poniedziałek, 22 października 2018

Pokój: Ucieczka na wolność oczami dziecka


Jack ma pięć lat i od urodzenia mieszka razem z Mamą w Pokoju. Ta została porwana jako nastolatka: od lat jest więziona i gwałcona. Wkrótce po piątych urodzinach Jacka tworzy plan, który ma pomóc im wydostać się na wolność.

Tytuł: Pokój
Autor: Emma Donoghue
Tłumaczenie: Ewa Borówka
Liczba stron: 408
Gatunek: dramat
Wydanie: Sonia Draga, Katowice 2016
„Pokój” nie jest historią dla mnie obcą: przed lekturą książki zdążyłam poznać film na jej podstawie, a że scenariusz do niego pisała sama Emma Donoghue dość wiernie ją oddał. Dlatego na pewno zabrakło mi w trakcie czytania tych emocji, które powinnam mieć w sobie w trakcie. Nie zmienia to jednak faktu, że ta powieść mimo bardzo trudnego tematu jest jednocześnie niezwykle lekka i sympatyczna, a to wszystko przez głównego narratora.
Opowieść snuje nam Jack: ten pięcioletni chłopiec jest z jednej strony wyjątkowo inteligentny, jak na swój wiek (potrafi czytać i dobrze liczyć, jest bystry i szybko łączy fakty). Z drugiej strony wychował się w izolacji od reszty świata, co oznacza, że jego umiejętności społeczne, czy samo pojmowanie najbardziej oczywistych rzeczy jest mocno ograniczone. Sprawia to, że tekst jest często wręcz uroczo naiwny, ale wydaje mi się też, że w pewnym sensie pozwala też czytelnikowi poczuć się dzieckiem.
Na dodatek sama narracja sprawia, że historia jest po prostu ciekawsza. Zawiera więcej niedopowiedzeń; w końcu dziecko nie rozumie wszystkiego. Nie wie, dlaczego coś dzieje się tak, a nie inaczej, często też nie próbuje wcale tego wyjaśniać, bo nie jest to dla niego istotne. Wprawdzie te niedopowiedzenia nie są raczej tajemnicą dla dorosłego czytelnika, ale na pewno mocniej pobudzają wyobraźnię.
Przy tym wszystkim „Pokój” to naprawdę dramatyczna historia rodziny składającej się z dwóch osób, które mierzą się z traumą, każde na swój własny sposób. Ciekawa jest sama relacja pomiędzy bohaterami. Mama próbuje być odpowiedzialna i robi wszystko, by zapewnić swojemu synkowi lepszy żywot. Nie zawsze jej to jednak wychodzi: miewa chwile zwątpienia i załamania. Wtedy tą „dorosłą” rolę przejmuje pięciolatek, który stara się o nią troszczyć. Mimo tego jednak i on, i ona są cały czas w pewnym sensie dziećmi. Mama nigdy nie zaznała dorosłego życia, na dodatek Jack jest jej jedyną pociechą i mimo tragicznej sytuacji potrafią się razem po prostu dobrze bawić.
Trudno mi powiedzieć, czy historii jest zaskakująca, bo… po prostu poznałam ją wcześniej, w nieco innej formie. Niemniej, „Pokój” czyta się bardzo szybko i na pewno nie brakuje w nim emocji. Poza tym i samych zdarzeń nie brakuje, chociaż większość z nich to małe odkrycia pięciolatka, który po prostu cały czas poznaje świat.
„Pokój” Donghue to naprawdę ciekawa pozycja. Z jednej strony lekka, z drugiej – wnosząca ciekawe spojrzenie na tematykę porwań, a także relacji między matką i dzieckiem. Absolutnie nie dziwie się temu, jaką zdobyła popularność.



* * *

Myślę, że czas się rozprowadza po świecie cienko jak masło, po drogach i domach i placach zabaw i sklepach, tak że na każdym miejscu jest tylko troszkę rozsmarowanego czasu, a potem każdy musi pędzić do następnej porcji.
Fragment „Pokoju” Emmy Donoghue





Tę książkę oraz wiele innych w świetnych cenach znajdziesz w księgarni niePrzeczytane.pl!

sobota, 20 października 2018

Księżna jeleń: hiszpańskie fantasy w baśniowo-średniowiecznej odsłonie


Hjalmar jest drugim synem króla niewielkiego państwa. Trafia do Irundast, gdzie ma szkolić się na giermka, jednak przypadkiem zostaje zmuszony do pracy w kuchni. Tam poznaje niezwykłą księżną Pasquis i dostaje niezwykłą możliwość, aby szkolić się pod okiem arcymaga.


Tytuł: Księżna jeleń
Autor: Andres Ibanez
Tłumaczenie: Barbara Jaroszuk
Liczba stron: 304
Gatunek: historyczne fantasy
Wydanie: Rebis, Poznań 2018
Poznawanie książek z krajów innych, niż angielskojęzyczne jest zawsze ciekawym doświadczeniem. Tego typu proza zwykle odchodzi w pewnym stopniu od głównego, „amerykańskiego” nurtu i pozwala odkryć inne poziomy literatury. „Księżna jeleń” od razu zwróciła więc moją uwagę. To mono nawiązujące do epoki średniowiecza fantasy stworzył Andres Ibanez. Przypuszczałam, że trafię na nieco inną książkę niż zwykle i nie pomyliłam się. To zdecydowanie tytuł inny niż to, co tworzy się w Polsce, czy USA.
„Księżna jeleń” jest przede wszystkim książką, która stoi stylem. Język, jakim napisana została ta historia, stanowi połączenie patetycznej epickości z delikatną stylizacją, co w moim odczuciu daje całkiem dobry efekt końcowy. Wprawdzie nieco humorystyczny i nie do końca pozwalający traktować ten tytuł zupełnie poważnie, ale na pewno przyjemny w odbiorze, o ile czytelnik nie ma nic przeciwko dość szczegółowym opisom: muszę przyznać, że tak szczegółowego i jednocześnie poetyckiego opisu męskiego przyrodzenia nie czytałam chyba jeszcze nigdy nigdzie, a przecież kilka romansów i erotyków mam za sobą.
Pod względem treści „Księżna jeleń” jest po prostu bardzo baśniowym tytułem. Nie można w przypadku tej książki mówić o niezwykłej zdolności do tworzenia światów przez autora, czy ciekawych pomysłach z tym związanym. Ta powieść czerpie garściami ze stereotypów dotyczących powieści fantasy, których akcja rozgrywa się w świecie stylizowanym na średniowieczny.
Mój główny zarzut dotyczący tej książki dotyczy samej linii fabularnej. Sama historia Hjalmara, choć przewidywalna, ma swój urok: ma dość dużo elementów romansowych, bazuje na baśniowych niedopowiedzeniach i jest po prostu ładnie napisana. Z tym, że autor potrafi przeskakiwać do innych historii, które wydają się być trochę wyrwane z kontekstu. Nagle czytamy o innym bohaterze, którego losy wydają się w żaden sposób nie łączyć z główną linią fabularną, co w chwili, gdy czuje się związana tylko z historią Hjalmara potrafiło mnie irytować. Osobiście wolałabym, aby Ibanez skupił się tylko na nim i rozwinął świat przedstawiony opowiadając poczynania tylko jego oraz otaczających go osób.
[DROBNY SPOILER] Dość ciekawy w przypadku tej książki jest aspekt dotyczący płciowości bohaterów, zwłaszcza jednej z kobiecych postaci, która to wyraźnie nie jest „typową dziewczyną”. W pewnym momencie myślałam, że autor kreuje ją na osobę homoseksualną, co jednak ostatecznie okazało się nieco złudne: autor jakby wycofał się w połowie swojego zamysłu, tak, jakby uznał, że jednak nie chce przełamywać średniowiecznej konwencji. A szkoda – bo to coś, co tej książce po prostu mogłoby się przydać i uczynić ją ciekawszą. [KONIEC SPOILERA]
Jestem zadowolona z lektury „Księżnej jeleń”. To typowa powieść podana w dość nietypowy sposób, różniący się od tego, który znałam do tej pory. Nie jest może książką, która zajęłaby w mojej duszy jakieś bardzo istotne miejsce, ale na pewno nie żałuję jej przeczytania i będę polecać ją tym, którzy szukają fantastyki, która wymyka się głównemu nurtowi.


* * *

My, mieszkańcy Ziem Wietrznych, jesteśmy ludźmi wolnymi. To dlatego, że lud z nas mały. Wszystkie wielkie królestwa mają niewolników, tak zawsze było na świecie i tak będzie.
W jaki sposób działałby ten świat, gdybyśmy wszyscy byli królami, gdybyśmy wszyscy byli magami, gdybyśmy wszyscy byli wolni?
Fragment „Księżnej jeleń” Andresa Ibaneza


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Domu Wydawniczemu Rebis!

piątek, 19 października 2018

Jumanji: Przygoda w dżungli (2017): Gdybyś utknął w grze

Czwórka przyjaciół odkrywa starą grę. Ta przenosi ich do swojego wnętrza i wymusza na nich przejście poziomu.
„Jumanji: Przygoda w dżungli” to kontynuacja filmu z 1995 roku. Niestety, nie pamiętam, bym kiedykolwiek oglądała tą „oryginalną” część: w jakiś sposób ominęła mnie ta przyjemność. Za to kontynuacje z roku 2017 poznałam całkiem niedawno i… muszę przyznać, że jaki film familijny całkiem nieźle się sprawdza.
„Jumanji: Przygoda w dżungli”  (2017)
ang. „Jumanji: Welcome to the jungle”
reż. Jake Kasdan
film familijny, przygodowy, fantastyczny

No właśnie: film familijny. To w tym przypadku słowa-klucze. To nie jest dzieło, które traktuje siebie w pełni poważnie. Druga część „Jumanji” ma przede wszystkim podobać się dzieciom, a przy tym nie sprawiać, że dorosła osoba przeżywa katorgi w trakcie oglądania. I tak z resztą jest, a przynajmniej to podejrzewam, bo jednak do dziecka trochę mi daleko.
Mamy tu do czynienia z czwórką bohaterów: Spencerem (Dwayne Johnson), Fridge (Kevin Hart), Brethany (Jack Black) i z Marthą (Karen Gillan), którzy przenosząc się do świata gry trafiają do wygenerowanych postaci, których postura i umiejętności zupełnie różnią się od ich naturalnych.
I tak Spencer jest liderem grupy, choć w świecie rzeczywistym jest najzwyczajniej w świecie nerfem. Fridge, z przystojniaka zmienia się w czarnoskórego pomagiera. Piękna i wysportowana Brethany zmienia się w pana naukowca z dużym brzuchem, a nieśmiała Martha – w piękność, której specjalnością jest taniec i sztuki walki. To przemieszanie sprawia, że muszą się zmierzyć z wyzwaniami, o których nigdy wcześniej nawet nie myśleli, a przy okazji jest powodem do wielu żartów. Część z nich wychodzi całkiem nieźle, część – nieco gorzej, ale przy tym film jest przez cały czas na swój sposób uroczy.
Nie mamy tu skomplikowanej historii: akcja „Jumanji: Przygoda w dżungli” wprawdzie gna do przodu, ale jednocześnie jest przewidywalna i raczej niezaskakująca. Miałam czasem wrażenie, że wszystko jest szyte bardzo grubymi nićmi, które rzucają się w oczy w trakcie oglądania. Niemniej… w dalszym ciągu ten film po prostu całkiem sympatycznie mi się oglądało: nie był wprawdzie dziełem wspaniałym i ponadczasowym, ale nie uważam czasu spędzonego na nim za zmarnowany.
Poza tym miłym zaskoczeniem było dla mnie zobaczenie w filmie Nicka Jonasa: muzyk, który wybił się dzięki współpracy z Disney’em całkiem dobrze poradził sobie w swojej roli, zwłaszcza, że to był chyba jego pierwszy występ w tak głośnej produkcji (która nie byłaby „Camp Rockiem”).
Jeśli szukacie bardzo lekkiego filmu, którego możecie obejrzeć całą rodziną to kontynuacja „Jumanji” może okazać się dobrym wyborem. Zwłaszcza, że mimo wszystko stara się przekazywać raczej dobre (choć oczywiste) wartość.


środa, 17 października 2018

Proxima: Ekspansja ludzkości na planetę pozasłoneczną


Yuri, wraz z dwustoma innymi osobami, zostaje przymusowo wysłany na egzoplanetę z układu Proximy Centauri. Tam, po podzieleniu na czternastoosobowe zespoły wraz z pomocą sztucznej inteligencji muszą zbudować sprawnie działającą społeczność.



Tytuł: Proxima
Tytuł serii: Proxima/Ultima
Numer tomu: 1
Autor: Stephen Baxter
Tłumaczenie: Dariusz Kopociński
Liczba stron: 560
Gatunek: hard science-fiction
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2018
Ekspansja kosmosu przez ludzkość to z jednej strony wciąż interesujący i rozbudzający wyobraźnię temat. Z drugiej zaś jest jednak tak przemielony przez popkulturę, że po prostu trudno stworzyć w tej materii coś naprawdę szokującego. Mimo tego „Proxima” Stephena Baxtera jest po prostu naprawdę przyjemną i dobrze napisaną książką, która mimo swojego tematu zdecydowanie nie jest powieścią nudną.
Baxter w swojej historii robi jedną, dość ciekawą rzecz: zostawia swoich bohaterów (z Yurim Edenem na czele) na pastwę losu. Tyle tylko, że zamiast wysadzić ich na samotnej wyspie po prostu wysyła ich w kosmos, zostawia na pustej planecie z podstawowymi przedmiotami i pozwala nam obserwować dynamikę niewielkiej grupy ludzi, którzy czują się niezwykle oszukani, często też zrozpaczeni swoją sytuacją, ale którzy mimo wszystko muszą wziąć się w garść i po prostu współpracować, jeśli chcą przeżyć. Przyznaję: czytanie o czymś takim jest naprawdę ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza, że autor po prostu sprawnie prowadzi swoich bohaterów.
Wątek dotyczący jednak samej ekspansji kosmosu nie jest jednak jedynym. „Proxima” zawiera także drugi wątek, który wprawdzie dostaje nieco mniej stron (a przynajmniej mam takie wrażenie), ale jest właściwie nie mniej istotny dla całej historii powieści. Obserwujemy w nim poczynania Steph, czyli pani naukowiec, która bada coś, co nazywa „ziarnami”. Część książki zawierająca jej historie nie analizuje tak dokładnie ludzkiego zachowania, skupiając się jednak nieco na technicznych stronach świata przedstawionego. Przyznaję, w tej historii jest to i konieczne, i potrzebne, choć ja, jako kompletny humanista, po prostu osobiście wolałam obserwowanie grupy Yuriego.
„Proxima” jest historią, która rozpoczyna się dość spokojnie i choć przez lwią część nie jest to opowieść o wielkich wybuchach, pościgach i ratowaniu świata dość szybko wciąga. Stephen Baxter doskonale pilnuje tempa swojej powieści, sprawiając, że po prostu dobrze się ją czyta, a same dramaty, które przeżywają bohaterowie są dla mnie czymś naprawdę wystarczającym, abym była cały czas zainteresowana przedstawianą historią.
Należy dodać, że autor miał naprawdę dobry pomysł na samo stworzenie planety, na której lądujemy. Opisuje świat przedstawiony dość dokładnie, tworząc stworzenia będące pół-roślinami, pół-zwierzętami, z jednej strony odróżniając florę i faunę od naszej, Ziemskiej, ale z drugiej strony nie próbując przekombinować i sprawiając, że całość po prostu da się objąć umysłem i własną wyobraźnią bez większego problemu.
Warto zwrócić uwagę na to, że choć styl Baxtera nie jest nadzwyczaj techniczny to jednak w dalszym ciągu mamy w przypadku tej książki do czynienia z hard science-fiction: w uniwersum „Proximy” nie istnieje coś takiego jak magia. Działanie statków kosmicznych, funkcjonowanie planety wokół czerwonych karłów, czy samo zachowanie ludzi w opisanej sytuacji to kwestie, które autor zbadał, nim zabrał się za pisanie swojej powieści, o czym z resztą informuje w posłowiu.
„Proxima” może nie jest powieścią ponadprzeciętną i ponadczasową, ale jednocześnie jest po prostu bardzo przyjemną, niezbyt techniczną powieścią fantastyczno-naukową, która przykłada olbrzymią wagę do analizy ludzkich zachowań, a to jest właśnie element, za który naprawdę takie powieści cenie. Myślę, że mogę ją swobodnie polecić osobom, które po prostu szukają dość wiarygodnej powieści, analizującej temat zasiedlania kosmosu przez ludzkość.

* * *

Kręciły się tam trójnogi, istoty z łodyg podobnych do trzciny, mające koszykowate, gęsto plecione korpusy. Te jednak, olbrzymy wysokie na trzy, cztery metry, sięgały ponad stromatolitowy ogród, w którym manewrowały z gracją. Były znacznie wolniejsze od lotnika czy nawet padlinożerców, które pożarły truchło, i Yuri mógł podpatrzeć, jak „działają” ich ciała. Zupełnie, jakby ktoś poskładał je w pracowni do majsterkowania z łodyg w każdym rozmiarze, od patyczków krótszych, niż ludzki palec po wielkie kłody kojarzące się z kośćmi słonia; połączenia stawowe pozwalały im na wykonywanie skomplikowanych akrobacji.
Fragment „Proximy” Stephena Baxtera


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i Sk-a!



poniedziałek, 15 października 2018

Ładunek (2017): Ratując dziecko przed apokalipsą



W Australii wybuchła epidemia: ludzie zmieniają się w zombie. Andy (Martin Freeman) zostaje zarażony wirusem; ma czterdzieści osiem godzin, aby znaleźć opiekę dla swojej córeczki, Rosie (Lily Anne McPherson-Dobbins, Marlee Jane McPherson-Dobbins).


Filmy o zombie raczej niczym nie zaskakują. Zwykle post-apokalipsa tego typu wypada bardzo schematycznie, choć jednocześnie daje sporo frajdy: w końcu przyjemnie chrupie się popcorn w kinie, oglądając ludzi pożeranych przez bezmózgie potwory. „Ładunek” jest jednak filmem wyróżniającym się na tle innych produkcji tego typu. Nie ma wielkiego budżetu. Jego akcja nie polega na ratowaniu świata. Nie ma wielu scen z zombie, a poza Martinem Freemanem w obsadzie brakuje gwiazd. A jednak przy tym jest naprawdę niezłą produkcją.
„Ładunek”  (2017)
ang. „Cargo”
reż. Yolanda Ramke, Ben Howling
post-apokalipsa
Już same zdjęcia potrafią wzbudzić podziw. Piękny krajobraz Australii przedstawiony jest w pełnej krasie. Niby nudny, niby stepowy – a jednak naprawę zachwyca. Wybór tak nietypowego miejsca na przedstawienie apokalipsy zombie to moim zdaniem dobre posunięcie: nie raz widzieliśmy już te stworzenia w miejskim otoczeniu, dzięki czemu ten dość pusty rejon jest miłą odmianą.
Poza tym „Ładunek” przedstawia nam świat w naprawdę ciekawy sposób. Żadna postać nie mówi tu do drugiej: „Ej, nie idź tam, bo ugryzie cię zombie, co sprawi, że za dwa dni będziesz jednym z nich”. Oj nie! Ten film po prostu każdy z tych elementów nam pokazuje, nie wyjaśnia. Dlatego warto uważnie go oglądać po to, by wyłapać wszystkie smaczki związane z funkcjonowaniem zombie w świecie przedstawionym.
Jednak to nie rzeczy wymienione przeze mnie sprawiają, że „Ładunek” prezentuje się tak dobrze. Tu najważniejsze skrzypce gra historia. Historia, która teoretycznie opowiada o zombie, w praktyce jednak jest opowieścią o ojcu, który ponad wszystko chce ocalić życie swojej malutkiej córeczce. Martin Freeman w roli głównej wypada naprawdę ciepło i najzwyczajniej w świecie nie da mu się nie kibicować.
Ten wątek nie jest jednak jedynym, który w filmie się pojawia. Drugi dotyczy Thoomi (Simone Landers), inteligentnej aborygeńskiej dziewczynki, która musi jakoś w tym świecie sobie poradzić. Niestety, w tym przypadku mam do „Ładunku” drobne zarzuty: sceny z nią początkowo pojawiają się zupełnie losowo, jakby bez celu, a jej wątek w pewnym momencie nagle przeskakuje do zupełnie innego momentu. Na szczęście gdy obydwie historie splatają się, film odzyskuje równowagę.
„Ładunek” naprawdę polecam – i to nie tylko fanom zombie. To po prostu dobrze nakręcony film, który wnosi coś do tego typu opowieści powiew świeżości.


Ponadto, jeśli nie macie czasu, albo nie jesteście do tej historii przekonani, na Youtube (oraz powyżej oczywiście) możecie znaleźć krótkometrażowy film tych samych twórców i pod tym samym tytułem: „Cargo” z 2017 roku to po prostu rozszerzenie tej opowieści.

sobota, 13 października 2018

Fanzin SF. Artyści, wydawcy, fandom: Naukowo o fanach fantastyki


Artur Nowakowski w swojej pracy naukowej wyjaśnia, jak kreował się fandom i jak powstawały pierwsze kluby zrzeszające fanów fantastyki. Przede wszystkim przedstawia jednak czym jest fanzin, jego historię, powody istnienia oraz sposób jego tworzenia.

Fantastyka to bardzo ciekawy obszar badań. Choć zwykle nie jest to dziedzina bardzo mocno wpływająca na nasze życie (chyba że ktoś z niej żyje, lub jest aktywnym fanem) to badanie tego jak tworzy się i ona, i społeczność wokół tego tematu od dawna mnie interesowało. Dlatego zdecydowałam się sięgnąć po pracę Artura Nowakowskiego. Okazało się, że „Fanzin SF. Artyści, wydawcy, fandom” to bardzo porządnie i starannie stworzone dzieło, po które osoby zainteresowane tą tematyką na pewno powinny sięgnąć.
Tytuł: Fanzin SF. Artyści, wydawcy, fandom
Autor: Artur Nowakowski
Liczba stron: 433
Gatunek: literatura naukowa
Wydanie: Instytut Literatury Popularnej, Poznań 2017
Fanziny to niekomercyjne czasopisma, wydawane zwykle przez fanów danego zagadnienia (np. przez członków klubów fantastyki). Ich redaktorzy zwykle nie są profesjonalistami. Taka hobbistyczna działalność pozwala na rozwój twórców oraz komunikację wewnątrz środowiska. Teraz ich rola zapewne nie jest tak duża, jak kilkadziesiąt lat temu, gdy dostęp do Internetu był zmniejszony. Nie widzę więc nic dziwnego w tym, że sama niewiele słyszałam o nich przed sięgnięciem po tą pracę. Z tego powodu elementy książki dotyczące ich potrafiły być dla mnie mocno przytłaczające. Nowakowski w swojej pracy przytacza bardzo wiele przykładów fanzinów, analizując ich zawartość na różnorakie sposoby, często wręcz wyliczając niektórych wydawców, czy tytuły.
Z tego powodu dla mnie samej o wiele ciekawsze okazał się opis samego tworzenia się fandomów i klubów, bo po prostu o tym wiem już nieco więcej, dzięki czemu książka po prostu była w stanie rozwinąć wiedzę, którą już posiadam. A do fragmentów o fanzinach pewnie wrócę za jakiś czas, gdy po prostu dowiem się o nich więcej z innych źródeł.
Doskonale widać, że „Fanzin SF. Artyści, wydawcy, fandom” to książka naukowa, a nie popularnonaukowa. Nie dość, że zawiera liczne przypisy to sam styl autora jest dość suchy, konkretny. Ciekawy, tylko pod warunkiem, że czytelnik jest faktycznie zainteresowany tematem. Jednocześnie autor zdecydowanie wie o czym pisze i naprawdę dobrze analizuje przedstawiony temat.
W tytule „SF” istnieje nie bez powodu. Fantasy jako podgatunek fantastyki rozwinął się stosunkowo później: jego zalążki wprawdzie istniały już dawno, ale tak naprawdę wszystkie pierwsze kluby fantastyki skupiały się na science-fiction. Niemniej, wewnątrz książki dla się znaleźć także fragmenty dotyczące właśnie jego, dlatego osoby w jakiś sposób zrażone do fantastyki naukowej nie muszą się bać, że ich ulubiony podgatunek został pominięty.
Wydanie tej książki zdecydowanie wygląda dobrze. Biała okładka, z naprawdę przyjemną dla oka grafiką (pochodzącą z plakatu reklamującego brazylijski konwent z 1965 roku) prezentuje się i interesująco, i minimalistyczne. Wewnątrz zaś poza naprawdę olbrzymią ilością treści możemy znaleźć dość dużo czarno-białych ilustracji (głównie: okładek fanzinów, plakatów itd.). Dodatkowo pod koniec książki zamieszczono kilkanaście kolorowych wkładek. To naprawdę pomaga w przyswojeniu wiedzy i ubarwia lekturę.
„Fanzin SF. Artyści, wydawcy, fandom” to na pewno doskonała książka dla osób, które piszą aktualnie pracę naukową z poruszanych przez nią tematów. Zwłaszcza, że jest pracą dość świeżą i bez problemu dostępną. Ponadto fani fantastyki, chcący dowiedzieć się, jak ich ulubiony gatunek powstawał pod względem tworzenia się stowarzyszeń i organizacji zajmującymi się nią na pewno też poczują się usatysfakcjonowani. Niestety, jak to w przypadku literatury naukowej bywa: osoby niezainteresowane tym tematem po prostu nie mają po co po tą książkę sięgać.

czwartek, 11 października 2018

Podręcznik perswazji: Studenckie notatki w formie naukowej literatury


Perswazja nas otacza: można ją znaleźć we wszystkich stosunkach międzyludzkich, od tych najbardziej prywatnych, do wszelkiego rodzaju reklam i publicznych przemówień. Jakie są jednak jej konkretne techniki?



Tytuł: Podręcznik perswazji*
Liczba stron: 232
Gatunek: literatura naukowa
Wydanie: Onepress, Gliwice 2018
Czytałam i słuchałam na uniwersyteckich wykładach nieco o retoryce, o manipulacji, czy o prowadzeniu firm pod kątem wizerunkowym. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się jednak, abym miała bezpośredni „kontakt naukowy” z perswazją: nie czytałam niczego z czymś takim w tytule, nie byłam też na żadnych wykładach, czy prelekcjach, które miałaby bezpośrednio niej dotyczyć. Dlatego uznałam, że „Podręcznik perswazji” Mateusza Grzesiaka może dobrze sprawdzić się, jako sprawdzenie mojej wiedzy, czy możliwość douczenia się. Gdy jednak książka do mnie doszła, złapałam się za głowę, mając po prostu ochotę pytać się wszem i wobec: „Co to k***a jest?”.
Naprawdę, nie przesadzam. Nie należę do osób, które bardzo mocno szastają przekleństwami, ale po prostu bardzo zdziwiło mnie to, co dostałam. „Podręcznik perswazji” (umyślnie nie posługuję się całym, długim tytułem) najzwyczajniej w świecie przypomina żart. Książka nie jest długa: ma nieco ponad dwieście stron. Niemniej, to normalne przy literaturze tego typu. Normą jednak jest też niewielka czcionka, dość duża ilość literek oraz raczej naukowy styl treści. „Podręcznik perswazji” wymyka się jednak wszelkich schematom. Czcionka jest olbrzymia, literek niemal w nim nie ma, a o jakimkolwiek stylu po prostu trudno mówić.
Po niedługim wstępie otwieramy powiem magiczny rozdział „techniki”, w którym autor już właściwie do końca książki przedstawia nam właśnie je, ale w sposobie najuboższym z możliwych. To, co od razu się rzuca w oczy to właśnie wspomniany przeze mnie brak liter. Każda „lewa” kartka książki jest po prostu pusta, z miejscem na notatki. Po prawej zaś mamy bardzo „głęboki” opis przedstawionej techniki, który zawiera: teorię (składającą się z dosłownie kilku zdań), praktykę (czyli jeden, bardzo skrótowy przykład jak praktycznie wykorzystać metodę) oraz przykłady (zwykle 2-4, w formie zdań wyjętych z dialogu i kontekstu). I właściwie to tyle: oto cały nasz „Podręcznik perswazji”.
Gdy zaczęłam „wgłębiać” się w techniki przedstawione przez autora prędko odkryłam, że ja właściwie zdecydowaną większość z nich już znam. Jeśli nie poznałam jej z książki Roberta Cialidiniego „Wywieranie wpływu na ludzi” (która dla laika sprawdzi się o wiele lepiej od tego tytułu, bo jest po prostu opisowa i dość emocjonalna) to miałam ją na uniwersyteckich zajęciach z retoryki, albo innego podobnego przedmiotu. Jednocześnie większość z tych technik to rzeczy, o których każdy z nas właściwie wie i potrafiłby je przeanalizować bez znajomości odpowiedniego nazewnictwa. Jedynie wielu z nas po prostu zapomina, by się czasem zatrzymać i pomyśleć nad tym, jak przebiega międzyludzka komunikacja.
W trakcie lektury naszła mnie jeszcze jedna myśl. W większości przypadków autor mógłby kompletnie zrezygnować z działu „teoria”. Wiele z tych technik to rzeczy bardzo, bardzo proste, których nazwa już wyjaśnia, o co w tym chodzi (a ewentualny przykład mógłby jedynie nam wyraźnie pokazać, że faktycznie o to chodzi), a sam opis potrafi być na tyle niekonkretny, że w chwili, w której czytałam go drugiej osobie znającą tą technikę na głos nie podając jej nazwy mój odbiorca nie był w stanie powiedzieć o co w tym chodzi.
To książka, która w swojej formie przypomina mi notatki studenta na egzamin, czy to z retoryki, czy z perswazji, a nie wygląda na odrębne, naukowe dzieło. Brakuje mi w niej właściwie wszystkiego. Dokładnej analizy perswazji i manipulacji, zastanowienia się nad tym tematem. Rozwinięcia technik. Faktycznego pokazania, jak wpływają na nas i jak możemy je wykorzystać. Jeden przykład to niestety zwykle za mało. Gdy czytałam wspomnianą już przeze mnie książką Cialdiniego miałam wrażenie, że właśnie tych opisów jest wręcz za dużo, ale jak widać: zupełne pozbawienie ich książki to też nie jest dobra droga.
Naprawdę nie mam pojęcia dla kogo może to być dobra lektura. Dla studentów? Nie, student nauk społecznych, czy humanistycznych już będzie rzeczy podane przez Grzesiaka wiedział. Marketingowca? On też będzie miał to wszystko w jednym palcu. Osoby, która chce dowiedzieć się czegokolwiek w tym temacie, co nigdy nie miała z nim styczności? Nie sądzę, aby taka „wyliczanka” technik faktycznie jej pomogła. Być może faktycznie to tytuł, który sprawdzi się jako repetytorium dla studentów, zwłaszcza biorąc ilość miejsca na notatki, ale wydaje mi się, że taniej wyjdzie po prostu wydrukowanie sobie definicji podanych na zajęciach.
Oczekiwałam, że z tego tytułu po prostu się czegoś dowiem, albo przynajmniej przeczytam jakąś ciekawą, błyskotliwą myśl, coś, co zapadnie mi na dłużej w pamięć. A jednak – mam wrażenie, że nie dowiedziałam się absolutnie niczego. Że ta książka bardziej przypomina w swojej formie dziennik, albo notatnik z ciekawostkami, a nie faktyczne dzieło o naukowej wartości. Nie polecam, chyba że kogoś w jakiś sposób naprawdę fascynuje forma, w jakiej autor postanowił pisać o perswazji.

*Pełny tytuł książki: „Podręcznik perswazji. Najskuteczniejsze metody przekonywania innych i świadomej ochrony przed manipulacją”.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

wtorek, 9 października 2018

Malarz świata ułudy: W otchłani wspomnień



Tuż po II wojnie światowej Masuji Ono, emerytowany japoński malarz, spogląda wstecz na swoje życie. Czemu świat go postrzega dziś w ten sposób? I w jaki sposób powinien wydać swoją młodszą córkę za mąż? W życiu nie pomaga mu ogarnięta kulturalną rewolucją Japonia.

Tytuł: Malarz świata ułudy
Autor: Kazuo Ishiguro
Tłumaczenie: Maria Skroczyńska-Miklaszewska
Liczba stron: 302
Gatunek: literatura piękna
Wydanie: Albatros, Warszawa 2010
Przez zajęcia na uniwersytecie zostałam zobligowana do sięgnięcia po powieść jakiegoś noblisty z ostatniego dziesięciolecia. Zdecydowałam się na „Malarza świata ułudy” Kazuo Ishiguro, wybierając – szczerze mówiąc – trochę na chybił-trafił. W każdym razie po podjętej decyzji zdecydowałam, że niezależnie od treści przez książkę przebrnę, w ten oto sposób fundując sobie kilka godzin katuszy, w trakcie których chwilami wręcz przysypiałam z nudów.
„Malarz świata ułudy” jest powiem książką absolutnie pozbawioną konkretnej fabuły. Nasz główny bohater, Masuji Ono, jest jednocześnie narratorem całości. Nie prowadzi nas jednak przez swoje przygody, czy choćby życie, a po prostu rozmyśla o tym, co było kiedyś i co jest teraz. Prowadzi to do sporej ilości dygresji, tylko luźno ze sobą powiązanych, z których praktycznie nic nie wynika.
Wprawdzie samo miejsce akcji powieści jest naprawdę ciekawe. W końcu Japonia po II wojnie światowej to kraj dumnych przegranych, którzy nie potrafią pogodzić się ze swoim losem. Na dodatek przez wpływy Amerykanów dochodzi w nim do licznych, kulturowych zmian. Niestety, autor absolutnie się na tym nie skupia: wprawdzie gdzieś w tle ta tematyka się przewija, jednak zdecydowanie nie jest na piedestale. A szkoda, bo być może wtedy, mimo praktycznie braku fabuły, coś ciekawego by z tej książki wynikło.
To, co mi mocno rzuciło się w oczy to bardzo często podkreślana niższość kobiety. Zdaje sobie sprawę, że po II wojnie światowej tak w Japonii było i nie mam zamiaru z tym w jakikolwiek sposób walczyć (przeciwnie, osobiście bardzo nie lubię, gdy feministyczni autorzy postanawiają na siłę kreować zbyt silne postacie kobiece w typowo męskim świecie), niemniej, jeśli coś takiego Was burzy, zdecydowanie nie jest to pozycja dla Was.
Styl autora jest bardzo powolny i spokojny, a przy tym całkiem ładny, jednak bez konkretnych wydarzeń i bohaterów, na których może nam zależeć takie coś przestaje mieć znaczenie. Zwłaszcza, że przynajmniej w tłumaczeniu na pewno nie wydał mi się aż tak wybitny, by móc po prostu się nim zachwycić.
Szczerze przyznam, że nie wiem do końca dla kogo jest to powieść. Zapewne osoby lubiące japońską kulturę znajdą w niej więcej smaczków i kontekstów, które uczynią lekturę ciekawszą. Być może też książka sprawdzi się jako lektura dla osoby, która ceni sobie spokojną, ładną narracje i przedstawienie codziennego życia postaci w stosunkowo ciekawym miejscu i czasie. Niemniej, dla „przeciętnego” czytelnika, którego wiedza o Japonii jest raczej nikła i który szuka w literaturze po prostu bezpretensjonalnej rozrywki nie będzie to raczej zbyt pasjonująca przygoda.

* * *

[...] choćby to nie zawsze było łatwe, człowiek z pewnością zyskuje satysfakcję i poczucie godności przyznając się do popełnionych w życiu błędów. A już zwłaszcza nie musi się tak bardzo wstydzić, gdy popełniał je w najlepszej wierze. Na pewno dużo większą hańbą się okrywa, gdy nie potrafi albo nie chce się do nich przyznać.
Fragment „Malarza świata ułudy” Kazuo Ishiguro

niedziela, 7 października 2018

Sekret Tatiany: Czy historyczny romans spełnił moje oczekiwania?


1914. Dymitr trafia do szpitala, gdzie poznaje siedemnastoletnią wielką księżnę Tatianę. Między parą rodzi się uczucie, jednak ich romans w obliczu I wojny światowej nie należy do łatwych.
2016. Kitty wyjeżdża z Londynu do USA i zaczyna odnawiać domek odziedziczony po swoim pradziadku. Po znalezieniu starego wisiorka stopniowo zaczyna odkrywać rodzinną tajemnicę.



Tytuł: Sekret Tatiany
Autor: Gill Paul
Tłumaczenie: Anna Gra;al
Liczba stron: 417
Gatunek: historyczny romans
Wydanie: Mando, Kraków 2018
Już jakiś czas temu obiecałam sobie, że sięgnę po historyczną prozę dla kobiet: cały czas szukam romansu, który naprawdę mnie zauroczy i biorąc pod uwagę, jak bardzo lubię stylizowane na minione czasy powieści fantastyczne miałam nadzieję, że właśnie w tym gatunku znajdę coś dla siebie. Na dodatek już jakiś czas temu poznałam i poczułam się nieco poruszona historią cara Mikołaja II oraz jego rodziny, w związku z czym, gdy nadarzyła się okazja zabrałam się za „Sekret Tatiany”: romans historyczny brytyjskiej autorki, która specjalizuje się właśnie w tego typu prozie.
Na początku muszę powiedzieć jedno: Gill Paul to osoba z niezwykle romantyczną duszą. To widać zarówno w tematyce jej innych książek, w samym „Sekrecie Tatiany” jak i w posłowiu autorki kierowanym w stronę czytelników. To sprawia, że w tej powieści naprawdę widać pasję autorki do tej historii i jej chęć zmiany faktów: tak, aby z tragedii, jaka spotkała Romanowów, mogło wyniknąć coś naprawdę pięknego i czystego. Problem polega na tym, że to jednak trochę za mało, abym poczuła się w pełni usatysfakcjonowana lekturą.
Dla mnie w „Sekrecie Tatiany” najzwyczajniej w świecie czegoś brakuje. Czego? Zaraz stopniowo do tego dojdę, ale aby to zrobić dobrze muszę zacząć od analizy innych elementów tej powieści.
 Autorka przedstawia nam historię opowiedzianą z dwóch perspektyw. Pierwszą narratorką jest Kitty, współczesna kobieta, która stopniowo odkrywa tajemnice swojej rodziny. Drugą narracją jest opowieść Dymitra, ukochanego Tatiany, drugiej w kolejności córki Mikołaja II. Ich historie przeplatają się, choć moim zdaniem łączą się w niekoniecznie zgrabny sposób.
Osobiście mam wrażenie, że historia Kitty jest w „Sekrecie Tatiany” absolutnie zbędna. Tajemnice, które kobieta odkrywa dla nas, czytelników, właściwie od początku nie są tajemnicami i co najwyżej mogą „zaspoilerować” nam to, co wydarzy się w drugiej narracji powieści. Szczególnie, gdy bohaterka zaczyna czytać fakty dotyczące rodziny Tatiany. Sama Kitty nie była dla mnie postacią szczególnie zajmującą i naprawdę wolałabym, aby Gill Paul w ogóle nie wprowadzała tego wątku.
Jednocześnie wydaje mi się, że częściowo właśnie przez podzielenie swojej uwagi na dwie narracje autorka zaniedbała wątek historyczny. Nie dość, że sam romans i sam klimat Rosji w trakcie I wojny światowej wydał mi się dość mocno rozwodniony to na dodatek w chwili, gdy Gill Paul zaczyna ignorować historyczne fakty, dopisując własną historię całość robi się – przynajmniej w moim odczuciu – dość nierealistyczna.
Myślę, że warto tu wspomnieć o głównych bohaterach książki, czyli Dymitrze i jego ukochanej, Tatianie. Męska postać wyszła Gill Paul naprawdę całkiem dobrze. Dymitr nie jest ideałem. Ma swoje wady, choć na pewno odznacza się męstwem i ogromną miłością w stosunku do wielkiej księżnej. Tatiana moim zdaniem na jego tle wypada nieco gorzej: jest chodzącym ideałem, który absolutnie wszystko potrafi, jest zawsze dobry, inteligentny, wyrozumiały i piękny. Może to jednak częściowo wyjaśnić faktem, że jednak rzeczywistość obserwujemy z perspektywy Dymitra, a on jest tak zakochany w kobiecie, że po prostu nie dostrzega w niej nawet najdrobniejszej rysy.
W przypadku tej powieści „smuci” mnie jeszcze jeden aspekt. Mianowicie, w prologu autorka daje popis swoich umiejętności dotyczących opisów otoczenia. Dobrze widać, że ten fragment został przez nią dobrze dopracowany. Niestety, tak piękny fragment pojawia się właściwie tylko na początku powieści… a szkoda.
Moje narzekania nie oznaczają jednak, że nie czerpałam radości z czytania „Sekretów Tatiany”. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem bardzo wymagającym czytelnikiem, a ta powieść to jednak przede wszystkim książka rozrywkowa kierowana dla kobiet. W związku z tym mam wrażenie, że osoby szukające w literaturze właśnie takich historii będą naprawdę zadowolone z lektury. Styl autorki jest płynny i raczej lekki, choć brakuje mu chwilami odpowiedniej stylizacji, co jednak może być winą tłumaczenia. Sam romans między bohaterami również wypada dość uroczo i gdyby tylko autorka nieco bardziej skupiła się na okresie I wojny światowej (a może i zatrzymała się tylko na nim) widzę sporą możliwość, abym sama w pełni w tę historię uwierzyła i zaczęła ją naprawdę głęboko przeżywać.
Osobiście po tej lekturze czuję niedosyt. Nie zmęczenie, nie irytację – niedosyt. Bo to naprawdę mogła być historia, która byłaby w stanie mnie porwać: uwielbiam patetyczne historię, uwielbiam wielkich bohaterów i zażarte bitwy o to, by przeżyć, by spędzić choć chwilę ze sobą. Żałuję, że to chyba jednak dla mnie zbyt współczesna w stylu pisania i zbyt odbierająca od historycznych faktów powieść. Niemniej, dobrze wiem, że będę ją w przyszłości polecać osobom, które szukają prozy lekkiej i romantycznej, bazującej na prawdziwych postaciach. Bo jeśli tylko czytelnik właśnie tego szuka to wierzę, że jest w stanie w „Sekrecie Tatiany” naprawdę się zakochać.


* * *

Dymitr pokazał Ortipo kawałek drobiowego mięsa, potem  wyciągnął dłoń, głośno nakazując psu: „Siad!”, a Tatiana przykucnęła, żeby zademonstrować zwierzęciu właściwą reakcję. Jednak gdy tylko wypuściła Ortipo, ta wskoczyła na wózek, żeby złapać mięso. Tatiana spróbowała jeszcze raz, lecz skończyło się to tym, że szczenię zostawiło brudne ślady łap na jej białym fartuchu pielęgniarskim.
– Chyba trafił się nam okaz niemożliwy do wytresowania – powiedziała ze śmiechem, wycierając się z błota.
– Każdego psa da się wytresować – odrzekł Dymitr. – Ale ten przypadek będzie chyba wyjątkowo trudnym wyzwaniem. Przypuszczam, że ją psujesz, kiedy nie ma mnie w pobliżu.
Fragment „Sekretu Tatiany” Gill Paul



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Mando!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony