielskiego... oglądając!

Jestem humanistką, nie lingwistką i to zdecydowanie we mnie widać: nauka języków nie jest moją mocną stroną. Angielski jednak otacza mnie od zawsze, jak pewnie większość z Was i uważam, że... po prostu dobrze jest go rozumieć. Wprawdzie za czytanie książek w tym języku po prostu nie potrafię się zabrać to seriale, czy filmy zdarza mi się oglądać bez napisów, czy lektora. Wiem dobrze, że wiele osób boi się jednak zrezygnować z polskiego tłumaczenia, dlatego choć nie nauczę Was po angielsku czytać to mam nadzieję, że kilka rad dotyczących oglądania filmów/seriali w oryginale pomoże Wam się w to wdrożyć.

Nim przejdę do konkretnych przykładów wyjaśnijmy sobie dwie rzeczy. Po pierwsze: nie ma po co rzucać się na głęboką wodę. Najpierw osłuchajcie się z językiem, choćby przez oglądanie rzeczy z polskimi napisami. Dobrym wyborem będą też np. instruktażowe filmiki na Youtube (np. DIY, dotyczące gotowania, makijażu itd.), bo tam z kontekstu łatwo jest wywnioskować o co chodzi. Następnie dobrze jest przerzucić się na napisy angielskie i dopiero, jak poczujecie się w miarę pewnie włączyć coś zupełnie bez żadnego wsparcia. Czemu? Po prostu dzięki temu zmniejszacie ryzyko, że sparzycie się na początku i przez to nie będziecie mieli ochoty na oglądanie w oryginale w ogóle.
Po drugie, sam wybór seriali, czy filmów na początku jest bardzo istotny. Moim zdaniem na początku najlepiej sprawdzają się te, które są dość schematyczne i proste w konstrukcji, dzięki czemu nawet, jeśli umknie Wam jakieś słowo w kontekście to i tak będziecie w stanie śledzić fabułę. Dobrze może sprawdzić się też powrót do seriali, czy filmów z dzieciństwa, które mniej więcej znacie, choć nie pamiętacie ich w pełni. Słownictwo w nich jest w miarę proste, a zgubienie się w już wcześniej poznanej historii jest naprawdę trudne.
Na początek odrzuciłabym jednak czyste komedie: jednak żarty często polegają na grze słowami i jeśli nie wyłapujecie ich jeszcze za dobrze to raczej po prostu się na nich nie pośmiejecie. Ale jeśli już zaczniecie, obiecuje, że w oryginale wypadają zdecydowanie lepiej, niż z tłumaczeniem :D
No dobra, to czas na przykłady!


„Confess” (2017)
Serial na podstawie książki Coleen Hoover o tym samym tytule ma siedem odcinków trwających po dwadzieścia minut – to naprawdę nie jest długi serial. Na dodatek... to romans, oparty na dość popularnej książce o niezbyt skomplikowanej fabule. Choć nie uważam, by był szczególnie dobry to na oglądanie po angielsku nadaje się bardzo dobrze, bo w nim naprawdę trudno będzie się Wam zgubić.  Także: fani Hoover oraz romansów, którzy chcą zabrać się za podszkolenie języka... to jest coś dla Was!

„Atypowy” (2017-)
Pod moją opinią na temat tego serialu pojawiło się wiele kontrowersji i choć Wasze zdanie o nim jest podzielone, to uważam, że trudno o lepszy serial do nauki języka, głównie dlatego, że pod względem treści jest naprawdę prosty. Akcja kręci się wokół rodziny głównego bohatera i szkoły, przez co słownictwo w nim zawarte jest raczej przystępne i przydatne, a fabuła – choć składa się w całość – jest bardzo prosta.

„Lucyfer” (2016-)
To doskonały przykład bardzo schematycznego serialu, w którym bez problemu załapiecie, o co chodzi. „Lucyfer” to serial kryminalny z bonusem w postaci wątków nadnaturalnych. Niemniej, schemat akcji jest bardzo zbliżony do takich seriali jak „CSI”, czy „Kości” i naprawdę, pogubić się w nim praktycznie nie da. Wprawdzie uważam, że nie jest to ani najbardziej ambitny serial, ani nie ma najlepszych zagadek kryminalnych, lecz główny bohater ma w sobie trochę charyzmy i uroku, a na dodatek mówi bardzo wyraźnie, także... do nauki języka nada się doskonale.

„John Wick” (2014)
Filmy akcji stoją raczej obrazem, niż tekstem i ten nie jest wyjątkiem. Nie tylko jest dobrze nakręcony i daje sporo frajdy w samym oglądaniu, ale przy tym jego treść jest na tyle prosta, że nie powinniście mieć problemów ze zrozumieniem historii, oglądając ją w oryginale. Jeśli więc tylko macie ochotę podszkolić język patrząc na chyba niestarzejącego się Keanu Reevsa to... jak najszybciej zabierzcie się za ten film.

Les Miserables” (2012)

Musical? Do nauki języka? Jasne, choć polecałabym go na początku oglądać z napisami (w końcu piosenek czasem i po polsku nie rozumiemy dobrze za pierwszym razem). To bardzo dobra historia, którą warto poznać, z piosenkami, które wpadają w pamięć, a co za tym idzie: sprawiają, że uczycie się kolejnych słów.

wtorek, 5 czerwca 2018

Rycerze pożyczonego mroku: Sierota, który stał się rycerzem



Denzin niedawno skończył trzynaście lat, a od drugiego roku życia mieszka w sierocińcu. Dlatego gdy niespodziewanie zostaje zaproszony przez ciotkę do jej domu, nie potrafi ukryć zdziwienia. Tym bardziej, że prędko wychodzi na jaw to, czym ona i jej przyjaciele się zajmują: są Rycerzami  Pożyczonego Mroku, którzy walczą z istotami przybyłymi z innego wymiaru. I wszystko wskazuje na to, że Denzin jest także jednym z nich.

Tytuł: Rycerze Pożyczonego Mroku
Tytuł serii: Rycerze Pożyczonego Mroku
Numer tomu: 2
Autor: Dave Rudden
Tłumaczenie: Dominika Repeczko
Liczba stron: 311
Gatunek: przygodowe fantasy dla młodzieży
Wydanie: Jaguar, Warszawa 2017
Typowo młodzieżowe, przygodowe fantasy to coś, co kojarzy mi się z często dość prostackim humorem i ogromną ilością schematów. Dlatego też „Rycerze pożyczonego mroku”, książka z tytułem, który już sam w sobie wydaje się żartem, wzbudzili we mnie lęk przed tym, co zastanę wewnątrz. Na całe szczęście – niepotrzebnie. Wprawdzie to dalej typowo młodzieżowa fantastyka, ale w jej treści jednak możemy znaleźć coś nieco lepszego, niż mógłby sugerować tytuł i stosunkowo kiczowata okładka.
Nie będę tu nikogo oszukiwać: ta książka to naprawdę dość zwyczajne fantasy tego pokroju. Absolutnie niczym szczególnym nie zaskakuje: dostajemy młodego bohatera, który jest na swój sposób wyjątkowy i który musi nauczyć się obchodzić ze swoimi umiejętnościami, aby walczyć z siłami zła. Niemniej, na tle innych podobnych dzieł wcale nie wypada źle.
Przede wszystkim nasz Denzin nie jest tym jedynym wyjątkowym, który od początku ma umiejętności wyróżniające go od absolutnie wszystkich: jest raczej zwykłym wśród niezwykłych. Co prawda jego przeszłość osnuta jest pewną tajemnicą, jednak nie wpływa bezpośrednio na niego.
Ponad to wymyślony przez Ruddena świat po dopracowaniu mógłby spokojnie funkcjonować jako podstawa do stworzenia książki urban fantasy skierowanej do starszego czytelnika. Oczywiście, jak na literaturę młodzieżową przystało, mamy wewnątrz liczne uproszczenia, wiele rzeczy jest nieodpowiedzialnych, dziurawych, albo przerysowanych, ale sam motyw, który wymyślił nie razi i myślę, że mogłoby się z tego urodzić coś nieco więcej, gdyby tylko autor miał na to ochotę.
Nie mam się też co przyczepić samego stylu autora. Całość czyta się bardzo lekko i szybko. Na szczęście nie spełniły się też moje obawy co do wręcz żenującego humoru: książka wbrew pozorom traktuje siebie stosunkowo poważnie i głupich żartów wewnątrz, ku mojej uldze, raczej nie ma. „Rycerze pożyczonego mroku” nie próbują być komedią i osobiście naprawdę na to nie narzekam.
Nie ma jednak co ukrywać: ta powieść jest debiutem, na dodatek skierowanym do młodszej publiczności. Dlatego mimo wszystko sama narracja nie była idealna, a przynajmniej nie w moim odczuciu. Mniej więcej do połowy książki mamy głównie dość prostą ekspozycje, w której główny bohater rozmawia z przedstawicielami Zakonu Rycerzy Pożyczonego Mroku i dowiaduje się wszystkiego, co jest potrzebne i czytelnikom, i jemu, do zrozumienia świata przedstawionego. Nie jest to czymś w pełni złym: mam wrażenie, że młody czytelnik właśnie tego często oczekuje, a że styl Ruddona jest bardzo lekki to te fragmenty nie dłużą się jakoś szczególnie. Niemniej, trudno to też nazwać dobrym sposobem na przedstawienie czytelnikowi świata. Zdecydowanie można to było zrobić lepiej.
O ile więc pierwsza połowa powieści to właśnie ekspozycja, tak w drugiej całość mocno rusza z kopyta: wtedy zaczyna się i przygoda, i akcja, która wypada całkiem pozytywnie, choć skłamałabym mówiąc, że kompletnie w niej zatonęłam.
„Rycerze pożyczonego mroku” to książka, która spełnia swoje zadanie jako młodzieżowa powieść przygodowa z gatunku fantasy. Jest lekka i przyjemna w odbiorze, przy okazji nie ma w sobie szczególnie rzucających się w oczy dziur fabularnych, czy logicznych. Niemniej, to powieść skierowana przede wszystkim do tych młodszych czytelników: dla starego wyjadacza to jednak trochę za mało, by czytając ją, móc wybornie się bawić.


* * *

– Bez względu na to, co wybierzesz, będziesz musiał przejść pewne przeszkolenie… żeby się upewnić… że nie dojdzie do wypadków, jeśli stracisz panowanie nad sobą.
– Wypadków?
– Moc się w tobie obudziła – odpowiedziała Vivian. – Tego nie można zignorować. Musisz się nauczyć ją kontrolować. W przeciwnym wypadku może się ujawnić w najmniej spodziewanym momencie, gdy stracisz panowanie nad sobą, albo poczujesz silne emocje. Dlatego musieliśmy cię tu sprowadzić.

Fragment „Rycerzy pożyczonego mroku” Dave Ruddena


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony