środa, 18 kwietnia 2018

KONKURS! Wygraj „Rzeczowo o modzie męskiej”!


No i w końcu nadszedł ten czas… Czas na pierwszy w historii Drewnianego Mostu konkurs. Mam dla Was egzemplarz jednej z książek, o której ostatni pisałam, czyli – jak widzicie powyżej – „Rzeczowo o modzie męskiej”. Moją opinię o niej znajdziecie TUTAJTo bardzo ładnie wydany poradnik, który świetnie nada się na prezent, także dziewczyny (bo wiem, że jest tu Was najwięcej), nie martwcie się, że to nie książka dla Was. Na pewno macie obok jakiegoś pana, czy to męża, chłopaka, tatę, czy dziadka, który chętnie z tej książki skorzysta. Jak wziąć udział w konkursie? Bardzo prosto! Już Wam podaje wszystkie informacje. Ale na początek mały regulamin.

Regulamin konkursu:
1.     Organizatorem konkursu jest autorka bloga.
2.     Sponsorem nagrody jest portal Czytam Pierwszy.
3.     Koszt wysyłki nagrody pokrywa organizator.
4. Nagrodą jest jeden egzemplarz książki „Rzeczowo o modzie męskiej” Michała Kędziory.
5.     Aby wziąć udział w konkursie należy posiadać adres korespondencyjny na terenie Polski.
6.     Konkurs odbywa się na zasadzie losowania.
7.     Aby zdobyć losy, należy wykonać zadania podane w dalszej części wpisu.
8.     Zgłoszenia przyjmowane są do 30 kwietnia 2018 roku.
9.     Wyniki zostaną ogłoszone do tygodnia po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń. 
10.  Wyniki będą ogłoszone na blogu. Jednocześnie zwycięzca, jeśli poda w zgłoszeniu swój adres e-mail, zostanie przeze mnie prywatnie poinformowany. Zwycięzca ma trzy dni na zgłoszenie się do organizatora.
11.  Wysyłka nagrody będzie miała miejsce w ciągu dwóch tygodni od ogłoszenia wyników.
12.  Regulamin w razie potrzeby może ulec zmianie.


Jak zdobyć losy?
Po pierwsze: zgłosić się pod tym postem w komentarzu zgodnie z poniższym formularzem.  Podstawowe zgłoszenie to jeden los.
Aby zwiększyć swoją szansę na wygraną, możecie zdobyć większą ilość głosów:
– Poprzez zaobserwowanie mojego bloga.
– Poprzez obserwacje fanpage Drewnianego Mostu na Facebooku oraz obserwacje mniena Instagramie. W przypadku fanpage podajecie imię i pierwszą literę swojego nazwiska.
– Poprzez udostępnienie banneru konkursowego, który widzicie u góry (1 udostępnienie = 1 dodatkowy los). Pamiętajcie, aby post udostępniać publicznie!

Formularz zgłoszenia:
Zgłaszam się!
E-mail:
Bloga obserwuje jako:*
Fanpage obserwuje jako:*
Instagram obserwuje jako:*
Baner udostępniam:*
Pola oznaczone * nie są obowiązkowe.



Niech szczęście Wam sprzyja! Powodzenia!
Sponsorem nagrody jest portal Czytam Pierwszy
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl





poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Biały kruk: Przeciętny paranormal romance


Matka Piper zginęła. Jej ojciec wysyła więc zarówno ją, jak i jej młodszego brata do babci, mieszkającej na odciętej od świata wyspie, z którą dziewczyna nigdy nie miała kontaktu. Na miejscu Piper zaczyna odkrywać rodzinne tajemnice i odkrywa, że jej życiu grozi niebezpieczeństwo… Tylko co wspólnego ma z tym nowo poznany i zabójczo przystojny chłopak, Zane?
  
Tytuł: Biały kruk
Tytuł serii: Raven
Numer tomu: 1
Autor: J. L. Weil
Tłumaczenie: Edyta Świerszczyńska
Liczba stron: 376
Gatunek: paranormal romance
Wydanie: Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2018
Ostatni raz po jakże popularne paranormal romance sięgnęłam we wrześniu 2017 roku. Minęło więc parę dobrych miesięcy, dlatego nadszedł najwyższy czas, aby sprawdzić kolejną pozycję z tego gatunku: bo choć za nim osobiście nieszczególnie przepadam to wciąż głęboko wierzę, że w końcu trafię na fantastyczny romans, który będę mogła z ręką na sercu polecić. Niestety, „Biały kruk” J. L. Weil zdecydowanie tym wyjątkowym wyjątkiem nie będzie.
Ta niebieska książka jest pierwszą książką fantastyczną, wydaną przez Wydawnictwo Kobiece, z którym wcześniej nie miałam do czynienia. Nic dziwnego: wydają głównie romanse, a to nie są książki dla mnie. Z resztą, „Biały kruk” też takową nie jest. To bardzo przeciętny paranormal romance, który być może nie jest książką wybitnie złą, ale jednocześnie taką, która ma w sobie wszystkie problemy typowe dla tego gatunku.
Nasza główna bohaterka, Piper, jest jednocześnie narratorką całej historii. Ma siedemnaście lat i początkowo kreowana jest przez autorkę jako osoba przywiązana do swojego brata oraz najlepszego przyjaciela. Jest dziewczyną, która niby się buntuje, nosząc glany i kochając czarny kolor, ale jednocześnie – ma serce we właściwym miejscu. Niestety, wszystko zmienia się, gdy poznaje Zane’a, czyli naszego adoratora. Wtedy nie tylko zupełnie olewa swojego przyjaciela, w którym w gruncie rzeczy była trochę zakochana, ale też pokazuje, jak wredny ma charakter.
Widzicie, z tyłu książki, w krótkiej notce o autorce, możecie przeczytać, że J. L. Weil często nadaje swoim bohaterkom niewyparzony język. Z tym, że ten krótki tekst nie wspomina o tym, że stworzona przez nią Piper jest po prostu bardzo niegrzeczna i bardzo często po prostu obraża ludzi. Nie potrafi nie wyzywać Zane’a od dupków w każdej możliwej chwili, nawet, jeśli ten jest dla niej miły, albo – co gorsza – ratuje ją z opresji. Poza tym nasza blondwłosa, nastoletnia piękność jest osobą bardzo niezdecydowaną i niedojrzałą, która potrafi myśleć tylko o tym, jak mogłaby przelecieć Zane’a (oczywiście, nie dosłownie, inaczej nie mogłoby to być young adult. Ale kontekst jest jasny).
Mam wrażenie, że autorka chciała tymi zabiegami sprawić, by Piper była pewną siebie, silną postacią. Niestety, nie wychodzi to za dobrze: i tak, i tak jest po prostu damą w opresji, którą ktoś musi cały czas ratować. Smuci mnie jedynie fakt, że niestety, młode dziewczyny pewnie po części się z nią utożsamią… a raczej nie jest to wzór dobry do naśladowania.
Dość już jednak o Piper! Chyba warto powiedzieć też o innych aspektach tej lektury. Przede wszystkim autorka nawet nie próbuje udawać, że tu chodzi o coś więcej, niż o romans: niegrzeczny Zane pojawia się prędko na karach książki i już z nich nie znika. Wprawdzie niby mamy tu cały wątek związany z fantastycznym światkiem, jednak prawda jest taka, że wystarczyłoby podmienić ten element na gangi, mafię lub cokolwiek innego i historia wcale by na tym nie straciła. Jeśli ktoś zna przynajmniej kilka paranormalnych romansów bez wątpienia nie będzie niczym zaskoczony w trakcie lektury „Białego kruka”.
Styl Weil jest – jak w takich książkach bywa – bardzo prosty. Przez to powieść wręcz się połyka: nie dość, że nie jest długa to jeszcze po prostu czuta się ją bardzo, bardzo szybko. Niestety, o ile to można uznać za zaletę, o tyle już fakt, że styl jest raczej infantylny już niekoniecznie. Niemniej, w tym przypadku mogę przymknąć na to oko: to w końcu powieść dla młodzieży, a im po prostu pozwala się na więcej tego typu wpadek.
Nie uważam, aby „Biały kruk” był absolutnie najgorszą książką w swoim gatunku. Absolutnie nie – czytałam gorsze. W nim wypada po prostu bardzo przeciętnie i podejrzewam, że osoby, które takie powieści czytają, raczej nie będą na nią szczególnie narzekać. Niestety, to lektura tylko dla takich osób. Nie jest to pozycja godna polecenia komukolwiek innemu. A szkoda, bo naprawdę marzy mi się romans paranormalny, który przy okazji byłby po prostu dobrą książką.



* * *

– Zane, przestań się na chwilę dąsać i oddaj damie swoją bluzę. Zimno jej.
Próbowałam protestować, ale już zdjął ją z polana i mi ją podał.
– Proszę – powiedział ten mroczny i grzesznie piękny półbóg.
Nie cierpiałam tego. Nie cierpiałam jego.
Kłamca, kłamca, kłamca, powtarzała moja podświadomość.
Fragment „Białego Kruka” J. L. Weil



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiece!
Książkę znajdziecie w księgarniach od 26 kwietnia 2018!

niedziela, 15 kwietnia 2018

Pogadajmy o książkach X: Tym razem w radiu nie tylko literacko!


