wtorek, 14 lipca 2020

Cyrk ze zwierzętami czy bez? - nie czytam, więc piszę


Czytanie w ostatnim czasie znów „nie idzie” mi tak jak powinno, a że to mnie do bloga zwykle motywuje to nic dziwnego, że zaczęło się tu pojawiać mniej treści. Niemniej, na pewno wkrótce coś się w tym temacie „ruszy”, a w międzyczasie uznałam, że mogę napisać przecież o czymś innym, skoro o książkach i kulturze jako takiej po prostu nie mam ochoty.

Mam wrażenie, że ostatnio Internet wrze – czy to z powodu wyborów, czy to z powodu tego, co ostatnio miało miejsce w „Nowej Fantastyce”. Wrze też z powodu dram związanych z zagranicznymi influencami oraz z powodu obławy na pumę. O polityce czy opowiadaniu Komudy nie mam zamiaru jednak pisać. Nie dość, że to ogólnie rzecz biorąc duże bagno to na dodatek nie czuje się kompetentna, nie śledzę tematu wystarczająco i nie interesuje mnie on na tyle, by wychodzić poza bardziej prywatne dyskusje i rozważania. Inni robią to lepiej ode mnie. Influcencerzy to też raczej nie jest temat „poważny”, który interesuje mnie inaczej niż w formie ciekawostki. Ostatnio jednak męczy mnie jeden z tematów związany ze zwierzętami. Pumy wprawdzie dotyczyć nie będzie, albo będzie dotyczyć jedynie pośrednio, ale wydaje mi się, że wzbudza co najmniej równie gwałtowne emocje.

Chodzi mi mianowicie o kwestię zwierząt i cyrków. Nim jednak przejdę do sedna sprawy, wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy:

·       Moi rodzice to hodowcy psów rasowych – mam więc regularny kontakt ze sporym stadem zwierzaków.

·       Poza psami pod swoją opieką w życiu miałam papugi (w tym przez chwilę „zawodowo”), króliki, kury, owce, żółwia, rybki, kota i jeszcze jakieś ptaszki. Jeździłam też konno i z resztą bardzo chciałabym do tego wrócić.

·       Chętnie zbieram informację na temat zwierząt. Wydaje mi się więc, ze z teorii opieki nad nimi jestem całkiem niezła.

·       Nie jestem wegetarianką, nigdy nawet nie czułam pokusy, aby takową zostać. Zwierzęca krew czy mięso nieszczególnie mnie „rusza” – tak, zdarzało mi się asystować przy zabiegach i „drobnych” operacjach weterynaryjnych (nie mam wykształcenia kierunkowego).

·       Nie jestem profesjonalistą w temacie. Po prostu to wchodzi w obszar moich zainteresowań.

 

Powyższe punkty wydają mi się istotne, byście zrozumieli z jakiej perspektywy to pisze. Jestem zainteresowana – ale staram się nie kierować tylko emocjami w tym względzie. Mam zaplecze związane z hodowlą zwierząt. Z resztą, gdy miałam dosłownie kilka lat moi dziadkowie hodowali kury czy mięsne króliki. Wychowałam się więc z jednej strony w szacunku do zwierząt (nikt nie pozwoliłby mi bić czy umyślnie krzywdzić jakieś żywe stworzenie z powodu kaprysu – co to, to nie), z drugiej strony rozumiejąc, że ich świat to nie koniecznie same tęcze, jednorożce i radość. To wydaje mi się kluczowe w przypadku tego tematu, jako że osoby wypowiadające się na te tematy łatwo popadają w skrajności powiązane z ich wrażliwością i kierowania się emocjami.

Postaram się więc też zachować jak największy obiektywizm, ale że „pełny” jest niemożliwy do zrealizowania, a moja wiedza (jak każdego człowieka) jest ograniczona – z góry przepraszam za ewentualne błędy i skróty myślowe.

Po tym przydługim wstępie zacznijmy więc przechodzić do sedna sprawy.

 

Cyrk jako pewna idea

Żeby zrozumieć w pełni problem, najpierw musimy się zastanowić nad tym czym jest cyrk sam w sobie. Przyznaję, że nie interesuje mnie tego typu rozrywka i ostatnio w takim przybytku byłam mając zaledwie kilka lat. Sama idea współczesnego cyrku wydaje mi się jednak dość prosta. To trupa mobilnych artystów, którzy mają zapewnić widowni rozrywkę. Samo założenie cyrku jako działalności nie jest więc na pewno czymś złym. Przeciwnie, powiedziałabym, że jest wręcz pozytywne. W końcu rozrywka jest kulturą. Może być lepsza, może być gorsza, ale każdy jej element możemy badać i analizować na wiele różnych sposobów. Cyrk traktowany jako idea, a nie konkretne miejsce jest więc tylko kolejnym elementem, o którym możemy mówić, którym możemy się cieszyć, ocenić, krytykować. To coś, co w swoim założeniu może nas w jakimś stopniu rozwinąć, a przynajmniej ja w ten sposób widzę każdy element kultury rozrywkowej.

 

Zwierzęta jako inteligentne stworzenia

Drugim elementem sporu związanego z cyrkami są zwierzęta. Dlatego tu musimy sobie też pewną rzecz wyjaśnić. Większość ssaków i ptaków oraz niektóre gady to stworzenia inteligentne. Istoty, które w naturze wykorzystują swój intelekt do skutecznego zdobywania pokarmu (to chyba w większości przypadków zajmuje im najwięcej czasu), do obrony swojego terytorium i do ogólnie rozumianego przeżycia. Ile razy widzieliście kota czy psa, który czekał, aż samochody na ulicy przestaną jechać, aby mógł grzecznie i bez problemu przejść! To właśnie element dostosowywania się zwierząt do środowiska, wynikające z uczenia się.

Jeśli jednak zamykamy zwierzęta w przysłowiowej klatce to zwykle zapewniamy im pożywienie (nie muszą więc szukać), bezpieczeństwo (nie muszą więc uciekać) i „zdrowie” (bo opieki weterynarza nikt dzikiemu stworzeniu nie zapewni). Żyją więc dłużej, ale każdy kto kiedykolwiek miał zwierzę mądrzejsze od żaby czy węża wie, że jeśli zapewnimy swojemu podopiecznemu tylko „klatkę” z jedzeniem to zwierzę prędko popadnie w apatię, czy nawet depresje. Bo wiele gatunków nie jest głupie i aby w pełni funkcjonować musi mieć zapewnioną możliwość myślenia. Nie bez powodów psom zapewniamy maty węchowe, nie bez powodu kupujemy kotom zabawki itd.

W ten sposób dochodzimy do kwestii z cyrkiem związanej niemal bezpośrednio, bo do sprawy związanej ze szkoleniem, „tresurą” zwierząt. I tą podzieliłabym na dwie kategorie. Po pierwsze, celem szkolenia może być dostosowanie naszego podopiecznego do bezpiecznego i spokojnego życia. W końcu jeśli mamy psa kluczowym jest nauczenie go, aby nie skakał po meblach kuchennych, aby nie wylał się na niego wrzątek. Kluczowe jest nauczenie go załatwiania się na zewnątrz, aby nie brudził nam i sobie przestrzeni życiowej. To chyba nie budzi żadnych większych kontrowersji i jest w pełni zrozumiałe dla wszystkich. Aby zwierzę mogło żyć bezpiecznie, dalej pozostając sobą, musi rozumieć pewne reguły związane z życiem w ludzkim społeczeństwie.

Drugą kategorię określiłabym mianem „rozrywki”. W końcu sztuczek uczymy zwierzęta po to, by móc się tym cieszyć, prawda? Po co pies ma podawać łapę, jeśli nie po to, by wywołać na naszej twarzy uśmiech? Jednocześnie jednak należy tu zwrócić uwagę na to, że jeśli wykorzystujemy tzw. pozytywne metody szkoleni zwierząt (bazujące na nagrodach, nie karach) to ta rozrywka jest obustronna. Jak wspominałam wcześniej, zwierzęta są inteligentne. W naturze uczą się, aby przetrwać. W „domowych” warunkach nie muszą tego robić, ale przecież siedzenie w kącie przez cały dzień jest wbrew ich naturze. Praca z człowiekiem również i dla nich może być rozrywką. Zakładając oczywiście że relacja trenera i zwierzęcia bazuje na pozytywnych metodach.

 

Dzikie zwierzęta w niewoli = coś złego?

To chyba kolejna kwestia, nad którą należy się zastanowić. Kluczowym wydaje mi się pytanie, czy osoba trzymająca zwierzę w niewoli jest w stanie zapewnić mu adekwatne warunki.  Takie, w których stworzenie zachowa zdrowie psychiczne i fizyczne. Dlatego np. trzymanie węża będzie stosunkowo proste (nie wymagają wiele miejsca, są raczej dość „głupie”, nie potrzebują wiele stymulacji), ale tygrysa niezwykle trudne (wymagają olbrzymiej ilości wiedzy i miejsca, specjalistycznego sprzętu itd.). Jeśli jednak dysponujemy odpowiednimi warunkami i wiemy, jak te dobre warunku zapewnić… to czemu niemielibyśmy sobie na owego „tygrysa” pozwolić? To w moich oczach wygląda wręcz jak bardzo dobra symbioza. Człowiek czerpie radość z trzymania zwierzęcia i opieki nad nim, zaś zwierzę otrzymuje bezpieczny dom, w którym nie musi się martwić o pożywienie czy psychiczną stabilność.

Oczywiście zdaje sobie sprawę, że powszechna zgoda na trzymanie tego typu zwierząt może prowadzić do masy nadużyć. Chce jedynie wskazać, że sama idea trzymania zwierząt w niewoli jest co najwyżej neutralna. To, czy uczynimy ją dobrą albo złą zależy już od osoby trzymającej takie stworzenie.

 

Zwierzę i cyrk

I tak powoli dochodzimy do sedna. Czy zwierzęta powinny występować w cyrku?

Chyba Was nie zaskoczę, jeśli napiszę, że moim zdaniem… to zależy. Bo ta sprawa w żadnym razie nie jest czarno-biała.

Zależy, bo każde zwierzę jest inne. Nie każdy osobnik nada się, by występować przed publicznością, ale zwierzęta o konkretnym charakterze, o dobrej socjalizacji może traktować to zupełnie neutralnie. Przecież chociażby niektóre psy regularnie biorą udział w np. konkurach czy pokazach agillity, wykonując cyrkowe sztuczki i jeszcze nie spotkałam się ze stwierdzeniem, że te zwierzęta (ogólnie ujmując) są przez to męczone i zestresowane. Przeciwnie, zwykle na takich pokazach widzimy entuzjazm tych psiaków.

Zależy, bo wszystko zależy od cyrku. Wyobrażam sobie istnienie cyrków, które podchodzą do swojego zadani typowo zarobkowo, wykorzystując i zwierzęta, i pracujących tam ludzi. Ale wyobrażam sobie też cyrki prowadzone z pasją, które chcą ludzi bawić i być może także edukować; które są zgraną „rodziną” i które zwierzęta jako „rodzinę” traktują.

Zależy, bo nawet przy najlepszych chęciach możemy mieć problem ze znalezieniem odpowiednich ludzi i zwierząt do prowadzenia takiego miejsca.

To naprawdę całkiem złożony problem. I uznawanie, że wszystko zamyka się w twierdzeniu „Cyrki bez zwierząt” jest najzwyczajniej w świecie niezwykle naiwnym podejściem.

 

I tutaj, trochę na zakończenie, chcę się odnieść do trzech, nazwijmy to, źródeł, które trochę mnie do tego wpisu zainspirowały.

Zacznijmy może od serialu dokumentalnego dostępnego na Netflixie. „Król tygrysów” opowiada o ludziach z USA, którzy hodują tygrysy, często w niekoniecznie dobrych warunkach, tworząc coś w stylu interaktywnych ogrodów zoologicznych. Takich, gdzie możemy np. spędzić czas z małym tygrysiątkiem. Serial oczywiście nie ukrywa, że owe tygrysy traktowane są karygodnie, z czym w dużej mierze się zgadzam. Ci negatywni bohaterowie jednak to całkiem charyzmatyczne jednostki, które używają często wcale nie najgorszych argumentów. Uznając, że na przykład możliwość zobaczenia tygrysa na żywo, wzbudza w ludziach empatię i chęć pomocy dzikim, wymierającym gatunkom. I z tym akurat trudno mi się nie zgodzić. Jeśli kogoś chcemy czegoś nauczyć i faktycznie zainteresować problemem to jeśli możemy tę osobę zżyć z tematem w sposób emocjonalny prawdopodobnie osiągniemy lepsze efekty. I cyrk – taki prowadzony wzorcowo, z pasją i wiedzą – ma szansę w ten sposób działać.


Kolejna inspiracją jest małżeństwo prowadzące na Youtube kanał BirdTricks. Te osoby mają doświadczenie zarówno w pracy z papugami problematycznymi, jak i tymi, które biorą udział w różnego rodzaju show. Obydwoje brali udział w cyrkowych przedstawieniach ze swoimi zwierzętami, dodatkowo Dave jest magikiem. Znają więc ten świat od podszewki. Ich papugi zaś są zwierzętami bardzo zadbanymi, a ich podejście wydaje mi się całkiem racjonalne. W którymś z materiałów opowiadali historię słoni z cyrku, które „odratowane” trafiły do zoo… prędko popadając w depresje. Bo tam po prosty się nudziły. Jeśli znacie angielski – bardzo polecam się zapoznać z ich materiałami, bo chyba doskonale pokazują, że można łączyć cyrkowe zaplecze i edukowanie innych w kwestii zwierząt oraz tego, że nasi podopieczni przede wszystkim są właśnie zwierzętami, nie ludźmi. Mają więc swoje własne potrzeby. Powyżej rzecz jasna pokaz właśnie w wykonaniu owego duetu.

Ostatnią jest fanpage na Facebooku – „Cyrk ze zwierzętami”. I tutaj chyba ta inspiracja była najmocniejsza, choć jednocześnie to źródło, nomen omen, uważam za najmniej wartościowe. Bo choć idea jest dobra (wyjaśnienie społeczeństwu, że cyrk =/= krzywdzenie zwierząt), o tyle wykonanie już gorsze. Bo nawoływanie do „zniszczenia zielonej zarazy” trudno nazwać merytorycznym podejściem do tematu, który ma faktycznie ich racje udowodnić. Warto tam zerknąć – choć prowadzący tego miejsca chyba powinni ostrożniej dobierać słowa, publikując treści.


czwartek, 18 czerwca 2020

Wspominkowo o "Wiedźminie": książka, gra i serial


Zorientowałam się ostatnio, że właściwie nigdy nie napisałam tu niczego więcej o “Wiedźminie” Sapkowskiego (“Sezonu burz” do tego nie wliczajmy, nie będę go brała pod uwagę w tym tekście w ogóle). Ten cykl czytałam jeszcze przed założeniem Drewnianego Mostu i po prostu nie było ku temu okazji. Jednocześnie czasu na ponowne czytanie całości raczej nie mam, granie w gry zajęło mi więcej czasu, niż przypuszczałam, a choć serial obejrzałam w trakcie premiery to wtedy nie miałam ochoty, aby o nim pisać. Uznałam więc, że skoro całkiem niedawno skończyłam swoją pierwszą rozgrywkę w “Wiedźmina 3: Dziki Gon” to może… po prostu napiszę Wam zbiorowy post? Taki wspominkowy, po trochu i o oryginale, i o adaptacjach. 

UWAGA: TO NIE TYPOWA RECENZJA. Mogą wystąpić spoilery. 



Zacznijmy więc może od oryginału. Czytałam go w całości dwukrotnie, najpierw z dużymi przerwami pomiędzy tomami, a potem hurtem. Pamiętam stosunkowo niewiele, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wracałam jedynie do niektórych opowiadań po premierze serialu Netflixa. I choć nie mogę powiedzieć, jak odebrałabym tę serię teraz, tak wtedy absolutnie te książki uwielbiałam. Wydaje mi się jednak, że wiele by się mimo wszystko nie zmieniło, bo same opowiadania Sapkowksiego są naprawdę bardzo dobrze napisane. 

Pamiętam, że uwielbiałam Cahira. Dziś widzę, że to chyba najbardziej pozbawiona charakteru postać Sapwkoskiego, ale wtedy! Gdy jest się nastoletnią dziewczyną łatwo się zauroczyć w rycerzu, który robi wszystko, aby przynajmniej żyć w otoczeniu swojej ukochanej. Cóż. To wydawało mi się wtedy bardzo romantyczną fantazją. Bardzo lubiłam też Milvę, bo choć elfką nie była, to z elfami miała sporo wspólnego. No i strzelała z łuk. A moja ukochana postać z MMORPG też była elfką strzelającą z łuku. To zawsze było takie moje małe “marzenie”. Milva więc była mi bliska pod tym względem.

Wtedy nie doceniałam Regisa. Wtedy też nie widziałam problemu z podróżą Ciri przez pustynię, choć teraz widzę, że wiele osób to krytykuje. W tym wątku wystąpił przecież jednorożec, a mi to absolutnie wystarczało do tego, aby go uwielbiać. Samo zakończenie też często jest krytykowane, a mi po prostu było smutno, że Cahir umiera, więc nie zwróciłam wtedy na to uwagi. Gdybym dziś czytała to po raz pierwszy i pisała typową recenzję pewnie również bym ten aspekt krytykowała.

Ogólnie więc rzecz ujmując: lubiłam i lubię, a opowiadania uwielbiam. Są doskonale pod względem języka, pomysłów i tempa akcji. 




Przejdźmy więc do gier. Początkowo zaczęłam od “Wiedźmina 2: Zabójców królów”, jako że na jednym z sylwestrów mój kolega po prostu włączył grę na konsoli, a ja jakoś podłapałam i bardzo chciałam sprawdzić, jak trzyma się pada w rękach. Porzuciłam jednak po czasie, bo mój stary laptop nie był w stanie dobrze udźwignąć gry, a pierwszy bos na poziomie łatwym okazał się dla mnie zbyt trudny (i dalej jest zbyt trudny).

Zabrałam się więc potem za pierwszą odsłonę i… o mój Boże, jak mnie ta gra wymęczyła. Widzicie, ja nie jestem typowym graczem. Owszem, gram sobie w gry, ale żaden ze mnie koneser tej sztuki. Nie chcę się więc w trakcie nudzić i męczyć, a ta część nie dość, że ma swoje lata i miała stosunkowo niski budżet (więc nie wyglądała) to jeszcze ma masę zadań pokroju: zbierz dziesięć kwiatków do zupy dla wiedźmy. Czułam się, jakbym krążyła w kółko, często się gubiąc, często irytując… Aż w końcu porzuciłem grę przed ostatnim (ponoć najlepszym) aktem. Pod kątem fabularnym to była całkiem ciekawa historia, ale po prostu nie potrafiłam w nią grać.



Dlatego też nie do końca rozumiem narzekania na “Zabójców królów”. Bo gdy już pokonałam… to znaczy - ktoś pokonał za mnie - tego pierwszego bosa (to ile razy ja słyszałam “złap go w yrden, Geralt!!!” przechodzi ludzkie pojęcie) to po prostu wciągnęłam się w historię. I całkiem dobrze się bawiłam. A potem przeszłam całość całkiem szybko, przynajmniej jak na moje standardy. 

W “Wiedźmina 3: Dziki Gon” zaczęłam grać jakoś w 2016 roku, a dopiero jakieś dwa tygodnie temu skończyłam “Wino i krew”. Nigdy, ale to nigdy nie przechodziłam żadnej gry tak długo, mimo że to naprawdę dobra produkcja, która sprawiła mi sporo frajdy. To miła historia, dobra muzyka, ciekawe postacie, ogromny świat… Nie mam właściwie nic szczególnego tej grze do zarzucenia. Choć moją “grą życia” raczej nie była i nie jest. Mogę jedynie dodać, że takich rzeczy jak "Krew i wino" mogłoby wyjść dużo, dużo więcej. To był dobry dodatek.




No i w końcu parę słów o ekranizacjach! Zacznijmy może od tej polskiej, bo tu będzie krótko. Nie obejrzałam tego nigdy w całości, nie czaiłam do końca o co w ogóle w tym chodzi, ale piosenki Jaskra były przyjemne. Czasem ich słucham. Polecam.

A teraz przejdźmy do netflixowego “Wiedźmina”, którego obejrzałam w całości w dniu premiery. I który ma elementy, które zarówno cenię, jak i takie, które mnie bardzo irytują. Aż kusi, by użyć tu niekoniecznie ładnego słówka.

Zacznijmy od tych udanych elementów. Henry Cavil to mój Geralt. Wygląda w tej roli naprawdę świetnie. Medalion też ma fajny. Jego relacja z Jaskrem wypada bardzo fajnie, choć ta postać jest na mój gust jednak ciut za bardzo “rockowa”, a za mało “bardowa”. Ale tak tylko “ciut”. Po prostu brakowało mi kapelusza z piórami. Ciri gra prześliczna dziewczyna, doskonale pasująca do swojej roli. Yennefer z resztą również wygląda urokliwie, ale o niej będzie mimo wszystko trochę później. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że te elementy, które są zgodne z powieścią, wypadają naprawdę dobrze - i tak jest. Gorzej z tym, co twórcy próbowali zmienić albo dodać od siebie.

Najpierw więc taki “pół-minus”, bo też wiem, że to sprawa bardzo kontrowersyjna. Aktorka grająca Yennefer jest naprawdę śliczna, ale mimo wszystko… ta postać oryginalnie słynęła z tego, jak zimna była, co podkreślało absolutnie wszystko w jej wyglądzie. Kolor skóry, kolor włosów, ubrania, sposób mówienia, ruchów. A w roli obsadzono dziewczynę o indyjskim pochodzeniu, a więc o bardzo ciepłym odcieniu skóry. Niby nic, ale… jednak trochę mnie to razi. Często kolor skóry czy włosów nie ma wpływu na fabułę, ale w tym przypadku to w moim odczuciu jest istotny element. Yennefer powinna być zimną, arogancką i pełną seksapilu kobietą, a Chalotrze i za miło z oczu patrzy, i jednak sprawia zbyt “ciepłe” wrażenie przez sam swój wygląd. 

No to teraz przejdźmy do minusów-minusów. Nie będę mówić tutaj o zmianie linii czasowych, bo akurat ten zabieg rozumiem i nie mam nic przeciwko niemu. Zacznijmy więc może o czymś, co doprowadzało mnie do białej gorączki, mimo że koniec końców nie miało wcale tak dużego znaczenia fabularnie. Mianowicie: CALANTHE. Z książki kojarzę ją jako pewną siebie, władczą, ale rozsądną kobietę. Elegancką. Pełną gracji. A ta serialowa zachowuje się - w moim odczuciu - jak baba ze wsi, która nie potrafi usiedzieć prosto. Albo jak władca ze Skellige, a nie królowa Cintry, najpotężniejszego z imperiów w tamtym czasie. Na Boga, jak ona mnie irytowała! Z resztą, wątek powiązanego z nią Myszowora też poszedł w jakimś dziwnym kierunku… a to przecież tak przyjemna postać/ 

Kolejnym problemem jest wątek Yennefer. Oryginalnie ta postać faktycznie miała problem z zajściem w ciążę. Sapkowski jednak po prostu o tym czasem wspomina, stopniowo buduje tę postać, ale nie ciągnie tego jako głównego wątku. Serial jednak rozbudowuje przeszłość Yen (to samo w sobie nie jest złym pomysłem) i skupia się właśnie na tym aspekcie. Tyle, że tutaj nasza bohaterka ZGADZA SIĘ DOBROWOLNIE na wycięcie macicy w całości (książkowo - nie do końca wiemy, czemu czarodziejki przestają być płodne), a potem przyjmuje postawę ofiary, uznając, że to wina całego świata, że ona dzieci nie może już mieć. Sapkowski pociągnął ten wątek z klasą - serialowi jej zabrakło. I zrobiło z Yennefer niezła hipokrytkę. 

Sama końcowa bitwa wypada jakoś tak… niemrawo? Wątku związanego z Cahirem chyba po prostu nie do końca czaję. Stroje nie zawsze wyglądają tak, jak powinny: brakuje im konkretnego charakteru i skupieniu się na jednej epoce. Raz są niczym z epickiego fantasy, a po chwili Yennefer wygląda, jakby właśnie szła na studniówkę. Ten serial ma naprawdę masę, masę elementów, które wyglądają, jakby nie zostały dopracowane. Nie mówię, że ogląda to się bardzo źle, bo koniec końców to taki przeciętny serialik, który miewa fajne żarty i ciekawe elementy, czasem też po prostu wygląda dobrze. Zakończenie niby ładnie skleja wszystko w całość, ale ten wielki przytulas Ciri i Geralta, który widzą się po raz pierwszy w życiu na oczy jest dla mnie zbyt przerysowany. Widzę tu potencjał na ciekawe wątki w przyszłości, ale ogółem całość wydaje mi się dość nieskładna i niedopracowana. Mimo że ogląda się go nawet miło. 

Niemniej - fajnie, że serial powstał. Bo fantasy nie dostaje zbyt wielu nawet “przeciętnych” produkcji, a przy okazji to w końcu nasze, polskie i miło jest wysłać coś takiego dalej w świat. 


Jeśli macie jakiekolwiek przemyślenia co do któregokolwiek z “Wiedźminów” - piszcie, dzielcie się. Możemy sobie o nim porozmawiać, bo czemu nie. W końcu to nasza największa, polska franczyza, a o takich często po prostu chce się gadać.



wtorek, 16 czerwca 2020

Filmy, które ostatnio obejrzałam | zbiorowe mini-recenzje


Swego czasu miałam bardzo mocne postanowienie, że wszystko co obejrzę, będzie pojawiało się tu w formie opinii, czy też: kompletnie amatorskich recenzji, jako że za speca filmowego w żadnym razie się nie uznaję. Ostatnio jednak jakoś z tym postanowieniem po prostu nie bardzo mi wychodziło, więc teraz pozwólcie, że po prostu dam Wam znać, z czym się zapoznałam w ostatnim czasie i czemu warto/niewarto po to sięgać. Może to i będzie nawet ciekawsze od jednego wpisu na temat tylko jednej pozycji. 

Ponieważ trochę rzeczy w międzyczasie obejrzałam to zacznijmy może od produkcji filmowych/jednoczęściowych: tak powinno być po prostu łatwiej. 


Strażnicy marzeń (2012)


Tę produkcję włączyłam z ciekawości po obejrzeniu tony fanartów z Elsą z “Krainy Lodu” oraz Jackiem Frostem. Długo nie wiedziałam o co chodzi, bo choć znałam imię jej towarzysza to nawet nie wiedziałam, z jakiego filmu to się wzięło… aż w końcu okazało się, że to właśnie “Strażnicy marzeń”. To animacja stworzona z myślą o tych młodszych widzach, która traktuje o stworzeniach z naszych legend i podań (Mikołaj, króliczek wielkanocny, wróżka-zębuszka itd.), które to tworzą drużynę i chronią dzieci przed złem. Jednak z powodu ataku jednej ze złych, mitologicznych istot, muszą obronić maluchy przed utratą dzieciństwa. 

Nie jestem osobą, która tego typu koncepty lubi. Wydają mi się zbyt… abstrakcyjne? O ile jeszcze film z samym świętym Mikołajem mi nie przeszkadza, to drużyna superbohaterów w takim składzie po prostu mi się ze sobą gryzie. To jednak nie jedyny problem, jaki miałam z tą animacją. Jack Frost jest bowiem postacią z bardzo fajnym potencjałem. To ten radosny typ, który nie zawsze postępuje zgodnie z tym, jak powinien, posiadający jakieś swoje wewnętrzne problemy… ale jednocześnie mający w sobie tyle ciepła, że naprawdę można byłoby go cudownie ograć.

Niemniej - “Strażnicy marzeń” to produkcja bardzo, bardzo schematyczna, której zakończenie nie dało mi ani odrobiny satysfakcji. Cała fabuła skierowana jest raczej w stronę młodszych dzieci. W związku z tym postać Frosta wydaje mi się kompletnie niewykorzystana. I chyba trochę teraz rozumiem, czemu pojawia się tak często na fanartach, choć o filmie chyba niewiele się mówi. Bo postać ma dobrą bazę, ale film jest po prostu bardzo przeciętny i schematyczny.

Jeśli szukacie filmu, który obejrzycie z dziećmi - po ten można sięgnąć. Ale nie oczekujcie, że sami zaczniecie go uwielbiać. 


“Asteriks i Obeliks: Osiedle Bogów” (2014)


Jak ja długo chciałam obejrzeć ten film! O tej francuskiej animacji słyszałam sporo dobrego, ale nie mogłam na nią absolutnie nigdzie trafić. W końcu się udało, bo pojawił się na Netflixie (i tam możecie go znaleźć). Nie zrobił na mnie jednak nadmiernego wrażenia. Ot, miła historia o Asteriksie i Obeliksie. Przyjemna, ale niewiele już z niej pamiętam.

W tej historii o dwójce Galów Cezar postanawia stworzyć nowoczesne miasto w okolicy rodzinnej wioski Asteriksa i Obeliksa, aby jej mieszkańcy mogli zachłysnąć się bogactwem Rzymu. Mamy tu kilku miłych bohaterów, kilka sympatycznych żartów, miłą fabułę i atmosferę… ale chyba po prostu nie jestem wystarczająco dużym fanem tych postaci, by przepaść w całości w trakcie oglądania.


“Miss America” (2020)


Taylor Swift to artystka, do której mam drobną słabość. Ma niezwykle proste utwory, które raczej nie wzbudzają we mnie większych emocji, ale za to niemal zawsze bardzo podobają mi się jej teledyski pod kątem wizualnym. Poza tym po prostu kojarzy mi się z czasami Disney’a i mam do niej pewną nostalgię. Dlatego dokument traktujący właśnie o niej - “Miss America” - po prostu włączyłam sobie “do obiadu” i obejrzałam go na tury. 

W moim odczuciu: to po prostu taka dość miła, lekka rzecz. Nie interesowałam się nigdy zbytnio życiem czy poglądami Taylor Swift, więc kilka elementów faktycznie było dla mnie nowych, jednak generalnie większość tak czy siak wiedziałam. Sympatycznie było zobaczyć, jak wygląda praca koncepcyjna nad piosenkami, a całość była poprowadzona na tyle rytmicznie, by przykuć moją uwagę na dłuższą chwilę. Niemniej, nie sądzę, by ten dokument odkrywał coś niezwykle ciekawego, czy poruszał te ważne i ciężkie tematy. Można więc obejrzeć do kawki/herbatki/obiadu, ale jednocześnie to mimo wszystko coś dla osób, które Swift przynajmniej lubią. Nawet nostalgicznie, tak jak ja.


“Jojo Rabbit” (2019)


Uwielbiam Taikę Waititi od… od dawna właściwie. “Co robimy w ukryciu?” (wersja filmowa) to moja miłość od lat. Oczywistym było więc, że “Jojo Rabbit” był produkcją niezwykle przeze mnie wyczekiwaną. I okazał się w sumie tym, co chciałam obejrzeć. Jego akcja rozgrywa się w trakcie II Wojny Światowej, w Niemczech. Jojo jest bardzo zaangażowany ideologicznie i wpada w niemałą panikę, gdy odkrywa, że w jego domu ukrywa się żydowska dziewczynka. 

To film opowiedziany z perspektywy dziecka. Jest więc kolorowy, często przerysowany, czasem mocno ukierunkowany na jakiś aspekt. Nie koniecznie przekazuje stricte historyczną prawdę, ale jednocześnie jest bardzo ciepłą, zabawną i dramatyczną opowieścią. Bo to w sumie dramat… tylko ukryty pod płaszczykiem żartu. Co z resztą u tego reżysera jest normą. 

Wiele jest w sieci opinii i recenzji tego dzieła, więc chyba nie mam co się powtarzać. Rozumiem, jeśli komuś do gustu nie przypadnie, bo i temat jest drażliwy, i sam żart Waitiego niekoniecznie wszystkim odpowiada, ale… ja lubię. I polecam sprawdzić.


“Świąteczny książę” (2017) i “Zamiana z księżniczką” (2018)

Kojarzycie te wszystkie filmy o zwykłych dziewczynach, które mają nagle coś wspólnego z dworem królewskim? Poznają księcia, okazują się królewnami itd. itp.? To dwa z tych filmów. I są właściwie tak samo głupie i pozbawione głębszego sensu jak wszystkie inne. Tym razem w pierwszym przypadku nasza bohaterka to dziennikarka, która musi przygotować materiał na temat księcia (i zgadnijcie, jak to dalej się potoczy), a w drugim mamy swoistą adaptację “Księżniczki i żebraczki”.

Powtórzę się: to głupie filmy. I nie mają zbyt wiele sensu. Nie jestem zresztą przekonana, czy mają dużo wspólnego ze sztuką filmową. Ale w okolicach świąt zrobiło mi się ciut sentymentalnie i wieczorem nie mogłam zasnąć, więc… na taką okazję tego typu produkcje mogą się sprawdzić. Chyba. Tak trochę, bo wielkiej satysfakcji z oglądania raczej nie miałam. Ale istnieją i obejrzałam - więc informuję.


W tym filmie Vanessa Hudgens gra samą siebie w dwóch rolach. Cóż, los poprowadził byłą gwiazdkę Disney'a w dziwne rejony.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony