czwartek, 21 września 2017

Problem trzech ciał: Dziecko kulturowej rewolucji

Czasami mam tak, że zobaczę jakąś książkę, czy to w blogsferze, czy to gdziekolwiek indziej i wiem, że niezależnie od recenzji, chce ją mieć. Takim zakupem był dla mnie „Problem trzech ciał” – powieść, która niekoniecznie powinna mi się spodobać przez swój gatunek, czy nawet opisz tyłu okładki, a jednak wiedziałam, że ją kupię. Jeśli jesteście ciekawi, jak wypadło moje spotkanie z chińską fantastyką, zapraszam do recenzji!

Tytuł: Problem Trzech Ciał
Tytuł serii: Wspomnienie o przeszłości Ziemi
Numer tomu: 1
Autor: Cixin Liu
Tłumaczenie: Andrzej Jankowski
Liczba stron: 456
Gatunek: hard science-fiction
Wydanie: Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2017

Rewolucja kulturowa sprawia, że Ye Wenjie traci wszystko. Rodzinę, możliwość pracy w zawodzie i jakąkolwiek pozycje społeczną. Cudem unika śmierci, trafiając do Bazy Czerwony Brzeg, w której prowadzone są utajnione przed nią badania.
Współcześnie Wang Miao, specjalista od nanotechnologii, dokonuje kilku dziwnych odkryć podczas wykonywania zdjęć. Próbując zrozumieć, co się właściwie stało bierze udział w komputerowej grze, która okazuje się bardziej realistyczna, niż mogłoby się to komukolwiek wydawać.

Przed przeczytaniem „Problemu trzech ciał” nie miałam pojęcia, na co się porywam. Wiedziałam, że mam w rękach hard science-fiction, ale że umyślnie unikałam czytania wszystkiego dotyczącego fabuły kompletnie nic o niej nie wiedziałam. W trakcie czytania okazało się, że dobrze postąpiłam: odkrywanie historii samemu, kawałek po kawałku, w tym przypadku było niezwykle zajmującą zabawą.
Jako, że jest to tłumaczenie z chińskiego obawiałam się, że będzie się to po prostu źle czytało. W końcu to science-fiction, napisane w języku opierającym się na innych zasadach niż nasze, europejskie. Na szczęście prędko odkryłam, że nie mam się czego bać. Nie wiem, ile jest w tym Cixin Liu, a ile Andrzeja Jankowskiego, ale ta powieść jest napisana po prostu świetnie. Czyta się ją niezwykle przyjemne. Styl „Problemu trzech ciał” jest jednocześnie bardzo wrażliwy, mocny, a zarazem – błyskotliwy. To zdecydowanie jest połączenie, które lubię najbardziej.
Jak już wspominałam, stopniowe odkrywanie o co chodzi w „Problemie trzech ciał” sprawiło mi ogrom rozrywki. Oniryczna, abstrakcyjna gra komputerowa, zderzenie z chińską codziennością i jednocześnie jasne wyjaśnienie tego, co jak działa w świecie Cixin Liu sprawia, że tą historią nie da się jak zanudzić. Autor odkrywa przed nami wszystko stopniowo, zachowując wręcz doskonałe tępo historii. Gdy już myślimy, że wiemy o co chodzi, on podrzuca nam kolejny kawałek do układanki. A potem jeszcze jeden. Daje nam wystarczająco czasu, byśmy ułożyli je w odpowiedni wzór, a potem rozsypuje je i odkrywa przed nami kolejny element fabuły. To naprawdę niezwykle wciągająca zabawa.
Przy okazji Cixin Liu miał naprawdę bardzo dobry pomysł na historię, dobrze wykorzystując ją do pokazania pewnych zachowań społecznych. Być może nie jest to powieść z setką postaci, ale ta kilka, które obserwujemy to ludzie, zwykle skrzywdzeni przez los, którzy zdają się być z krwi i kości. Mają swoje charaktery, uprzedzenia, ale oraz... jasne funkcje w historii . Każda postać Cixina Liu jest w tej historii istotna i coś do niej wnosi.
Do całej opowieści zgrabnie wplata rewolucje kulturalną, dzięki czemu „Problem trzech ciał” staje się wielowymiarowy, bohaterowie mają bardzo konkretne motywacje, zaś my, Polacy, możemy co nieco dowiedzieć się o przeszłości tej wschodniej potęgi (zakładając, że wcześniej ta tematyka nas nie interesowała).
Jedyny mały problem, jakiego mogę się dopatrzeć jest taki, że... nie każdy w tę historię wsiąknie, przynajmniej nie od razu; obawiam się, że specyfika gry „Trzy Ciała” może wystraszyć niektórych czytelników, którzy nie przepadają za dość abstrakcyjnymi scenami. Niemniej, polecam w takim przypadku spróbować przebrnąć przez te trudniejsze elementy, bo autor w trakcie książki wszystko bardzo logicznie tłumaczy.
„Problem trzech ciał” to porządnie zrobione hard science-fiction z ogromną dawką wiedzy autora: zarówno tą historyczną, jak i naukową. Wyraźnie widać, że twórca jest zainteresowany tym tematem i zna się na tym. Proste tłumaczenia zawiłych terminów sprawiają, że z tej powieści można naprawdę wiele wynieść. Autor nie zatrzymuje się też tylko na historii współczesnej, czy na naukach związanych z fizyką. Sięga także do dalszych dziejów świata co dodaje powieści smaczku.
Przy okazji, ostatnio naprawdę coraz to bardziej lubię wydawnictwo Rebis. Jak większość ich książek, które miałam w rękach, tak i „Problem trzech ciał” wygląda bardzo dobrze. Font i ułożenie tekstu zaliczam do moich ulubionych, a papier i sama oprawa naprawdę trzymają poziom.
Książka Cixina Liu była dla mnie niezwykłą podróżą: niewątpliwie sięgnę po kolejne tomy tej trylogii. I mam szczerą nadzieję, że książka na naszym rynku zostanie na długo, bo to lektura zdecydowanie warta poznania.

* * *

Dziewczyna najwyraźniej myślała, że jej też dopisze szczęście. Wywijała chorągiewką, jakby była przekonana, że jej gorejąca młodość spali w płomieniu rewolucji wroga na popiół, jakby wyobrażała sobie, że jutro z krążącego w jej żyłach zapału wyłoni się jej idealny świat... Upijała się tym wspaniałym, szkarłatnym marzeniem, aż jej klatkę piersiową przeszył pocisk.
Fragment „Problemu trzech ciał” Cixina Liu


wtorek, 19 września 2017

The Expase. Sezon 2: Na pomoc

     

Załoga Jima Holdena (Streven Strait) odkrywa protomolekułę: niebezpieczną, obcą technologię. Do ich ekipy dołącza Joe Miller (Thomas Jane). Razem próbują dowiedzieć się, co tak naprawdę knują Marsjanie i Ziemianie, jednocześnie starając się nie dopuścić do wojny między nimi.


Nim przejdziecie na dobre do tej recenzji zachęcam do przeczytania mojej opinii na temat sezonu pierwszego (KLIK). Jak to przy serialach bywa, sam klimat historii jest zbliżony do siebie, podobnie jak sposób kręcenia :) A teraz przejdźmy do rzeczy.
Sezon pierwszy „The Expanse” miał jeden ogromny problem. Bardzo wolno się rozkręcał, co potwierdziły także Wasze komentarze. Na całe szczęście nie dotyczy to sezonu drugiego: tym razem twórcy zafundowali nam jazdę bez trzymanki, z ogromem akcji, wybuchów i zwrotów akcji przez to oglądając kontynuację tej space opery po prostu nie da się nudzić.       
Wydaje mi się, że głównym „winowajcą” tej poprawy jest zmiana perspektywy. W sezonie pierwszym mieliśmy dość rozbudowany wątek kryminalny. Teraz główna zagadka zniknęła, nie mamy już detektywa z lupą, który powoli sobie gdzieś tam węszy: w sezonie drugim katastrofa gna katastrofę i nikt nie ma czasu na spokojne załatwianie swoich spraw.
„The Expanse”, sezon 2
serial science-fiction
Do obsady doszło kilku nowych aktorów. Jedną z ważniejszych nowych postaci jest  Bobbie Draper (Frankie Adams). Niestety, przy okazji dla mnie okazała się być jedną z bardziej irytujących bohaterek. By nie było, jest dla niej miejsce w serialu, a z czasem przestaje aż tak wkurzać, ale tak czy siak, Bobbie jest po prostu idealnym przykładem głupiej dziewczynki, która wie lepiej, niż cały świat :D
W drugim sezonie dużo bardziej rozwinięty jest wątek związany z załogą. Poprzednio nasza drużyna dopiero się zgrywała; teraz stanowią idealny zespół, który po prostu ze sobą współpracuje. Oczywiście, mają jakieś wewnętrzne konflikty, ale zależy im na sobie, widać chemię między nimi, a co za tym idzie: bardzo dobrze się ich obserwuje. Jeśli chodzi o główną załogę Roci tym razem moją uwagę szczególnie zwrócił pilot, Alex (Cas Anvar), który ze swoją miłością do statku może nie jest bardzo wyjątkowy, ale jest tak uroczym człowiekiem, że jego zachowanie po prostu chwyta za serce.
„The Expanse” nie działałaby tak dobrze bez odrobiny polityki. Nie jest to może serial przeładowany nią, ale niewątpliwie działania wielkich głów państw odgrywają tu ważną rolę i... nie, nie jest to nudne, ani nie wymaga ogromnego skupienia, by całość zrozumieć. Dlatego nie ma się tego co bać, jeśli za takimi wątkami nie przepadacie, a z drugiej strony, takie zabiegi w przypadku fabuł, w których na szali postawiony jest cały Układ Słoneczny, są często właściwie niezbędne.

Drugi sezon „The Expanse” wypadł naprawdę dobrze. Jak na razie serial idzie w bardzo dobrym kierunku. Ze spokojnym sumieniem polecam każdemu, kto szuka w miarę poważnego science-fiction, w którym mimo wszystko nie brakuje akcji.

niedziela, 17 września 2017

Afryka, moja miłość: Nostalgiczny powrót, czy całkowita klapa?

Dziś – nostalgicznie. Bo Corinne Hofmann to dla mnie bardzo nostalgiczna autorka :) Do dziś pamiętam ten dzień, gdy moja mama postanowiła zapisać „mnie” do klubu Świata Książki i pierwsze co kupiła mi „Białą Masajkę” tejże pani. Byłam wtedy w podstawówce i dostałam książkę napisaną z myślą o dorosłych kobietach. Przeczytałam ją i choć pewnie połowy nie zrozumiałam, a część treści nie była przeznaczona dla dziecka to uznałam ją za coś ciekawego, innego.
Gdy jakiś czas temu wygrzebałam „Afrykę, moją miłość” w koszach przecenionych książek coś się we mnie ruszyło i uznałam, że chcę ją. Bo nostalgia. Bo podstawówka. Bo Świat Książki. I tak trafiła do mnie <3 Po tylu latach – druga książka Corinne Hofmann na mojej półce.

Tytuł: Afryka, moja miłość
Autor: Corinne Hofmann
Liczba stron: 256
Gatunek: literatura podróżnicza

Corinne Hofmann wraca do Afryki. Wędrując i poznając kolejnych ludzi i kolejne historie odkrywa, że to do tego kontynentu należy jej serce. Corinne ma dwa domy: jeden w nowoczesnej Szwajcarii, drugi w biednej Kenii.

Po latach znów sięgnęłam po książkę Hofmann i szczerze mówiąc, nie widziałam, czego się spodziewać. Czytałam jedynie jej „Białą Masajkę” i to będąc w podstawówce! Po tylu latach postrzeganie świata zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Chcąc nie chcąc, mimo pewnej nostalgii do autorki nasze ponowne spotkanie wyszło jednak dość neutralnie i ostatecznie bez większego entuzjazmu.
O ile „Biała Masajka” była historią z dość konkretną linią fabularną tak „Afryka, moja miłość” po prostu próbuje udawać reportaż. Pierwsza część książki opowiada o krótkiej pieszej podróży autorki po Kenii, druga – to historie ludzi, którym udało wyrwać się ze slumsów, a trzecia opowiada o pierwszym spotkaniu córki Corinne z jej ojcem po dwudziestu latach. Książkę można wyraźnie podzielić na te trzy części i szczerze mówiąc to druga jest najbardziej interesująca.
Pierwsza i ostatnia wyglądają jak zapiski średnio utalentowanego pisarski blogera, który po prostu opowiada co widzi. Jest emocjonalny, nadużywa wykrzykników i często powtarza jak bardzo podoba mu się to, co robi.  Tak prosty sposób przekazu może urzec wielu niedoświadczonych czytelników, ale mnie po prostu nie zaspokaja. Brakuje w tym wszystkim konkretnej fabuły, czy faktów, a sama Corinne nie jest osobą, która szczególnie wzbudza moją sympatię. Szczerze mówiąc, chwilami bardziej przypomina mi rozpieszczoną paniusię z bogatej Europy, która wyjechała sobie do Kenii dla zabawy i teraz to powtarza, bo jej się to spodobało i tyle. To nic złego, oczywiście, że nie – ale to z miejsca dyskwalifikuje ją jako dobrego reportażystę.
Środkowa część jest o tyle ciekawa, że Corinne w końcu dopuszcza do głosu innych ludzi. Ludzi, z ciekawymi historiami, które warto poznać, choćby po to, by dowiedzieć się nieco o afrykańskiej kulturze, ich zwyczajach i codzienności. Przy okazji autorka daje nam się zapoznać z kilkoma projektami, które powstały w Kenii, działają w bardzo ciekawy sposób i sprawnie pomagają ludzi wyciągać ze skrajnej biedy. Historie osób przedstawionych w tej książce bardzo dobrze pokazują, jak przy odrobinie pomocy i ogromnej ilości wysiłku człowiek bez niczego może osiągnąć właściwie wszystko.
Pod względem literackim książka wypada po prostu słabo. Pod względem tego, co przekazuje – nieco lepiej, ale szczerze mówiąc, podejrzewam, ba! Ja wiem, że jest wiele, wiele lepszych książek o Afryce. Niemniej, ta książka zdecydowanie ma swój target: mam wrażenie, że została napisana z myślą o bardzo prostym człowieku, który nie czyta za dużo, chce prostej bohaterki, która myśli jak on i przy okazji boi się do tej Afryki pojechać osobiście.
„Afryka, moja miłość” pozostanie w mojej głowie jako książka bardzo neutralna – nie wnosząca za wiele do mojego życia, nie napisana najlepiej, ale za to przypominająca mi o historii, którą jakimś cudem przeczytałam tyle lat temu.


 * * *

– To nie jest zwierzę! Kura to nie zwierzę. Zwierzę musi mieć cztery łapy, inaczej to nie jest zwierzę!
Przewodnik i ja wybuchamy śmiechem, nie możemy się powstrzymać. Pytam, czym w takim razie jest kura.
– To ptak. Ale nie zwierzę – uparcie twierdzi Lukas.
Ze śmiechu aż łzy spływają nam po policzkach.
– Węże to nie są zwierzęta. To gady. Krokodyle, chociaż mają cztery łapy są rybami, bo żyją w wodzie. No a ryby to przecież nie zwierzęta. – Lukas energicznie kończy dyskusję.
Fragment „Afryki, mojej miłości” Corinne Hofmann


Nomida zaczarowane-szablony