 
Hej! Już dawno nie zapowiadałam Wam Raportu Literackiego, a to głównie przez święta, w trakcie których nie było mnie na nagraniach. W każdym razie – już wracam!
Standardowo w poniedziałek o 20:00 oraz we wtorek o 14:00 będziecie mogli usłyszeć właśnie nasz Raport, w którym tym razem po prostu pomówimy sobie o książkach, które lubimy. Ja oczywiście będę mówiła o mojej ukochanej fantastyce, ale zapraszam także, jeśli interesuje Was absurdalna komedia oraz książki związane z przemocą wobec kobiet.
To jednak absolutnie nie wszystko! W czwartek o 20:00 oraz piątek o 14:00 będziecie mogli posłuchać Misz Maszu Kurturalnego, w którym będę współprowadzącą. Zapraszam – bo będzie interesująco. Do naszego studia wpadnie gość, z którym pomówimy sobie o cosplay’u i… zapewne o wielu innych sprawach mniej, lub bardziej z tematem związanych.
Oczywiście cały czas na antenie leci moje Kartkowanie, czyli krótką audycje z nowościami literackimi, na którą możecie wpaść niemal codziennie. 
Radia możecie słuchać online TUTAJ.

sobota, 14 kwietnia 2018

Popiół i kurz: Pomiędzy światami i gatunkami

W krainie pomiędzy króluje popiół i kurz. Mieszkają w nim upiory i zmarli, zagubieni po śmierci. A on, samozwańczy Charon, pomaga tym, którzy jeszcze zupełnie nie zwariowali w przeniesieniu się do światła.
Tytuł: Popiół i kurz. Czyli opowieść ze świata pomiędzy
Autor: Jarosław Grzędowicz
Liczba stron: 480
Gatunek: dark fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2015

Nagrodzona Zajdlem powieść Grzędowicza nie mogła nie pojawić się na mojej półce. Przed zapoznaniem się z nią umyślnie unikałam wszelkiej maści spoilerów, dlatego brałam się za nią właściwie zupełnie „na czysto”. I dobrze, bo dzięki temu ta niedługa powieść była dla mnie naprawdę przyjemną odskocznią od rzeczywistości.
„Popiół i kurz” oscyluje gdzieś pomiędzy dark, a urban fantasy. To dość mroczna opowieść, chwilami przypominająca horror, choć mająca też w sobie elementy przygodówki, czy kryminału. Większa część opowieści rozgrywa się w świecie Ppmiędzy, do którego nasz główny bohater ma dostęp. To rzeczywistość pełna demonów i upiorów, w której wszystko jest dziwne i w przerażający sposób karykaturalne.
Wszystko rozpoczyna „prolog”, będący właściwie opowiadaniem Grzędowicza, czyli „Obol dla Lilith”, wyjaśniający, jak mniej więcej działa świat przedstawiony. Już ono samo w sobie zaciekawia i jest dobrą, zamkniętą całością.
Ponieważ nie jest to długa książka, trudno tu mówić o wielowątkowości, jednak na pewno ma kilka ciekawych wyjść fabularnych. Miałam też wrażenie, że autor łączy swoje „uniwersa” – świat pomiędzy wydaje się wręcz idealnie pasować do „krainy” wykreowanej w „Księdze jesiennych demonów”. Dlatego też jeśli spodobały się Wam tamte opowiadania Grzędowicza to i „Popiół i kurz” będzie dobrym wyborem.
Ale nie tylko! Fani „Pana lodowego ogrodu” też nie powinni narzekać, bo pod względem stylu to właśnie do niego bliżej jest tej powieści. Grzędowicz posługuje się tu raczej prostym stylem, unikając nadmiaru opisów. Wprawdzie najsłynniejsza seria tego autora ma zdecydowanie lżejszy klimat, ale to nie zmienia faktu, że właśnie sam styl pozostaje bardzo zbliżony.
Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, jak nazywa się nasz główny bohater: wypowiada się z pierwszej osoby i raczej sam siebie nie nazywa, a że jest człowiekiem stosunkowo samotnym nie buduje tu też jakiś głębokich relacji. Jest jednak dobrym bohaterem, chyba trochę podobnym do Vuko ze wspomnianego już cyklu Grzędowicza: nie jest ideałem, ale to po prostu surowy facet z zasadami. 
Wracając do relacji bohatera z innymi, w całości pojawia się jedna, lecz choć jest ważna fabularnie to w gruncie rzeczy trwa zaledwie chwilę. W końcu to krótka książka przepełniona akcją: wszystko dzieje się tu w ciągu maksymalnie kilku dni.
Niemniej, to kreatywna i po prostu porządnie skonstruowana historia. Wprawdzie nie nadzwyczaj zaskakująca, ale na pewno warta zainteresowania. Jarosławowi Grzędowiczowi nie brakuje wyobraźni i to zdecydowanie w tej powieści widać.
Wydanie, jak na Fabrykę Słów przystało, ma bardzo dużą czcionkę, co mi zawsze u nich trochę przeszkadza, poza tym nie wiem, kto wpadł na pomysł, by obić wnętrze pomarańczowym kolorem, ale poza tym książka prezentuje się naprawdę nieźle, zwłaszcza w komplecie z innymi książkami Grzędowicza. Jej okładka ma swój klimat (choć trudno mi powiedzieć, w jaki sposób nawiązuje do treści, poza barwą), a ilustracje wewnątrz dobrze dopełniają całość.
Jeśli szukacie dość mrocznej, ale niedługiej i pełnej akcji książki fantasy – „Popiół i kurz” jest dla Was. Nie jest to lektura nadzwyczaj ambitna, która zmieni Wasze życie, ale w dalszym ciągu to książka dobrze napisana, która w końcu została doceniona przez polski fandom. No i… Grzędowicza po prostu dobrze jest znać. Dla swojej własnej świadomości oraz rozrywki, jaka płynie z czytania jego książek.


* * *

Nie ma bodaj nic gorszego niż dzwonek przeklętego aparatu w środku nocy. Nigdy nie oznacza niczego dobrego. Nie mam pojęcia dlaczego, ale mieszkańcy tej planety nigdy nie budzą cię telefonem, żeby powiedzieć, że wygrałeś milion dolarów, odziedziczyłeś majątek, przyjmują cię do pracy albo nominują do nagrody. Lekarz nie zadzwoni o trzeciej rano, żeby powiedzieć ci, że jednak jesteś zdrowy. Takie rzeczy mogą poczekać. Natomiast żeby poinformować cię o tym, że ktoś z twoich bliskich nie żyje, zostałeś zrujnoowany, deportowali cię do Mongolii, coś spłonęło albo wybuchła zaraza, powiedzą ci natychmiast, będą dobijać się do drzwi, wywloką z wanny, wyciągną z łóżka. Zupełnie jakby nie mogli znieść myśli, że jeszcze przez kilka godzin będziesz żył normalnie i chcą ci zwalić niebo na głowę bez najmniejszej zwłoki. Jedyne, co nie może poczekać do rana, to właśnie te rzeczy, na które nic nie będziesz mógł poradzić.

Fragment „Popiołu i kurzu” Jarosława Grzędowicza

czwartek, 12 kwietnia 2018

Król magii: A gdyby tak połączyć Pottera i Narnię?

Fillory to magiczna kraina, w której rządzą dwie królowe i dwóch królów. Wśród nich jest nastoletni Quentin. Gdy chłopak dowiaduje się, że jedna z wysp nie płaci podatków wybiera się na nią wraz z Julią. Będąc na niej, przez przypadek znów trafia na Ziemię.

Czytając pierwsze strony „Króla magii” od razu nasunęło mi się jasne skojarzenie: czy to nie jest przypadkiem końcówka ostatniego tomu „Opowieści z Narnii”? Prędko okazało się, że moje wrażenie było jak najbardziej słuszne. Książka Grossmana wydaje się być połączeniem serii C. S. Lewisa i Harry’ego Pottera, tylko… w o wiele gorszej wersji.
Ponieważ powieść wygrałam w konkursie nie miałam wcześniej styczności z tą serią, mimo że „Król magii” jest już tomem drugim. Jest to jednak tak prosta i jednocześnie tak głupiutka historia, że…  naprawdę nie miałam ani problemu ze zrozumieniem jej, ani nie czuje się źle z tym, że zabrałam się za jej ocenianie.
Tytuł: Król magii
Tytuł serii: Fillory
Numer tomu: 2
Autor: Lev Grossman
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
Liczba stron: 472
Gatunek: młodzieżowe fantasy
Wydanie: Sonia Draga, Katowice 2012
Zacznijmy od rzeczy, która zawsze najbardziej irytuje mnie w powieściach tego pokroju. Mianowicie, styl powieści sugeruje, że autor próbuje stworzyć coś dla tej młodszej młodzieży. Tekst jest głupi, mało kreatywny, ale jednocześnie napisany bardzo prosto i pewnie do takiej grupy wiekowej trafi bez problemu. Z drugiej strony mamy tu sporo wulgarnych treści, dorosłych bohaterów (Quentin ukończył szkołę średnią) i naprawdę dużą ilość śmierci. Na podobny problem cierpi „Dwór cierni i róż” Maas, ale jednak autorka, chyba przez płeć, robi to zgrabniej i w pewnym sensie delikatniej. „Król magii” zaś potrafi być wręcz obrzydliwy, jeśli uświadomimy sobie dla jakiego czytelnika jest większa część tej powieści.
Przy tym wszystkim osobiście nie widzę w tej książce nic ciekawego. Styl autora niby jest prosty, ale jednak dość opisowy, a przez to może niektórych czytelników męczyć. Dialogi bohaterów są bardzo toporne, podobnie jak linia fabularna. Tak naprawdę autor potrzebuje bardzo dużo czasu, by dojść do głównej opowieści. Jednocześnie gdy ta już staje się wątkiem wiodącym, połowę przygód mamy już za sobą i zostaje nam tylko „wielki finał”.
Samo tłumaczenie też nie wydaje mi się najlepszym. Pomijając już wspomniane toporne dialogi (które mogą być winą właśnie tłumacza), tłumaczka nawet nie próbuje przełożyć gier słownych na język polski, a przynajmniej dla mnie właśnie to często pokazuje poziom przekładu.
Połączenie „Opowieści z Narnii” i „Harry’ego Pottera” mogłoby wydawać się ciekawym zabiegiem, ale… nie w wykonaniu Leva Grossmana. Dostajemy od niego szkołę magii, świat czarodziejów, zbudowany jeszcze bardziej losowo, niż ten od Rowling oraz utopijny „drugi wymiar”, który kradnie z C. S. Lewisa nawet fakt, że czas na Ziemi, i czas w Fillory płynie inaczej.  Tyle, że zamiast ciekawej i interesującej historii, jaką dał nam autor tej klasycznej serii, dostajemy nudną i schematyczną opowieść, która kompletnie nie interesuje.
Do samych bohaterów też nie zapałałam sympatią. To po prostu głupie dzieciaki, którym często tylko jedno w głowie… ech, zdecydowanie nie są to postacie, które można naśladować i którymi można się inspirować, a przecież to w powieściach dla młodzieży jest najbardziej istotne.
„Król magii” mnie znudził i zirytował tym, jak bezwstydnie kopiuje niektóre ze sprzedających się od dawna pomysłów. Nie jest niczym nowym, nie jest niczym świeżym. Choć nie mam zamiaru narzekać na zapoznanie się z samą książką to osobiście kompletnie nikomu jej nie mam zamiaru polecać. Naprawdę, na półkach stoi o wiele ciekawszych powieści, czy serii, utrzymanych w podobnej konwencji…

* * *

Nie zawsze był królem, Fillory, czy czegokolwiek. Podobnie jak pozostali. Wychował się jak normalny, niemagiczny i niekrólewski chłopak w Brooklynie, w świecie, który mimo swoich wad nadal uważał za prawdziwy. Sądził, że Fillory to nierzeczywista, zaczarowana kraina, gdzie się rozgrywa akcja cyklu powieści fantastycznych dla dzieci. Potem jednak studiował magię w sekretnym college’u o nazwie Brakebills i wraz z przyjaciółmi odkrył, że Fillory istnieje naprawdę.

Fragment „Króla magii” Leva Grossmana

wtorek, 10 kwietnia 2018

Rzeczowo o modzie męskiej: Konkretny poradnik dla facetów


W co najlepiej ubrać się na ślub przyjaciela? Jak dobrać garnitur, a jak krawat? Jak łączyć kolory? Znany bloger krok po kroku pokazuje, jak mężczyzna musi się ubrać, aby wyglądać modnie i elegancko zarazem.

  
Tytuł: Rzeczowo o modzie męskiej
Autor: Michał Kędziorek
Liczba stron: 320
Gatunek: poradnik
Wydanie: SQN, Kraków 2017
Czasem książki trafiają do mnie przypadkiem i dla nikogo nie powinno być zdziwieniem, że „Rzeczowo o modzie męskiej” była jedną z takich pozycji. Już sam tytuł sugeruje, że nie jest to coś, po co bym sięgnęła. Ani ze mnie facet, ani człowiek zainteresowany modą. Ale skoro już do mnie trafiła zabrałam się za nią i… muszę przyznać, że ta książka to po prostu kawałek dobrej roboty.
W trakcie lektury miałam wrażenie, że cel istnienia tej książki jest prosty. „Rzeczowo o modzie męskiej” ma pokazać przeciętnemu facetowi jak wyglądać elegancko, nawet w wersji codziennej. Poza tym, jako, że moda męska jest bardziej „ścisła” niż damska, dostajemy na tacy dokładne informacje dotyczące rozmiarów w centymetrach, czy w proporcjach, które możemy zobaczyć na zdjęciach. Wydaje mi się, że dzięki temu żaden pan się nie pogubi, nawet, jeśli wcześniej modę miał w czterech literach.
Warstwa treściowa jest przystępna i faktycznie, jak tytuł wskazuje: mocno rzeczowa. Niemniej, czasem autorowi zdarzają się wstawki pokroju „X nie może być ani za duże, ani za małe” – co chyba jest dość oczywiste i bez tego można byłoby się obyć. Niemniej, to dalej kawałek dobrego poradnika, który wszystko wyjaśnia wizualnie. Wewnątrz znajdziemy naprawdę masę przykładów, zarówno w formie zdjęć, jak i ilustracji i jeśli nie mamy pojęcia o męskiej modzie, „Rzeczowo o modzie męskiej” da nam mocne podstawy. Oczywiście jednocześnie nie jest to książka nadzwyczaj odkrywcza i specjalistyczna: ma trafić przede wszystkim do początkującej w tym temacie osoby.
To, co jest w przypadku tej lektury przyjemne, to fakt, że skomponowana jest bardzo elegancko i przejrzyście. To naprawdę ładnie wydana książka, którą wręcz chce się przeglądać. Wystarczy rzut oka, by znaleźć konkretną poradę. Dobrze oddzielone są też „ciekawostki”: słowikowe definicje i porady mają osobne ramki, dzięki czemu bez problemu je znajdziemy. Podoba mi się też fakt, że autor często podaje nam krótką informacje dotyczącą historii danego kroju, czy w ogóle – części ubioru. Dzięki temu każdy zainteresowany modą, nie tylko mężczyzna, może znaleźć tu coś dla siebie.
Nie zmienia to jednak faktu, że to książka przede wszystkim dla mężczyzn. Ja, jako kobieta, nie byłam w stanie znaleźć w niej wielu praktycznych informacji dla samej siebie, a to, co tu się jednak znalazło, w większości przypadków i tak wiedziałam. Ale co tu dużo mówić, tytuł jasno sugeruje z czym mamy do czynienia.
„Rzeczowo o modzie męskiej” to – w moim odczuciu – idealna książka na prezent. Prezentuje się naprawdę bardzo dobrze, jest miła dla oka i zawiera ogromną ilość konkretnych informacji. Poza tym to po prostu dobra lektura dla każdego mężczyzny, który chce zwrócić uwagę na swój ubiór (choćby przez rozpoczęcie pracy w korporacji) i nie wie od czego zacząć.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

niedziela, 8 kwietnia 2018

Jak (nie) pisać do nieznajomych na Instagramie?

  
Od kiedy mój Instagram zaczął nieco prężniej działać, zaczęłam dostawać pewną ilość wiadomości prywatnych, głównie od panów. Nie mam kompletnie nic przeciwko temu, by ktoś do mnie pisał: miło jest mieć obserwatorów, którzy angażują się w to co robię i po prostu chcą pogadać, a nie tylko klikać serduszka. Ale… niestety, mam wrażenie, że większość z tych osób kompletnie nie wie, jak taki dialog zacząć przez co często już po wymiennie pierwszych kilku wiadomości albo kończą się nam tematy do rozmów, albo po prostu robi się niewygodnie i nieprzyjemnie, zwłaszcza dla mnie. Dlatego dziś chcę Wam pokazać kilka rad, dotyczących pisania do obcych. Wprawdzie będę odnosiła się głównie do Instagrama, ale myślę, że większość z tych rzeczy można odnieść do innych mediów.


Pisz z konkretem
Chcesz do kogoś napisać? OK! Pod warunkiem, że masz na to lepszy pomysł od „hej, co tam?”. Bo… co taka obca osoba może Ci odpisać? Podstaw się na jej miejscu: pewnie dostaniesz odpowiedź pokroju „nic”, albo „wszystko OK”, bo przecież nikt nie będzie się zwierzał Tobie w pierwszej wiadomości. Poza tym skoro to Ty piszesz i Ty zaczynasz rozmowę, to Ty masz mieć konkretny temat, a nie wymuszać na obcej osobie odpowiedź na pytanie, na które nie ma sensownej odpowiedzi.

Pierwsza wiadomość to ważna wiadomość
Jeśli w pierwszej wiadomości umieszczasz tylko „Cześć”, albo wspomniane wyżej „Hej, co tam?” to osoba, do której piszesz nie zna Twojego celu. Musi Ci odpisać (czasem więcej, niż raz),  by go poznać, co często może przyprawić o irytację (zwłaszcza, jeśli jest popularna i oblegana). Jeśli chcesz się więc o coś spytać, czy czymś podzielić: rób to od razu, w pierwszej wiadomości. To naprawdę jest pomocne i wcale nie jest nietaktowne. Po prostu pokazuje, że wiesz, czego chcesz.

Nie przepraszaj!
„Przepraszam, że do Ciebie piszę, ale ja wcale nie chce być Twoim chłopakiem.”
„Z góry przepraszam, jeśli pomyślałaś, że mam jakieś ukryte zamiary, nie mam ich.”
Tego pokroju wiadomości to standard, pokazujący piszącego od jak najgorszej strony. Nie przepraszaj za to, że piszesz, a jeśli masz taki zamiar: po prostu nie pisz. To pokazuje niską samoocenę i sprawia, że ja, jako odbiorca, czuje się niekomfortowo: jeśli nie chcę odpisać to po prostu nie zaakceptuje wiadomości. I tyle.

Sprawdzaj, do kogo chcesz napisać
„Może powiesz coś o swoich zainteresowaniach?”, zadane prosto z mostu, w chwili, w której na platformie społecznościowej SĄ informacje odnośnie zainteresowań osoby, do której piszesz, to strzał w stopę. Pokazuje, że piszesz to wszystkich od ręki i tak naprawdę masz gdzieś człowieka, do którego piszesz. Najpierw przejrzyj profil, znajdź temat do rozmowy, albo przynajmniej coś, za co pochwalisz osobę, do której chcesz pisać. Cokolwiek! To naprawdę ułatwi rozmowę. Poza tym pojawia się tu problem, o którym wspominałam na samym początku: w ten sposób wymagasz od obcej osoby, by się przed Tobą otworzyła, nie dając nic od siebie, a to raczej nie kończy się dobrze.

Pamiętaj – nieznajomy ma Cię gdzieś!
Chociaż chętnie rozmawiam z osobami, które do mnie piszą to raczej nie spodziewam się głębokich rozmów z nimi. Dopóki ta osoba mnie czymś nie zainteresuje raczej nie mam zamiaru spędzać czasu na pisanie, zwłaszcza gdy po prostu jestem zajęta. Dlatego tak istotne jest, by zainteresować już pierwszą wiadomością. By samemu pociągnąć temat: bo obcej osobie, do której piszesz, prawdopodobnie nie będzie na tym zależało.

Czy wyjdziesz za mnie?
Ten punkt wydaje mi się po prostu absurdalny, ale… umieszczam go tu, bo po prostu zdarzało mi się otrzymywać takie wiadomości. Głównie z zagranicy, gdy rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
– Cześć.
– Cześć.
– Pozdrowienia z Egiptu.
– Dziękuję!
– Wyjdziesz za mnie?

W takiej sytuacji moją jedyną odpowiedzią będzie „nie”. I tyle. Nie będę się nad tym rozwodziła, bo gdy nie znam drugiej strony, nie mam pojęcia, czy to żart, czy pytanie „na serio”. Dlatego… jeśli kiedykolwiek takie pytanie chodziło Wam po głowie… nie. Po prostu nie. Zostawcie je na późniejszy etap znajomości.

piątek, 6 kwietnia 2018

Ubik: Irracjonalna podróż w poszukiwaniu Boga

Do firmy zajmującej się nadnaturalnymi zdolnościami zostaje przyjęta nowa osoba, Pat. Dziewczyna wyraźnie ma nadzwyczajne i nietypowe zdolności. Wkrótce potem razem z resztą ekipy zostaje wysłana na Lunę, by wykonać pewne zadanie. Wycieczka poza Ziemię kończy się jednak tragicznie.

Philip K. Dick to autor co najmniej specyficzny. Przez całe swoje życie brał narkotyki i w jego literaturze jak najbardziej to widać: „Ubik” jest często niezwykle irracjonalny, ale jednocześnie… po prostu ciekawy.
Wcześniej miałam okazje zapoznać się z innym dziełem tego autora, chyba najbardziej popularnym, czyli z „Czy androidy marzą o elektronicznych owcach?”. Porównując te dwa dzieła stwierdzam, że „Ubika” czyta się trudniej, bo częściej sens tekstu gdzieś umyka, ale paradoksalnie: to ciekawsze i lepsze dzieło.
Tę specyficzną książkę podzieliłabym na dwie części. Pierwszą, stosunkowo „normalną”, w której poznajemy świat przedstawiony i która zapowiada stosunkowo zwyczajną powieść. Druga część zaś jest na tyle dziwna, że sama czasem musiałam książkę na moment odłożyć, by zastanowić się, czy to, co czytam, ma jakiś głębszy sens, czy jednak Dick w tym momencie odpłynął trochę za bardzo?
Tytuł: Ubik
Autor: Philip K. Dick
Tłumaczenie: Michał Ronikier
Liczba stron: 305
Gatunek: weird fiction, science-fiction
Wydanie: Rebis, Poznań 2013
„Ubik” jest rozważany bardzo często jako powieść o drugim dnie, historię o poszukiwaniu Boga. I choć nawiązania do tego niewątpliwie można w nim znaleźć to osobiście nie dorabiałabym do tego tekstu bardzo konkretnych znaczeń. Dick pewnie próbował te kwestie trochę rozważać, ale biorąc pod uwagę, jak bardzo irracjonalną był osobą naprawdę rozkładanie tego na części pierwsze może – moim zdaniem – po prostu źle się skończyć.
Świat, jaki przedstawia nam autor w „Ubiku” jest… nieprzyjazny. Człowiek człowiekowi jest wilkiem, podobnie jak maszyna; nie istnieje coś takiego, jak współczucie. Jeśli nie masz drobnych, nawet nie przejdziesz przez drzwi. A z czasem jest jeszcze gorzej.
O bohaterach nie łatwo mi mówić: są pewnymi figurami, których ja nie traktuje jako pełnoprawne charaktery. Joe Chip to nasz główny bohater. Wiemy, że ma problemy finansowe i sercowe, ale poza tym on po prostu idzie do przodu, starając poradzić sobie w nieprzyjaznym świecie. Jego szef, Runciter, kocha swoją żonę i właściwie to jest siłą, która go napędza. Najciekawszą postacią jest chyba Pat,  ale nie chce tu o niej więcej mówić, bo jej działania naprawdę poważnie wpływają na samą fabułę.
Samo zakończenie „Ubika” nie jest czymś, czego człowiek w ogóle się nie spodziewa: da się do domyśleć. Ale jednocześnie jest na tyle… irracjonalne, że osobiście nie do końca chciałam uwierzyć, że Dick jednak się na to zdecydował, w trakcie czytania. Niemniej, ładnie splata całość, sprawiając, że w tej niedługiej książce właściwie nie ma elementów zbędnych.
Książki tego autora są wyjątkowo specyficznymi lekturami, dlatego to, czy jego powieści przypadną czytelnikowi do gustu jest rzeczą zupełnie indywidualną. Ja jego twórczość naprawdę sobie cenię i cieszę się, że mam je na półce, a „Ubik” w pewnych aspektach na pewno zostanie ze mną na dłużej.


* * *

Któregoś dnia (...) ludzie tacy jak ja powstaną i obalą wasze rządy; taki będzie kres tyranii maszyn homeostatycznych. Wrócą czasy, kiedy liczyły się wartości ludzkie, serdeczność i współczucie. Wtedy ktoś, kto jak ja przeszedł ciężkie chwile i naprawdę potrzebuje filiżanki gorącej kawy, która podtrzyma go na duchu i pozwoli mu normalnie funkcjonować w sytuacji wymagającej od niego aktywnego działania, dostanie tę kawę bez względu na to, czy akurat ma przy sobie jeden poscred, czy też nie. – Podniósł maleńki pojemnik na śmietankę i odłożył go z powrotem na bar. – A ponadto wasza śmietanka czy mleko, czy cokolwiek mi podaliście, jest skwaśniałe.

Fragment „Ubika” Philipa K. Dicka

środa, 4 kwietnia 2018

Światła września: Kopia tomu pierwszego?

Po śmierci męża i ojca  rodzina Sauvelle zostaje z niczym. Dzięki szczęśliwemu przypadkowi matce, Simone, udaje się dostać pracę na wybrzeżu u sympatycznego Lazurusa Janna. Jej dzieci, Dorian i Irene, szybko zaczynają poznawać okoliczne historie i odkrywają, że tkwi w nich ziarno prawdy.
Tytuł: Światła września
Tytuł serii: Trylogia mgły
Numer tomu: 3
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Morrodan Casas
Liczba stron: 254
Gatunek: młodzieżowe fantasy
Wydanie: Muza S. A., Warszawa 2011

Moje trzecie – i ostatnie – spotkanie z „Trylogią mgły” okazało się chyba najbardziej owocne. Wprawdzie „Światła września” to dalej powieść młodzieżowa, stworzona w tej samej konwencji, co dwie poprzednie części, ale wydaje się być zgrabniej napisana, niż swoje poprzedniczki.
Choć to trzeci tom, tak naprawdę książkę można czytać zupełnie osobno: bohaterowie nie powtarzają się z częściami poprzednimi i jedyna rzecz, jakie je łączy, to podobna tajemnica. Autor jednak nie wyjaśnia nam, czy młodzi bohaterowie walczą z tym samym rodzajem zła. Wiemy jednak, że wyłania się z mgły.
W moim odczuciu „Światła września” są... lepszą kalką „Księcia mgły”. Nawet umiejscowienie powieści jest podobne: choć akcja toczy się we Francji, a nie w Anglii, to tak jak i tam mamy wybrzeże, niewielką wioskę i czająca się gdzieś w tle całości latarnię. Nawet pod względem fabularnym całość jest bardzo podobna. Bo mamy tu i wyłaniające się z „mroku” tajemnice, mamy bohaterów, którzy się dopiero co poznali z innymi, przez przeprowadzkę z większego miasta. Ba, nawet mamy dorosłą postać z dokładnie takim samym celem, jak w pierwszej części. Właściwie druga również była bardzo zbliżona, ale wyróżniało ją samo umiejscowienie historii. W tym przypadku mamy naprawdę kalkę części pierwszej.
Z tym, że „Książę mgły” był debiutem. „Światła września” już nim nie są. Dlatego mam wrażenie, że pod względem technicznym całość wypada lepiej. Historia ciekawi bardziej, a bohaterzy są po prostu przyjemniejszymi postaciami. Całość jest bardzo klarowna i lekka, bezbłędnie sprawdzająca się w swojej konwencji... o ile zapomnimy o tym, jak bardzo wiele pomysłów jest dokładnie takie samo, jak w części pierwszej. Przy okazji, jeśli na to przyjmiemy oko, okazuje się, że dostajemy „to co zawsze”, jeśli chodzi o tę serię: przyjemną, poprawną powieść młodzieżową, która wiele osób powinna zadowolić, ale jednocześnie nie jest niczym rewolucyjnym.
Autor wprawdzie stara się dodać do powieści coś nowego, w postaci bohatera zajmującego się tworzeniem zabawek, ale tak naprawdę to samo w sobie niewiele do historii wnosi i nie sprawia, że jest w jakiś sposób świeża, czy szczególnie wyjątkowa.
Jeśli znacie poprzednie dwa tomy i lubicie je zakończenie może okazać się dla Was przyjemną lekturą. Jeśli zaś nie znacie ani jednej pozycji z serii to szczerze mówiąc chyba polecałabym zacząć od końca: bo naprawdę te historie niewiele się od siebie różnią, a bohaterów jak zawsze poznajemy od początku.

* * *

Podczas tej kilkugodzinnej pogawędki Simone wyczytała w oczach Lazarusa, że podobne myśli chodziły po głowie i jemu. Wyczytała w nich jednak także, że mężczyzna zamierza dochować wierności swojej żonie i że przyszłość ma im do zaoferowania jedynie przyjaźń. Prawdziwą, głęboką przyjaźń podobną do niewidzialnego mostu pomiędzy dwoma samotnymi światami, które dzielił ocean bolesnych wspomnień.

Fragment „Świateł września” Carlosa Ruiza Zafona
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony