niedziela, 20 stycznia 2019

Więcej krwi: Uciekinier w lapońskiej wsi


Gdy zdradzasz narkotykowego króla ten nie spocznie, dopóki będziesz oddychał. Choć Jon Hansen doskonale o tym wie, próbuje odciąć się od Rybaka i zaszywa się w okolicy niewielkiej, lapońskiej wsi.

Uważam, że aby mówić o sobie jako o osobie naprawdę oczytanej warto sięgać po różne znane i cenione w różnych kręgach nazwiska – dzięki temu najzwyczajniej w świecie poszerzamy swoje horyzonty. Dlatego Jo Nesbo już od dawna był na mojej liście autorów do poznania i odhaczenia i gdy natrafiłam na „Więcej krwi” w jednym z marketowych koszy po prostu przygarnęłam ten niedługi tytuł. Przypadkiem okazało się, że jest to drugi tom serii, ale po zasięgnięciu porady innych czytelników zabrałam się za niego mimo to. I dobrze, bo większych problemem ze zrozumieniem treści nie miałam.
Tytuł: Więcej krwi
Tytuł serii: Krew na śniegu
Numer tomu: 2
Autor: Jo Nesbo
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Liczba stron: 216
Gatunek: sensacja
Wydanie: Dolnośląskie, Wrocław 2015
W trakcie lektury okazało się jednak, że dostałam coś nieco innego, niż się spodziewałam. Byłam przekonana, że Jo Nesbo pisze „po prostu kryminały”. Jak się okazało, „Więcej krwi” jednak nie do końca ma wiele wspólnego z tym właśnie gatunkiem. W moich oczach ta książka to przede wszystkim sensacja z elementami romansu. W tej historii nie mamy w końcu ani detektywa, ani konkretnej zagadki, choć Nesbo też nie wykłada nam wszystkiego od razu na tacy.
„Więcej krwi” to bardzo krótka powieść, która w związku z tym pokazuje właściwie tylko pewien wycinek z życia bohatera; pewien fragment jego wędrówki. Jednak jest poprowadzona na tyle sprawnie, że całość wydaje się kompletną historią. Jon jest postacią wystarczająco rozwiniętą, aby można było go polubić, a postacie drugoplanowe, choć nie ma ich zbyt dużo, również są konkretne i łatwo rozpoznawalne. W tej historii nie ma chaosu i wszystko składa się w klarowną, elegancką całość.
Nesbo rozbudza ciekawość czytelnika przez zabieg stosowany często przez pisarzy, ale jednocześnie – przez zabieg cały czas bardzo skuteczny. Autor stopniowo informuje nas o tym, co tak naprawdę stało się z Jonem. Czemu zachowuje się tak, a nie inaczej. Pokazuje nam urywki jego wspomnień, fragmenty przeszłości, z których musimy złożyć sobie całą historię. To zdecydowanie ma szansę trzymać odbiorcę w napięciu. Jednoczesnie styl autora jest bardzo konkretny, pozbawiony zbędnych opisów, a przy tym stosunkowo przystępny, dzięki czemu ta licząca nieco ponad dwieście stron książka to w gruncie rzeczy lektura na jeden wieczór.
Interesujące jest też miejsce akcji powieści. Osobiście nieczęsto spotykam się z twórczością jakkolwiek poruszającą tematykę krajów skandynawskich i choć autor nieszczególnie pogłębia opis lapońskiej kultury to sam fakt, że historia rozgrywała się właśnie w takim otoczeniu był dla mnie dość odświeżający.
Mimo wszystko nie jest to jednak literatura w jakikolwiek sposób wybitna. Autor przedstawia historię, która nie jest w żadnym razie wyjątkowo unikatowa, choć prowadzi ją nadzwyczaj sprawnie. Na dodatek sam wątek romantyczny nie jest czymś, co w przypadku „Więcej krwi” wypada najlepiej: być może właśnie przez długość tekstu sama miałam wrażenie, że relacja między bohaterami rozwija się zbyt szybko.
Moje pierwsze spotkanie z norweskim kryminałem uważam za udane. „Więcej krwi” zapewniło mi nieco przyjemnej rozrywki. Jednocześnie jednak nie sądzę, aby Jo Nesbo trafił do grona moich ukochanych autorów, ale pewnie jeśli trafi do mnie jego kolejna powieść nie zawaham się po nią sięgnąć.

* * *

Hedon. Był chyba taki grecki bóg? A raczej bożek, jak się to pewnie nazywało tu, na poświęconej ziemi. To niezła arogancja określać wszystkich innych bogów oprócz tego, którego samemu się wymyśliło, bożkami. „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Oczywisty nakaz każdego dyktatora dla poddanych. Komizm polegał tylko na tym, że sami chrześcijanie nie dostrzegali tkwiącego w tym mechanizmu. To samospełnianie, samowzmacnianie, samonarastanie sprawiło, że dwa tysiące lat zdołał przetrwać przesąd, którego kluczowe pojęcie - zbawienie - było zastrzeżone dla szczęśliwców urodzonych w okresie będącym zaledwie mrugnięciem okiem w historii ludzkości. W dodatku zamieszkiwali oni ten maleńki skrawek Ziemi, do którego w ogóle dotarło przesłanie, dzięki czemu mogli się ustosunkować do krótkiego hasła reklamowego: „Raj”.
Fragment „Więcej krwi” Jo Nesbo

piątek, 18 stycznia 2019

Cocker spaniel angielski: Opieka nad psem w latach 80.

 Jak powstała rasa cocker spanieli angielskich? Skąd wziąć psa tej rasy i jak się nim zajmować?

Tytuł: Cocker spaniel angielski
Autor: Halina Woner
Liczba stron: 62
Gatunek: poradnik
Wydanie: wyd. Akcydensowe, Warszawa 1986
Szykując parę artykułów na temat psów uznałam, że sięgnę po jakieś tytuły z tym związane. I tak trafiła do mnie książka o jakże jasnym i prostym tytule: „Cocker spaniel angielski”, traktująca – rzecz jasna – o tej rasie. To poradnik wydany w latach 80., napisany przez Halinę Woner, który jednak szczerze mówiąc trudno nazwać pełnoprawną „książką”. Wprawdzie ma przypisany numer ISBN, ale formą przypomina bardziej broszurę: to w końcu zaledwie sześćdziesiąt dwie strony.
Jak jednak wypada wnętrze tej niewielkiej książeczki? Muszę przyznać, że dla osób zainteresowanych psami, czy fanów tej konkretnej rasy to nie lada gratka, głównie przez wiek „Cocker spaniela angielskiego”: to już właściwie historyczne, przestarzałe dzieło, które po prostu może pokazać, jak zmieniło się postrzeganie psa przez ostatnie trzydzieści-czterdzieści lat.
Co możemy znaleźć wewnątrz? Właściwie książka Woner to typowy poradnik przeznaczony dla osoby, która psa dopiero planuje kupić, tyle tylko, że nastawiony na konkretną rasę. Dostajemy więc krótką historię rasy, zarówno w Polsce, jak i na świecie (która okazała się dla mnie jej najciekawszą częścią), wzorzec tych psów (obecnie dostępny za darmo w sieci), trochę o zasadach hodowli (niby cocker spanieli, ale to w gruncie rzeczy uniwersalny temat) oraz sporo o karmieniu, leczeniu, pielęgnacji i wychowaniu. W tekście autorka często stara się zaznaczać, że chodzi jej głównie o tę konkretną rasę, ale wydaje mi się, że nie trzeba być geniuszem, by zauważyć, że większość tych tematów będzie pokrywać się z opieką nad jakimkolwiek psem.
Jak wspominałam, najciekawszym elementem „Cocker spaniela angielskiego” jest widoczny już upływ czasu. Dziś w standardowej, ogólnej książce tego typu dowiemy się raczej, że psu najlepiej „zrobi” dobrej jakości, kupna karma, a jeśli chcemy mu gotować, powinniśmy udać się do weterynarza. Woner zaś daje nam rozpiskę tego, co zwierzę powinno jeść: oczywiście w okresie PRLu suche karmy albo nie były dostępne, albo były dostępne słabo, więc jest to jak najbardziej uzasadnione. Ponadto dziś w takich poradników raczej nie przeczytamy o krzywicy, bo… po prostu zwykle zakłada się, że ten problem wśród psów nie funkcjonuje. Woner zaś zwraca na to uwagę. Oczywiście przestarzałe będą też informacje podane na końcu książki, opisujące, jak powinniśmy dopełnić wszystkich formalności związanych z posiadaniem psa rasowego.
Powiedziałabym, że dziś „Cocker spaniel angielski” to książka tylko dla psiarzy: bo choć jest sympatyczną ciekawostką to obawiam się, że osoby niezorientowane w temacie mogą próbować przenieść podane przykłady i propozycje dość dokładnie do swojego życia, a jeśli nie znamy tematu bardzo łatwo możemy „uwierzyć” w rzeczy bardzo przestarzałe, o których dzisiaj po prostu wiemy więcej. Sama autorka jednak wydaje się osobą kompetentną i wierze, że ta książeczka to pozycja, która zawierała najświeższe informacje dotyczące opieki nad psami z lat 80.


środa, 16 stycznia 2019

Pod podszewką: Pisarze tworzą swoją garderobę

20 autorów, 2 pomysłodawczynie i jedna projektantka – to taka ekipa stworzyła niepowtarzalną, literacką kolekcję ubrań. A przy okazji porozmawiała trochę o szafach pisarzy, ich wizerunku i sposobie na życie.

Tytuł: Pod podszewką
Autor: Sylwia Stano, Zofia Karaszewska
Liczba stron: 392
Gatunek: literatura faktu
Wydanie: Marginesy, Warszawa 2018

„Pod podszewką” to chyba jeden z ciekawszych projektów literacko-artystycznych, na które trafiłam. Sylwia Stano i Zofia Karaszewska zaprosiły dwudziestu polskich twórców, którzy z pomocą profesjonalnej projektantki stworzyli swój wymarzony ubiór, bądź też jego część… by następnie stworzyć na tej podstawie książkę.
Ta książka jest więc trochę reportażem, trochę wywiadem, a trochę po prostu artystycznym projektem. W każdym rozdziale wypowiada się konkretny pisarz, mówiąc po trochu o wszystkim. Wprawdzie większość z nich skupia się na modzie i swoim podejściu do niej, ale mówią też m. in. o swoim dzieciństwie, podejściu do życia, czy wizerunku w mediach. Każda z rozmów jest trochę inna, tak jak inny jest każdy z twórców. Oczywiście do każdego rozdziałów dodane są kolorowe zdjęcia kreacji, które powstały w ramach projektu.
Dodatkowo dostajemy od autorek książki także lekcję historii mody. Gdy pisarz wzoruje się na jakiejś kulturze, Santo i Karawszeska podsuwają nam informacje dotyczące tego skąd wziął się taki krój, kiedy zaczęto go nosić i co on oznacza. Dostajemy więc prawdziwy misz-masz, który jednak całkiem zgrabnie składa się w całość.
Przy tym to książka, którą czyta się bardzo szybko. Duża ilość zdjęć, połączona z całkiem sporą czcionką oraz raczej lekkim tekstem (w końcu to zdania, opinie i historie, a nie naukowe wykłady) sprawiają, że przez tę pozycje można przebrnąć nawet i w dzień, jeśli ktoś będzie miał taką ochotę.
Mam jednak też wrażenie, że to jedna z tych pozycji, które czytane „na raz” mogą znużyć, szczególnie jeśli nie znamy każdego z pisarzy. To więc świetna rzecz dla tych, którzy lubią czytać na raty, albo nie mają czasu na przyswajanie dużej ilości tekstu na raz.
Sama bardzo szanuje koncept autorek i uważam, że takich rzeczy powinno być więcej. To artystyczny i kreatywny projekt. Niestety… ja po prostu większości z przedstawionych autorów nie znam. Sięgnęłam po „Pod podszewką” głównie przez wzgląd na Łukasza Orbitowskiego i Jakuba Małeckiego. Znam też jedną powieść Bondy i Chmielarza. Pozostali twórcy to jednak w większości osoby, o których nigdy nawet nie słyszałam (tak to jest, jak się czyta głównie fantastykę). Nic więc dziwnego, że nie czuje się z tym dziełem szczególnie związana i potrafiłam czuć znużenie, gdy wypowiadał się kolejny autor, o którym nie mam pojęcia.
Mam wrażenie, że „Pod podszewką” to książka dla dwóch „typów ludzi”. Po pierwsze dla tych, którzy przeglądając listę autorów będą mieli wrażenie, że prawie wszystkich znają i lubią – w takiej sytuacji sięgnięcie po taką książkę/projekt wydaje się wręcz koniecznością. Po drugie dla tych, którzy czytać może lubią, ale ich głównym zainteresowaniem jest moda. Myślę, że zobaczenie jej oczami autorów – osób kreatywnych, ale niekoniecznie żywo zainteresowanych branżą – może być ciekawym doświadczeniem. Poza tym muszę przyznać, że sukienka Katarzyny Bondy jest obłędna, koszula Aleksandry Zielińskiej śliczna, a bluza z nosorożcem Orbitowskiego… no cóż, jak można nie lubić i nie chcieć bluzy z nosorożcem?

* * *

Nosorożec jest jednym z nielicznych zwierząt, które mają odchył w stronę metafizyki. Oprócz kota. Według mnie są połączeniem tych dwóch gatunków: krowy i diabła. Oczywiście to jest z mojej strony fanaberia. Polubiłem nosorożce i pławię się w tym. To ekstrawagancja, ale jestem pisarzem i nie muszę być mądry. Gdybym pracował w banku, musiałbym być mądry, a tak to mogę być głupi.
Fragment „Pod podszewką” Sylwii Stano i Zofii Karaszewskiej



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Dygot: Okrucieństwo polskiej wsi


W jednej w polskich wsi na świat przychodzi blady jak papier chłopiec, Wiktor. Społeczeństwo nie akceptuje jego albinotycznego wyglądu, uznając go za odmieńca. W innej rodzinie na świat przychodzi Emilka: dziewczynka, którą wydaje się ścigać klątwa wypowiedziana niegdyś przez cygankę. W wieku kilku lat dziecko ulega poważnym poparzeniom.



Po lekturze „Dżozefa” i „Nikt nie idzie” natrafiłam w księgarni na „Dygot”, jedną z najbardziej popularnych książek Jakuba Małeckiego. Skuszona niską ceną oraz faktem, że poprzednio czytane przeze mnie powieści autora były po prostu dobrymi książkami, nie wahałam się po nią sięgnąć. Spotkania z książką zdecydowanie nie żałuję, choć jednocześnie po kolejnej już pracy Małeckiego mam wrażenie, że jego twórczość jest po prostu dość wtórna.
Tytuł: Dygot
Autor: Jakub Małecki
Liczba stron: 312
Gatunek: realizm magiczny
Wydanie: SQN, Kraków 2015
Przede wszystkim sam styl pisania autora wydaje mi się być praktycznie taki sam w każdej z książek. Teoretycznie lekki i przyjemny w odbiorze, ale jednocześnie dość mocno poetycki, z ciekawymi spostrzeżeniami w narracji, które wręcz chciałoby się czasem zacytować. Nie ma co ukrywać – Jakub Małecki po prostu potrafi naprawdę ładnie pisać i niewątpliwie jest dobrym obserwatorem rzeczywistości.
Jednocześnie nie mogę nie zauważyć, że autor cały czas powraca do tych samych motywów. Ponownie mamy tematykę niepełnosprawności, odrzucenia, pewnego zamknięcia intelektualnego społeczeństwa. Jego bohaterowie, choć różniący się zainteresowaniami oraz innymi detalami, cały czas wydają się mieć tą samą podstawę. Na dodatek mam wrażenie, że Małecki po prostu nie może nie wspomnieć w swojej twórczości o Lemie, czy „Nowej Fantastyce” – przynajmniej jeden z jego bohaterów musi wspomnieć coś związanego z tematyką fantastyki.
W związku z tym sama historia również wydaje mi się stosunkowo podobna do czytanych wcześniej przeze mnie książek autora. Tak jak i poprzednie, pojawia się tu wieś; pojawiają się dręczony przez życie człowiek; pojawia się przekrój przez długie lata i przedstawienie losów kilku pokoleń w jednej, niedługiej książce. Zdecydowanie to historia, która ma szansę poruszyć, ale jednocześnie przy znajomości „Dżozefa” i „Nikt nie idzie” po prostu miałam wrażenie, że ja po prostu wiem, co w tej historii będzie działo się dalej.
Przed lekturą „Dygotu” byłam przekonana, że ten tytuł to – tak samo jak „Dżozef” – realizm magiczny. I choć pewne drobne elementy związane z nim się tu pojawiają, a sam klimat powieści mogłabym swobodnie określić jako „swojski z odrobiną mistyki” to w gruncie rzeczy ta powieść jest po prostu książką obyczajową, która pokazuje pewien przekrój przez polskie społeczeństwo od początku II wojny światowej, aż po pierwszą dekadę XXI wieku.
„Dygot” jest powieścią, którą można pochłonąć naprawdę szybko i która ma szansę poruszyć tłumy – z resztą, przecież to właśnie cały czas robi. Jednak choć Małecki jest niewątpliwie osobą bardzo utalentowaną to chyba jednak w przyszłości wolałabym sprawdzić, czy potrafi poradzić sobie w innej konwencji, bo w tym momencie po prostu mam wrażenie, że bezustannie trzyma się tych samych schematów.


* * *

Zawsze zawstydzony, zawsze jakby obok ludzi, obok życia, obok samego siebie. No dobrze, był biały, był inny, ale wcale nie aż tak biały i nie aż tak inny. Poradziłby sobie. Mógł normalnie. Mógł wszystko normalnie.
Ale nie. On musiał mówić po swojemu, łazić po swojemu, myśleć po swojemu. Musiał dawać się bić tym pieprzonym łobuzom, którym gdyby chciał, mógłby łby poukręcać. Musiał cierpieć, męczyć się, unikać dziewczyn, unikać kolegów, unikać wszystkiego, czego da się unikać. Musiał być jakiś zasranym jękiem świata, jakby ten świat potrzebował jeszcze jednego jęku, jakby nie miał ich już wystarczająco dużo.
Fragment „Dygotu” Jakuba Małeckiego


sobota, 12 stycznia 2019

Legalna Blondynka: film czy musical?



Gdy jakiś czas temu opublikowałam swoją opinię na temat filmu „Legalna blondynka” okazało się, że większość z Was go zna – i absolutnie się temu nie dziwię, to w końcu nie jest nowy film. Podejrzewam jednak, że już mniejsza część z Was zna musical na jego podstawie. Jego premiera odbyła się w 2007 roku i przynajmniej w chwili, gdy pisze ten tekst jego wersja z MTV krąży na Youtube, gdzie można swobodnie go obejrzeć. Nie omieszkałam się więc tego zrobić i… mam wrażenie, że musicalowa wersja wypada przynajmniej pod niektórymi względami lepiej, niż oryginał.
Ostrzegam jednak – w tym materiale mogą znaleźć się spoilery. Jeśli jeszcze nie widzieliście musicalu, lub filmu i nie chcecie znać jego treści po prostu najpierw poznajcie którąś z wersji tej komedii, a dopiero później wróćcie tutaj.
Nim zacznę porównywać oba twory (bo tak, to mam zamiar w tym poście zrobić) pozwólcie, że najpierw przypomnę Wam samą historię. „Legalna blondynka” opowiada historię jasnowłosej Elle – pięknej i bogatej studentki, która pewnego wieczoru idzie na randkę ze swoim ukochanym, Warnerem, pewna, że chłopak się jej oświadczy. Ten jednak zrywa z nią, uznając, że dziewczyna nie jest dla niego wystarczająco „poważna”, biorąc pod uwagę, że on właśnie wybiera się na Harvard, gdzie będzie studiował prawo. Elle, absolutnie zakochana w nim, postanawia, że stanie się taką osobą, jaką on – według niej – sobie wymarzył i również robi wszystko, aby dostać się do tej samej szkoły.
Zaczynając porównywać obydwa dzieła muszę wspomnieć o tym, że jeśli nie trawicie musicalu, nie lubicie tych rytmów, nie przepadacie za ludźmi, którzy tańczą i śpiewają to prawdopodobnie i ta historia nie będzie czymś dla Was i w takim przypadku lepiej sięgnąć po film. Musical, jak i jakakolwiek inna forma rozrywki (włącznie z czytaniem, czy graniem) nie jest dla każdego. I tyle, nie ma po co na ten temat się rozwodzić.
Czym jednak różni się musicalowa „Legalna blondynka” od filmowej? Niby sporą ilością elementów, choć jednocześnie to dalej ta sama historia. Twórcy tego musicalu naprawdę wiedzieli co robią. Wzięli główny motyw z filmu, wzięli najlepsze żarty i najlepsze teksty, po prostu dostosowując je do wersji scenicznej. Dzięki temu fani filmu powinni na musicalu naprawdę dobrze się bawić. Szczególnie, że musical ma jedną olbrzymią zaletę nad filmem: to nie jest dzieło w żadnym razie stałe. Gdy film nieodwracalnie się starzeje musical może zostać zmieniony. Bohaterzy mogą dostać telefony komórkowe, aktorzy mogą zmieniać gesty tak, aby pasowały do bieżących czasów. To naprawdę sprawia, że wiele z żartów w musicalu ma szansę obecnie wybrzmieć lepiej, niż w wersji oryginalnej. Zwłaszcza, że musical ma jeszcze jedną olbrzymią siłę – muzykę.
Owszem, w filmach ta też występuje, ale jednak nie ma aż takiej mocy, jak muzyka w musicalach. Zwłaszcza, że „Legalna blondynka” ma naprawdę wiele bardzo chwytliwych kawałków, które po prostu chce się słuchać. Lekka i radosna w tonie może dać widzowi naprawdę olbrzymiego kopa pozytywnej energii oraz olbrzymią dawkę śmiechu, zwłaszcza, jeśli oglądana jest na żywo. Być może nie jest to dzieło godne wszelkich nagród (bo w końcu nie porusza bardzo istotnych tematów, jest głównie lekką komedią), ale przez muzykę dwie godziny sztuki mogą minąć bardzo szybko.
Co jeszcze musical robi lepiej, albo może – inaczej i z większą mocą? Mianowicie… rozwija bohaterów drugoplanowych. Ci w wersji filmowej byli mocno zaniedbani. Skupialiśmy się właściwie tylko na Elle i o pozostałych postaciach wiedzieliśmy absolutne minimum. Musicalowa Paulette staje się więc marzycielką, która po prostu chciałaby zakochać się w Irlandczyku, co jednocześnie jest zarówno dobrym żartem, jak i ciekawym zabiegiem właśnie rozwijającym bohaterkę. Właściwie zupełnie zmienia się też Emmett. I to zdecydowanie na lepiej!
Ten prawnik w oryginale był takim cichym pomocnikiem Elle. Ich relacja była w tle, nikt nie zarysowywał jej zbyt mocno. Pojawiał się czasem, gdy dziewczyna potrzebowała pomocy, ale nie wchodził z butami w jej życie. Poza tym był raczej człowiekiem „ustawionym”, bez jakiś większych problemów i w gruncie rzeczy – bez konkretnego charakteru. Musicalowy Emmett jest zaś… jej najlepszym przyjacielem. To postać z krwi i kości, która dostaje przeszłość i która faktycznie pomaga Elle na Harvardzie. Ich relacja naprawdę mocno wpływa na wydźwięk całej historii i po prostu wypada naprawdę i zabawnie, i uroczo.
W związku z powyższym nieco zmienia się też sama Elle, choć w tym przypadku trudno mi powiedzieć, czy na gorsze, czy na lepsze. To bohaterka, która może jest dość naiwna, ale jednocześnie ma sporą wiedzę w dziedzinach, które ją interesują. Która zawsze miała dobre oceny i która w gruncie rzeczy jest po prostu dobrym człowiekiem. Z tym, że w wersji oryginalnej sama dość szybko orientuje się, że będąc na Harvardze musi się wziąć za siebie – i faktycznie to robi. W musicalu nieco bardziej się nad sobą użala i tak naprawdę motywacją do zmiany zachowania jest Emmett, a nie jej własny, „wewnętrzny” głos. Z drugiej strony w przypadku filmu prawie do końca miałam wrażenie, że jednak Waraner jest dla niej bardzo istotny. W musicalu przez mocniejsze zarysowanie jej relacji z Emmettem oraz nieco inne rozłożenie tonów historii właściwie już w całym drugim akcie wyraźnie widać, że z tej relacji absolutnie nic nie wyniknie.

Z tych dwóch dzieł zdecydowanie na dłużej w głowie zostanie mi wersja musicalowa. To nie powinno dziwić: chwytliwe piosenki po prostu na dłużej zostają w głowie. Poza tym najzwyczajniej w świecie bardziej podoba mi się musicalowa wersja Emmetta i jako osoba, która taką rozrywkę lubi na pewno nie omieszkam zobaczyć „Legalnej blondynki” na żywo, jeśli tylko miejsce wystawiania, czas i możliwości finansowe mi na to pozwolą. Bo to po prostu bardzo przyjemny musical.

czwartek, 10 stycznia 2019

Uwięzieni w raju: Sztuka w obozie zagłady


Pokazowy obóz koncentracyjny w Theresiendstadt to miejsce zapełnione żydowskimi artystami. Aby poprawić byt więźniów część z nich postanawia zorganizować przedstawienie. W przedsięwzięciu bierze udział między innymi Hans Krasa, czeski kompozytor.


Tytuł: Uwięzieni w raju
Autor: Xavier Guell
Tłumaczenie: Katarzyna Kozioł-Glavis
Liczba stron: 352
Gatunek: literatura obozowa
Wydanie: Czarna Owca, Warszawa 2018

Sięgnięcie po tematykę Holocaustu wymaga od pisarza pewnej odwagi. Szczególnie, gdy tak jak pochodzący z Hiszpanii Xavier Guell, postanawiają wziąć na tapet prawdziwe wydarzenie, przerabiając je na inspirowaną faktami fikcję. Autor podchodzi jednak do tematu z dużą dawką szacunku, dzięki czemu „Uwięzieni w raju” spełniają rolę swoistego hołdu dla zmarłych artystów. Czy jednak jest to bezapelacyjnie dobra książka? Moim zdaniem – niestety nie.
Choć próbowałam znaleźć więcej informacji na temat autora, nie odkryłam wiele więcej, niż to co znalazłam na skrzydełkach okładki. To człowiek urodzony po wojnie, który kocha muzykę. I to w „Uwięzionych w raju” widać. Gdy autor dochodzi do opisywania przygotowań przedstawienia podaje temat w sposób specjalistyczny i z wyraźną wiedzą. Dobrze więc dobrał sam temat książki. Widać też jego pasję i szacunek do przedstawianych bohaterów, co w przypadku pisania o osobach, które zmarły w tak tragicznych okolicznościach wydaje mi się wręcz kluczowe.
Warto też zwrócić uwagę na fakt, że całe fragmenty dotyczące sztuki stanowią bardzo mocny kontrast pomiędzy tym, co dzieje się w obozie „na co dzień”.
Niestety, cała reszta książki wypada moim zdaniem gorzej, szczególnie jeśli przyjrzymy się dialogom. Autor bardzo często zamiast zwykłych rozmów serwuje nam długie monologi postaci, zajmujących pół, całą lub dwie strony. I to nie raz, nie dwa – a dosłownie co chwilę. To monologi o życiu, śmierci, sztuce, wartościach, planach… ale też o przeszłościach bohaterów, co chyba w tym wszystkim wypadało najgorzej.
Dlaczego? Dlatego, że dobra postać to taka, o której wiemy wszystko… mimo że ona sama nie powiedziała o sobie nic. A bohaterowie Guella bezustannie sami się przedstawiają, opowiadając sam życiorys. Robią to często nawet nie będąc szczególnie istotnymi dla fabuły, co wcale nie wypada dobrze.
Oczywiście rozumiem, że taki pewnie był zamysł autora, że to zabieg celowy. Na dodatek nie wątpię, że znajdzie swoich zwolenników. Jednak w ten sposób po prostu nie pisze się dobrej powieści. Jeśli autor chciał po prostu przedstawić nam historię historycznych w większości postaci mógłby stworzyć dokument, a nie fikcję literacką. Ta jednak mimo wszystko powinna przestrzegać pewnych reguł, które sprawią, że książka będzie nie tylko istotna, ale też najzwyczajniej w świecie ciekawa.
Mimo wszystko „Uwięzionych w raju” czyta się dość szybko i lekko, zważając na jej tematykę. Autor nie stylizuje szczególnie języka (a może to kwestia tłumaczenia), a tekst raczej „łatwo wchodzi”, o ile przymkniemy oko na długie monologi, które nie zawsze mają wpływ na fabułę.
Główny bohater, Hans Krasa, też na kartach powieści wypada dobrze. To znaczy: każdy z żydowskich artystów jest przedstawiony ze sporą dawką szacunku i po prostu raczej nie da się uznać ich za postacie złe, czy fatalnie wykreowane. Problem polega na tym, że autor zamiast skupić się na samym życiu w obozie i na jednej postaci, często skacze pomiędzy postaciami, często opuszcza sam obóz… przez co czuje pewien niedosyt i pod tym względem. Wolałabym naprawdę skupić się na Krasie, jego emocjach, jego życiu, a nie innych postaciach i monologach o ich przeszłości.
Powoli kończąc, muszę też wspomnieć o tym, że „Uwięzieni w raju” mają w sobie sporo z romansu. Życie Krasy z kart powieści kręci się wokół tworzonej przez niego sztuki oraz ukochanej kobiety, która jednak (z tego, co sprawdzałam) jest postacią fikcyjną. Myślę, że dodanie jej było jednak trochę niepotrzebnym zabiegiem (chyba, że się mylę i Elizabeth faktycznie istniała), szczególnie w chwili, gdy romans rozbijany jest przez inne elementy powieści.
Jak najbardziej rozumiem wszystkich tych, według których „Uwięzieni w raju” to książka dobra i poruszająca. Ten temat porusza sam w sobie i temu zaprzeczyć nie mogę. Jednak chociaż bardzo chciałabym o takich powieściach pisać w samych superlatywach to… po prostu nie mogę. „Uwięzieni w raju”, jak każda inna powieść, polega krytyce i robienie wyjątku z powodu jej tematu byłoby moim zdaniem nie na miejscu. Jak już wspominałam, powieść Guella to niewątpliwie książka istotna i traktująca temat z szacunkiem, ale jednak autor chyba bardziej zna się na samej muzyce, niż na kunszcie pisania powieści.


* * *

Elizabeth przysłuchiwała się tej rozmowie z rozbawieniem i nie mogła ukryć malującego się na jej twarzy uśmiechu. Pomimo tego pomyślała: „Przyszłam tutaj, żeby zerwać z tym zaklinaczem węży, i zrobię to. Tym razem nie dam się nabrać.”
Fragment „Uwięzionych w raju” Xaviera Guella



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

wtorek, 8 stycznia 2019

Dreszcz: Śląscy superbohaterowie


Ryszard Zwierzchowski to bezrobotny rockman, który nawet nie próbuje przestać wisieć na garnuszku swojej córki. Pewnego dnia zostaje trafiony piorunem. Wkrótce odkrywa, że posiadł niezwykłą umiejętność, która pozwala mu okiełznać elektryczność.

Tytuł: Dreszcz
Tytuł serii: Dreszcz
Numer tomu: 1
Autor: Jakub Ćwiek
Liczba stron: 296
Gatunek: fantasy
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2013
Superbohaterowie. W Polsce, na Śląsku. Na takie coś wpaść mógł chyba tylko Jakub Ćwiek. O „Dreszczu” słyszałam już od dawna, jednak dopiero teraz udało mi się za niego zabrać. Niestety… chyba nigdy książka tego autora utrzymana w fantastycznej konwencji nie wymęczyła mnie aż tak bardzo.
„Dreszcz” nie jest długą powieścią: ma zaledwie niecałe trzysta stron. W połączeniu z dużą czcionką, jaka zwykle pojawia się w książkach Fabryki Słów przeczytanie jej powinno mi zająć co najwyżej kilka godzin… a tak bardzo nie potrafiła wgryźć się w świat przedstawiony, że po przeczytaniu kilku stron po prostu ją odkładałam, przeplatając czytanie jej z inną książką (a zwykle czytam jedną rzecz na raz). Na całe szczęście przynajmniej zdaje sobie sprawę, co jest tego sprawcą.
Herosi są świetnym motywem. Superbohaterowie pozwalają na stworzenie czegoś z jednej strony powtarzalnego, ale z drugiej – kreatywnego, o ile twórca dobrze przemyśli swój pomysł. Mój problem polega na tym, że oryginalność „Dreszcza” to jej setting. Katowice, Śląsk. Coś, co niektórym może bardzo się spodobać, mnie kompletnie odrzuca. Nie dość, że Polska po prostu kłóci mi się z wątkami tego typu to na dodatek autor wrzuca nas do specyficznej krainy, przedstawiając nam bohaterów mówiących gwarą, za którą po prostu osobiście nie przepadam. W związku z tym czytanie takich dialogów, w połączeniu właśnie ze śląskim, „brudnym” klimatem okazało się dla mnie nie lada męczarnią.
Zwłaszcza, że absolutnie nie potrafię utożsamić się z głównym bohaterem. To człowiek do którego w życiu bym sama z siebie nie podeszła: zmęczony życiem, choć jednocześnie nigdy nie pracujący. Wydający się nie szanować pasji innych, nie mający w sobie krztyny elegancji, typ do którego wolałabym się nie zbliżać, nie ważne, czy to książkowo, czy w prawdziwym życiu. Zdaję sobie w pełni sprawę, że to znów rzecz bardzo osobista. Osoby zainteresowane nieco mocniejszą muzyką na pewno znajdą w tej historii i w tej postaci coś swojego, ale jednak… to po prostu nie są moje klimaty.
Sama historia również nieszczególnie mnie wciągnęła. Z resztą – aby to się stało musiałby mi odpowiadać i bohater, i to, co go otacza, a mnie naprawdę absolutnie to wszystko nie obchodziło. W każdym razie sama opowieść Ćwieka jest raczej prosta i jak przystało na tego typu historię, dość irracjonalna.
Styl autora jak zawsze jest lekki i teoretycznie całkiem przyjemny, o ile czytelnikowi nie straszne są wulgaryzmy. Tyle tylko, że w tym przypadku to miało naprawdę niewielki wpływ na mój odbiór tego tytułu.
„Dreszcz” to po prostu książka absolutnie nie dla mnie. Nie chcę tu wydawać jednogłośnych sądów, bo po prostu wiem, że wynika to głównie z jej tematyki, ale sama na pewno do historii nie wrócę i nie sądzę, abym sięgnęła po kontynuację.


* * *

Chciał parsknąć, ale skrzywił się tylko – liliputy zasuwające tam i z powrotem jak szkolna wycieczka na zakopiańskich Krupówkach robiły się coraz bardziej bezczelne, a w ustach czuł posmak, jakby całował się niedawno z jakąś baterią. Albo dał się nakarmić metalowym lizakiem.
– Co ci je? – zapytał Alojz. – Bo wyglondosz jak czi ćwierci do śmierci.
Rysiek podjął kolejną próbę otwarcia oczu. Znowu okupioną bólem i, jak się okazało, bezowocną.
– Co mi się stało? – zapytał.
– Wersja dugo czy krótko?
– Krótka.
– Pieron cie ciulnoł.
Fragment „Dreszcza” Jakuba Ćwieka

niedziela, 6 stycznia 2019

Między nami chaos: Książka, która jest... nastolatkiem


Niegdyś idealnie życie Arthura obecnie zupełnie się rozsypało. Osiemnastoletni chłopak zostaje wysłany do rodziny, aby uspokoić się po trudnych przejściach. Gdy odkrywa list zmarłego pięć lat wcześniej dziadka ucieka i wyrusza w podróż, aby sprawdzić, co kryje się za tekstem.

Tytuł: Między nami chaos
Autor: Samuel Miller
Tłumaczenie: Magdalena Grala-Kowalska
Liczba stron: 480
Gatunek: powieść obyczajowa
Wydanie: Burda Książki, Warszawa 2018
Rzadko kiedy pojawia się książka, przy której już po kilku pierwszych zdaniach mam w głowie jakieś określenie, które – w moim odczuciu – w pełni oddaje jej ducha. „Między nami chaos” okazało się wyjątkiem od reguły. W jej przypadku kwestia ta od razu wydała mi się prosta. Ta książka po prostu jest jak… nastolatek. Taki nastolatek-intelektualista. Czemu?
Ona próbuje być dziwna i nie zrozumiana jak nastolatek. Próbuje się też po nastoletniemu buntować. Porusza tematy „wielkie”, „głębokie” i „ważne”, bo przecież o takich rzeczach należy mówić! I nie chodzi mi przy tym wszystkim, że „Między nami chaos” to książka zła. W żadnym razie! Tylko… to tytuł napisany przez kogoś, kto wydaje się dobrze rozumieć taki „typ” nastoletniej osoby (albo może nawet sam nim niedawno był?), dzięki czemu mam wrażenie, że ludzie w wieku dorastania mają szansę naprawdę identyfikować się z tą historią.
Przede wszystkim „Między nami chaos” ma w sobie coś ulotnego; coś, co trudno nazwać i w dobrze opisać, ale jednocześnie właśnie to coś sprawia, że powieść Smauela Millera nie wydaje się zwyczajna.
Nie mamy tu fabuły typowej dla nastoletnich powieści. Nie znajdziemy romansu, czy problemów szkolnych. Główny bohater przede wszystkim szuka swojego dziadka, odkrywając jego przeszłość oraz historię młodych ludzi z USA sprzed kilku pokoleń. Autor stawia nas też przez wieloma innymi problemami dotyczących zarówno wieku dorastania, czy nawet chorób. Zmusza czytelnika do zastanowienia się nad nimi, przeanalizowania tych kwestii.
Mam wrażenie, że „Między nami chaos” traktuje samą historie jako wymówkę do opowiedzenia właśnie o tym i do zajrzenia do głowy Arthura, bo fabuła sama w sobie nie należy do tych najbardziej logicznych i sensownych. To znaczy, w trakcie czytania całość jak najbardziej wydaje się mieć sens, ale powodem tego jest głównie nietypowość tej młodzieżowej powieści, bo gdy zaczniemy się nad tym nieco głębiej zastanawiać całość może zacząć się delikatnie „sypać”. Jednocześnie powiedziałabym, że ta książka ma w sobie trochę z realizmu magicznego, który jednak pojawia się w samym klimacie, a nie historii powieści.
To, co jednak chyba trochę mnie irytowało to traktowanie Arthura przez innych wokół. To osiemnastolatek, który właściwie ma już pełne prawo stanowić o sobie. Rodzina traktuje go jednak tak, jakby był co najmniej kilka lat młodszy, a i on czasem ma takie myśli. Mam wrażenie, że Miller czasem za bardzo chciał, by postać wyglądała wiarygodnie jako młody człowiek i czasem za bardzo przeszarżował. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że to może być tylko moje „zboczenie”, a i takie sytuacje, jakie opisuje Miller w „Między nami chaos” mogą się przecież zdarzyć.
Kończąc, muszę przyznać, że mimo wszystko raczej do tej książki nie wrócę. Nie do końca odpowiada mi sposób, w jaki „Między nami chaos” została stworzona. Zdecydowanie bardziej wolę analizy tego typu przeprowadzane w powieściach fantastycznych, które z resztą czytam najczęściej. Jest to jednak moja bardzo indywidualna preferencja i mam wrażenie, że wiele osób po lekturze tej książki będzie z niej bardzo zadowolona. Szczególnie, jeśli utożsamią się i z głównym bohaterem, i z nieco pretensjonalnym, „nastolatkowym” tonem powieści.


* * *

– Myślę, że najtrudniejsze w ucieczce jest się nie cofnąć, ale u nas to żaden problem. – Wręczyła mi bilet. – Pociąg nie może zawrócić.
Fragment „Między nami chaos” Samuela Millera


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

piątek, 4 stycznia 2019

Jak minęły moje ostatnie trzy literackie lata? Podsumowanie 2016-2018

Rok 2018 dobiegł końca. Jak wiecie, raczej nie mam w zwyczaju robić podsumowań, czy to miesięcznych, czy rocznych, ale w trakcie minionego już roku miałam wrażenie, że nastało u mnie trochę czytelniczych zmian w porównaniu z latami poprzednimi. Poczułam więc ochotę, by zrobić wielkie podsumowanie trzech minionych lat (bo to w 2016 zaczęłam spisywać co dokładnie czytam) i zobaczyć, czy moje wrażenie naprawdę ma racje bytu.
Jak więc widzicie – skupimy się raczej na liczbach, niż odczuciach. Nie będę też snuć planów na kolejny rok. Niemniej, mam nadzieje, że i dla Was taka forma okaże się interesująca. Nim jednak przejdziemy do samych wykresów od razu uprzedzam: liczby traktujcie raczej orientacyjnie. Wprawdzie starałam się policzyć wszystko jak najdokładniej, ale już teraz widzę miejsca, w których prawdopodobnie zrobiłam błędy. To jednak nie jest badanie naukowe, więc mam nadzieję, że mi to wybaczycie.
Skupimy się na trzech kwestiach: gatunkach książek, pochodzeniu autorów oraz tego, w jaki sposób dana pozycja do mnie trafiła. No to zaczynamy!

Gatunki

Rok 2016


Rok 2017


Rok 2018
Nim przejdziemy do analizy pozwólcie, że powiem słówko o konkretnych kategoriach. „Reportaż” to właściwie po prostu literatura faktu: wprawdzie większość to reportaże, ale pojawiają się też biografie i inne książki tego typu. Kategoria „Specjalistyczne” to wszelkich maści poradniki, książki naukowe i popularnonaukowe. Poza tym jeśli książka była międzygatunkowa po prostu „wrzuciłam” ją tam, gdzie czułam, że najbardziej pasuje. Gdybym miała robić inaczej chyba spędziłabym nad tym kilka dni.
Mam wrażenie, że jeśli chodzi o gatunki zmiany w książkowej części mojego życia są najmniej widoczne. Cały czas wyraźny jest jeden, konkretny trend: najczęściej sięgam po fantasy, potem po fantastykę naukową, a dopiero potem po inne gatunki.
Jak też widać nigdy nie czytałam tylko fantastyki: zawsze trafiały mi się tytuły z innych gatunków, choć oczywiście moja miłość i „specjalizacja” jest jedna (choć przy tym bardzo szeroka). Niemniej, możecie zauważyć, że rok 2018 był w pewnym sensie przełomowy. Ilość przeczytanej fantastyki nieco się zmniejszyła, za to aż 10% przeczytanych tytułów to książki obyczajowe. Co ciekawe, rok wcześniej też miałam drobne „odchylenie”, bo niemal 9% poznanych przeze mnie tytułów to romanse fantasy.
To, co stało się z zeszłym rokiem związane jest głównie ze współpracami (o nich więcej później), a rok 2017 to po prostu kwestia szczęścia i próby grzebania w młodzieżowej literaturze, co niekoniecznie skończyło się dla mnie pozytywnymi wspomnieniami.


Pochodzenie autorów

Rok 2016


Rok 2017

Rok 2018
Jak już widzieliście po poprzednich wykresach: jestem przede wszystkim czytaczem fantastyki. I choć nie wiem, jak to do końca wygląda w przypadku innej literatury, w przypadku mojego ulubionego gatunku trend dotyczący książek na rynku jest dość konkretny. Najwięcej tytułów pochodzi z krajów anglojęzycznych, lub z Polski. I to na moich wykresach jak najbardziej widać. Nie oznacza to jednak, że unikam sięgania po książki z innych krajów: po prostu po tytuły z tych krajów najłatwiej jest sięgać.
Cieszy mnie jednak, że w tym roku przeważyły u mnie tytuły polskie. 2017 był chyba u mnie rokiem „zachłyśnięcia” się twórczością z USA, ale teraz ta ilość autorów nieco się zmniejszyła.
Kraje oznaczone jako „inne” to te, z których poznałam maksymalnie jeden tytuł w ciągu danego roku i jak widać, ostatnio ten odsetek też się zwiększył. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że jeśli jakiś kraj w danym roku dostał swoją „zakładkę” to prawdopodobnie oznacza, że po prostu czytałam serię jakiegoś autora. Na przykład Rosja pojawia się w 2016 przez wzgląd na moje czytanie powieści Głuchowksiego, a w 2017 Niemcy pojawili się dzięki mojej przygodzie z „Arkadią” Meyera.
Przyznam, że chciałabym, aby odsetek innych krajów w kolejnych latach był większy, ale znając realia rynku nie mam zamiaru niczego nikomu w tym względzie obiecywać.


Posiadanie książek


2016


2017


2018
Te wykresy są chyba tymi najbardziej zróżnicowanymi. Jednocześnie to, skąd pochodzą czytane przeze mnie książki doskonale oddaje stan oraz rozwój mojego życia i książkowych mediów społecznościowych.

Rok 2016 był moim ostatnim rokiem szkoły oraz pierwszym rokiem studiów. Pierwsze półrocze wiąże się więc z bezustannym chodzeniem do biblioteki: w liceum naprawdę większość książek, które czytałam, nie należały do mnie. Szczerze przyznam, że trochę tęsknie za tamtymi czasami. Wtedy też dostawałam pierwsze książki „za darmo”. Były to jednak zwykle tytuły wygrane w blogowych konkursach, których wtedy chyba było więcej i które czasem wygrywałam.
Drugie, „uczelniane” pół roku to też nie moje książki: wiele tytułów przywiózł ze swojego domu mój chłopak i po prostu wyczytywałam to, co leżało na naszej półce. Kupionych książek było więc zdecydowanie najmniej.
Kolejny rok to czas mocno przejściowy. Z jednej strony wciąż miałam dostawy moich-nie-moich książek z domu mojego chłopaka. Z drugiej te powoli się kończyły, a ja po prostu chciałam mieć trochę swoich rzeczy, stąd ilość kupionych jest najwyższa ze wszystkich trzech lat. Pod koniec 2017 zaczęłam też pierwsze współprace, dzięki czemu udało mi się przeczytać kilka tytułów za które niekoniecznie zapłaciłam z własnej kieszeni.
No i tak dochodzimy do roku minionego, w którym moje współprace poszły lawinowo: ponad połowa książek to te, za które zapłaciłam w barterze, poprzez recenzje i publikacje w sieci, a nie przez wydawanie własnych funduszy. Szczerze przyznam, że… nie mam zamiaru na ten stan rzeczy narzekać. Cieszy mnie zaufanie wydawców, a mój studencki portfel może odsapnąć. Jednocześnie i tak biorę do recenzji tylko te tytuły, które w jakiś sposób mnie interesują. W poprzednich latach i tak publikowałam, pisałam i gadałam o książkach; spędziłam na tym naprawdę wiele czasu i taki stan rzeczy to przyjemna gratyfikacja moich wcześniejszych starań.
Jednocześnie jak widać cały czas książki kupuje. Zdecydowanie jednak zmniejszyła się ilość tych, które czytam, a których nie posiadam. Przyczyna? Cóż, jest chyba bardzo prosta: po prostu teraz zmieniło mi się źródło książek do czytania, a ilości poznanych w ciągu roku tytułów nie mogę rozciągać do woli. Czas jest jednak ograniczony. Poza tym te 6,5% książek to zwykle tytuły, które musiałam przeczytać na uczelnie, albo szybko poznać z bardziej zawodowych, niż prywatnych powodów. Co ciekawe, zdecydowanie zmniejszyła się ilość książek, które dostałam w prezencie. Po prostu moi bliscy zauważyli, że skoro i tak mogę mieć papierowe książki „nie płacąc za nie” uznali, że chyba lepiej kupować mi inne rzeczy… i wiecie co? Na to też nie narzekam. Fajnie jest czasem dostać coś innego, zwłaszcza, gdy praktycznie tonę w książkach i nie mam pojęcia, w co mam włożyć teraz ręce. 
Dodać też muszę, że posiadanie książek od wydawców pozwala mi też na kombinowanie z gatunkami i sięganie po te książki, których sama bym nie kupiła. To właśnie dzięki temu w 2018 aż 10% przeczytanych przeze mnie tytułów to literatura obyczajowa. Po prostu w końcu mogłam ją sobie trochę sprawdzić.



Jak widać… choć teoretycznie trochę się u mnie zmieniło to w praktyce to chyba dalej „ta sama ja”: w końcu bez różnicy skąd mam książki i tak królują te same nacje i te same gatunki, nawet, jeśli proporcje ulegają lekkim zmianom. To z resztą chyba po prostu potwierdza pewną stabilność mojego charakteru: choć potrafię mieć słomiany zapał (gdy nie mam do czegoś pasji), a moje emocje bywają zmienne to te podstawowe zasady kierujące moim życiem (jak ta, według której fantastyka jest moją literacką „specjalizacją”, bo tak sobie kiedyś wymyśliłam) zostają nietknięte.
Jeśli miałabym składać jakieś obietnice na następny rok pewnie chciałabym przeczytać więcej książek z innych krajów oraz skupić się bardziej na fantastyce naukowej, niż fantasy. Nie lubię jednak takich przysiąg składać i… co będzie to po prostu będzie. Nie ma się „co spinać” – czytanie to przecież przede wszystkim dobra zabawa.

Co sądzicie o tych wykresach? Może macie jakieś inne wnioski ode mnie? Czy w ciągu ostatniego roku zaszły w Was jakieś literackie zmiany?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony