niedziela, 25 lutego 2018

Wyjście z cienia: Gdy kosmici próbują nas uszczęśliwić


Gdy atakowali nas obcy, inna cywilizacja przybyła, by nas uratować. Od tamtego czasu to oni rządzą Ziemią, dzieląc ją na kwadraty wydzielone przez długości i szerokości geograficzne oraz pilnując szczęścia całej ludzkości. Przynajmniej pozornie.

Janusz A. Zajdel tworzył książki krótkie, ale mocno trzymające się swojej tematyki. „Wyjście z cienia” nie jest wyjątkiem i raczej nie odbiega od jego typowej twórczości. Nie jest jednak książką wybitną, a prostą metaforą do ówcześnie panującego systemu.
Tytuł: Wyjście z cienia
Autor: Janusz A. Zajdel
Liczba stron: 196
Gatunek: antyutopia
Wydanie: Czytelnik, Warszawa 1983
Przy tak trudnej tematyce, zawsze u tego autora zadziwia mnie jedna rzecz: to, jak dobrze się go czyta. Choć „Wyjście z cienia” powstało w latach 80. w jego stylu po prostu nie widać upływu czasu. Jego twórczości naprawdę nie trzeba się bać, zwłaszcza, że to naprawdę nie są długie powieści: ta konkretna nie ma nawet dwustu stron.
Niestety, zabrakło mi w tej książce jednej, dość istotnej dla mnie rzeczy: ciekawej zagadki, dotyczącej tego, dlaczego ustrój na Ziemi jest taki, a nie inny. Tak naprawdę od razu widzimy, że system jest wyraźną aluzją do tego, co działo się w Polsce w PRLu i właściwie jesteśmy dość biernymi obserwatorami rzeczywistości, zainteresowanymi tym tylko do pewnego stopnia. Bo gdy nie ma nad czym się szczególnie zastanawiać, to i nasza uwaga przecież spada.
Nie uważam jednak, by to była książka zła, przeciwnie: po prostu jak na tego autora, wypada dość przeciętnie, a dziś takie motywy były wykorzystywane tak często, że nie budzą większych emocji. Zwłaszcza, że przez tak małą objętość nie jest to zbyt rozbudowana powieść pod względem fabularnym, czy pod względem rozwoju bohatera.
Co do bohaterów właśnie, to naszym głównym bohaterem jest Tim: chłopiec, który stopniowo odkrywa, że coś z tym jego światem jest nie tak i coś nie składa się w całość tak, jak powinno. To sympatyczny dzieciak, którego przyjemnie się obserwuje, bo po prostu ma serce w dobrym miejscu i raczej nie przeraża nadmierną głupotą, co często przy takich postaciach ma miejsce. Nie jest też kimś ważnym na tle całych wydarzeń, a raczej obserwatorem wszystkiego.
Muszę przyznać, że samo zakończenie nieco mnie zabolało. Jest tak nagłe, jakby autor uznał, że kończą mu się kartki w notesie i postanowił od razu napisać koniec. A szkoda, bo gdyby bardziej rozwinął wątki związane z bohaterami, mogłoby z tego wyjść po prostu coś ciekawszego. Ale cóż... Zajdel za swój cel stawiał chyba pokazanie społeczeństw, nie bohaterów, dlatego gdy dokonał swego, po prostu uznał, że to już koniec jego opowieści.
„Wyjście z cienia” jest książką, po którą można spokojnie sięgnąć, ale jednocześnie nie polecałabym jej na początek przygody z tym autorem. Moim zdaniem lepiej zacząć od zdecydowanie lepszej „Paradyzji”, która przecież porusza zbliżoną tematykę.

PS. Wydanie ze zdjęcia jest po prostu tym, które posiadam. Tak, istnieje nowsze :)

* * *

Dla naszych przodków wolność zawsze znaczyła tak wiele, że gotowi byli oddać życie w jej obronie, przeciwstawić się przeważającej sile przeciwnika... Jak to się dzieje, że wobec nielicznej stosunkowo garstki Proksów wszystkich opuściły nagle — ta odwaga i determinacja, to przywiązanie do wolności... Powiedzcie, jak to jest możliwe, że przez tyle lat pozwalamy ograniczać swobodę naszych poczynań, że oddaliśmy się pod kuratelę jakichś obcych istot — i wszystkim opadły nagle ręce... Każdy z osobna wie, że ten stan to ledwo zamaskowana niewola, okupacja... A wszyscy razem — poddają się temu... — To nie jest sprawa samych Proksów. Oni tylko umiejętnie wykorzystują pewne cechy niektórych ludzi. Sami osobiście nie maczają w tym łap. Posługują się ludźmi — powiedział Milt z goryczą.

Fragment „Wyjścia z cienia” Janusza A. Zajdla



piątek, 23 lutego 2018

Fantastyka i religia - nierozłączni przyjaciele

Pamiętacie serie o motywach? Ja jak najbardziej: zapoczątkowałam ja będąc chyba jeszcze w liceum, mając nadzieje, że pomoże Wam przy maturze, czy innych szkolnych „sprawach”. Ale szczerze mówiąc, trochę mnie to znudziło: typowo licealne, czy gimnazjalne sprawy nie są już mi aż tak bliskie, poza tym miałam wrażenie, ze seria nie spełnia swojej funkcji tak, jak powinna. Ale fajnie jest czasem zrobić zbiorczy wpis z książkami o jakiejś konkretnej tematyce. Dziś wiec bierzemy na tapet fantastykę, w której w miarę duża role odgrywa religia.
Nim jednak przejdziemy do samych przykładów, musimy sobie coś wyjaśnić. Fantastyka nie istnieje bez religii i jej temat bardzo, ale to bardzo lubi. Dlatego w tych właśnie książkach osobiście znajduje więcej przykładów dotyczących religii, niż w innych, „zwykłych” pozycjach. Czemu się tak dzieje? Po pierwsze, każda istniejąca cywilizacja, która znamy, wytworzyła jakiś kult. Dlatego, gdy twórca kreuje swój świat, MUSI o tym pamiętać, jeśli chce, by ten miał ręce i nogi. By czytelnik czuł, ze ten świat żyje i istnieje.  Po drugie, fantastyka kocha analizować i poruszać watki filozoficzne... a czymże jest religia, jeśli nie jakąś filozofią właśnie? :) Dlatego poniższe przykłady to tylko drobny ułamek pozycji, w których taki temat się pojawia.




„Dopóki nie zgasną gwiazdy”  Piotra Patykiewicza
To nie bez powodu pierwsza książka, która przyszła mi na myśl. W tym post-apokaliptycznym uniwersum OLBRZYMIĄ role w życiu ludzkości, której udało się dotrwać do tych niemal ostatnich dni istnienia naszego gatunku. To właśnie chrześcijaństwo sprawia, ze wciąż żyjemy; to wiara i religia spaja ludzkie losy, to ona buduje mity. Wokół niej obraca się każdy gest i każda myśl, trochę jak w średniowieczu. I choć nie uważam, by to była wybitna książka to watek religii jak najbardziej jest w niej dobrze zarysowany.

„Kroniki Diuny” Franka Herberta
Ta seria to bardzo ciekawy przykład kreacji świata przedstawionego. Akcja toczy się w odległej, ale bliżej nieokreślonej przyszłości. Ludzkość stoczyła wojny z maszynami, z trudem wygrywając. Komputery zostały zakazane, dlatego istotną wartością stała się praca nad samym sobą. Potrzeba wykreowała religię, w której najbardziej istotne jest dążenie do doskonałości. Przy okazji seria porusza też temat genezy mesjasza oraz władcy, który traktowany jest niczym Bóg.

„Hyperion” Dana Simmonsa
Joz sama oś tej historii „zalatuje” religią: to przecież pielgrzymi wędrują do tajemniczego Dzierzby, a ci od razu kojarzą się nam przecież z jakimś wyznaniem. W książce jednak wyraźnie widoczne są przede wszystkim trzy religie. Po pierwsze, właśnie ta związana z samym Dzierzbą. Po drugie, mamy bohatera, który jest księdzem, chrześcijaninem, dlatego ta tematyka oczywiście tez jest poruszana. No i w końcu mamy opowieść o uczonym Żydzie, który tez o religii wspomina.  Ostatecznie w „Hyperionie” nie brakuje wątków filozoficznych, także tych związanych z religia właśnie.

 „Ruda Sfora” Mai Lidii Kossakowskiej
Jak na książkę o mitologii przystało, w książce Kossakowskiej  bez problemu znajdziemy nawiązanie do religii. Tym razem do wierzeń ludów syberyjskich, które są w niej całkiem zgrabnie opisane. To wprawdzie jest powieść młodzieżowa i przygodowa, dlatego w niej wielkich filozofii trudno się dopatrywać, ale ostateczny wydźwięk powieści jest właściwie dość gorzki... i bardzo mocno dotyczący tego właśnie wątku.

„Cykl  Inkwizytorski” Jacka Piekary
Zdecydowanie nie mogłabym tego cyklu pominąć, pisząc o książkach związanych z religia. Choć Jacek Piekara nie będzie raczej naszym następnym polskim wieszczem narodowym, to sam pomyśl na świat z Cyklu Inkwizytorskiego jest po prostu niezwykle dobry. Bo co by było, gdybyśmy w historii zmienili jeden, mały szczególik i pozwolili Jezusowi zejść z krzyża, zabijając niewiernych? Niby „nic”... a jednak wszystko.



„Przenajświętsza Rzeczpospolita” Jacka Piekary
O „Cyklu Inkwizytorskim” Piekary wielu słyszało. „Przenajświętsza Rzeczpospolita” jest jednak mniej znana, a równie ciekawa. Przedstawia nam Polskę, w której wiara jest teoretycznie tą najważniejszą wartością, co doprowadza do stworzenia specyficznej, bardzo brutalej antyutopi. Wprawdzie nie jest to pozycja dla każdego – autor wręcz nadużywa niekoniecznie ładnego słownictwa – a sama nie nazwałabym jej pozycją nadzwyczaj poważną to wizja Piekary jest po prostu czymś ciekawym.




„Grimm City” Jakuba Ćwieka
Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała tu o tym kryminale noir. Jakub Ćwiek w swojej serii z baśni zrobił religię i ożywił ją w tle historii, którą wykreował. Ten dość subtelny zabieg dodaje opowieści niezwykłą wręcz magię. Wprawdzie to raczej pozycja stosunkowo lekka, jak to na tegoż autora przystało, ale drobne rozważania na temat religii można w niej jak najbardziej wyczuć, jednocześnie dobrze bawiąc się w trakcie lektury.


„Mechaniczny” Iana Tregillisa

Czy mamy duszę? Czy ona w ogóle istnieje? Kto ma prawo ją posiadać? Nad tym zastanawia się Tregillis w swoich „Wojnach Alchemicznych”. Oczywiście, to przede wszystkim przygodowy steampunk, dlatego autor nie wpada w zbyt pretensjonalne tony, ale ta dość religijna tematyka jest tu jak najbardziej poruszana. Poza tym Francja jawi się w świecie przedstawionym jako ostoja chrześcijaństwa, przez co wartości z tego wynikające także poddawane są w drobne rozważania.

środa, 21 lutego 2018

Trup na plaży i inne sekrety rodzinne: Tytuł idealnym streszczeniem

Po ukończonych studiach Magda Garstka wraca do rodzinnej Ustki na wakacje, by zdecydować, co dalej chce robić ze swoim życiem. Podczas porannego spaceru po plaży znajduje pływającego przy brzegu trupa. Gdy policja stoi w martwym punkcie, Magda próbuje rozwiązać zagadkę na własną rękę.
  
Tytuł: Trup na plaży i inne sekrety rodzinne
Tytuł serii: Garstka z Ustki
Numer tomu: 1
Autor: Aneta Jadowska
Liczba stron: 300
Gatunek: kryminał
Wydanie: SQN, Kraków 2018
Oto książka, której tytuł jest jej idealnym streszczeniem: „Trup na plaży i inne sekrety rodzinne” zdradza dosłownie wszystko, co czytelnik musi wiedzieć o najnowszej powieści Anety Jadowskiej przed  jej lekturą. Tym razem autorka odeszła od typowej dla siebie fantastyki, tworząc kryminał, który jednak nie jest zupełnie typowym przedstawicielem swojego gatunku. Jednocześnie to pierwsza książka Jadowskiej, która po prostu naprawdę przypadła mi do gustu, po nijakiej „Dziewczynie z Dzielnicy Cudów” i słabym „Akuszerze bogów”.
Klasyczny kryminał skupia się na rozwiązywaniu zagadki, nie mówiąc nam zbyt wiele na temat samego głównego bohatera. W przypadku „Trupa” ten wątek kryminalny czasem wręcz odchodzi do tła: Jadowska mocno skupia się na głównej bohaterce i jej relacjach z członkami rodziny, co sprawia, że całość zyskuje bardzo ciepłą, przyjemną otoczkę. Na dodatek Magda Garstka to bohaterka, z którą wiele młodych kobieta ma szansę się utożsamić: po ukończonej szkole ta nie ma pojęcia, co ma ze sobą zrobić, nie mając pomysłu na samą siebie. Jednocześnie jest sympatyczną osobą, dla której liczą się wartości rodzinne, co też raczej osobom w tym wieku nie jest obce.
Pierwszoosobowa narracja pozwala nam dość dobrze poznać Magdę Garstkę i zżyć się z nią, po prostu spędzając z nią wakacyjny czas. Razem z nią chodzimy do pracy, układamy krówki na łóżkach gości pensjonatu, rozmawiamy z jej bliskimi, czy organizujemy wieczór panieński: to wszystko dodaje lekturze naprawdę przyjemnego klimatu. Dzięki lekkiemu stylowi autorki przez te trzysta stron możemy naprawdę szybko przebrnąć.
Sam wątek kryminalny nie jest zły. Nie jest zbyt rozbudowany, ale jednocześnie jest po prostu adekwatny do małego, polskiego miasteczka. To nie jest „Motylek” Puzińskiej, w którym każdy ma coś za uszami: ludzie są raczej dobroduszni i trudno doszukiwać się brudów w każdym możliwym miejscu. Nie ma tu też wielkich pościgów i epickich morderstw, które też do takiej lokacji po prostu nie pasują. Wprawdzie Magda ma wiele szczęścia w trakcie rozwiązywania zagadki i jednak… te zbiegi okoliczności czasem są wręcz za duże, niemniej, nie przeszkadza to w czerpaniu radości z czytania, a o to przecież chodzi.
Choć „Trup na plaży i inne sekrety rodzinne” nie jest i nie będzie powieścią ponadczasową to na pewno jest bardzo przyjemną, lekką lekturą, która doskonale ukoi nerwy. To miła odskocznia od rzeczywistości, przy której po prostu robi się ciepło na duchu. Jak już wspominałam, zwłaszcza osoby młode, które właśnie muszą wybrać swoją życiową drogę, powinny się w niej dobrze odnaleźć: bo to w końcu o takiej postaci opowiada ta historia.

* * *

Mówią, że czytanie rozwija empatię. Nie wspominają, że zwiększa też ryzyko powstania skłonności do dziwnych skojarzeń, nabawienia się niewyparzonego języka i otrzymania etykietki dziwaka. Cóż, wciąż warto.

Fragment „Trupa na plaży i innych sekretów rodzinnych” Anety Jadowskiej


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl
Nomida zaczarowane-szablony