niedziela, 9 grudnia 2018

O matko i córko: Czy znane youtuberki mają faktycznie coś do powiedzenia?


Od kilku lat prowadzą razem popularny kanał. Katarzyna i Paulina Błędowskie, czyli matka z córką pokazują, jak cudownie jest być razem. W swojej książce przedstawiają kulisy swojego życia i codziennych problemów.
  
Tytuł: O matko i córko
Autor: Katarzyna i Paulina Błędowskie
Liczba stron: 336
Gatunek: autobiografia
Wydanie: SQN, Kraków 2018
Chyba nie jestem jedyną osobą, która widząc, jak jakiś youtuber wydaje swoją książkę związaną ze swoim własnym życiem zastanawiam się, czy ta pozycja w ogóle ma jakiś sens, cel w istnieniu? Poza – oczywiście – sprawieniu radości fanom? Dlatego sięgnęłam po „O matko i córko”: książkę dwóch youtuberek, które obserwowałam przez pewien czas, gdy zaczynały swoją przygodę. Dziś wprawdzie raczej do nich nie wracam, ale dzięki tamtemu epizodowi po prostu rozumiem mniej więcej i pomysł na kanał, i same charaktery autorek.
W przypadku tej książki przed przejściem do samej treści myślę, że warto powiedzieć trochę o samym wydaniu. „O matko i córko” to książka tak ładna, jak ładna może być pozycja w miękkiej oprawie i raczej przeciętnej cenie. Szata graficzna książki jest miła dla oka, a wewnątrz znajdziemy naprawdę bardzo ładną sesję zdjęciową. Ubolewam nad faktem, że ta wydrukowana jest na zwykłych kartkach, a nie na śliskim papierze (który podniósłby jakość wydruków), ale rozumiem, że pojawia się tu kwestia związana z końcową ceną książki, która w takim wypadku musiałaby pewnie kosztować o wiele więcej.
A jak wygląda ta najważniejsza część książki, czyli właśnie jej treść? Cóż… muszę niestety przyznać: „O matko i córko” to książka, która w moim odczuciu nie broni się jako samodzielny twór. To dzieło wręcz stworzone dla fanów kanału i właściwie nie sądzę, aby wniosło coś więcej w życie dorosłego czytelnika.
Nie chcę być źle zrozumiana. „O matko i córko” czyta się bardzo lekko i szybko (głównie przez potoczny język używany przez autorki oraz stosunkowo małą ilość treści). Przez to osoby niezaznajomione z literaturą, które po nią sięgną, mogą poczuć, że ta książka sprawia im i przyjemność, i pewną radość, ale po prostu sama treść książki nie jest czymś w żadnym razie odkrywczym, czy nowatorskim.
Książka pań Błędowskich to właściwie „pamiętnik” napisany w formie swoistego dialogu matki i córki: obydwie mówią na przemian, choć mam wrażenie, że Katarzyna miała trochę więcej do powiedzenia. Youtuberki w książce streszczają swoje życie: opowiadają o całym procesie edukacji Pauliny i o trudnościach, jakie w trakcie niego przeżywały. Problem polega na tym, że obydwie są osobami bardzo… zwykłymi, przeciętnymi. Z jednej strony pozwala to na utożsamianie się z nimi (stąd pewnie popularność na kanale Youtube), z drugiej… treść tej książki właściwie niczego nie uczy. Co najwyżej może przywołać pewną nostalgię za czasami szkolnymi, jeśli czytelnik ma już je za sobą. Poza tym całość utrzymana jest w bardzo pozytywnym tonie. Katarzyna bezustannie powtarza, jak dojrzała jest jej córka, a Paulina również raczej chwali swoją mamę. W tej książce nie ma żadnego dramatu, nie ma opisu sytuacji wykraczającej poza codzienność zwykłego, przeciętnego rodzica i dziecka. Przez to książka przypomina formą dostępnego w sieci za darmo bloga, czy właśnie – vloga, a nie coś, za co miałabym ochotę zapłacić.
W trakcie czytania nasunęła mi się też pewna drobna „refleksja”. Poza zdjęciami z sesji wewnątrz książki możemy znaleźć dość dużo fotografii z albumu rodzinnego. Większość z nich jest podpisana… ale podpisana tak, jakby wykonała to mama, nie córka. Zaczęło mnie zastanawiać… czy aby Paulinie nie jest trochę „głupio” przez coś takiego? Mnie chyba by było, nawet gdybym miała ze swoimi rodzicami aż tak bliską relację.
Jak najbardziej rozumiem fanów Pauliny i Katarzyny, które po tę książkę sięgną i którzy ją polubią – w końcu to raczej sympatyczne osoby, z którymi przeciętny człowiek może się utożsamić. Dzięki dość ładnemu wydaniu ta pozycja będzie też niezłym prezentem dla obserwatorów kanału tych pań. Innym raczej nie polecam; podejrzewam, że o relacji rodzica z dzieckiem powstało wiele ciekawszych reportaży, czy nawet powieści, które po prostu wniosą do życia czytelnika coś więcej.


* * *

Moja córka ma wiele zalet i kilka niewątpliwych wad. Jedną z nich jest wrodzone, nienaruszalne skąpstwo w zakresie dzielenia się słodyczami z najbliższymi. Druga jej wielka wada polega na nadmiernej egzaltacji podczas chorowania.
Fragment „O matko i córko” Katarzyny i Pauliny Błędowskich


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

piątek, 7 grudnia 2018

8 jednotomowych powieści fantastycznych


Jakiś czas temu stworzyłam wpisy o jednotomowych powieściach fantasy oraz sceince-fiction. Sytuacja na rynku przez te kilka miesięcy absolutnie nie uległa zmianie: wciąż wśród fantastyki królują serie. I dobrze, bo chyba jednak to po nie sięgamy najczęściej i najchętniej. Niemniej, czasem ma się po prostu ochotę na krótką jednotomówkę, a że ostatnio kilka takich mi się uzbierało uznałam, że się nimi z Wami ponownie podzielę.

„Limes Inferior” Janusza A. Zajdla
Uważana za jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą powieść autora. Ta niedługa fantastyka socjologiczna to nie tylko świetna analiza PRLu, ale także dobra przygoda w roli głównej z bohaterem-oszustem. Historię Sneera naprawdę warto poznać, nawet jeśli nie przepadacie za science-fiction samym w sobie. Ponadto choć książka powstała w latach 80. dalej jest naprawdę przyjemna w odbiorze i mimo trudnych tematów czytanie jej jest po prostu niezwykle przyjemne.

„Tryjon” Melissy Darwood
Jeśli szukacie powieści dla młodzieży, która porusza tematy związane z psychologią, czy chorobą psychiczną to na tę powieść polskiej autorki warto zerknąć. Nie jest to wprawdzie wybitna fantastyka – ekspozycja świata przedstawionego nie należy do najlepszych – ale w swojej kategorii sprawdza się naprawdę nieźle. A dzięki wątkowi miłosnemu ma też szansę trafić do fanek paranormalnych romansów.

„Narzeczona księcia” William Goldman
Najpierw był film. Potem na jego bazie powstała dość nietypowa książka. To fantastyczny pastisz, który na warsztat bierze sporo elementów powieści fantasy: przygoda, magia i miłość to motywy, które zdecydowanie w tej książce się pojawiają. Z tym, że… jeśli nie kupicie humoru autora prawdopodobnie nie spodoba Wam się całokształt, bo to właśnie na nim ta historia bazuje. Dlatego nim po nią sięgniecie polecam pójść do księgarni, wziąć ją do ręki i przeczytać kilka pierwszych stron.

„Basza smaku” Saygina Erisina
Oto niezwykła baśń o jedzeniu w orientalnych klimatach. Choć to teoretycznie książka fantasy to w praktyce nie ma w niej zbyt wielu fantastycznych elementów. Mimo tego to naprawdę warta uwagi lektura, która po prostu sprawi, że zaburczy Wam w brzuchu. Warto jednak pamiętać, że to raczej spokojna książka, która wprawdzie porusza tematykę zemsty, czy naprawdę ładnej miłości, ale jej akcja jednak zazwyczaj ma miejsce w kuchni.

„Grillbar Galaktyka” Mai Lidii Kossakowskiej
Znów o jedzeniu – tylko tym razem w trakcie galaktycznych podróży. Książka Kossakowskiej czerpie trochę ze space opery, w której główny bohater podróżuje po wszechświecie i zdobywa wiedzę na temat różnych typów kuchni. To ciekawa i przyjemna powieść, która nawiązuje do wielu znanych filmów, czy motywów popkulturalnych. Nie jest wprawdzie książką absolutnie genialną, ale na pewno wartą uwagi, jeśli szukacie fantastyki powiązanej z jedzeniem właśnie.

„Woda na sicie. Apokryf czarownicy” Anny Brzezińskiej
Doskonała, delikatnie stylizowana polszczyzna to bez wątpienia ogromny atut książki Brzezińskiej. Tytuł ten to zapis spowiedzi kobiety oskarżonej o morderstwo oraz o bycie czarownicą. Nietypowa forma sprawia, że powieść pozbawiona jest dialogów, czy nadzwyczaj wartkiej akcji, ale to nie zmienia faktu, że „Woda na sicie” to po prostu naprawdę dobra książka poruszająca wciąż aktualne tematy. Jeśli szukacie ciekawego historycznego fantasy, albo książki związanej z problemami kobiet to po ten tytuł naprawdę warto sięgnąć.

„Dżozef” Jakuba Małeckiego
Relizm magiczny jest gatunkiem mocno nietypowym, znajdującym się gdzieś pomiędzy powieścią realistyczną, a fantastyczną. „Dżozef” Małeckiego właściwie właśnie taki jest: wydarzenia z książki możemy traktować dwojako. Zarówno jak szaleństwo bohaterów, jak i coś, co naprawdę miało miejsce. Jednocześnie to książka, którą niezwykle dobrze i szybko się czyta i która łączy ze sobą literaturę wysoką z „ulicznymi” tematami.

„Banda niematerialnych szaleńców” Marii Krasowskiej
Książka Krasowskiej to historia przygodowa dla młodzieży o duchach i przyjaźni. Choć nie jest wybitną literaturą to jest po prostu bardzo sympatyczną książką, która świetnie sprawdzi się jako lektura dla młodszego czytelnika. I właśnie dla takiego mogę ja spokojnie polecić. Poza tym ona w końcu świeci w ciemności! Muszę tu jednak nadmienić, że choć z tego co się orientuje nie jest to część serii (kolejne tomy nie zostały zapowiedziane) to informacji na temat ewentualnej braku kontynuacji również nie znalazłam.

Którąś z tych książek znacie? Jakie polecacie jednotomowe powieści fantastyczne?

środa, 5 grudnia 2018

Modyfikowany węgiel: Kryminał w świecie cyfrowych ludzi



XXVI wiek. Ludzkość opanowała galaktykę, ale to nie jej jedyne osiągnięcie. Opanowano zdolność cyfrowego zapisu ludzkiej świadomości, co pozwala przenosić się w różne ciała. Takeshi Kovacs jest byłym emisariuszem ONZ – człowiekiem wyspecjalizowanym między innymi w walce oraz częstej zmianie powłok. Po śmierci swojego ciała budzi się na Starej Ziemi, gdzie potężny i bogaty mężczyzna każe mu rozwiązać zagadkę zabójstwa jego ciała.

Tytuł: Modyfikowany węgiel
Tytuł serii: Takeshi Kovacs
Numer tomu: 1
Autor: Richard Morgan
Tłumaczenie: Marek Pawlec
Liczba stron: 544
Gatunek: science fiction
Wydanie: Mag, Warszawa 2017
Literatura fantastyczna to triumf ludzkiej wyobraźni – przedstawia niezwykłe wizje pisarzy, którzy przelewają na papier swoje pomysły, nadając im jak najbardziej wiarygodny kształt. „Modyfikowany węgiel” jest jedną z książek, która na tapet dość popularny temat, jakim jest chęć zdobycia przez ludzi nieśmiertelności, choć przedstawia go w naprawdę unikatowy sposób. Unikatowy, bo choć podobne motywy wykorzystywały choćby filmy „Transcendencja” oraz „Chappie”, to należy zwrócić uwagę, że powieść Richarda Morgana powstała w 2002 roku, czyli zdecydowanie wcześniej od tych dwóch obrazów. Poza tym żaden z nich nie rozwija tego pomysłu aż na taką skalę.
Sam pomysł na świat przedstawiony to jeszcze nie jest wszystko – do powieści przede wszystkim potrzeba historii. Richard Morgan wrzuca więc nas do cyberpunkowego świata przyszłości i serwuje nam pełen akcji kryminał, w którym główny bohater ma do rozwiązania zagadkę, której towarzyszy ogrom wybuchów, pościgów i tajemnic ukrywanych przez najbardziej wpływowych ludzi ze świata Morgana.
W związku z tym główny bohater historii jest dość typową postacią dla tego typu fabuł. Takeshi Kovacs to naprawdę doświadczony facet, który doskonale wie, co robi, choć zdarza mu się popełniać błędy. Jest inteligentny, nieco tajemniczy, a zarazem dość surowy i konkretny. Z jednej strony nie jest to więc postać, która naprawdę wyróżnia się na tle innych tego typu, ale z drugiej – jest na tyle dobrze wykreowany, że po prostu dobrze śledzi się jego poczynania. Właściwie podobne rzeczy można powiedzieć o wielu z bohaterów tej historii: są poprawnie wykreowani, w jakiś sposób mogą zaciekawić, ale większość z nich opiera się na znanych nam schematach.
„Modyfikowany węgiel” jest powieścią o naprawdę dobrym rytmie. Autor zgrabnie przeplata elementy ekspozycji ze scenami akcji, nie informując nas od razu o wszystkim. Nie należy jednak zapominać, że to fantastyka naukowa, w związku z czym opis świata niekoniecznie należy do tych najlżejszych. Wprawdzie nie uważam, aby to była szczególnie „techniczna” książka, ale jeśli już sama wizja zmiany ciał i cyfrowego zapisu świadomości kogoś odrzuca to moim zdaniem nie ma po co sięgać po książkę Morgana. Podejrzewam, że w takim wypadku czytanie jej będzie przede wszystkim męczarnią.
Jeśli miałabym się do czegoś w tej historii przyczepić to byłby… nadmiar faktów, osób i powiązań, które niekoniecznie są na tyle wyraźne, aby zapadły mi w pamięć. Najzwyczajniej w świecie fabuła „Modyfikowanego węgla” jest na tyle gęsta, że w połączeniu ze sporą dawką ekspozycji czasem nie nadążałam za tym, co się dzieje. Zwłaszcza, że czasem brakowało mi przywiązania się do bohaterów, czy świata, przez co historia momentami potrafiła mnie zaczynać nieco nużyć. Niemniej, to kwestia w pełni obiektywna i indywidualna: mam wrażenie, że osoby o bardziej ścisłym umyśle, albo takie, które bardziej ode mnie lubią analizować zachowania bohaterów i powiązania między nimi na pewno nie będą na tę historię pod tym względem narzekać.
„Modyfikowany węgiel” to tytuł, który kusił mnie od dłuższego czasu i absolutnie nie żałuje spotkania z nim. To dobry kawałek fantastyki naukowej, który przedstawia ciekawą wizję świata i może zapewnić rozrywkę na naprawdę dobrym poziomie. Nie wątpię, że prędzej czy później zabiorę się za kolejną część historii Takeshiego.

* * *

Życie ludzkie nie ma wartości. Czy po wszystkim, co widziałeś, jeszcze się tego nie nauczyłeś? Samo w sobie nie ma żadnej wartości. Żeby zbudować maszyny, potrzeba pieniędzy. Pieniędzy potrzeba na wydobycie surowców. Ale ludzie? – Wydała dźwięk jak przy splunięciu. – Zawsze możesz dostać więcej ludzi. Powielają się jak komórki rakowe, bez względu na to, czy tego chcesz, czy nie. Takeshi, mamy nadmiar ludzi.

 Fragment „Modyfikowanego węgla” Richarda Morgana


poniedziałek, 3 grudnia 2018

Polowanie: Nadnaturalne umiejętności i tajny wywiad, czyli polski akcyjniak SF


Obdarzony telepatią Edmund Lis zostaje zwerbowany do tajnej grupy wywiadowczej. Jego drużyna szuka jednorożca: osoby obdarzonej umiejętnością jasnowidzenia. W trakcie jednej z akcji zostają jednak zapędzeni w pułapkę. Z życiem uchodzi tylko Lis oraz Kamil, członek grupy z talentem leczenia.
Tytuł: Polowanie
Tytuł serii: Kroniki jednorożca
Numer tomu: 1
Autor: Robert J. Szmidt
Liczba stron: 310
Gatunek: science-fiction
Wydanie: Rebis, Poznań 2018

Gdy minęła mi „wczesnopodstawówkowa” faza na „Harry’ego Pottera” dość szybko przerzuciłam się na filmowych „X-menów” – wprawdzie komiksów nigdy nie poznałam, ale sam motyw z tej serii był i jest czymś mi bliskim. Nie wspominam o tym bez powodu: „Polowanie” Roberta J. Szmidta, czyli pierwszy tom „Kronik jednorożca” niezwykle kojarzą mi się z tą serią, choć całość osadzona jest w polskich realiach, a osoby z nadprzyrodzonymi zdolnościami raczej nie chodzą do stosunkowo beztroskiej szkoły Charlesa Xaviera.
„Polowanie” to powieść typowo rozrywkowa. Lekka, wręcz – komiksowa. Raczej nastawiona na akcję, niż na przekazywanie wielkich ideałów i analiz filozoficznych. Jest więc wyjątkowo lekką fantastyką naukową, która ma w sobie bardzo mało, jeśli w ogóle, technicznych wątków i określeń. Traktowanie jej inaczej raczej po prostu nie ma większego sensu: wprawdzie Szmidt „przewidział” w niej niektóre polskie wydarzenia (książka została wydana po raz pierwszy w 2007), ale powiedziałabym, że to raczej kwestia przypadku i poprawnej analizy rzeczywistości, a nie jasnowidztwa. Z resztą, nie są to rzeczy szczególnie przez autora rozwijane, czy analizowane: po prostu dla fabuły „Polownaia” były potrzebne pewne konkretne pomysły, wydarzenia, czy miejsca, więc po prostu zostały w historii wykorzystane.
Warto zwrócić uwagę na to, że dla fantastyki naukowej ponad dziesięć lat od wydania pierwszego tomu często bywa zabójcze. W tym przypadku na szczęście do tego raczej nie doszło. Wprawdzie należy brać pod uwagę fakt, że akcja dziejąca się w 2011 to dla autora powieści wciąż przyszłość, jednak biorąc pod uwagę, że trafiamy do fantastycznego świata to pewne fakty i detale nie muszą się zgadzać, zwłaszcza, że mamy do czynienia z powieścią akcji. Powiedziałabym wręcz, że biorąc pod uwagę erę superbohaterów, w jakiej jesteśmy obecnie, „Polowanie” jest może nawet bardziej chwytliwe i topowe niż tą dekadę temu.
Na tło naszej historii Szmidt wybrał polską politykę. Niech to jednak nikogo nie przestraszy. Przede wszystkim autor nie wykorzystuje żadnych istniejących nazw partii (w ogóle zazwyczaj unika podawania imion i nazwisk polityków, chyba że jest to koniecznie potrzebne), a całość naprawdę stanowi tylko podbudowę historii. Ta książka naprawdę jest jak film akcji – niby to wielkie spiski polityczne, czy biznesowe są motywacjami naszych postaci, ale w gruncie rzeczy ani nas szczególnie nie interesują, ani twórcy nie próbują w nie wnikać. W końcu w takich opowieściach nie o to chodzi.
W „Polowaniu” dostajemy duet bohaterów. Niewątpliwie postacią wiodącą jest Edmund Lis – inteligentny, szybko myślący telepata, który zdecydowanie jest ciekawym w obserwacji mężczyzną, choć jednocześnie nie wykracza poza typowe ramy postaci z tego typu historii. Jego towarzysz, Młody, to swoista kontra dla Lisa: raczej woli proste, leniwe rozwiązania, które jednak czasem sprawdzają się lepiej od kreatywnych, ale zbyt wymyślnych pomysłów głównego protagonisty. To dobrze współgrająca para bohaterów, których obserwuje się w przyjemnością, choć musze przyznać, że brakło mi tu pewnej podbudowy tych postaci. Weźmy na przykład właśnie Lisa – choć trafił do „polityki” jako dorosły nie wiemy nic z jego przeszłości. Czy miał rodzinę? Innych bliskich? Co studiował, miał ukochaną, dramaty, pragnienia? Nie pamiętam, aby w książce Szmidta pojawiła się choćby wzmianka na ten temat. Młody ma wprawdzie nieco lepiej wyjaśnione swoje pochodzenie, ale też: mimochodem, w dosłownie kilku zdaniach.
Moje pierwsze spotkanie z powieścią Szmidta, a drugie spotkanie z autorem w ogóle (poprzednie odbyło się dzięki jednemu z jego opowiadań) uważam za udane; dostałam właściwie to, czego oczekiwałam po opisie z tyłu okładki. „Polowanie” to przede wszystkim czysta rozrywka. Nie zapewni może okazji do analizy, nie jest też w jakikolwiek odkrywcza, ale wykorzystuje ciekawe motywy w poprawny sposób. Niedługa, lekka, przyjemna, ale jednocześnie nie infantylna – to zdecydowanie sprawia, że z książką Szmidta można po prostu miło spędzić czas.


* * *

– Dupa tam... – żachnął się grubas i dokończył picia. Ty, Mulder, lepiej odpowiedz na pytanie.
Lis nie lubił, kiedy go tak nazywano, ale przywykł. Młody miał zwyczaj nadawania wszystkim przezwisk. Trzeba przyznać, że miał do tego talent. Zresztą jak się chwilę zastanowić, skojarzenie było proste. Lis to Fox, a zdrobnienie od Edmunda zamienić na Mulder – żaden problem. Do tego robota, jaką wykonywał, nadawała się idealnie do „Z archiwum X”.
Fragment „Polowania” Roberta J. Szmidta


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Domu Wydawniczemu Rebis!

niedziela, 2 grudnia 2018

ROZDANIE! Wygraj "Dynię i jemiołę" Anety Jadowskiej w konkursie na Instagramie!



Część z Was nie zdaje sobie z tego sprawy, ale już od dłuższego czasu prowadzę bookstagrama. I to właśnie na nim organizuje dla was ROZDANIE z najnowszą książką Anety Jadowskiej, czyli „Dynią i Jemiołą”. Egzemplarz jest nowy i zawiera autografy zarówno autorki, jak i ilustratorki.

Jak o książce mówi wydawca?
Świąteczny koniec roku, okres od Halloween do sylwestra . Oto magiczny czas między dynią a jemiołą.
Dora Wilk, Nikita, Witkacy, Karma, Malina, Roman, Baal i inni przybywają z nowymi historiami. Burzliwe przygody i ciepłe opowieści – wszystko, czego trzeba, by przegonić zimową chandrę.
Słodkie i ostre, romantyczne i całkowicie nieprzewidywalne. Opowiadania ze świata Thornu są jak czekoladki w doskonałej bombonierce. Nie poprzestaniesz na jednym.
Najpyszniejsze opowiadania tej zimy!

Co ja o niej sądzę? Przeczytajcie TUTAJ!


Jak wygrać? 
Dowiecie się wszystkiego w moim poście na Instagramie!

Sponsorem nagrody jest portal CzytamPierwszy!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

sobota, 1 grudnia 2018

Anihilacja (2018): Baśniowa metafora science-fiction



Mąż Leny (Natalie Portman) jest wojskowym. Kiedy nie wraca z tajnej wyprawy kobieta uznaje go za zmarłego. Pewnego dnia pojawia się na progu jej domu i dziwnie się zachowuje. Wkrótce później choruje i trafia razem z żoną do tajnego ośrodka badawczego, prowadzonego przez dr Ventress (Jennifer Jason Leigh). Lena prędko odkrywa, że mąż badał sprawę Strefy X, miejsca dziwnej anomalii na Ziemi, której przestrzeń bezustannie się powiększa. Kobieta podejmuje decyzje: razem z grupą innych pań ma zamiar zbadać jej wnętrze.



„Anihilacja” (2018)
ang. „Anihilation”
też. Alex Garland
horror science-fiction
Alex Garland i Jeff VanderMeer w jednym – to połączenie nie mogło się skończyć normalnie. W końcu ten pierwszy, twórca uwielbianej przeze mnie „Ex Machiny” lubi tworzyć kino niewielkie i specyficzne, ale bardzo inteligentne. Zaś VanderMeer zapadł mi w pamięć „Podziemiami Vensis” – powieścią z gatunku dystopii, która swą formą przypominała senne majaki. Nic więc dziwnego, że „Anihilacja”, film na podstawie jego książki, też zawiera właśnie takie elementy. Zwłaszcza, że podobno Gerland stworzył swoje dzieło na podstawie interpretacji, jaką stworzył po lekturze.
Niełatwo jest mi o tym filmie mówić, bo mam wrażenie, że tak naprawdę… nie do końca jest o czym. „Anihilacja” to na tyle dziwny obraz, że trzeba go zobaczyć, aby po swojemu go zrozumieć i zinterpretować. Choć teoretycznie dostajemy konkretną fabułą, która zwłaszcza na początku jest mocno zarysowana to w gruncie rzeczy trudno rzec z pewnością, czy wszystko to „realne” wydarzenia, czy może coś dziejącego się tylko w głowie Leny, a może – to tylko merafora jej życia. A może jednak „Anihilacja” to metafora dotycząca feminizmu, albo ekologii? W tym filmie absolutnie nic nie jest w pełni jasne.
Mimo tego istnieje kilka elementów, które są raczej stałe i o których chyba mogę bez ogródek powiedzieć. „Anihilacja” to film produkcji Netflixa, a więc nie jest dziełem z bardzo dużym budżetem i to naprawdę czasem widać. Niektóre efekty specjalne są wyraźnie sztuczne, nienajlepsze, niedopracowane. Niemniej, same projekty przedstawianych obiektów i ich pomysłowość moim zdaniem nadrabiają niedoróbki budżetu. Ponadto w tym baśniowym, mglistym i niepewnym otoczeniu słabe CGI nie rzuca się aż tak bardzo w oczy.
Co z innych „pewniaków”? Osoby zachęcone tym, że film uznany został za horror fantastyczno-naukowy mogą się „Anihilacją” rozczarować. Faktycznie, to dzieło ma w sobie kilka mrocznych scen, ponadto jego atmosfera jest raczej niepokojąca, ale osobiście nie nazwałabym jej typową dla horroru.
Osoby szukające dziwnych obrazów; takich, które wymagają analizy i własnej interpretacji naprawdę powinny po ten film sięgnąć. To ciekawe dzieło do dyskusji i rozmów o nim, ponadto zapewniające zachwyt nad niektórymi z pomysłów twórców. Tych, którzy szukają jednak „zwykłego” filmu na popołudnie przestrzegam: to nie jest typowe kino, do którego przyzwyczaiło nas Hollywood.

czwartek, 29 listopada 2018

Srebrny Kruk: Nie wiem, co właśnie przeczytałam


Oculum Mundi to świat, w którym ludzie traktują inne rasy z pogardą i w którym nie brakuje zakulisowych, politycznych rozgrywek. Pięć opowiadań wiedzie do jednego, wspólnego celu.



Tytuł: Srebrny kruk
Autor: Michał J. Sobociński
Liczba stron: 315
Gatunek: fantasy
Wydanie: Abyssos, Nowa Sól 2018
Gdy „Srebrny kruk” do mnie trafił nie znalazłam w sieci żadnej, konkretnej opinii na jego temat. Dlatego ten wydany w maju debiut Sobocińskiego wzięłam na warsztat zupełnie na poważnie: w końcu ktoś powinien ten tytuł poważnie ocenić. Jednocześnie podchodziłam do książki ze sporą dawką pozytywnego nastawienia: w końcu to fantasy, jak najbardziej „mój” klimat. Nawet, jeśli nie będzie idealnie, nie powinno być źle, zwłaszcza, że autor napisał tekst także do drugiego tomu wtedy jeszcze nie wydanych „Fantazmatów”.
Szybko dotarło do mnie jednak, jak bardzo się myliłam.
Mimo absolutnie najszczerszych chęci; powolnego i dokładnego czytania oraz pozytywnego nastawienia spotkanie ze „Srebrnym krukiem” skończyło się dla mnie po prostu źle. To jedna z tych książek, którą czytałam, aby po odłożeniu nie mieć pojęcia, o czym był tekst; która wydawała się być absolutnie o niczym, mimo bardzo mocnej stylizacji językowej (o której za chwilę). Do teraz zastanawiam się, o co w tej fabule w ogóle chodziło, a przecież jestem raczej człowiekiem oczytanym; nawet „Lód” Dukaja przecież był O CZYMŚ mimo że jak na razie przerwałam go po trzystu stronach (wrócę, na pewno!) – to książka trudna, ale główna linia fabularna jest jednak zrozumiała. „Srebrnego kruka” zdaje się to nie dotyczyć.
Co właściwie dostajemy? Pięć opowiadań, które – jak wspomniałam wyżej – wydają się być w moich oczach absolutnie o niczym. Mamy jakieś morderstwa, mamy pociągającego za sznurki profesora o trudnym i dziwnym imieniu, mamy niby intrygi, spotkania władz… ale te teksty zdają się do niczego nie prowadzić. Ponadto często miałam wrażenie, że autor, próbując „stylizować” język na średniowieczny, wciskał do tekstu wszystkie znane mu trudne słówka, co wcale nie ułatwiało czytania, ani nie dodawało klimatu treści. Zwłaszcza, że taki „mityng” (który też w tych opowiadaniach się znalazł) nijak ma się do tekstów fantasy tego typu.
Zauważyłam też, że dialogi to często szczególnie irytująca sieczka mieszaniny dziwnych słów ­– często trudno wyciągnąć z nich cokolwiek. A opisy? Często przydługie i nudne, zwłaszcza, gdy czytelnik ma w sumie gdzieś bohaterów i absolutnie się nimi nie interesuje; tak samo z resztą, jak światem przedstawionym. Bo przecież elfów i krasnoludów, którzy są źle traktowani mieliśmy już w popkulturze od groma. „Srebrny kruk” pod tym względem wydaje się być absolutną kalką wielu innych historii.
Jeśli miałabym podać jakikolwiek pozytyw to byłoby to na pewno wydanie. Z tego co rozumiem wydawnictwo Abyssos to grupa znajomych pisarzy, którzy wzajemnie wydają swoje dzieła (jak widać, to niekoniecznie dobru pomysł). Wyraźnie widzę, że w „Srebrnego kruka” zostało włożone sporo pracy. Być może sama korekta do najlepszych nie należy, ale wewnątrz książki możemy znaleźć naprawdę przyjemne dla oka ilustracje, a okładka też nie należy do najgorszych. Sama grafika na niej jest naprawdę klimatyczna; brakuje jej jedynie odrobiny podrasowania pod względem układu tekstu i czcionki.
Co tu dużo mówić – jestem na „nie”. Chciałabym, aby było inaczej, ale po prostu czuje się niezwykle tym tytułem wymęczona. Nie obchodził mnie, czytałam go prawie tydzień (a moją normą są 2-3 dni na książkę) i jeszcze na dodatek mam wrażenie, że nie dostałam nic w zamian za poświęcony czas. Niemniej, bardzo chętnie porównam swoją opinię z innymi. Może faktycznie Sobociński to geniusz większy od Dukaja, Wattsa czy Lema, tylko po prostu jestem zbyt głupia i zbyt mało oczytana, by to zrozumieć? Chciałabym w to wierzyć.


* * *

– Nonsens, mości książę. Zaaranżowany przez księżną mityng ma na celu wysondowanie potencjałów oraz stanowisk w hipotetycznej sytuacji wewnętrznej naszego państwa – profesor odgarnął z twarzy szare włosy. – Dokonujemy tu analizy geopolitycznej poprzez studium domniemanych przypadków.
– Próżna naukowa gadanina – skwitował margrabia, maczając figę w słodkiej zalewie z maku.
Fragment „Srebrnego kruka” Michała J. Sobocińskiego



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwo Abyssos!



wtorek, 27 listopada 2018

Upadek Hyperiona: Wojna o przetrwanie



Pielgrzymi kontynuują swoją wędrówkę do Grobowców Czasu, w których Dzierżba ma zabić sześciu z nich, spełniając pragnienie jednego. W tym czasie Hegemonia prowadzi wojnę z najeźdźcami, których pragnieniem jest zniszczenie ludzkiej rasy.

Tytuł: Upadek Hyperiona
Tytuł serii: Hyperion
Numer tomu: 2
Autor: Dan Simmons
Tłumaczenie: Wojciech Szczypuła
Liczba stron: 611
Gatunek: science-fiction
Wydanie: Mag, Warszawa 2015
Przez rok czekałam, aby zabrać się za „Upadek Hyperiona”: choć pierwszy tom naprawdę mi się spodobał to cały czas w moim dobytku pojawiały się inne książki, które czytałam najpierw, zazwyczaj zgodnie z myślą „słabsze na początku, najlepsze na deser”. Odsuwanie w czasie nie skończyło się dla mnie najlepiej – kontynuacja jest nierozerwalnie związana z tomem pierwszym i gdy wspomnienia blakną zdecydowanie trudniej jest odnaleźć się w historii Dana Simmonsa.
Akcja kolejnego tomu rozpoczyna się zaraz po zakończeniu poprzedniego. Tym razem dostajemy jednak zupełnie inną strukturę powieści. „Hyperion” składał się z opowieści pielgrzymów, przez co swoją formą przypominał zbiór opowiadań. „Upadek Hyperiona” jest zaś liniową powieścią, która ma tak naprawdę jeden temat przewodni: kosmiczną wojnę.
Czemu tak trudno jest się odnaleźć w książce, jeśli słabo pamięta się poprzednią część? Z bardzo prostego powodu. Autor w części poprzedniej dokładnie przedstawia nam postacie, których historie mają duży wpływ na rozwój wydarzeń. Jednocześnie w „Upadku Hyperiona” tylko wspomina o tym tle, wręcz atakując nas nowymi wydarzeniami, postaciami i nazwami. Jeśli więc nie pamiętamy za dobrze głównych bohaterów tej historii wgryzienie się w nią może naprawdę być dość problematyczne.
Czytając „Upadek Hyperiona” doszłam do wniosku, że przez mnogość historii „Hyperion” był powieścią, która poruszała więcej tematów filozoficznych. Kontynuacja, choć cały czas zastanawia się nad istotą religii, życia i moralności, jest jednak bardziej ukierunkowana. Jednocześnie Simmons absolutnie nie zapomina o tego typu rozważaniach, jednak najzwyczajniej w świecie tom poprzedni zbudował na tyle mocną podbudowę i klimat historii pod tym właśnie względem, że tym razem po prostu nie musiał tego robić.
Pod względem fabularnym „Upadek Hyperiona” jest ciekawy, ale jednocześnie potrafi zadziwić swoją dziwnością. Pióro Simmonsa jest dość proste i bardzo konkretne, dzięki czemu jego historie naprawdę dobrze się czyta, ale jednocześnie w tej części powieści autor mocno porusza tematykę sztucznej inteligencji oraz podróży w czasie. To drugie jednak zawsze wprowadza pewne problemy logiczne, pewne nieścisłości i „dziwność”, która podana w konwencji stosunkowo mrocznej i ponurej fantastyki zawsze wywołuje we mnie niepokój.
W przypadku tak dobrych książek nie widzę sensu dokładnej analizy bohaterów. Simmons po prostu dobrze zbudował swoje postacie, dając im konkretne cechy, charakter i umiejętności, doskonale wpasowując je w historie. Jeśli jednak miałabym wybrać bohatera, lub element książki, który chyba najbardziej mnie uderzył byłby to wątek Uczonego oraz jej małej córeczki.  Jedna z kluczowych scen (pojawiająca się z resztą na zagranicznych okładkach) naprawdę jest w stanie przez swoją tragiczność wywrzeć duże wrażenie.
Przy tym wszystkim powieść Simmonsa to książka bardzo mocno zakorzeniona w naszej kulturze. Autor sięga do poezji, ale nie tylko: wyraźnie widać, że ma bardzo dużą wiedzę i że naprawdę przygotował się do napisania takiego dzieła.
„Upadek Hyperiona” to książka ciężka i lekka zarazem. Wprawdzie porusza trudne tematy i jej klimat zdecydowanie nie należy do tych sielankowych, ale jednocześnie czyta się ją niezwykle płynnie i sprawnie, dzięki czemu można czerpać z czytania tej naprawdę dobrze skonstruowanej powieści wiele przyjemności. To niewątpliwie jest tytuł, a właściwie – seria, którą będę polecać wszystkim zainteresowanym fantastyką naukową.

* * *

Jego piekło jest namacalne: to ból, który płonie w jego ciele jakby ktoś przeciągał mu drut kolczasty przez żyły i trzewia. Piekło to także wspomnienie głodujących dzieci w slumsach Armaghastu; piekło to uśmiechy polityków, wysyłających chłopców na śmierć w kolonialnych wojnach; piekło to myśl o śmierci Kościoła, która nastąpi za jego życia Durè , a ostatnimi wiernymi będą starzy ludzie zapełniający pojedyncze ławki w olbrzymich katedrach na Pacem.
Fragment „Upadku Hyperiona” Dana Simmonsa


niedziela, 25 listopada 2018

Dynia i jemioła: Świetny pomysł na świąteczny prezent


Święta to czas szczególny także dla mieszkańców magicznej części świata. W tym niezwykłym czasie nie łatwo jednak być Namiestniczką, która pilnuje porządku w Thornie, czy być organizatorką wielkiego zlotu rodzinnego dla familii składającej się z niezwykle charakternych kobiet. Dora, Nikita, Witkacy, Karma i inni znani z innych książek bohaterowie przybywają ponownie z nowymi, tym razem świątecznymi, przygodami.

Tytuł: Dynia i jemioła
Autor: Aneta Jadowska
Liczba stron: 407
Gatunek: opowiadania urban fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2018
Do tej pory nie miałam do czynienia z książkami napisanymi specjalnie z myślą o świętach, a o fantastyce tego pokroju chyba nawet nigdy nie słyszałam. Dlatego „Dynia i jemioła” Anety Jadowskiej wydała mi się ciekawym tytułem od kiedy tylko o nim usłyszałam. Gdy książka wpadła mi w ręce byłam absolutnie zachwycona tym, jak wygląda: twarda oprawa i masa ilustracji sprawia, że to tytuł, który po prostu przyjemnie jest mieć w ręce. Czy jednak treść dorównuje warstwie zewnętrznej książki i faktycznie nadaje się na prezent?
Muszę przyznać, że odpowiedź brzmi: tak. „Dynia i jemioła” to taka książka, jakiej można było się spodziewać: przyjemna, lekka w odbiorze i bardzo ciepła. A jeśli do tego dodamy znanych i raczej lubianych bohaterów to okazuje się, że dostaliśmy po prostu bardzo sympatyczny zbiór opowiadań.
Bo owszem, tym razem autorka zaserwowała nam dziesięć krótkich tekstów, z których każdy traktuje o innej sytuacji z życia bohaterów. Czasem to jakaś drobna, nieco bardziej obyczajowa historia. Innym razem dostajemy krótki kryminał, albo polowanie na potwory, czy nawet… parodię „50 twarzy Grey’a”. A to wszystko w klimacie świecącej się lampy z dyni oraz obwieszonej światełkami choinki.
Nie są to może wprawdzie teksty, które zapadną szczególnie głęboko w pamięć, chyba że w którymś momencie po prostu mocno rozbawią czytelnika (co jest w przypadku tego zbioru całkiem możliwe) i nie mogę tu mówić o absolutnie wybitnych dziełach, ale na pewno są po prostu warte poznania, szczególnie jeśli zna się świat wykreowany przez Jadowską. Przyznam, że nie znam wszystkich książek autorki, przez co osobiście potrafiłam się czasami zgubić, ale jednocześnie to na tyle proste historie, że prędzej czy później powinien się w nich odnaleźć.
Jeśli mogłabym coś zarzucić temu zbiorkowi to bardzo „jednolity” ton oraz brak informacji na początku tekstów o kim teraz słuchamy. To znaczy dopóki nie zostało wspominane imię bohatera (a to pojawiało się czasem dość późno), albo ten nie zrobił czegoś charakterystycznego dla siebie (Dora rozpuszcza rude włosy, Nikita kogoś zabija itd.) potrafiłam nie mieć pojęcia o kim teraz czytam, co po prostu potrafiło mnie delikatnie irytować.
Poza tym muszę przyznać, że w tej książce Jadowskiej świetnie wychodzą rozpoczęcia i zakończenia opowiadań: to takie teksty, które często po prostu aż chce się zacytować, przez co jeśli znajdują się na początku od razu przykuwają uwagę i sprawiają, że aż chce się czytać tekst dalej, by zrozumieć o co chodzi.
Nachodzi mnie też drobna refleksja dotycząca samych ilustracji. Książkę ozdobiła Magdalena Babińska, stała współpracowniczka Jadowskiej. I o ile obrazki wewnątrz książki są naprawdę bardzo przyjemne dla oka to mam wrażenie, że w kolorowych, okładkowych ilustracjach czasami coś nie do końca „gra” z twarzą postaci. Miałam takie wrażenie przy okazji „Akuszera bogów”, mam i tutaj: Dora i Malina wyglądają świetnie, ale w przypadku Nikity po prostu coś mi nie pasuje. Co? Jako, że nie jestem rysownikiem – nie potrafię tego określić (ale jeśli jest na sali ktoś, kto się zna i wie o co może mi chodzić: niech się do mnie zgłosi!).
Podsumowując, „Dynia i jemioła” to udany zbiór opowiadań. Niezbyt ambitnych, ale bardzo przyjemnych i radosnych, o ciepłym, sympatycznym klimacie. Na pewno świetnie sprawdzi się jako prezent – czy to dla bliskiej osoby, czy to dla siebie samego.


* * *

Moja rodzina jest jak trufle. Rzadka, bezcenna i w dobrym stylu, ale w nadmiarze potrafi zabić smak nawet najbardziej wykwintnej potrawy. I ma zaskakująco wiele wspólnego ze świniami.
Fragment „Dyni i jemioły” Anety Jadowskiej


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony