środa, 20 marca 2019

Nomen omen: Na dwoje babka wróżyła


Los nigdy nie był łaskawy dla Salki. Dwudziestopięciolatka, z irytującym młodszym bratem i matką, która uważa ją za pełne seksapilu bóstwo nie może wytrzymać w rodzinnym domu. Wyprowadza się więc do Warszawy, wynajmując pokój u dziwnej, starszej pani. 


Tytuł: Nomen omen
Autor: Marta Kisiel
Liczba stron: 336
Gatunek: fantasy
Wydanie: Uroboros, Warszawa 2019

Interesując się polską fantastyką trudno nie trafić na Martę Kisiel: nazywaną przez siebie samą oraz swoich fanów ałtorką, twórczyni rozrywkowych powieści i opowiadań. Podchodziłam do jej twórczości z olbrzymim dystansem, nie przeczę. Humorystyczna literatura raczej nie ma w zwyczaju mnie bawić: paradoksalnie, gdy czuję, że autor chce mnie rozśmieszyć, zaczynam się irytować. „Nomen Omen” okazało się nie być książką, która kipiałaby żartami aż tak, jak myślałam i dzięki temu była całkiem przyjemną lekturą.
Przyjemną, ale w żadnym razie odkrywczą, czy wyjątkową. Marta Kisiel sprawnie operuje językiem polskim, trochę się nim bawić i często budując żarty właśnie wokół niego, ale moim zdaniem nie robi tego tak dobrze jak choćby niepowtarzalny Terry Pratchett (w cudownym tłumaczeniu Cholewy). W przypadku tego pana często zatrzymuje się nad konkretnymi żartami, myśląc o tym, jak inteligentnym człowiekiem trzeba być, aby na coś takiego wpaść. Przy „Nomen omen” miałam chwilę takiego zatrzymania może dwa razy, a większość żartów spływała po mnie jak po kaczce.
Chyba nikogo nie zaskoczę, pisząc, że bohaterzy tej powieści są zdecydowanie sympatyczni. Nie czuje się wprawdzie z nimi szczególnie związana, ale Salka i cała jej „ekipa” jest po prostu bardzo miła. Poza tym nie oszukujmy się, obecna w powieści papuga skradła moje serce, szczególnie, że w tej chwili to jeden z tych rodzajów zwierzaków, o którym myślę najwięcej i najczęściej.
Pod kątem fabularnym nie jest to oczywiście dzieło sztuki. Nie jest to też powieść absolutnie nieprzewidywalna i zaskakująca pod tym względem. Ale historia przedstawiona w „Nomen omen” jest raczej angażująca (w sporej mierze przez bohaterów) i raczej od tego typu książki po prostu nie wymagam więcej, bo nie o to w takiej literaturze chodzi. Ponadto w przyjemny sposób łączy historie Wrocławia z grecką mitologią, więc na pewno fani i tego miasta, i tego typu motywów się w niej odnajdą.
Przede wszystkim cieszę się, że nie poczułam się przytłoczona żartem. Ten naprawdę potrafi przytłoczyć i sprawić, że powieść staje się infantylna, a tego w przypadku „Nomen Omen” nie wyczułam. Niemniej po takiej ilości recenzji, jakie było dane mi poznać byłam przekonana, że Martę Kisiel albo będę uwielbiać, albo nienawidzić, a jestem po prostu pośrodku. Nie żałuję przeczytania tej książki, pewnie będę ją polecać, ale czy sama do niej kiedykolwiek wrócę? Raczej nie.
„Nomen Omen” wydaje mi się po prostu bezpieczną lekturą dla tych, którzy szukają czegoś lekkiego i rozrywkowego, napisanego w całkiem inteligentny sposób. Mimo wszystko takich książek jest dość mało (zwykle autor „przegina” w którąś stronę, sprawiając, że albo powieść jest zbyt poważna, albo zbyt dziecinna), więc na „Nomen omen” warto zwrócić uwagę szczególnie w trakcie trudniejszych chwil w szkole, czy pracy, gdy szukamy chwili oddechu od poważniejszych lektur.


* * *

Z opisu wynikało, że nie chodzi o chuliganów nurtu ortodoksyjnego, z rodzaju tych napakowanych koksem i testosteronem miłośników baseballu i szlachetnych sztuk walki, lecz o - dla pewności funkcjonariusze zerknęli raz jeszcze do notatek - starą wiedźmę w kocu i garbusa ze średnich rozmiarów młyńskim kołem. A to były już co najmniej dwa dobre powody, żeby wykazać mile widziane przez przełożonych zainteresowanie, bez żadnej obawy, że natkną się na ustawkę. Albo, co gorsza, gimnazjalistów.
Fragment „Nomen omen” Marty Kisiel


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Uroboros!

poniedziałek, 18 marca 2019

Otchłań bez snów: Dobry motyw, nudne polityczne wątki


Grupa osób na statku kosmicznym przedostała się do Pustki, tajemniczego miejsca na krańcu galaktyki. Nie mogąc z niej wrócić, osiedliła się na zdatnej do zamieszkania planecie. Kilka tysięcy lat później Pustkę odwiedza Nigel Sheldon, jeden z założycieli Wspólnoty, aby sprawdzić, co dzieje się w tej okrytej tajemnicą przestrzeni.
Tytuł: Noc bez snów
Tytuł serii: Wspólnota: Kroniki Upadłych
Numer tomu: 1
Autor: Peter F. Hamilton
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Liczba stron: 760
Gatunek: science-fiction
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2017



Dopiero, gdy zaczęłam czytać „Otchłań bez snów” zorientowałam się, że to nie moja pierwsza powieść Petera F. Hamiltona. Już wcześniej dane było mi się z nim spotkać w „Judaszu wyzwolonym” z którego niewiele zrozumiałam, sięgając po środkową część z serii. W każdym razie kolejne spotkanie z autorek okazało się lepsze, choć nie zawsze miłe. „Otchłań ze snów” to książka, która potrafiła nudzić mnie i ciekawić jednocześnie i już chyba dawno nie byłam tak rozbita po przeczytaniu jakiejkolwiek książki.
Zacznijmy może od pozytywów. Przede wszystkim „Otchłań bez snów” nie jest książką wyjątkowo trudną. Co prawda styl Hamiltona jest dosyć surowy, jednak nie nazwałabym go wyjątkowo męczącym: znam wiele powieści z tego gatunku, które potrafią być pod tym względem mniej klarowne.
Poza tym sam motyw Pustki oraz problemu, który nęka planetę zamieszkaną w niej przez ludzi jest po prostu ciekawy, a wątek Nigela z drugiej połowy książki jest naprawdę dobry. Szczególnie, jeśli spojrzymy na niego przez pryzmat relacji z pojawiającą się w nim, damską bohaterką. To były fragmenty książki, które czytało mi się naprawdę dobrze i którymi byłam naprawdę zainteresowana.
Problem polega na tym, że po ok. 1/3 książki aż do jej połowy dostajemy bardzo rozbudowany wątek polityczny, który dla mnie okazał się po prostu niezwykle nużący. Hamilton nie zbudował świata przedstawionego na tyle dobrze, aby ten był w stanie mnie interesować. Miałam wrażenie, że większość rzeczy mi umyka, że nie pamiętam o czym czytałam dnia poprzedniego, że muszę zmuszać się do czytania. Ostatecznie ten fragment dosłownie męczyłam przez dwa tygodnie nie potrafiąc przez niego przebrnąć. To była naprawdę duża tortura, która niemal zniszczyła mi lekturę „Otchłani bez gwiazd”, szczególnie że początkowo książka przypomina trochę post-apo z wątkiem polowania na zombie i po pierwszej części naprawdę liczyłam właśnie na to.
Właściwie trudno mi tu cokolwiek dodać. „Otchłań bez snów” jest dla mnie powieścią mocno nierówną, z fragmentami, które naprawdę do mnie przemawiały i z takimi, do których naprawdę nie chcę już nigdy wracać. Zobaczymy, co przyniesie kontynuacja – ta seria to dylogia, z której drugi tom ma około dziewięćset stron. I jeśli tam także pojawi się tak samo fascynujący wątek polityczny to chyba utknę w lekturze na dobre.


* * *

Wątpię w każdą ideologię, która nie ujawnia swoich celów i oferuje tylko obietnice lepszego jutra. No ale ja jestem tylko starym, tysiącletnim cynikiem.
Fragment „Nocy bez snów” Petera F. Hamiltona


sobota, 16 marca 2019

Jakie serie ostatnio skończyłam czytać? - podsumowane cz. III


Czytanie serii idzie mi zwykle raczej powoli: nie śpieszę się z tym, wolę dłużej cieszyć się prozą ulubionych autorów. Ale prędzej czy później przychodzi czas, gdy moja przygoda z nimi się kończy i wtedy właśnie dzielę się nimi z Wami w „grupowej” formie. To już trzecia odsłona tego wpisu: poprzednie części możecie zobaczyć TUTAJ oraz TUTAJ.  Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie, choć muszę przyznać, że w tej odsłonie pojawi się dość dużo serii, za którymi niekoniecznie przepadam.
Przypomnę może jednak najpierw zasady pojawiania się tu tego typu wpisów: serię musiałam albo zakończyć w całości i autor nie zapowiada kolejnych tomów, albo przeczytałam więcej, niż jeden tom, ale mimo to nie mam zamiaru kontynuować przygody z daną historią. A więc – zaczynajmy!

„Wspomnienie o przeszłości Ziemi” Cixina Liu

Po pierwszym tomie tej chińskiej hard SF byłam przekonana, że poznam tę trylogię w całości: nagrodzony Hugo „Problem trzech ciał” nie był powieścią najłatwiejszą i chwilami potrafił mnie zmęczyć, jednak nie potrafiłam nie docenić twórczości autora. Niestety, „Ciemny las” był dla mnie prawdziwą katorgą. Choć same pomysły autora dalej były dobre i książka zawierała dobre elementy to po prostu nie mam ochoty znów męczyć się z twórczością tego autora, mimo że jeśli ktoś szuka literatury tego typu to nie waham się polecać części pierwszej.

„Trylogia husycka” Andrzeja Sapkowksiego

Tę serię przeczytałam w całości tylko dlatego, że po prostu od razu miałam na półce wszystkie trzy części. Pierwszy tom serii, „Narrenturm”, był książką o dobrym języku, ale bardzo powtarzalnej, wręcz nudnej fabule. Kolejne tomy być może były pod tym względem lepsze, ale przez właśnie część pierwszą nie czułam się absolutnie związana ze światem przedstawionym i bohaterami, w związku z czym dwie kolejne części najzwyczajniej w świecie wymęczyłam i choć trylogia ładnie wygląda na mojej półce to nie mogę powiedzieć, aby czytanie jej było dla mnie czymś przyjemnym.

„Pęknięta Ziemia” Nory K. Jemisin
 
Połączenie science-fantasy z post-apokalipsą, osadzone w niezwykle oryginalnym świecie z bardzo ciekawą narracją i pięknym stylem – tak w skrócie mogłabym opisać tę trylogię Jemisin. To seria, która wymaga od czytelnika sporej dawki cierpliwości, bo autorka nie ma w zwyczaju podawać wyjaśnień dotyczących świata od razu na tacy, ale na pewno jest przynajmniej warta sprawdzenia. „Pęknięta Ziemia” to naprawdę pomysłowa trylogia, która nie bez powodu trzy razy pod rząd została nagrodzona Nagrodą Hugo.

„Czerwień” Lindy Nagaty
To chyba pierwsze militarne science-fiction, po które sięgnęłam i muszę przyznać, że zdecydowanie nie jestem osobą, która uwielbia taki typ literatury. To znaczy – potrafiłam przy tej trylogii dobrze się bawić, zwłaszcza na tomie pierwszym. Rozumiem też, że to seria, która na pewno spodoba się czytelnikom lubiącym akcje militarne połączone z niezwykłą technologią. Raczej jednak do samej serii nie wrócę: zabrakło mi w nich odrobiny emocji, które pozwoliłyby mi się naprawdę związać ze światem przedstawionym. W tej historii główny bohater właściwie spędza czas od zadania, do zadania i wszystko poza tym spychane jest na dalszy plan.

„The perfect game” J. Sterling

Historia Jacka i Cassie została zamknięta w trzech tomach, lecz autorka na tym nie poprzestała: za granicą ukazała się kolejna część z cyklu opowiadająca o ich przyjaciołach. Jeśli jednak ta książka nawet ukaże się w Polsce ja nie mam zamiaru jej kontynuować. Tak pustej i głupiej serii po prostu dawno nie miałam w swoich rękach. Może to romans, który sprawdzi się u osób zaczynających przygodę z czytaniem czegokolwiek, ale ja nie mam zamiaru tej serii polecać. Naprawdę – szkoda czasu.

„Legendy Świata Wynurzonego” Licii Troisi

Po latach ponownie sięgnęłam po prozę Troisi, kupując na promocji dwa tomy „Legend”. Nie sądzę jednak, bym skończyła tę serię. Trzeci tom nie jest za dobrze dostępny, a po prostu nie czuje się zbyt zainteresowana kontynuacją. Ta trylogia to włoskie, młodzieżowe high fantasy, które może nie należy do najgorszych na świecie, ale cierpi na wiele problemów. Nie mam więc szczególnie wielkiej ochoty, aby tę serię kończyć. Niemniej, jeśli szukacie lekkiej, przygodowej prozy to można się z tą serią zapoznać, bo mimo wszystko zwłaszcza w tomie pierwszym autorka pokazuje kilka dobrych pomysłów.

„Cykl o Nikicie” Anety Jadowskiej

Historia Nikity jest w blogsferze dość dobrze znana. Ja sama mam z nią dziwną relację. Tom pierwszy wspominam raczej neutralnie. Potrafił mnie irytować, ale raczej po prostu mnie nie obchodził. Druga część tej trylogii śmiertelnie mnie wynudziła i dopiero trzecia okazała się czymś raczej przyjemnym. Niemniej, młodszym, lub mniej wymagającym czytelnikom ode mnie mam w zwyczaju ją polecać, bo jako pierwsze spotkanie z urban fantasy ma szansę dość dobrze się sprawdzić. Na pewno jednak nie jest to dzieło, które znalazłoby się wśród moich ulubionych.


„Kraina Martwej Ziemi” Jacka Łukawskiego

Gdy sięgałam po tom pierwszy miałam względem debiutu autora ogromne nadzieje. Niestety, mocno się na nim wynudziłam. Pierwsza połowa książki zawierała bohatera zbiorowego, a późniejsze przygody głównej postaci niekoniecznie mnie interesowały. Sięgnęłam po tom drugi licząc, że będzie lepiej. Niestety, nie było – ta seria zdecydowanie mi „nie siadła”. Nie planuje więc jej ani nikomu polecać, ani sama kończyć przygody z trylogią. Na świecie jest zbyt dużo ciekawych historii, aby nudzić się na czymś takim.


środa, 13 marca 2019

Jak uszczęśliwić psa: Światowej sławy behawiorysta uczy o zachowaniach pupili


Ceasar Millan niegdyś był nielegalnym imigrantem bez grosza przy duszy. Obecnie jest znanym na całym świecie zaklinaczem psów. W swojej książce daje praktyczne rady, dotyczące podstawowego wychowania czworonogów.

Tytuł: Jak uszczęśliwić psa
Autor: Ceasar Millan
Tłumaczenie: Maciej Lorenc
Liczba stron: 224
Gatunek: poradnik
Wydanie: National Geographic, Warszawa 2014
  
Jako dziecko naprawdę często oglądałam programy przyrodnicze. Ceasar Millan pojawił się jednak w okresie, w którym odchodziłam już od oglądania telewizji; dlatego choć kojarzę jego program to nigdy nie śledziłam go regularnie. Dlatego do „Jak uszczęśliwić psa” mogłam podejść stosunkowo neutralnie.
Ostatecznie… to nie jest książka zła, szczególnie jeśli chodzi o to, jak się ją czyta. Millan pisze bardzo lekko, choć musze przyznać, że zdarza mu się często zapętlać i powtarzać to samo. Poradnik jest jednak naprawdę dobrze zrobiony pod kątem graficznym i bardzo łatwo się jest w nim odnaleźć, znajdując odpowiedzi na nurtujące nas pytania.
Trochę żałuje, że wydawca zdecydował się na niski jakościowo papier i na tak brzydką okładkę. Przez ilość grafik oraz rozwiązań wewnątrz „Jak uszczęśliwić psa” wręcz prosi się o ładne wydanie z kolorowymi zdjęciami. Szczególnie, że cena okładkowa – 39,90zł – jest stosunkowo wysoka, jak za tak cieniutką książkę.
Wróćmy jednak do treści książki. Trudno jest mi ją profesjonalnie ocenić: choć mam duży kontakt z psami to nie jestem behawiorystą. Niemniej, na pewno nie zgadzam się ze wszystkim, co autor przytacza, mimo że Millan co najmniej jedną rzecz robi tu zdecydowanie dobrze. Mianowicie: tłumaczy, że pies to nie człowiek i nie wolno go tak traktować.
Naprawdę wiele „bitew” stoczyłam z miłośnikami psów pozbawionymi jakiegokolwiek zaplecza pod względem wiedzy, aby ludziom wyjaśnić tę – dla mnie oczywistą – kwestię. Millan stara się to robić z taktem, ale dosadnie, dlatego mam nadzieję, że choćby pod tym względem otworzy niektórym oczy. Szczególnie, że profesjonaliście da się łatwiej zaufać, niż osobie, która nigdy zawodowo nie pracowała z psami.
Czytając rady Millana czasami pojawiały mi się jednak w głowie pytania: po co? Czemu tak kategorycznie? Rozumiem, że pies wymaga innego podejścia, niż człowiek, ale jeśli np. zwierzę idzie grzecznie na smyczy, nie ciągnąc, ale czasem wyjdzie przede mnie – nie sądzę, aby było to coś, co należy od razu karać. Choćby odnosząc się do analogii wilczego stada (które autor często porusza): w takowym mamy oczywiście przywódców, ale stado pracuje jako cały organizm. To zwierzę z lepszym węchem wyjdzie na przód, tropić. A nie ma co ukrywać, nasze psy są w tropieniu lepsze.
Na pewno „Jak uszczęśliwić psa” wymaga od czytelnika aktywnego zaangażowania w tekst. Każdy pies jest inny i każdy wymaga innego podejścia. Tego typu książka ma szansę pomóc nam w rozwoju, aby stać się lepszym właścicielem, ale na pewno nie załatwi wszystkich naszych problemów z pupilem. Niemniej, jeśli ktoś szuka literatury na temat psich zachowań i chce zrobić porządny „risercz” w temacie to myślę, że po pozycje tak popularnego behawiorysty warto sięgnąć. Choćby po to, aby wyrobić sobie opinię i próbować być lepszym człowiekiem dla swojego psa.

niedziela, 10 marca 2019

Strażnik: Post-apo w RPGowym stylu


Ostatnie, co pamięta Hubert to szkolna wycieczka do Paryża i eksplozja szklanej piramidy pod Luwrem. Budzi się w nieprzyjemnym, brudnym domu. Prędko orientuje się, że nie pamięta ostatnich siedmiu lat ze swojego życia. Kluczowych siedmiu lat, w których na Ziemi doszło do apokalipsy.


Tytuł: Strażnik
Tytuł serii: Zapomniana księga
Numer tomu: 1
Autor: Paulina Hendel
Liczba stron: 387
Gatunek: post-apokalipsa
Wydanie: Nasza Księgarnia, Warszawa 2014
Choć niezbyt często sięgam po post-apokalipsę to od kiedy poznałam „Metro 2033” naprawdę przepadam za tym fantastycznym podgatunkiem. Dlatego spotkanie z Pauliną Hendel postanowiłam zacząć właśnie od jej książki z tego gatunku. „Strażnik” już z daleka wygląda jak rasowe post-apo i gdy trafił w moje ręce szybko się z nim uporałam: to zdecydowanie nie jest ciężka lektura.
Niestety, poza tym że nie jest ciężka, nie jest też szczególnie dobra. Wprawdzie to dalej książka, która ma szansę spodobać się jakiemuś targetowi, ale na pewno nie zaliczę jej do swoich ulubionych lektur.
Zacznijmy od bohatera. Huberta poznajemy jako 17-latka. Następnie autorka serwuje nam przeskok czasowy, w którym nasza postać ma lat 24. W związku z tym teoretycznie powinniśmy obserwować młodzieńca, który swoje już przeżył, ale… ale nie. Hubert nie pamięta nic z tych ostatnich lat, w związku z czym mentalnie nadal jest nastolatkiem, który irytuje wszystkich wokół. Od innych postaci po samego czytelnika… chyba że ten jest do takiego stanu rzeczy przyzwyczajony. Cóż, ja nie jestem i tego akceptować jako „normalne” nie mam zamiaru.
Jakby tego było mało, Hubert… regularnie mówi sam do siebie. Naprawdę! „Strażnik” napisany jest w trzeciej osobie i Hendel, chyba po prostu aby jakoś z tego wybrnąć, często wciska bohaterowi do ust słowa, które mógłby pomyśleć. Ale nie, Hubert po prostu rozmawia sam ze sobą. To naprawdę wypada często karykaturalnie.
Nie daje rady też sam świat przedstawiony. „Strażnik” wygląda trochę tak, jakby autorka miała ochotę napisać jakieś post-apo, ale nie miała pomysłu na to, jak może w sensowny sposób dojść do katastrofy. Wrzuciła więc do książki wojnę nuklearną, zarazę, jakieś fale niszczące elektronikę, słowiańskie demony…
Ech, tego wszystkiego jest po prostu za dużo. Żadna z tych kwestii nie jest wystarczająco rozwinięta. Wprawdzie autorka próbuje nas „nabrać”, że te słowiańskie potwory są istotne, ale w praktyce równie dobrze mogłyby to być jakieś zmodyfikowane genetycznie zombie i naprawdę nie robiłoby to dla książki różnicy. A szkoda, bo teoretycznie to właśnie one są głównym tematem „Strażnika”.
Fabularnie dostajemy questa z gry RPG. Znam sporo tego typu książek fantasy, ale niektóre z nich wypadają przynajmniej uroczo przez relacje między postaciami, czy sam przyjęty koncept. W przypadku „Strażnika” bohaterowie po prostu biegają od punktu do punktu, musząc odhaczać kolejne rzeczy na liście, od czasu do czasu dostając „prywatną sesje” z wymianą zdań i ewentualną drobną dramą. I tyle. To nie jest szczególnie angażująca fabuła.
Muszę jednak Hendel oddać fakt, że „Strażnika” czyta się błyskawicznie. Nie dostajemy zbędnych opisów, nie dostajemy nadmiaru psychologii, a jedynie właśnie wspomniane przeze mnie przed chwilą bieganie od punktu do punktu „po mapie”. To sprawia, że mimo objętości tę książkę można naprawdę prędko pochłonąć.
„Strażnik” to właściwie powieść młodzieżowa. Mamy młodego bohatera, mamy opisane jego dojrzewanie, jego zauroczenia – dlatego wierzę, że właśnie szczególnie młodym osobom, albo nieznającym się na gatunku ta powieść po prostu się spodoba. Bo ona podobać się może, właśnie dzięki lekkości samej treści. Niestety, w żadnym razie nie jest to książka obiektywnie dobra.


* * *

Hubert jeszcze przez chwilę stał na progu swojego nowego domu. „Biedna dziewczyna – pomyślał. – Ile miała lat, jak to wszystko się wydarzyło? Dziesięć? Wtedy jeszcze była za mała, żeby docenić wszystkie walory tamtego świata. Ja w jej wieku dostawałem wszystko, drogie sprzęty, markowe ubrania, jeździłem na zagraniczne wycieczki, chodziłem na piwo z kumplami i koleżankami… A ona? Co ma ona? Ciuchy sprzed siedmiu lat i mnóstwo pracy w gospodarstwie. Pewnie od kilku lat nie opuściła granic Święcina, nie ma gdzie poznać fajnego chłopaka ani nowej koleżanki.”
Fragment „Strażnika” Pauliny Hendel

czwartek, 7 marca 2019

The Good Doctor. Sezon 1: Kolejny dobry serial medyczny twórcy dr House'a



Shaun Murphy (Freddie Highmore) to młody, uzdolniony chirurg. Wyróżnia się jednak na tle innych: ma autyzm, co przeszkadza mu w pracy zawodowej. Dzięki znajomości z dr Aaronem Glassmanem (Richard Schiff) udaje mu się zdobyć pracę w prestiżowym szpitalu.


„Dr House” to serial, który często oglądałam jeszcze chodząc do gimnazjum: często leciał w telewizji, więc po prostu zwykle po powrocie ze szkoły po prostu na niego natrafiałam. Choć nigdy nie oglądałam wszystkich odcinków po kolei to muszę przyznać, że chyba to jeden z moich ulubionych medycznych seriali, w czym chyba z resztą nie jestem wyjątkowa. W 2017 roku, gdy temat „dr House’a” trochę ucichł jego twórca, David Shore, stworzył kolejny obraz – „The good doctor”, czyli twór pod różnymi względami podobny (to w końcu kolejny serial medyczny), ale jednak… różny od jego poprzedniego dzieła.
„The good doctor”, sezon 1
serial medyczny
Przede wszystkim inna jest perspektywa. Dr House to postać dorosłego, doświadczonego i szanowanego doktora. Shauna poznajemy w jego pierwszej pracy. To genialny umysł, ale pozbawiony doświadczenia i z licznymi problemami, które nie do końca wynikają z jego przeżyć, czy kwestii, na które młody lekarz miał jakikolwiek większy wpływ.  To postać szczera, często gubiąca się w rzeczywistości, która na wielu płaszczyznach potrzebuje pomocy innych, choć niekoniecznie chce ją przyjąć. W związku z jego autyzmem serial automatycznie porusza więc tematykę związaną z wykluczeniem społecznym, z mniejszościami, z równouprawnieniem. Jest to jednak po prostu dobrze wplecione w całość, nie narzuca się, pozostając często konsekwencją charakteru Shauna. I dobrze – mam wrażenie, że właśnie przez to „The good doctor” to serial zdecydowanie bardziej wartościowy, niż „Dr House”.
Co jeszcze różni te dwa seriale? Na pewno sama struktura. Każdy odcinek „Dr House” opisywał właściwie jeden przypadek, który w większości przypadków kończył się dobrze. W końcu o to w tym serialu chodziło: genialny doktor zawsze stawia diagnozę, by wyleczyć pacjenta. „The good doctor” to zaś zwykle dwie sprawy na jeden odcinek, podzielone pomiędzy dwie ekipy rezydentów i w tym przypadku nigdy nie wiemy, jak się skończą: operacje nie zawsze wychodzą dobrze, a młodzi lekarze czasem popełniają błędy. Dzięki temu to po prostu o wiele bardziej realistyczny serial. Choć jednocześnie zauważyłam, że kładzie nieco większy nacisk na charakter pacjenta i jego przeżycia, niż „Dr House”.
„The good doctor” na pewno jest serialem, który po prostu dobrze się ogląda. Akcja jest płynna, postacie sympatyczne i choć sztampowe (gdy mówimy o bohaterach drugoplanowych) to jednak dobrze rozwijane. Autyzm Shauna zdecydowanie nie jest tu wyśmiewany, ale oczywiście – pojawiają się gagi z nim związane, co absolutnie nie uważam za nic złego. W końcu czasem aż żal nie wykorzystać niektórych sytuacji, w których główny bohater niekoniecznie wie, jak ma się zachować. Same zdjęcia też wyglądają po prostu dobrze.
„The good doctor” to po prostu naprawdę niezły serial medyczny. Porządnie zrealizowany, z ciekawym głównym bohaterem, który poza tym, że z założenia porusza istotny temat (osoba niepełnosprawna w bardzo odpowiedzialnej społeczne roli) to potrafi wplatać w odcinki inne ważne kwestie. Jak zawsze w przypadku tego typu produkcji nie jest wyjątkowo porywający. To raczej coś, co możemy oglądać w tle: przy obiedzie, w trakcie prasowania i innych domowych czynności. Sama jednak lubię czasem tego typu seriale włączyć i w związku z tym jestem po prostu bardzo zadowolona z tego, że na historię Shauna udało mi się trafić.




poniedziałek, 4 marca 2019

Wojna Kalibana: Avasarala w akcji



Sojusz Ziemi i Marsa legł w gruzach. Jim Holden i jego załoga lecą na Ganimedesa, aby sprawdzić, co jest przyczyną obecnego tam zamieszania. W tym czasie polityk Chrisjen Avasarala, próbuje zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w Układzie Słonecznym.

Tytuł: Wojny Kalibana
Tytuł serii: Expanse/Ekspansja
Numer tomu: 2
Autor: James S. A. Corey
Tłumaczenie: Marek Pawlec
Liczba stron: 596
Gatunek: space opera
Wydanie: Mag, Warszawa 2018
Książkowa „Ekspansja” naprawdę stała się jedną z moich ulubionych oper kosmicznych w ogóle. Bardzo lubię ten gatunek i ta seria ma w sobie właściwie wszystko to, za co przypadł mi do gustu. „Wojna Kalibana” to druga część z serii, która niczym nie odstaje od pierwszej, cały czas dostarczając naprawdę przyjemnej rozrywki.
Nie ma jednak co ukrywać: ta część różni się nieco od pierwszej. W „Przebudzeniu Lewiatana” dostaliśmy od autorów dwie perspektywy: jedna należała do Jima Holdena, a druga do Joe Millera. Tym razem obserwujemy świat oczami kilku nowych postaci: Avasarali, marsjańskiej marine o imieniu Bobby oraz biologa Praksa.
Całość poprowadzona jest jednak na tyle klarownie, że postacie łatwo się rozróżnia, a przeskoki w perspektywie są tylko zaletą „Wojny Kalibana”. Szczególnie polubiłam niewystępującą w części pierwszej Avaseralę. O ile bardzo lubię jej serialową wersje (Shohreh Aghdashloo w tej roli wypada cudownie), o tyle uwielbiam tę postać w wersji książkowej. To silna i inteligentna kobieta, ale jednocześnie mająca w sobie sporo rodzinnego ciepła, ukrywanego pod pełną pozorów maską.
Avaserala, jako polityk, wprowadza do cyklu trochę politycznych rozgrywek. Są jednak poprowadzone z naprawdę dużym wyczuciem. Nie sprawiają, że „Wojna Kalibana” zmienia się w coś monotonnego. Przeciwnie. Myślę, że nawet osoby niezainteresowane tematem powinny się w tym świecie intryg odnaleźć. Szczególnie, że te w żadnym razie nie odchodzą od głównego tematu powieści.
Co jeszcze odróżnia tę część od części poprzedniej? Na pewno relacje postaci. W „Przebudzeniu Lewiatana” załoga Holdena dopiero się docierała. Jedni członkowie znali się lepiej, inni gorzej, ale jednak byli dopiero na początku swojej wspólnej drogi. Poza tym w natłoku wydarzeń praktycznie nie mieli chwili, aby usiąść i po prostu porozmawiać. „Wojna Kalibana” daje im taką możliwość, dzięki czemu ich relacje po prostu mają szansę się rozwinąć. I rozwijają się w bardzo przyjemny dla czytelnika sposób. Załoga „Rosynanta” staje się rodziną, a przecież właśnie to jest kluczowe dla oper kosmicznych. To jeden z głównych powodów, przez które się po tego typu historie sięga. A przynajmniej… przez które ja po tego typu historie sięgam.
Styl autorów właściwie nie uległ zmianie od części pierwszej. Cały czas jest dość dynamiczny i bardzo prosty w odbiorze, ale nie infantylny. „Wojna Kalibana” nie jest może literackim dziełem sztuki, jednak to nie jest w jej przypadku konieczne. To po prostu całkiem porządnie napisana pozycja, w której czytelnik wie kiedy coś się dzieje, w jaki sposób i z jakim skutkiem, nie musząc się nad tym szczególnie głowić.
„Wojna Kalibana” sprawiła mi naprawdę wiele radości i frajdy, dlatego na pewno będę polecać ją wszystkim, którzy też takiej literatury szukają. Kontynuacja, „Wrota Abaddona”, już czeka na mojej półce i na pewno prędko po nią sięgnę.


* * *

– Jules?
Gdy obracał się, aby zerknąć przez ramię, wyglądał jak pojedyncza klatka z filmu.
– Jeśli dowiem się, że wiedziałeś o czymś i mi o tym nie powiedziałeś, nie przyjmę tego zbyt dobrze – stwierdziła. – Nie jestem osobą, z którą chciałbyś zadzierać.
– Gdybym nie wiedział tego, gdy tu przyszedłem, teraz już wiem – stwierdził Mao. Było to równie dobre pożegnanie, jak każde inne. Zamknął za sobą drzwi.
Fragment „Wojny Kalibana” Jamesa S. A. Coreya

piątek, 1 marca 2019

Grillbar Galaktyka: Kosmiczna podróż kulinarna





Iven to wybitny kucharz dla którego pichcenie jest całym życiem. Jest szefem kuchni w luksusowej, kosmicznej restauracji i niezwykle docenia swoją pracę. Twierdzi – z reszta słusznie – że galaktyka jest pełna pysznego jedzenia. Podczas jednej z kolacji zostaje wrobiony w zabójstwo ważnej osobistości, co zmusza go do ucieczki.

Tytuł: Grillbar Galaktyka
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Liczba stron: 511
Gatunek: przygodowe science-fiction
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2011
Zajdel za rok 2012 trafił do Mai Lidii Kossakowskiej za powieść „Grillbar Galaktyka”. Książka ta to bardzo lekkie i przygodowe science-fiction, będące swoistym hołdem autorki do gotowania (które – razem z mężem – uwielbia) oraz popkultury. Po lekturze muszę przyznać, że to książka niezwykle przyjemna i kolorowa, choć jednocześnie zdecydowanie nie wybitna.
Zacznijmy od kwestii, przez która nie do końca mogłam wgryźć się w historie przedstawioną przez Kossakowską. W przypadku tej powieści trudno mówić o konkretnym świecie przedstawionym. Cała książka jest bardzo żartobliwa i humorystyczna, a przez to „przyszłość” przedstawiona przez autorkę nie została potraktowana w sposób poważny. Czytając, miałam wrażenie, że wiele ras, postaci, potraw czy planet pojawiło się na jej kartach tylko dlatego, że ich nazwy, lub opisy brzmią zabawnie. Jeśli do tego dołączymy ich mnogość oraz – w moim odczuciu – stosunkowo toporną ekspozycję świata przedstawionego czasem po prostu trudno w to wszystko w pełni uwierzyć. Zwłaszcza, że fakt posiadania przez bohaterów macek, czy łap bez kciuków w wielu przypadkach zdaje się nie wpływać szczególnie ani na ich umiejętności, ani na ich charaktery.
Na dodatek nie dość, że „Grillbar Galaktyka” to olbrzymia mnogość gatunków oraz planet to autorka nie szczędzi nam odniesień do świata rzeczywistego. Wewnątrz tej książki można więc znaleźć bardzo jasne odwołania do Unii Europejskiej (do której autorka ma podobne podejście jak jej mąż, Jarosław Grzędowicz, a które ten przedstawił w swoim „Hel-3”) oraz sporej ilości „klasyków” kultury. Jeden z początkowych rozdziałów jest właściwie w całości poświęcony „Obcemu”, a na dalszych kartach powieści można znaleźć odwołania do mangi, czy „Gwiezdnych Wojen”. I choć polityczne odwołanie było jednym z nudniejszych aspektów książki (bo autorka poświęca temu cały rozdział) o tyle te nawiązania do kultury wypadają naprawdę sympatycznie.
„Grillbar Galaktyka” pod względem swojej konstrukcji jest przede wszystkim powieścią drogi. Bohater często zmienia miejsce zamieszkania, uczy się nowych rzeczy, poznaje świat. Niestety, tu pojawia się mój drugi problem z tym tytułem. Przez lwią część historii Iven jest sam: wprawdzie po drodze poznaje mniej, lub bardziej przyjazne osoby, ale żadnej z nich nie poznajemy głębiej. Postacie drugoplanowe prędko znikają. Dopiero właściwie pod koniec tej historii Iven zaczyna budować relacje z innymi osobami i dopiero wtedy historia nabiera naprawdę przyjemnego klimatu. Jego wcześniejsza, samotna podróż może po prostu zacząć nudzić.
Warto też zwrócić uwagę na to, że sama fabuła powieści nie należy do kluczowych rzeczy w tym przypadku. Autorka stawia na niekoniecznie udaną ekspozycje oraz opisy związane z kuchnią i gotowaniem, w związku z czym nawet sama podróż Ivena czasem schodzi na dalszy plan. Z tego powodu przez ¾ książki główny bohater właściwie bezustannie ucieka i pałęta się bez celu po świecie, aby dopiero pod koniec dostać konkretną misje do wypełnienia.
Jak zwykle, styl Kossakowskiej jest bardzo lekki i łatwy do przyswojenia. Choć teoretycznie mamy tu do czynienia z fantastyką naukową to należy wziąć pod uwagę, że wynika to tylko z powodu settingu książki. W końcu mamy tu do czynienia z przyszłością, kosmosem i podróżami międzygwiezdnymi. Treść tej książki nie ma jednak nic wspólnego z tą bardzo naukową odmianą gatunku. Nie znajdziecie wewnątrz dokładnych opisów technicznych, czy naukowych, bo po prostu wyraźnie widać, że nie o to autorce w tej powieści chodziło.
„Grillbar Galaktyka” to na pewno książka przyjemna, celebrująca jedzenie i popkulturę. Przez swoją lekkość i żartobliwość może być też dobrym startem z literaturą science-fiction: nieobyty czytelnik będzie mógł dzięki niej zdecydować, czy w ogóle interesują go historie z akcją osadzoną w kosmosie. Nie jest to jednak – jak już wspominałam – wysokopółkowa literatura, zmuszająca do głębszych przemyśleń i tego po niej zdecydowanie nie należy się spodziewać.


* * *

Nie pożeraj bliźniego swego, abyś sam pożarty nie został! O zaprawdę, powiadam wam, wszelki żywot, choćby ten nieożywiony, jest świętym! Dalece lepiej umrzeć z głodu, a nie poddać się chuci, niźli zjadłszy, stać się dziecięciem występku! Choćbym kroczył doliną pełną jadła, nie sięgnę po nie, albowiem...
 Fragment „Grillbaru Galaktyki” Mai Lidii Kossakowskiej


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony