piątek, 15 listopada 2019

The Boys. Sezon 1: Korupcja w superbohaterskim świecie


Znalezione obrazy dla zapytania: the boys 2019"

Hughie (Jack Quaid) traci swoją dziewczynę przez nieuwagę superbohatera. Dzięki temu poznaje Billy’ego Rzeźnika (Karl Urban), który zdradza mu kulisy działalności herosów. Superbohaterowie nie zawsze postępują zgodnie z prawem. Mężczyźni zbierają zespół, aby przeciwstawić się tym, którzy nadużywają swojej mocy.


„The Boys”, czyli „Chłopaki” to serial na bazie komiksu, który skupia się na odwróceniu współcześnie istniejących w popkulturze tropów. W tym świecie przedstawionym superbohaterowie są własnością olbrzymiej korporacji, której zależy przede wszystkim na zysku. Herosi nie tylko chronią więc miasta, ale także udzielają się społecznie, grają w filmach i robią wszystko, by utrzymać zainteresowanie mediów. W takiej korporacji nie może być jednak wesoło: rywalizacja, czy łamanie prawa są w niej na porządku dziennym. To całkiem ciekawie przedstawiona koncepcja świata. Ale czy sam serial daje radę?
Znalezione obrazy dla zapytania: the boys 2019"
„The Boys” (2019-)
Sezon 1
serial superbohaterski
Jak najbardziej – tak, choć jednocześnie to raczej nie będzie mój absolutnie ulubiony serial. Raczej taki, do którego wrócę w wolnej chwili. Na pewno jednak nie będę czekała na kolejny sezon.
„The Boys” to produkcja dość mocno przerysowana. Co prawda raczej w ten pozytywny sposób, ale zdarzają się jej chwile, w których serial jest „aż za bardzo”. Absolutnie nie chodzi mi o lejącą się krew (której tu trochę jest), a raczej o podejście korporacji do superbohaterów i PRu, na co w moim odczuciu położono po prostu za duży nacisk.
Serial gwarantuje nam też odrobinę absurdu, który po części wynika właśnie z przerysowania, ale choć tegoż jakoś szczególnie nie uwielbiam to pasuje on do konwencji i czasem właśnie przez swoją dziwność potrafi bawić. Ponadto twórcy serialu bezustannie nawiązują do wszelakich współczesnych produkcji superbohaterskich, co fanom takich dzieł na pewno przypadnie do gustu.
Do fabuły wprowadzają nas duet bohaterów. Pierwszy z nich, Hughie – czyli dość niepewny siebie chłopak, któremu życie wywróciło się do góry nogami. Drugim bohaterem jest Annie (Erin Moriarty), superbohaterka o pseudonimie Gwiezdna, której zależy na właściwym postępowaniu. To młoda dziewczyna, która nie rozumie jeszcze działania świata korporacji. Moim zdaniem, o ile swoją rolę te postacie spełniają, to jednocześnie są najnudniejszymi postaciami w „The Boys”. Cała pozostała ferajna bohaterów, na czele z Ojczyznosławem (Anthony Starr) wypada naprawdę nieźle i ma w sobie sporo charakteru. Nawet, jeśli nie każdą postać da się lubić.
Trochę dziwny, trochę nietypowy, niekoniecznie grzeczny, ale dalej trzymający się superbohaterskiej konwencji, a przy tym bardzo komiksowy – tak mogłabym w skrócie opisać „The Boys”. Warto go sprawdzić, szczególnie jeśli interesuje Was taka tematyka i nie boicie się (odrobiny) krwi na ekranie.

Znalezione obrazy dla zapytania: the boys 2019"

wtorek, 12 listopada 2019

Małe Licho i anioł z kamienia: Najlepsze ferie z (nie swoim) aniołem



Święta, święta… i po świętach. Za to przychodzi ospa, która atakuje pół domostwa. Bożkiem nie ma się kto zająć, więc razem z Tsadkielem i Guciem wyjeżdża na ferie do cioci Ody. Taki obród rzeczy nie podoba się ani chłopcu, ani poważnemu aniołowi.


Tytuł:  Małe Licho i anioł z kamienia
Tytuł serii: Małe licho
Numer tomu: 2
Autor: Marta Kisiel
Liczba stron: 235
Gatunek: literatura dziecięca, fantasy
Wydanie: Wilga, Warszawa 2019
Bożek powraca w kolejnej przygodzie. Tym razem Marta Kisiel zabiera najmłodszego z dożywotników Konrada na ferie, gdzie musi przetrwać z dala od wujków, mamy i swojego Licha. Tak jak i w przy części poprzedniej, tak i przy tej, wiedziałam, że nie będę narzekać na lekturę. I w żadnym razie się nie pomyliłam.
Przeciwnie, jest nawet lepiej, niż w tomie pierwszym. W przypadku „Tajemnicy Niebożątka” narzekałam odrobinkę na chaos w treści. Tu już go nie ma, a przynajmniej nie w takiej ilości. Kisiel zdążyła przedstawić czytelnikowi świat przedstawiony już w poprzednim tomie, więc teraz może po prostu skupić się na przygodach Bożka. Wprawdzie wciąż w tej książce dzieje się dużo i szybko – ale to w końcu książka dla dzieci, ona taka po prostu musi być.
Ujmujące jest to, jak cudownie autorka oddaje dziecięce zachowania. Tonę pytań, fochy, nagłe zmiany nastroju, niezrozumienie jasnych dla dorosłych sytuacji. Naprawdę coraz bardziej ciekawi mnie, jak dzieci reagują, czytając te książeczki. Ja niestety po prostu nie mam szansy, aby to w tej chwili sprawdzić. Ale jeśli tylko nadarzy się okazja, na pewno spróbuje!
Ta część, w porównaniu do poprzedniej, wydaje mi się w pewnym sensie mroczniejsza. Oda kojarzy mi się z czymś mroczniejszym i poważniejszym, niż Konrad i jego spółka i choć Bazyl jest przy niej dobrą przeciwwagą to jednak ta postać po prostu robi swoje. Muszę jednak przyznać, że mimo wszystko trochę żałuję, że ta urocza kobieta musi mieszkać akurat w TYM miejscu: wolałabym, aby stał na nim poprzedni dom Konrada. Jest to chyba jednak po prostu moje osobiste zboczenie.
O ile w tomie poprzednim Kisiel poruszała tematykę dorastania oraz nauki przebywania w społeczeństwie, tak w tym Bożek musi zrozumieć, że czasem ludzkie (i nieludzkie) zachowania wynikają z czegoś więcej, niż tylko charakteru. Musi nauczyć się dogadywać z tymi, z którymi pozornie nic go nie łączy. Zrozumieć te osoby i do nich w jakiś sposób dotrzeć: to naprawdę cenna lekcja dla dzieci, a połączenie jej z zabawą wśród demonów, duchów i potworów jest czymś z ogromnym potencjałem.
Chyba nie muszę tu więcej dodawać. „Małe Licho i anioł z kamienia” to po prostu przeurocza książka dla dzieci, które są młode duchem bądź ciałem. Jeśli jeszcze nie znacie tej serii to naprawdę polecam ją sprawdzić, szczególnie jeśli macie wokół siebie spragnione lektury pociechy.


* * *

– Wujku, a wiesz, że Bożek ma potwora pod łóżkiem?
W korytarzu zapadła cisza. Konrad zrobił się prawie przezroczysty, Turu bardzo szybko przełykał Bardzo Brzydkie Wyrazy, żeby mu się żaden nie wymknął przy dzieciach, a mama wyglądała, jakby chciała kogoś zadusić.
Wujek Tomka niczego nie zauważył.
– Ach, naprawdę? Potwora? – odparł grzecznie, próbując dojść, co się stało z rękawem Tomkowej kurtki.
– No! Ale to bardzo miły potwór, nie trzeba się go wcale bać.
[…]
– Chyba fajnie się bawili, co? – spytał tym tonem, z jakim zwykle mówią dorośli o Sprawach, Których Dzieci Nie Zrozumieją, a oni natychmiast ruszyli z zapewnianiami, że tak, jasne, oczywiście, zabawa była na sto dwa! Ach, te dzieci i ich wyobraźnia…
Fragment „Małego Licha i anioła z kamienia” Marty Kisiel


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Wilga!

niedziela, 10 listopada 2019

Zakon Drzewa Pomarańczy: Królestwo bez dziedziczki, Shannon bez warsztatu



Po tysiącu lat pokoju ze snu budzi się pradawny zły. Sabran IX, pozbawiona dziedziczki władczyni Inys, musi stawić czoło niebezpieczeństwu wraz ze swoim dworem. Nie ma pojęcia, że jedna z jej dam, Ead, skrywa magiczną tajemnicę. W tym samym czasie na drugim końcu świata młoda Tane jest gotowa zrobić wszystko, aby dostąpić zaszczytu i stać się smoczym jeźdźcem.

