niedziela, 2 czerwca 2019

The Expanse. Sezon 3: To dalej dobra space opera



Chrisjen Avasarala (Shohreh Aghdashloo) trafia do przestrzeni kosmicznej wraz z Bobbie (Frankie Adams). Zmuszona prosić o pomoc, przypadkiem natrafia na statek Jima Holdena (Steven Strait), który wraz ze swoją załogą robi wszystko, aby odnaleźć zaginioną córkę Praxa (Terry Chen).


Gdy oglądałam poprzednie sezony „The Expanse” nie znałam jeszcze oryginału w postaci książek. Teraz mogę jednak z czystym sumieniem stwierdzić, że to nie tylko naprawdę niezła, serialowa historia, ale też dobra ekranizacja pierwowzoru.
„The Expanse”
sezon 3
serial fantastyczno-naukowy, space opera
Twórcy serialu robią coś naprawdę doskonałego: dopasowują historię pod potrzeby serialu, czerpiąc garściami z oryginału, ale jednocześnie nie trzymając się jej sztywno. Książki w każdym tomie wprowadzają nowych bohaterów. Serial zaś po prostu miesza niektóre role, czasem pozwalając postaciom robić coś nieco innego, ale ostateczny wydźwięk historii pozostaje taki sam. To jak najbardziej ma sens: nie dość, że historia trzyma się kupy, serial nie musi wprowadzać tak dużej ilości nowych aktorów to jeszcze ci zaznajomieni z książkami mają szansę czymś się zaskoczyć.
Jako, że nie do końca lubię motywy fabularne z trzeciej części książki, to i trzeci sezon w niektórych aspektach nie podobał mi się tak, jak bym chciała (choć to dotyczy raczej drugiej połowy). Niemniej, ponieważ sezon trzeci pod kątem fabularnym to około połowy części drugiej książki i cały tom trzeci to po prostu tych nudzących mnie kwestii jest w nim nieco mniej, niż we „Wrotach Abaddona”. Nie mam więc zamiaru na to szczególnie narzekać: taki był po prostu pierwowzór, wiedziałam przed serialem na co się pisze, a wątki zostały poprowadzone ciekawie oraz z szacunkiem do oryginału.
Jak to zwykle bywa w serialach, efekty specjalne i w „The Expanse” niekoniecznie wypadają najlepiej. Na całe szczęście to fantastyka naukowa, która nie wymaga (w moim odczuciu) aż tak drogich efektów jak fantasy, aby całość sprawnie działała. Oczywiście, widać, że statki kosmiczne to wytwór CGI, a kosmos jest po prostu greenscreenem, ale mnie osobiście po prostu w tym przypadku to absolutnie nie boli. Szczególnie, że w tym przypadku to opowiedziana historia, a nie wizualna strona jest tą najbardziej istotną.
Żałuję trochę, że w drugiej połowie serialu pojawia się nieco mniej Avasarali, która jest chyba moją ulubioną postacią w tej historii, ale z drugiej strony na jej miejsce wskakuje Anna Volovodov, grana przez Elizabeth Mitchell. Może nie jest to wyjątkowo głęboka i skomplikowana postać, ale ja osobiście bardzo cenię ją za ciepło i pogodę ducha, jaką wnosi do całej historii. Poza tym Cara Gee w roli Drummer ze swoim akcentem i ostrym charakterem jest absolutnie fenomenalna: gdy ta aktorka pojawia się na ekranie, kradnie całą scenę, a jeśli jednocześnie w scenie występuje także David Strathairn w roli Ashforda… och, to dopiero się dzieje!
Trzeci sezon „The Expanse” po prostu trzyma poziom. Co prawda czasem może historia traci odrobinę tempa, a w chwili, w której autorzy przeskakują z tomu drugiego książki na trzeci widać wyraźną linię, ale to przecież historia przede wszystkim o zgranej ekipie, jej przyjaźni i przygodach – a to ta produkcja przedstawia cały czas naprawdę dobrze. „The Expanse” to przyjemna space opera, która nie jest szczególnie cukierkowa, ale potrafi zapewnić dobrą rozrywkę. I to osobom, które tego właśnie szukają mogę ją spokojnie polecić.


czwartek, 30 maja 2019

Początek, koniec i hot dogi: Udany komediowy debiut SF


Gdy w stronę Ziemi leci asteroida, USA robi wszystko, aby uratować niebieską planetę. Misja ratunkowa kończy się jednak niepowodzeniem, a Wilkins oraz jego młodszy kompan stają się jedynymi żyjącymi ludźmi. Prędko jednak zostają przechwyceni przez Sinusa, międzygwiezdnego sprzedawcę hot-dogów.

Tytuł: Początek, koniec i hot dogi
Autor: Kacper Kotulak
Liczba stron: 218
Gatunek: komedia fantastyczno-naukowa
Wydanie: Gmrok, Wrocław 2019
Bałam się tej książki. Nawet: bardzo się jej bałam. Już sam tytuł – „Początek, koniec i hot dogi” – nie napawał mnie optymizmem. A jeśli dodamy do tego, że to debiut Kacpra Kotulaka, zaś wydawnictwo jest mi niekoniecznie znane… Cóż, nie oszukujmy się, byłam przekonana, że te nieco ponad 200 stron będzie prawdziwą męczarnią. Bo to w końcu miała być fantastyka naukowa, a ta jest niezwykle trudnym gatunkiem w pisaniu. Trudno w nim o dobry debiut, a tu wszystko na niebie i ziemi krzyczało, że ten tytuł po prostu się nie udał.
Na całe szczęście gdy zaczęłam czytać… okazało się, że wcale nie jest tak źle.
Przede wszystkim „Początek, koniec i hot dogi” to komedia. Komedia, która w żadnym razie nie próbuje traktować siebie zbyt poważnie. Jest po prostu absolutnie absurdalna. I dobrze, bo dzięki temu braki w logice, czy w warsztacie autora po prostu przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.
Szczególnie, że tej książki po prostu nie czyta się źle. Bardzo często trafiając na debiuty fantastyczno-naukowe, bądź też komedie pisane przez początkujących twórców cierpię katusze. Albo trafiam na dzieło bardzo infantylne i źle napisane, albo na takie, które czytam, ale… nie mam pojęcia, o czym jest, bo język jest tak nudny czy toporny. Tego wrażenia nie miałam jednak w przypadku tej książki. Kotulak zdania składa raczej sprawnie i ma dość lekkie pióro, które po prostu dobrze się przyswaja. To było naprawdę całkiem sympatyczne zaskoczenie.
Pod kątem fabularnym dostajemy po prostu jedną, wielką galaktyczną przygodę, w której bohaterzy skaczą z miejsca na miejsce, poznając często absurdalne aspekty wszechświata, dziwne (ale i całkiem pomysłowe) rasy oraz nawiązania zarówno do mitologii, jak i innych dzieł fantastycznych. Może nie wszystko klei się tu w doskonały sposób, ale to naprawdę przede wszystkim komedia. Fabuła ma po prostu umożliwić opowiedzenie pewnych żartów. Ponadto w tym, jak Kotulak pisze, osobiście naprawdę widzę pasję do gatunku. Mam wrażenie, że ten człowiek po prostu wie, jak powinna wyglądać dobra, przygodowa powieść fantastyczno-naukowa i szczerze mówiąc, trzymam kciuki, aby po „Początku, końcu i hot dogach” napisał coś nieco bardziej poważnego. Naprawdę widzę w jego stylu potencjał.
Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że bawiłam się przy tej książce nieziemsko. Nie przepadam za komediami i choć potrafię docenić całkiem udany debiut to mimo wszystko – raczej do tej pozycji nie wrócę. To nie jest „moja” literatura, to nie jest typ książki, którą chcę czytać bezustannie i która jakoś szczególnie mnie porusza, czy fascynuje. Choć kreatywne pomysły przyjmowałam bez zastrzeżeń to raczej nie śmiałam się w głos w trakcie czytania. Ale to jest jednak kwestia bardzo osobistych preferencji, których po prostu nie jestem w stanie ot tak zmienić.
„Początek, koniec i hot dogi” mogę jednak spokojnie polecić tym, którzy szukają dziwnej, absurdalnej komedii, niekoniecznie fantastyczno-naukowej. Przy tego typu książkach gatunek „wyjściowy” naprawdę traci na znaczeniu. W końcu nikt nie zmusi czytelnika, aby wierzył w międzygalaktycznego sprzedawcę hot-dogów, którego budka pojawia się w danym miejscu, jeśli ktoś akurat ma ochotę na takowy posiłek.


* * *

Galaktyka Blaszanego Kubła nigdy nie była szczególnie interesującą galaktyką. Zdarzały się układy planetarne większe i ciekawsze od niej, a jedyną rzeczą do roboty na większości jej światów było żałowanie, że akurat tam się trafiło. Z Ziemi można było ją zaobserwować jako malutką, czarną plamkę na nocnym niebie.
Gdybyście jednak przypadkiem znaleźli się w Galaktyce Blaszanego Kubła, powinniście z całą pewnością odwiedzić Czterdzieści Wściekłych Diabłów. Znawcy z całego wszechświata jednomyślnie zgadzają się, że to jest jedyne warte uwagi miejsce w całej tej zapyziałej galaktyce, a co więcej, trudno znaleźć coś podobnego w całym kosmosie. Każdy, kto raz odwiedzi Czterdzieści Wściekłych Diabłów, na długo zapamięta tę wizytę.
Fragment „Początku, końca i hot dogów” Kacpra Kotulaka

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

poniedziałek, 27 maja 2019

Wrota Abaddona: Tajemnica protomolekuły



Pod pokrywą chmur Wenus protomolekuła zaczyna coś tworzyć. I w końcu kończy swój projekt, tworząc coś niewyobrażalnego. Cała flota statków – pasiarskich, ziemskich i marsjańskich – wyrusza, aby zbadać obiekt. Jim Holden i jego załoga również próbują tam dotrzeć, lecąc na zleceniu pewnej grupy telewizyjnej.

Tytuł: Wrota Abaddona
Tytuł serii: Expanse/Ekspansja
Numer tomu: 3
Autor: James S. A. Corey
Tłumaczenie: Marek Pawlec
Liczba stron: 540
Gatunek: space opera
Wydanie: Mag, Warszawa 2018
Postawmy sprawę jasno – uwielbiam załogę Rosynanta. Może niekoniecznie jakoś szczególnie konkretne postacie, a właśnie całą ekipę, jako dobrze działającą całość. Lubię obserwować ich przygody, a więc i bardzo lubię serie „Expanse”, bo jakby mogło być inaczej? „Wrota Abaddona” mimo wszystko okazały się chyba jednak najsłabszą z trzech przeczytanych przeze mnie części. Nie złą, wręcz przeciwnie, to dalej bardzo przyjemna lektura. Po prostu – najsłabszą z dotychczasowych.
I powód ku temu jest raczej dość konkretny. W tej części dostajemy dość dużą ilość bohaterów pobocznych, którzy wprawdzie nie są złymi postaciami, ale… sięgając po tę serię chcę czytać o mojej ulubionej załodze, a nie osobach stojących gdzieś z boku. Szczególnie, że po trzech częściach doskonale widzę pewien schemat. O ile serialowa wersja tej historii (bardzo dobra z resztą) bezustannie pokazuje nam tych samych bohaterów pobocznych, o tyle książka w każdym „odcinku” przedstawia nam nowych, jakby zapominając o tych, którzy pojawiali się wcześniej. Więc tak naprawdę czytelnik może odnieść wrażenie, że nie musi się do tych postaci szczególnie przywiązywać. A mimo wszystko te postacie naprawdę zabierają czas Jimowi Holdenowi i jego ekipie, gdzie przynajmniej ja z myślą o nich po te książki sięgam.
Myślę, że pod kątem fabularnym też całość wypadła nieco słabiej. Wyniku intrygi knutej przez ten tom raczej można się spodziewać od początku, a i tak najciekawszym aspektem jest kwestia związana z protomolekuła. Z resztą, to przecież o odkrycie tego, czym ona jest i jaki ma cel w całej serii chodzi. Autorzy rozwiązali tę kwestię całkiem ciekawie, otwierając kolejnym tomom zupełnie inne ścieżki fabularne. Z tym, że jak się okazało nie jest to sprawa aż tak skomplikowana, więc chyba trochę po to, aby „strony się zgadzały” dostajemy wręcz nieco naciągany spisek powiązany z częściami poprzednimi… i choć to nie wypada tragicznie to jednak „Wrota Abaddona” po prostu wypadają słabiej, niż części poprzednie.
Styl autorów jest jednak cały czas bardzo równy. Raczej lekki, „akcyjny” i bez zbędnych dłużyzn, ale przy okazji w żadnym razie nie infantylny, z dobrym wyczuciem smaku. Oczywiście nie jest to literackie dzieło sztuki, ale tego też przecież nie spodziewamy się po space operze. To przecież przede wszystkim ma być historia o zżytej ze sobą załodze, która przeżywa (mniej lub bardziej dramatyczne) przygody. I tym „Expanse” cały czas zdecydowanie jest.
Trochę żałuję, że Nagrodę Locusa zdobyła ta, a nie inna część serii. Bo choć to dobra książka to… poprzednie po prostu wypadały nieco lepiej. Nie zmienia to faktu, że ja dzieła panów kryjących się pod pseudonimem James S. A. Corey bardzo lubię i na pewno sięgnę po kolejne części. Ba, „Gorączka Ciboli” już czeka na mojej półce. Oby tylko czwarta część znów podniosła poprzeczkę.  

* * *

Holden zaczynał mieć wrażenie, że wszyscy zachowywali się jak małpy bawiące się mikrofalówką. Po naciśnięciu przycisku w środku zapala się światło, więc to lampa. Jeśli nacisnąć inny przycisk i wsadzić do środka głowę, przypali ją, więc to broń. Nauczyć sie otwierać i zamykać drzwiczki, a dostaniemy schowek. A przez cały ten czas nikt nie miał tak naprawdę pojęcia, co to urządzenie faktycznie robi, może nawet nie miał do tego odpowiedniego aparatu pojęciowego. Żadna małpa nigdy nie odgrzewała zamrożonego burrito.
Fragment „Wrót Abaddona” Jamesa S. A. Coreya

piątek, 24 maja 2019

Gwoli wyjaśnienia


Ostatnio trochę tu cicho. Najpierw przestałam się tak często odzywać w komentarzach, a następnie – przestały pojawiać się posty. Nie skłamię chyba, gdy powiem, że miało na to wpływ kilka różnych czynników, głównym chyba jest jednak: chwilowo tak dużo nie czytam. A jak nie czytam to nie piszę recenzji, to zaś skutkuje brakiem motywacji, by tu zaglądać.
Po prostu trochę się u mnie ostatnio dzieje. Obrona, praca i trochę innej prywaty złożyły się od lutego, a jak do tego dodacie przestój czytelniczy (bo trafiłam na parę pozycji, które się długo czytały) oraz fakt, że znów uciekłam trochę w świat „tekstowych RPG” (choć w sumie powinnam raczej napisać PBF) to okaże się, że po prostu na bloga najzwyczajniej czasu nie ma i nie było. Nie przewiduje szczególnie wielkich zmian do sierpnia, bo w lipcu jak właściwie co roku po prostu mnie nie ma.
Nie oszukujmy się, przerwa w końcu musiała nastąpić. Od paru lat posty pojawiały się zawsze co najmniej raz na trzy dni, choć częściej – raz na dwa. Tak po prostu nie można przez wieki, szczególnie, jeśli nie jest to forma na której w jakikolwiek sposób zarabiam.
Mam jednak nadzieję, że właśnie od sierpnia uda mi się na poważnie DM ruszyć i niekoniecznie mówię tu o samych postach. Mam ochoty na zmiany. Może własna domena, może przeniesienie się z blogspotu na coś innego – zobaczymy, co mi z tym wyjdzie, na nic się nie nakręcam, ale KTO WIE. Poza tym liczę, że w końcu będę miała „pod ręką” własne zwierzaki i to raczej inne, niż typowy piesek czy kotek, także może okazać się, że i o nich sporo tu będzie. Bo jeśli wszystko wyjdzie tak, jakbym chciała to pewnie będę miała ochotę się nimi chwalić.
Podejrzewam, że na dniach pojawią się recenzje przynajmniej dwóch książek; mam je przeczytane i dosłownie za chwilę chcę na szybko zabrać się za opisanie przynajmniej jednej z nich. Poza tym przypominam, że zaglądam cały czas na swojego instagrama. Możecie mnie też znaleźć na Morsmordre, czyli PBFie właśnie. A jakby ktoś z Was chciał wiedzieć, czym ten PBF jest to zapraszam do przesłuchania audycji na ten temat, którą nagrałyśmy jakiś czas temu ze znajomą.
Cóż… trzymajcie się ciepło, a ja lecę spróbować napisać dla Was te dwa kolejne teksty!

poniedziałek, 6 maja 2019

Nieanglojęzyczna fantastyka - odwiedź inne kraje!


Polski rynek jest zdominowany przez literaturę pochodzącą z krajów angielskojęzycznych oraz polskich, szczególnie, jeśli chodzi o fantastykę. To w końcu z USA pochodzi większość „wielkich” twórców. To tam zaczął się tworzyć fandom taki, jaki znamy dzisiaj. To kraj niezwykle istotny dla współczesnej fantastyki i naprawdę nie ma się w tym przypadku czemu dziwić.
Na całe szczęście nie samą Ameryką oraz krajami anglojęzycznymi rynek literacki żyje. Mam dla Was sześć propozycji na książki z tego gatunku, które pochodzą z innych krajów. Co ciekawe, większość z nich została wydana przez raczej popularne wydawnictwa, w związku z czym są (lub były, jeśli nakład przypadkiem się wyczerpał) bez problemu dostępne. Każda z nich jest inna, ale również każda ma w sobie coś, co sprawia, że warto po nią sięgnąć.

 
Cixin Liu, „Problem trzech ciał”
To pochodzące z Chin hard science-fiction wstrząsnęło rynkiem wydawniczym w USA. Ten tytuł jest pierwszym, który mimo bycia tłumaczeniem zdobyło Nagrodę Hugo. Ta została wręczona zarówno autorowi, jak i tłumaczowi – Kenowi Liu.
„Problem trzech ciał” jest książką specyficzną. Postacie nie są szczególnie rozwijane, a autor stawia na opisy technologii, choć czytało mi się nią lżej, niż sądziłam. Ciekawym elementem powieści jest dodanie do niej elementów związanych z chińską rewolucją kulturową. To dodaje klimatu i smaczku tej nietypowej książki.
Niestety, o ile tom pierwszy bardzo lubię, o tyle kontynuacje już niekoniecznie. Niemniej, zdecydowanie warto „Problem trzech ciał” sprawdzić, bo to kawałek ciekawej literatury fantastycznej pochodzącej z nietypowego kraju.




Pierre Boulle, „Planeta małp”
Choć większość klasyków fantastyki naukowej pochodzi z USA to nie dotyczy to każdej z książek. „Planeta małp”, choć na pewno zalicza się do kanonu SF, pochodzi z Francji. To już dość stara powieść, po której to widać. W końcu w wielkie małpy zamieszkujące na obcej planecie nikt raczej nie uwierzy, prawda?
Mimo tego samo przesłanie książki jest cały czas aktualne, a czyta się ją po prostu przyjemnie. Fakt, czasem ze zdziwieniem i niedowierzaniem, że kiedyś takie elementy mogły uchodzić za typowe w literaturze tego typu, ale mimo wszystko to po prostu przyjemna lektura. A że jest niedługim klasykiem to po prostu naprawdę warto ją poznać.
 
Andres Ibanez, „Księżna jeleń”
Do języka hiszpańskiego mam pewną słabość, dlatego nie wahałam się i sięgnęłam po ten tytuł zaraz w okolicach jego premiery. „Księżna jeleń” to ciekawy przypadek literatury. Z jednej strony dostajemy od autora typową powieść high fantasy o młodzieńcu, który musi dorosnąć. Z drugiej zaś to kompletna dekonstrukcja gatunku… robiąca wszystko niby tak samo, ale jednocześnie zupełnie inaczej.
Przy tym wszystkim „Księżna jeleń” jest po prostu baśnią dla dorosłych. To książka, która może sprawić sporo przyjemności zwłaszcza tym, którzy cenią sobie całkiem ładny język i niekoniecznie typowe podejście do fantasy.
 
Hiroshi Sakaruzaka, „Na skraju jutra”
Ta książka jest jedyną light novelką, jaką do tej pory przeczytałam. Niedługa i młodzieżowa, jednocześnie stanowi chyba jedno z ciekawszych SF przeznaczonych dla młodzieży spośród mi znanych. A jej autor? Pochodzi z Japonii. Z resztą, to też w tym kraju toczy się główna akcja powieści.
„Na skraju jutra” jest naprawdę nietypowe jak na powieść młodzieżową, zwłaszcza jeśli porównamy ją do książek amerykańskich. Jej fabuła jest zdecydowanie „mniejsza”: obejmuje mniejszą ilość wydarzeń, mniejszą ilość akcji. Romans? Pojawia się, owszem, ale w bardzo mocno ograniczonej formie. Autor nie daje nam też zamkniętego zakończenia, jakby przerywając akcję w trakcie i pozwalając czytelnikowi domyśleć się, co będzie dalej.
 
Dimity Glukhovsky, „Futu.re”
Ten rosyjski autor często polecany jest na grupach jako twórca dobry dla początkujących czytaczy fantastyki: bo czyta się go dość lekko, bo jest przyjemny, ale osoba bardziej doświadczona może po prostu widzieć w jego twórczości zbyt wiele błędów. Trudno mi się do tego dziś odnieść: przeczytałam ten tytuł w 2016, więc nie wiem, jak odebrałabym go dziś, jakieś 300 książek później.
Niemniej, jeśli ktoś poszukuje dystopii dla dorosłych to myślę, że powinien przyjrzeć się temu właśnie tytułowi. Autor tworzy ciekawy świat, z dobrymi i kreatywnymi rozwiązaniami, choć być może faktycznie nie jest to nic wyjątkowo nowatorskiego. Dla kogoś, kto jednak nie ma dużych wymagać i przede wszystkim szuka dobrej rozrywki to powinien być strzał w dziesiątkę.
 
Saygin Erisin, „Basza smaku”
Turecki autor piszący o imperium osmańskim w fantastyczny sposób? Dla mnie to brzmi bardzo, bardzo orientalnie. Erisin nie zdobył w Polsce szczególnej popularności, a szkoda, bo „Basza smaku” to naprawdę przyjemna w odbiorze powieść.
Książka opowiada o Kucharzu, który ma niezwykły dar dotyczący gotowania. W związku ze swoją przeszłością, szuka zemsty i miłości, tworząc misterny plan spełnienia swoich pragnień. To naprawdę ładnie napisana książka o baśniowym klimacie, która wręcz pachnie wykorzystywanymi przez bohatera przyprawami.
Choć w tym przypadku fantastyki w tym wszystkim zbyt wiele nie ma to myślę, że sam klimat powieści wystarczy za setki skomplikowanych systemów magicznych. Tej książce zdecydowanie warto dać szansę.

wtorek, 30 kwietnia 2019

Vaiana (2016): Tam, gdzie pragnie być


Vaiana jest córką wodza. Kocha swoją wyspę i swój lud jednak czuje, że serce wzywa ją do czegoś innego. Gdy zgodnie z legendami jej dom zaczyna obumierać wyrusza w podróż, aby pomóc swoim ludziom.

Już od dłuższego czasu filmy Disney’a nie są pierwszą rzeczą, o której myślę, gdy chcę coś obejrzeć. Po czasie zwykle jednak oglądam ich produkcje. „Vaianę: Skarb oceanu” obejrzałam pod wpływem impulsu: muzykę do tej animacji tworzył między innymi Lin-Manuel Miranda i z powodu „fazy” na jego twórczość zabrałam się i za historię Vaiany/Moany.
„Vaiana: Skarb oceanu”
ang. „Moana”
reż. Ron Clements, John Musker
film animownay, przygodowy
W przypadku tej historii sprawę trzeba postawić jasno: to jest typowa produkcja Disney’a z księżniczką w roli głównej. Wprawdzie Vaiana nie jest dziewczęciem z pierwszej „generacji” tego typu filmów, przez co jest pewna siebie, walczy o swoje i bierze sprawy we własne ręce, ale w dalszym ciągu jej historia jest bardzo prosta i właściwie przewidywalna. Wydaje mi się jednak, że w tym tkwi moc takich filmów: to sprawdzona formuła, po której wiemy czego się spodziewać, ale jednocześnie praktycznie zawsze tego typu historie Disney’a trzymają stosunkowo wysoki poziom.
Zwłaszcza, że Vaiana jest absolutnie sympatyczną postacią. To nie jest typowa „głupia nastolatka”, która gna przed siebie, bo MARZENIA i MAGIA i MIŁOŚĆ, nie zwracając uwagi na otaczających ją ludzi. Przeciwnie: to bohaterka, która kocha swój lud. Chce być dla niej jak najlepsza, stara się jak może. Próbuje zgasić swoje pragnienia, jednak gdy widzi, że te są zgodne z tym, co jest najlepsze dla jej społeczności po prostu za nimi podąża. Jej kompan, Maui, to też przyjemna postać. Ma w sobie sporo uroku i wydaje mi się, że po prostu nie można go nie lubić.
Do tej pary bohaterów Disney musiał oczywiście dodać jakieś śmieszne zwierzątko: to stały element takich filmów i po prostu nie mogło tu takowego zabraknąć. Tym razem w ramach komediowego elementu dostajemy absolutnie głupiego koguta, który przez to, jak bardzo absurdalne są jego wybryki wręcz wymusza pojawienie się uśmiechu na twarzy.
Jak już wspominałam, konstrukcja tej animacji jest bardzo prosta. Nasza bohaterka musi po prostu dotrzeć do określonego miejsca, a w trakcie podróży pokonać różnorakie kłody, które los rzuca jej pod nogi. To, w połączeniu z dobrym rytmem całej historii naprawdę dobrze się sprawdza i osobiście nie miałabym nic przeciwko, by obejrzeć więcej tego typu filmów.
Nie oszukujmy się: jeśli miałabym wybrać mój ulubiony film Disney’a ostatnich lat na pewno nie byłaby to „Vaiana”. Nie zmienia to faktu, że ta animacja jest po prostu niezwykle miła w odbiorze, zwłaszcza, że wygląda absolutnie fenomenalnie.

sobota, 27 kwietnia 2019

Cena szczęścia: Powieść pozbawiona warstwy fabularnej?


Ruchliwa, kanadyjska ulica. Samantha August, pisarka fantastyki naukowej, zostaje porwana przez UFO. Gdy się budzi na pokładzie statku kosmicznego, dowiaduje się, że pozaziemska cywilizacja planuje wspomóc ziemski ekosystem, nawet jeśli będzie oznaczało to usunięcie rodzaju ludzkiego. Ona sama ma być zaś pośrednikiem między kosmicznymi siłami, a Ziemią.


Tytuł: Cena szczęścia
Autor: Steven Erikson
Tłumaczenie: Dariusz Kopociński
Liczba stron: 554
Gatunek: fantastyka naukowa
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2019

Co musi zawierać powieść, aby w jakikolwiek sposób zadziałała? Przede wszystkim – jakiś problem. Główny motyw przewodni, do którego rozwiązania będą dążyć bohaterowie. Może to być przeżycie w trudnych sytuacjach, może to być zdobycie miłości, uratowanie kogoś, realizacja jakichkolwiek pragnień. To jednak jest kluczem: powieść bez historii praktycznie nie istnieje. Steven Erikson w swojej „Cenie szczęścia” chyba jednak kompletnie o tym zapomniał… mimo że wcale nie jest początkującym pisarzyną, a osobą, która ma na swoim koncie już naprawdę wiele dzieł.
Początkowo byłam do tej powieści nastawiona naprawdę pozytywnie. Czytało się ją bardzo przyjemnie: styl Eriksona jest „akurat”. Wystarczająco ciężki, by nie być infantylnym, ale na tyle lekki, by dało się przez całość bez problemu przebrnąć. Ponadto same pierwsze sceny powieści wypadają naprawdę dobrze. Dostajemy całkiem ciekawie opisane porwanie Samanthy August, naszej głównej bohaterki, a następnie obserwujemy jej pierwszy kontakt ze sztuczną inteligencją, wykreowaną przez pozaziemską cywilizacje. Jej wymiana zdań z Adamem (bo tak się ta SI nazywa), jej spostrzeżenia i budująca się powoli relacja tych postaci zapowiadała naprawdę przyjemną lekturę.
Prędko jednak okazało się, że… „Cena szczęścia” nie oferuje absolutnie nic poza tę konkretną relacje, która z czasem i tak robi się coraz to nudniejsza, bo do niczego szczególnego nie prowadzi. Erikson w swojej powieści spróbował odwrócić tropy. Zamiast zrzucić na Ziemię groźnych, agresywnych kosmitów, zaprezentował pokojowo nastawione istoty, które chcą nam tylko pomóc. Naprawić ekosystem, zabrać głód i choroby, oduczyć nas agresji…
To niestety był tylko pozornie dobry pomysł. Ludzkość przedstawiona w „Cenie szczęścia” nie ma absolutnie żadnych szans w starciu z pozaziemskimi siłami. Poza tym nie ma też szczególnego interesu: co prawda wokół panuje chwilowy chaos, ale poza tym skoro nie ma głodu, nie ma zanieczyszczonej Ziemi, nie ma wojen… to właściwie nie trzeba absolutnie niczego zmieniać. Przez 550 stron powieści obserwujemy więc ciągniętą na siłę „dramę” tworzoną przez władców i możnych naszego świata, która jednak nie ma szczególnego punktu kulminacyjnego. Ponadto poza Samanthą nie dostajemy tu żadnego mocnego bohatera, skacząc pomiędzy innymi postaciami, których dialogi i dziania są właściwie zupełnie puste, gdy już zrozumiemy, do czego to wszystko dąży.
Śmiem więc twierdzić, że to odwrócenie tropów w „Cenie szczęścia” w żadnym razie nie wyszło. Erikson może miał ciekawy pomysł na opowiadanie, ale na pewno nie na aż tak długą powieść. Miał też dwójkę całkiem ciekawych bohaterów – bo Samantha i Adam naprawdę sympatycznie ze sobą współgrają – ale zmarnował ich potencjał, wrzucając ich do książki kompletnie pozbawionej treści.
Cóż jeszcze mogę dodać? Na pewno warto wspomnieć, że „Cena szczęścia” wydaje się też pomnikiem zbudowanym dla kanadyjskich pisarzy fantastyki naukowej. Erikson bezustannie wspomina o swoich kolegach po fachu, próbując fabularnie robić z nich speców od pozaziemskiej inteligencji i wręcz wychwalając swój lokalny fandom. Nie mam raczej nic przeciwko, choć jednocześnie… szkoda, że swoim przyjaciołom powierzył role w tak nijakiej powieści.
„Cena szczęścia” może zadziałałaby jako opowiadanie; jako powieść nie działa wcale, mimo że raczej nie jest w całości trudna do przyswojenia. Być może komuś, kto nie miał wcześniej styczności z takim odwracaniem tropów, ten koncept sam w sobie po prostu się spodoba. Być może stanie się wystarczającym powodem, aby tą książką się zainteresować i nawet ją polubić. Ja sama chyba mam już na swoim koncie za dużo fantastyki naukowej, aby się tą powieścią zachwycać. Mimo wszystko – taką zabawę motywami już widziałam i to w lepszym wykonaniu, więc podziękuję za taką powtórkę z rozrywki.

* * *

Nie lubimy słuchać przykrych rzeczy, zwłaszcza gdy dotyczą nas samych - to całkiem normalne i tu się z wami zgodzę. Przy czym powszechny wstyd to nie to samo co powszechna radość. Przede wszystkim przezywa się go w ciszy. Bez okrzyków, bez poczucia więzi. Bo wstyd jest czymś, z czym wracasz do domu. Żeby spędzić z nim noc w samotności o poważnie przyjrzeć się sobie w lustrze. Jest bruzdą na wodzie, która napełnia się oczyszczającym żalem. Obyśmy otworzyli oczy z nastaniem świtu mądrzejsi o nowe doświadczenie.
Fragment „Ceny szczęścia” Stevena Eriksona


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i Sk-a!



środa, 24 kwietnia 2019

Wiedźma: Pozornie urban fantasy, w praktyce - romans


Obłożona klątwą Jasna budzi się po kilkuset latach letargu. Nic nie jest już takie, jak pamiętała. Przypadkiem trafia na Ninę i Dawida – młodych ludzi, którym udało się uciec śmierci. We trójkę próbują ściągnąć ciążącą na Jasnej klątwę, aby uwolnić jej niezwykłą moc i zrealizować swoje własne cele.

Tytuł: Wiedźma
Tytuł serii: Opowieści z Wieloświata
Numer tomu: 1
Autor: Anna Sokalska
Liczba stron: 412
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: Lira, Warszawa 2019
Anna Sokalska ma za sobą już kilka książek, jednak jeśli dobrze się zorientowałam, „Wiedźma” jest jej pierwszym dziełem, wydanym przez klasyczne wydawnictwo. Klasyczne, czyli takie, które nie działa na zasadzie vanity (autor płaci za wydanie książki) bądź też nie należy do samego twórcy. Wydawać by się mogło jednak, że osoba, która pracowała już z tekstem będzie miała w miarę wyćwiczony warsztat. Niestety – absolutnie mija się to z prawdą.
„Wiedźma” to pokaz braku szczególnych umiejętności literackich. Pozornie dobrze napisana (bo wielkich błędów językowych tu się nie uświadczy) naprawdę jest dziełem kiepskim warsztatowo. Zacznijmy może od stylizacji językowej, bo to ona jako pierwsza rzuca się w oczy, jako że Sokolska na pierwszych stronach książki wrzuca nas do XVII wieku. Ta wyraźnie kuleje: w oczach autorki „średniowieczny” język to zmiana szyku zdań i wrzucenie kilku „dawnobrzmiących” słów. Jej słowa zdecydowanie nie tworzą odpowiedniego klimatu. Co gorsza, w następnej części książki wracamy do współczesności, w której Sokolskiej czasem zdarza się tak czy siak wrzucić w narracji jakieś niekoniecznie używane aktualnie słowo, co też wypada dość karykaturalnie.
Drugim aspektem, przez który moim zdaniem warsztat Sokalskiej nie jest najlepszy, jest sam sposób prowadzenia historii. Autorka zamiast pokazywać nam bohaterów i wydarzenia, opowiada je. Powieść w dużej mierze przypomina streszczenie, w którym twórczyni mówi nam o tym, jak bohaterzy posprzątali, zjedli, porozmawiali, podjęli decyzje i poszli spać. Gdy autor wybiera takie rozwiązanie osobiście mam wrażenie, że śpieszy się, jakby zapomniał, że pisze powieść, nie krótkie opowiadanie. I to naprawdę nie świadczy o nim najlepiej.
Mimo powyższych kwestii, „Wiedźma” nie jest książką trudną. Przyswaja się ją łatwo, dzięki czemu można ją prędko pochłonąć. Czy jednak warto? Nie do końca. Warstwa fabularna tej historii też nie jest szczególnie wybitna. Mam wrażenie, że Sokalskiej daleko do fantasty z krwi i kości. Pod przykrywką magii, klątw i innych takich, autorka ostatecznie skupia się dość mocno na historii miłosnej między dziewczyną z gminu, a wielką gwiazdą. Próbuje też opowiedzieć trochę o problemach młodych ludzi w dzisiejszym świecie, ale to w połączeniu z niekoniecznie ciekawym i dobrze skonstruowanym fantastycznym uniwersum daje raczej nieszczególnie ciekawy efekt. Jednocześnie jednak przy tak niskim poziomie warsztatowym „Wiedźmy” nie potrafię być na tę książkę szczególnie zła. Pod kątem fabularnym to po prostu przeciętna młodzieżówka, która na mnie osobiście nie zrobiła zbyt pozytywnego wrażenia.
Powoli kończąc, chcę pochwalić autorkę za jedną rzecz: za domknięcie historii. Chociaż „Wiedźma” jest początkiem serii to jeśli dobrze rozumiem zamysł, jest odrębną opowieścią, która nie będzie ciągnęła się przez kilkanaście kolejnych tomów. Kolejne części, choć osadzone w tym samym świecie, nie będą jej kontynuacją.
Nie chcę twierdzić, że „Wiedźma” Sokalskiej nie znajdzie sobie czytelnika, który byłby zadowolony z lektury. Obserwując opinię, wiem, że dość duża grupa osób tę historię polubiła i wierze, że młody albo niewymagający czytelnik odnajdzie się w tym świecie. Odradzam jednak lekturę tym, którzy szukają porządnego i dobrze napisanego urban fantasy, bo w „Wiedźmie” po prostu tego nie znajdziecie.

* * *

Nie żegnając się i nie porzucając materialnej postaci, ruszył dalej w swoją stronę, ale już kilkadziesiąt kroków dalej zaczepił go chłopak z plikiem broszurek.
– Praca to nie wszystko! – zaczął, ze współczuciem spoglądając na garnitur Szaraka, latem wyglądający jak narzędzie tortur. – Bóg ma dla ciebie plan!
 – Wiem. Właśnie czekam na nowy grafik – odparł Szarak ze stoickim spokojem.
Fragment „Wiedźmy” Anny Sokalskiej



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl


niedziela, 21 kwietnia 2019

Venom (2018): Problemy produkcyjne odbijają się na filmie


Eddie Brock (Tom Hardy) jest dziennikarzem śledczym. Gdy traci prace, pogrąża się w rozpaczy. Do czasu, aż kontaktuje się z nim dr Dora Skirth (Jenny Slate) prosząc go o pomoc: w laboratorium przeprowadzane są nielegalne badania na ludziach. Przypadkiem Brocka atakuje pasożyt, który przejmuje nad nim kontrolę.



„Venom” (2018)
reż. Ruben Fleisher
film akcji, science-fiction
Filmy okołosuperbohaterskie obecnie królują w kinach i nie ma się co temu dziwić. Dostarczają rozgrywki, dostarczają ciekawych bohaterów i pole do popisu dla twórców. Większość z nich trzyma też pewien poziom, będąc przynajmniej porządnie zrobionym i wysokobudżetowym kinem. Niestety, o „Venomie” trudno to powiedzieć. To film, który już w trakcie produkcji miał olbrzymie problemy i nie można się chyba dziwić, że odbiło się to na efekcie końcowym.
Dla mnie „Venom” okazał się czymś piekielnie nudnym, ale z przyjemnym głównym bohaterem, czy raczej bohaterami. To jeden z tych filmów, w których sceny z Tomem Hardym na ekranie wypadały przyjemnie i często zabawnie, jednak wszystkie te, na których go brakowało po prostu wiały nudą i to naprawdę trudno inaczej nazwać.
Przede wszystkim tę historię widzieliśmy już wiele, wiele razy: „Venom” nie tylko nie zaskakuje pod kątem fabularnym, ale też przy okazji wypada o wiele gorzej, niż inne dzieła tego typu. Często mocno zmienia ton. Raz jest mrocznym horrorem, by już po chwili próbować żartować. W jednej chwili obserwujemy torturowanych ludzi, a w drugiej Brocka wskakującego do akwarium w restauracji.
Takie połączenia w tym przypadku naprawdę ze sobą nie współgrają. Choć niektóre z tych scen oddzielnie wyglądają nieźle to w całości dają nam coś nudnego i dłużącego się… tak długo, jak na scenie nie pojawia się tytułowy Venom.
Już dawno nie oglądałam filmu, na którym tak bardzo czekałabym, aż główne postacie (obydwie oczywiście w roli Toma Hardy’ego) będą się odzywać. Naprawdę: to relacja Brocka z symbiontem i ich przekomarzanie się jest czymś, co sprawia, że ten film da się oglądać. Gdyby nie to, „Venom” byłby bardzo nieprzyjemny, a w takiej sytuacji mimo wszystko potrafił choć trochę rozbawić i dostarczyć choćby odrobiny rozrywki.
Nie zmienia to faktu, że to dalej nie jest najlepszy film z postaciami Marvela. Chociaż motyw symbiontu daje naprawdę ogromne możliwości dla twórców, którzy mogli stworzyć i coś zabawnego, i horror, i film z motywami gore to te opcje po prostu nie zostały w tym przypadku wykorzystane… a szkoda, bo mając takiego aktora w roli głównej każda z tych możliwości miałaby szansę bardzo dobrze się sprawdzić.
Cóż, „Venom” to nie jest film, który polecałabym w pierwszej kolejności; zdecydowanie lepiej spędzić czas sięgając po jakikolwiek film z MCU. Niemniej, to da się oglądać i da się polubić głównego bohatera, więc jeśli macie wszystkie inne superbohaterskie produkcje za sobą to i tę można sprawdzić. Ja sama pewnie obejrzę kontynuację: jestem ciekawa, czy bez tak wielkich problemów produkcyjnych Sony następnym razem pokaże coś, co poza przyjemnym głównym bohaterem będzie miało do zaoferowania też sensowniejszą historię.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Zasady chowu i hodowli psów rasowych: Poradnik polecany przez ZKwP


Jesteś miłośnikiem psów i planujesz zacząć je hodować… ale nie wiesz od czego zacząć? A może po prostu planujesz zakup psa rasowego? Jeśli tak, to książka dla Ciebie.

Tytuł: Zasady chowu i hodowli psów rasowych
Autor: Marian Szymankiewicz
Liczba stron: 173
Gatunek: poradnik
Wydanie: Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, 1993
W moim poszukiwaniu ciekawych książek o psach, trafiłam na „Zasady chowu i hodowli psów rasowych”. To kolejny poradnik kynologiczny wydany w latach 90., który trafił w moje ręce i chyba jedyny, który posiada komentarz od Genowefy Ratajczak, ówczesnej prezes Związku Kynologicznego w Polsce. Dzięki temu możemy być pewni, że to, co znajduje się wewnątrz jest przynajmniej w dużej mierze zgodne z tym, co w tamtym czasie ta największa w naszym kraju organizacja kynologiczna wyznawała.
Muszę jednak przyznać, że… ta książka nie koniecznie różni się od tych innych, podobnych tytułów, które wpadły mi w ręce. Nie potrafię nawet znaleźć jakiejś konkretnej rzeczy, która wyróżnia ją na tle innych. Tytuł zapowiada wprawdzie konkretne informacje kierowane do profesjonalistów, ale tak naprawdę to po prostu kolejny poradnik, który skupia się na tym, jak kupić psa, skąd wziąć psa, jak się nim zajmować, jak go szkolić itd.
Mamy oczywiście tematy poświęcone rozmnażaniu psa i wystawom, ale szczerze przyznam, że obydwie te kwestie także są standardem poruszanym w takich książkach, o ile skupiają się na psach rasowych. W związku z tym tak naprawdę nie widzę tu nic, co byłoby w jakikolwiek sposób wyróżniające tę książkę.
Jak jednak ten tytuł wypada pod względem merytorycznym? W dalszym ciągu: poprawnie, ale nie w żadnym stopniu ponadprzeciętnie. Porady, które w niej znalazłam, nie odbiegają od tych, które czytałam w pozostałych poradnikach z lat 80. i 90. Tak jak i w tamtych, tak i w tym dostajemy informacje o tym, że najlepsze posłanie dla psa zrobimy w domu z drewna, że psy należy podawać konkretne rodzaje mięs, zbóż i warzyw (bo w tamtym okresie suche karmy nie były tak łatwo dostępne). Że kojec to nie klatka, a buda ma być dopasowana do rozmiaru psów. Gdyby te książki były wydawane dzisiaj, jestem prawie pewna, że przynajmniej na okładce byłaby dodatkowa informacja: „DIY – ciekawe instrukcje!!!”. W końcu wtedy wiele rzeczy dla psów trzeba było faktycznie robić własnoręcznie.
Przy tym wszystkim to chyba jedna z ciekawiej wydanych starszych psich książek, po jaką sięgnęłam. Wewnątrz, na śliskim papierze, znajdziemy zdjęcia konkretnych ras. To miła odmiana po czarno-białych fotografiach drukowanych na zwykłym, książkowym papierze.
„Zasady chowu i hodowli psów rasowych” to książka naprawdę bezpieczna. Podążając za poradami Szymankiewicza czasem pójdziemy dłuższą drogą, ale psu raczej nie stanie się krzywda. Niemniej, to jednak jest już nieco przestarzała książka i mimo wszystko sama traktuje ją jako ciekawostkę, a nie idealnie źródło wiedzy o aktualnym stanie kynologii.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony