piątek, 20 października 2017

By dobrze wyjść na zdjęciu...

Hej! Dziś będzie zdjęciowo – postanowiłam, że podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami odnośnie tego, jak dobrze wychodzić na fotografiach. Często zdarza mi się robić portrety, dlatego widzę jakie pozy, albo makijaż dobrze się sprawdzają, a przy jakich mam ochotę „płakać” ;P  Może ten post nie zrobi z Was modeli, ale na pewno trochę w tym wszystkim pomoże.

Przy zdjęciach grupowych uważaj na strój!
Jeśli idziesz na sesje w grupie, albo wiesz, że będziesz mieć zdjęcie klasowe, czy rodzinne  naprawdę zwróć uwagę na kolorystykę swoich ubrań. Ostre kolory, zwłaszcza mocna czerwień, sprawią, że tylko Ty będziesz widoczny/a na fotografii. Pozostałe osoby zostaną usunięte w cień, bo ta barwa je po prostu przysłoni. Jeśli więc nie masz takiego zamiaru, unikaj tego.
Uważaj też na czerń: ten kolor jest po prostu najtrudniejszy do sfotografowania i zwłaszcza, jeśli chcesz mieć zdjęcia na jasnym tle może być problematyczny dla fotografa przy ustawianiu aparatu.

Nie wiem jak Wy, ale ja na tym zdjęciu widzę tylko te czerwone rajstopy...

Temat przewodni w zdjęciach grupowych
Jeśli wybierasz się na sesje w grupie spróbuj dogadać się z pozostałymi odnośnie stroju. Każda osoba w ubraniach z innej parafii będzie wyglądać po prostu nijak. Możecie wymyślić sobie motyw przewodni (np. w stylu western, albo pin-up), dobrać się kolorystycznie (np. wszystkie osoby na zielono, albo stroje na biało-czarno), albo po prostu ustalić rodzaj ubrania (elegancko, sportowo, dziewczęco etc.). Dzięki temu zdjęcia będą lepsze pod względem kompozycyjnym, a to jest naprawdę istotne.

Wszystkie mają na sobie jasne, pastelowe kolory: dzięki temu nie odcinają się od siebie.

Nie próbuj być sexi, jeśli nie potrafisz
Dziewczyny często próbują wyginać się w dziwne pozycje, chcąc wypaść jak najlepiej: wyginają się mocno w tył, albo przeciwnie, wypinają swoje cztery litery. Czasem przyjmują „kuse” pozycje, by skończyć z miną rodem z filmów pornograficznych. I robią tak, nie ważne, czy sesja ma opiewać seksapilem, czy nie. Po prostu wydaje im się, że to jest fajne.
I widzicie, drogie panie – często efekt zamierzony jest wręcz przeciwnie. Zamiast wyjść ładnie, elegancko, stylowo, czy zabawnie, takie pozy wypadają żałośnie. Nie próbujcie, a jeśli bardzo chcecie stańcie najpierw przed lustrem i sprawdźcie, czy wyglądacie korzystnie wtedy, gdy wydaje Wam się że tak jest ;) Odrobina treningu nikomu nie zaszkodzi!


Samo zdjęcie jest całkiem niezłe. Tylko czy mi się wydaje, czy pośladki modelki są zdecydowanie za duże i są jedynym punktem tego zdjęcia, na który się patrzy?

Wyprostuj ciało!
Garbienie się nie pomaga. Niestety, jeśli jesteście nieco zestresowane pierwszą w życiu sesją możecie próbować tak się „ratować”: a to właśnie sprawi, że wypadniecie bardzo nie korzystnie. Fotograf powinien to zauważyć i powiedzieć o tym modelowi, ale wiadomo – to tylko człowiek, może nie zwrócić na to uwagi. Dlatego zróbcie mu przysługę i nie garbcie się.
To zagadnienie odnosi się także do całego ciała. Nienaturalnie wyciągnięta szyja i przeciwnie, przyciągnięta do szyi nie wychodzi dobrze; podkulone ze stresu ręce także nie. Dlatego warto robić wszystko, by być w miarę rozluźnionym: wtedy ciało samo układa się prawidłowo.


Tak garbiącego się modela może widzieć fotograf


Co z rękami?
Przede wszystkim, za żadne skarby świata nie trzymajcie rąk przy ciele, luźno opuszczonych! To sprawia, że sylwetka wygląda zwykle koszmarnie. Poza tym jednak możecie robić z nimi właściwie wszystko. Położenie dłoni na talii podkreśli ją. Ręce w kieszeni? Jak chcesz zgrywać luzaka to czemu nie! A może wolisz skrzyżować je luźno na piersi? To też się sprawdzi.
Warto też mieć ze sobą jakiś gadżet, który weźmiecie do ręki. Inny aparat, telefon, puderniczka, książka, gazeta: takie rzeczy urozmaicają zdjęcia i sprawiają, że wyglądają naturalniej.


Talia kart jako gadżet to też często dobry pomysł.


widzicie, jak płasko wyszła jej twarz?
Nie patrz prosto na fotografa!
Zdjęcie robione idealnie od przodu spłaszcza twarz: dlatego lepiej ją lekko odwrócić i kątem oka spojrzeć na fotografa, albo po prostu zerknąć na coś po jego prawej, lub lewej stronie. To bardzo prosty trik, a naprawdę pomaga dobrze wyjść.
To samo tyczy się stania idealnie prosto do aparatu: jeśli stoicie, zwykle lepiej chociaż lekko się odwrócić.

Nie próbuj mówić
Gdy mówisz, mięśnie Twojej twarzy spinają się i sprawiają, że ta zwykle wygląda gorzej. Lepiej się uśmiechnąć, roześmiać, czy uchylić lekko usta. Pamiętajcie jednak, że nienaturalny banan na twarzy też nie będzie wyglądał dobrze: dlatego warto poćwiczyć mimikę wcześniej, przez lustrem.


Pilnuj nóg
Nie krzyżuj nóg, jeśli nie jest to w zamyśle zdjęcia. To zawsze sprawia, że zdjęcie krzyczy: „Niemiła! Niedostępna!”, a tego chyba nie chcemy? Przy okazji to zwykle krzywi nieco sylwetkę, która wygląda potem nienaturalnie.



Selfie rób... z góry
To tej zasadzie słyszał chyba każdy, ale wole jeszcze o niej wspomnieć. Zdjęcie robione lekko z góry sprawi, że twarz będzie bardziej „trójkątna”, mniej płaska – a takie po prostu lepiej wychodzą.



środa, 18 października 2017

Dwór Cierni i Róż: Przynajmniej da się czytać!

Gdyby nie konkurs u Charlotte prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po kolejną książkę Maas. Udało mi się jednak wygrać dwa tomy, więc mogłam się z nią zapoznać.
Lubię konkursy, wiecie? :D Dzięki nim czasem udaje mi się dorwać książki, po które inaczej bym w żadnym razie nie sięgnęła. Poza tym zdarzało mi się w ten sposób odkrywać małe perełki, jak było np. z „Prawem Mojżesza” Harmon.

Tytuł: Dwór cierni i róż
Tytuł serii: Dwór cierni i róż
Numer tomu: 1
Autor: Sarah J. Maas
Tłumaczenie: Jakub Radzimiński
Liczba stron: 524
Gatunek: romans, fantasy młodzieżowe
Wydanie: Uroboros, 2016

Gdy los odebrał rodzinie Feryi cały dobytek, dziewczyna musi sama utrzymywać swojego ojca i dwie starsze siostry. Nauczyła się polować, by mieli co jeść. Podczas srogiej zimy niełatwo jest jednak znaleźć odpowiednią ofiarę. Pewnego dnia przypadkiem zabija wilka, który okazuje się jednym z nieśmiertelnych Fae. W zamian za jego życia ma oddać własne i spędzić je na włościach Tamlina, księcia Dworu Wiosny.

Nie sądziłam, że autorka „Szklanego tronu” może napisać cokolwiek, co przypominałoby w miarę sensowną książkę. Naprawdę, nie sądziłam. A jednak: udało się. Choć „Dworu cierni i róż” nie nazwałabym lekturą dobrą to na tle innych młodzieżówek wypada po prostu przeciętnie, czego o debiucie tej pani zdecydowanie powiedzieć nie mogłam.
Jak na tłumaczoną z angielskiego młodzieżówkę fantasy przystało całość ma bardzo typowy, lekki styl. Przeczytanie pięciuset stron w jeden wolny dzień naprawdę nie stanowi problemu: tę książkę się pochłania. Tekst nie jest piękny, ale przez jego prostotę pochłania się go w błyskawicznym tempie. To zdecydowanie zaleta tego typu książek, zwłaszcza, jeśli sięgamy po nie tylko dla rozluźnienia i relaksu.
Przy okazji warsztat Maas w porównaniu do jej debiutu zdecydowanie uległ poprawie. Autora już wie, czym jej powieść ma być: w miarę porządnie i klarownie prowadzi fabułę. Nie próbuje nam na początku wmawiać, że dostaniemy książkę o wojowniczce, a potem skupia się na romansie. Przy okazji miałam wrażenie, że MIMO promowania jako romans właśnie tego było w tej powieści mniej, niż w „Szklanym tronie”. Ten wątek został ograny zdecydowanie subtelniej i delikatniej, mimo, że był głównym tematem powieści. Za to Maas zdecydowanie należą się brawa. Nie sądziłam, że ta pani może być do tego zdolna.
„Dwór cierni i róż” mocno nawiązuje do baśni. Z resztą, promowany jest jako nowa wersja „Pięknej i Bestii”, choć i nawiązań do „Kopciuszka” w niej nie brakuje. Jednak nie to zwróciło moją uwagę. Maas mocno czerpie z irlandzkiej mitologii, do której mam słabość przez „Daninę. Nowoczesną baśń” Black. Nie udało jej się jednak zrobić tego tak dobrze, jak zostało w tej właśnie powieści, jednej z moich ulubionych młodzieżówek, w której to mroczny klimat nadaje historii niezwykłego smaczku. Maas pisze zbyt lekko i zbyt zwyczajnie, by tej historii nadać odpowiedniego pazura.
Jak już jednak wspominałam, obiektywnie nie jest to powieść dobra, na co cierpi większość powieści młodzieżowych. Autorka dalej nie nauczyła się porządnie opisywać realiów: choć znów mamy świat kreowany na średniowieczny to coś takiego jak tapeta, albo puszka z farbą tu występuje i nikogo nie dziwi. Przy okazji jej przedstawienie świata mocno kuleje: opisy często są naciągane, brak w nich lekkości. Doskonale widać, w którym miejscu Maas na siłę chciała wcisnąć ekspozycję świata, tłumacząc nam, czemu coś wygląda tak, a nie inaczej.
Przy tym mimo prostej fabuły nie udaje się autorce sprawić, by wszystko grało pięknie i bez zarzutów. Rodzina Feyry to skończeni idioci, którzy w pseudo-średniowiecznych realiach już dawno powinni umrzeć. Poza tym samo porwanie jej z domu rodzinnego wypadło w moich oczach wręcz komicznie. Nagle do chaty wpada wielka bestia, rycząc: „MORDERCY! MORDERCY! KTO ZABIŁ MOJEGO KUMPLA MUSI ZGINĄĆ!”, by chwilę później głaskać główną bohaterkę po główce i być dla niej po prostu miłym. Tak wielki przeskok naprawdę nie wyglądał naturalnie.
Innych podobnych zdarzeń w historii nie brakuje, choć przyznaje: ten najbardziej zapadł mi w pamięć.  W porównaniu jednak do „Szklanego tronu” świat i tak wypada całkiem realistycznie.
Sami główni bohaterowie wypadają w moich oczach dość.... neutralnie. Ferya to głupia, zadziorna dziewucha, która zdaje się nic nie rozumieć i jest po prostu wredna. Przykład? Dostaje, co chce, a potem niszczy książki dobrodzieja, uznając, że skoro ten jest tak płytki, że daje jej i swojej służbie wszystko to nie zrobi mu to różnicy. No i gdzie tu dobra, miła dziewczynka, hm? W każdym razie, nie wyróżnia się jakoś szczególnie na tle innych bohaterek tego typu, dlatego udało mi się na nią przymknąć oko. Tamlina i dwóch pozostałych męskich bohaterów (którzy jako jedyni poza bohaterką mają jakkolwiek zbudowane charaktery) traktuje zupełnie neutralnie. Po prostu są, nie różniąc się szczególnie od siebie, poza tym, że jeden jest bardziej dobry, drugi bardziej nielubiący Feryi, a trzeci bardziej zły.
Nie, nie stanę się fanką Maas. „Dwór cierni i róż” to nie jest dobra książka. Ale raczej nie krzywdzi i sprawdza się jako czytadło, bo raczej nie ma w niej nic, co mogłoby szczególnie czytelnika zirytować. Fani powieści dla młodzieży pewnie poczują się bardziej usatysfakcjonowani ode mnie: dla mnie to jest po prostu za mało.

* * *

– Słucham? – zapytałam wyrwana z zamyślenia.
– Czy Ci się podoba? – spytał ponownie, nie przestając się uśmiechać. 
Odetchnęłam i rozejrzałam się wkoło.
– Tak.
Zachichotał.
– To wszystko? Zwykłe "tak"?
– Czy mam paść ci do stóp, książę, i dziękować uniżenie za przywiezienie mnie tutaj?
– Ach, suriel nie powiedział ci nic ważnego, prawda?
Jego uśmiech obudził we mnie uśpioną dotąd śmiałość.
- Powiedział też, że lubisz być szczotkowany, a jeśli będę sprytna, to wytresuję cię, karmiąc smakołykami.
Tamlin odchylił głowę do tyłu i wybuchnął głośnym śmiechem. Wbrew sobie również się lekko roześmałam.
- Niech skonam! - zawołał siedzący za mną Lucien. - Feyro, ty zażartowałaś.

Fragment „Dworu cierni i róż” Sarah J. Maas

poniedziałek, 16 października 2017

„Nowości” w kosmetyczce

Czasem mam ochotę przemycić na DM trochę kobiecych treści i... dziś jest ten dzień! Niezainteresowanych tematem żegnam i zapraszam niedługo: nie zmieniam tematyki bloga, spokojnie :D Tym razem chce Wam przedstawić „kolorowe” kosmetyki, które w ostatnim czasie przetestowałam.

Cienie marki Inglot
Na sam początek: moja własna paletka cieni z Inglota. Długo się na nie czaiłam i w końcu zakupiłam. Nie jest to najtańsza sprawa: jeden cień to 15zł, ta konkretna paleta - 16zł, więc w sumie zapłaciłam 76zł, ale... było warto. Postanowiłam postawić na maty (wiecznie mi ich brakuje), a że o czerwieni marzyłam od dawna, zrobiłam sobie zestawienie, które przyda mi się zawsze: beż i brąz do bardzo dziennego makijażu i właśnie czerwień oraz pomarańcz, które pięknie razem wyglądają. Niestety, konkretnych numerków nie jestem w stanie Wam podać (musiałabym wyjmować je z paletki, a nie chce ich uszkodzic).
W każdym razie cienie są naprawdę dobrej jakości. Pięknie się rozcierają, długo utrzymują i nie blakną. Jasny cień doskonale sprawdza się zarówno jako baza, jak i jako coś, co idzie na całą powiekę: można stopniować jego krycie i po prostu potrafi ładnie pokryć cały kolor powieki.
Sama paletka też jest bardzo fajna. Magnetyczna, naprawdę porządnie wykonana, właściwie nie do zdarcia. Mam nadzieję, że posłuży mi dłuuugo i następnym razem po prostu wymienię sobie wkłady.  Jestem z tych cieni naprawdę bardzo zadowolona i każdy z nich uwielbiam.

Sensique Rainbow Highlighter Powder
To, że ta tęcza znalazła się w moim domu to wina serca, nie rozumu. Kupiłam go na jakiejś promocji za 8zł, a hej – to jest tęcza, jak mogłabym jej nie mieć? Jako rozświetlacz sprawdza się. Nie ma zbyt mocnego pigmentu, daje ładną, dość mocną tafle. Ale... raczej nada się do chłodnych typów urody. Zwłaszcza jego dolna część (niebieski-zieleń-fiolet) daje właściwie biały blask.
Muszę stwierdzić, że jest bardzo, bardzo trwały – z tym naprawdę nie ma problemu! Zdarzyło się, że zaczynając dzień o 7:00, spędzając go dość aktywnie o godzinie 18:00-19:00 słyszałam pytanie, co białego mam na policzku. Cóż... to był właśnie on i fakt, że na mojej raczej ciepłej karnacji po prostu się odcina :D Niemniej, lubimy się.

 Makrell Cosmetisc Matująca baza pod makijaż
Moja pierwsza baza pod podkład. Gdy używałam na przemian pudru z Paese (o nim pisałam TUTAJ) i pudru z Wibo (a o nim za chwile) widziałam wyraźną różnicę: jeśli nie użyłam bazy, przy tym drugim bardzo szybko zaczynałam się świecić. Jeśli użyłam, buzia wyglądała mniej więcej tak, jak przy użyciu pudru z Paese. Z czasem jednak przestałam dostrzegać tak jej działanie i nie wiem, czy kupię ją ponownie, ale nie widzę jej większych wad.  Wprawdzie opakowanie jest naprawdę malutkie, ale baza ma fajny aplikator z pipetką i wydaje się dość wydajna. Kosztuje ok. 22zł.


 Wibo Fixing Powder
Kupiłam go do testów. Jak widać po zdjęciu: opakowanie nie wygląda już najlepiej. To dość tani plastik i cóż... po prostu mocno się zużywa, zwłaszcza przy podróży w kosmetyczce.
Jestem do niego nastawiona dość neutralnie. Wydaje mi się, że to po prostu nie jest produkt dla mnie: muszę go sporo zużyć, by dał mi taki efekt, jaki chcę, jednocześnie nie trzyma matu tak długo, jakbym sobie tego życzyła. Niemniej, osoby, które szukają niedrogiego pudru sypkiego na co dzień i mają normalną/suchą cerę nie powinny na niego jakoś szczególnie narzekać.
Kosztuje ok. 10zł.


 Hebe Professional E05 Pędzel do rozcierania granic między cieniami
Wcześniej nie miałam takiego kształtu pędzelka w mojej kosmetyczce. Teraz mam i... uwielbiam. Na pewno kupię sobie więcej podobnych :) Ten konkretny to koszt 13zł,  czyli nie wiele, a jego jakość jest naprawdę w porządku. Wykonany z syntetycznego włosa, nie gubi go, jest stosunkowo miękki. Wprawdzie nie wygląda nadzwyczaj wyjątkowo, ale miło się go trzyma w ręce i obecnie nie wyobrażam sobie bez niego makijażu oka.


Pędzle do makijażu z Killys
Te dwa pędzle to kompletna masakra.
Nie mają numerków – to po prostu pędzel do podkładu i do blendowania cieni.
Obydwa maja jedną, dużą zaletę: profilowaną rączkę, dzięki której wspaniale się je trzyma. Ale poza tym... meh, szkoda słów.
Pędzel do podkładu rozciera go, zostawiając smugi: i tak muszę potem wklepać produkt rękami. Po prostu nie robi tego, co ma. Kosztuje 25zł. Nie warto.
Ten drugi, do blendowania, ma tak ostrą końcówkę, że muszę uważać, by nie zrobić sobie krzywdy. Nie nadaje się do górnej powieki, używam go tylko do rozcierania dolnej i to tylko wtedy, jeśli nie mam nic innego pod ręką. Kosztuje 15zł i... jak z pędzlem do podkładu – naprawdę szkoda na niego wydawać pieniążków.



Któryś z tych produktów znacie? Lubicie? A może nie?
Do przeczytania wkrótce, w już mniej kobiecym wpisie :D
Nomida zaczarowane-szablony