Tytuł: Zakon Drzewa Pomarańczy
Autor: Samantha Shannon
Tłumaczenie: Maciej Pawlak
Liczba stron: 1104
Gatunek: high fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2019
Samantha Shannon to młoda (bo zaledwie 28-letnia) pisarka, która niewątpliwie jest bardzo sympatyczną osobą. Dane było mi ją spotkać jeszcze przed przeczytaniem „Zakonu Drzewa Pomarańczy” i muszę przyznać, że ta autorka niewątpliwie uwielbia swój pomysł na tę historię, jak i po prostu: swoje dzieło. Jak sama mówi, ta powieść to jej próba napisania własnej wersji legendy o świętym Jerzym zabijającym smoka, choć sama książka czerpie z wielu różnych kultur. Sama widzę w powieści jednak największe wpływy krajów Azjatyckich oraz europejsko-brytyjskiej kultury. Po lekturze odnoszę jednak wrażenie, że zakręcenie na punkcie tematyki i własnego dzieła to jednak trochę za mało. Shannon zabrakło umiejętności, aby z „Zakonu Drzewa Pomarańczy” zrobić coś więcej, niż tylko kolejną powieść.
Nim jednak przejdę do wymieniania błędów czy nieścisłości, muszę powiedzieć jasno. To nie jest zła powieść. „Zakon Drzewa Pomarańczy” czyta się szybko i bez większego bólu. Przy tym przez dość młodzieżowy klimat całości naprawdę wierze, że wielu osobom ta książka po prostu niezwykle się spodoba i przyjmą ją w całości. Próg wejścia książki Shannon nie jest wysoki i wydaje mi się, że szczególnie młode dziewczyny powinny się w niej odnaleźć. Wydaje mi się też, że ta powieść może być doskonałą książką przejściową pomiędzy romansami fantasy, a nieco poważniejszymi treściami. Jeśli więc czegoś takiego szukacie nawet nie czytajcie tego tekstu dalej, tylko bierzcie się za lekturę. Na pewno będziecie zadowoleni.
Teraz może przejdźmy do nieco głębszej analizy. Choć „Zakon Drzewa Pomarańczy” ma wyraźny, młodzieżowy klimat to nie wątpię, że autorka w trakcie pisania myślała o niej szerzej. To, podobnie jak „Marzyciel” Taylor, najpierw literatura fantastyczna, a dopiero potem  młodzieżowa. Target ma w jej przypadku drugorzędne znaczenie, przynajmniej w moim odczuciu. Dlatego też pozwalam sobie tę książkę traktować właśnie w ten sposób. I niestety, wtedy ta młodzieżowość trochę tę powieść zaczyna gubić.
Shannon próbowała odwrócić niektóre ze znanych nam tropów i w typowo męskich rolach osadziła kobiety. Silne, wojownicze, pewne siebie… i zachowujące się jak nastolatki. O ile Tane jestem w stanie to wybaczyć (bo poznajemy ją w naprawdę młodym wieku), o tyle Ead absolutnie na taryfę ulgową nie zasługuje. Ta bohaterka to z założenia wyszkolona czarodziejka, która w tym co robi, powinna być profesjonalistką. Niestety, popełnia często głupie błędy i naprawdę nie zachowuje się jak ktoś po wieloletnim szkoleniu. W książce Shannon narracja często mówi nam o postaci jedno, a jej zachowanie i sposób mówienia coś zupełnie innego. Przy okazji, mam wrażenie, że w kulturze ogółem im bardziej „feministyczna” próbuje być książka, tym bardziej postacie kobiece są rozlazłe i irytujące. Wprawdzie w tym przypadku aż tak źle nie jest, ale jak wspominałam, młodzieżowość postaci tę książkę gubi. Ta kwestia dotyczy też innych bohaterów (np. nadwornego szpiega), ale w przypadku postaci pierwszoplanowych to najbardziej zwraca uwagę.
Ponadto „Zakon Drzewa Pomarańczy” wydaje mi się powieścią niedokładną. Niedopracowaną. Jakby autorka, ciesząc się własnym pomysłem, leciała czasem na łeb na szyję, nie zwracając uwagi na pozornie drobne, ale istotne elementy. Mamy tu zarówno problemu konstrukcyjne świata, jak na przykład fakt, że piraci mają pistoletu, gdy na lądzie nikt o nich nie słyszał, jak i problemy z nazewnictwem (wprawdzie to akurat może być częściowo winą tłumacza). Autorka osadza swoją książkę w okolicach „naszego” XVII wieku. Mimo tego jej postacie używają kosmetyczek (nie sądzę, by wtedy istniały w obecnej formie), a przy królowej zwracają się do własnych matek per „mamo”. Językowi tej książki brakuje po prostu pewnej oficjalności tamtych czasów, co też wpływa na jej odbiór. Ponownie, jeśli traktujemy tę powieść jako młodzieżową, to nie jest problemem, ale gdy chcę ją ocenić po prostu jako fantastykę… już nim zaczyna być.
Na szczęście w nieszczęściu moja najgorsza obawa dotycząca tej powieści nie została spełniona. Obawiałam się tego, jak Shannon wyjaśni fakt zasiadania na tronie Inys tylko przez królowe, a akurat to wyszło jej całkiem nieźle. Wprawdzie nie wszystkie kobiece role są tu doskonale rozpisane i uzasadnione, ale ponieważ ta najważniejsza rzecz w miarę trzyma się kupy to nie mam zamiaru szczególnie narzekać.
Jeśli spojrzymy na samą fabułę, „Zakon Drzewa Pomarańczy” nie jest niczym szczególnym. Ot, mamy wielki świat, wielkie legendy (które są chyba tu najciekawszym elementem), wielki zły i dążenie do wielkiej bitwy, w której trzeba pokonać wroga. Autorka tylko pozornie odwraca pewne schematy, ostatecznie tworząc historię na bazie doskonale znanych nam tropów. I tu się pojawia mój kolejny drobny problem z tą powieścią. Ja, jako czytelnik, mam świat przedstawiony w czterech literach, więc nie jestem w stanie czerpać pełnię satysfakcji z przedstawionej historii. Już wyjaśniam, o co mi dokładniej chodzi!
Wiele „potężnej” fantastyki zaczyna od drobnych historii. Tolkien najpierw stworzył „Hobbita”. Sapkowski i Wegner – zbiory opowiadań. Nawet „Gra o tron” Martina wprowadza nas w świat powoli i stopniowo. Shannon zaś śpieszy się, by natychmiast opowiedzieć nam największą z możliwych historii, zamiast powoli odkrywać świat przedstawiony. [SPOILER] To niestety w tego typu fantasy nie działa najlepiej i zamyka autorce szanse na stopniowe budowanie napięcia u czytelników. Wszak największe zło obecne w świecie przedstawionym zostaje pokonane już w tym tomie. [KONIEC SPOILERA].
Powtórzę to jeszcze raz: to naprawdę nie jest zła książka. „Zakon Drzewa Pomarańczy” czyta się prędko i sprawia pewną radość. Nie żałuję sięgnięcia po nią, mimo że to jest jednak kawał powieści, który zajął mi dłuższą chwilę. Doskonale sprawdzi się jako literatura dla pewnego targetu. Odnoszę jednak wrażenie, że Shannon zabrakło umiejętności, aby zrobić to tak, jak tego by chciała. Oby autorka z wiekiem się rozwinęła i w przyszłości dała nam coś naprawdę ponadczasowego, bo wierze, że naprawdę byłaby w stanie to zrobić. Tylko jeszcze nie teraz.

* * *

– W ciemności jesteśmy nadzy [...] Przeobrażamy się w swoją najprawdziwszą postać. To w nocy przychodzi do nas największy strach, bo wówczas nie możemy się przed nim bronić. – A on zrobi wszystko, by wsączyć się w nasze serce. Czasem mu się to udaje. Ale strach ma wielkie oczy, królowo. Sam tchórzy przed promieniami słońca.
Fragment „Zakonu Drzewa Pomarańczy” Samanthy Shannon


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony