wtorek, 14 sierpnia 2018

Kości proroka: Bułgarska zagadka


Płodwin, Bułgaria. W antycznym teatrze znaleziono zwłoki polskiego posła. Jego ciało pokrywają trudne do odczytania znaki. Dymitr, młody policjant, prosi swoją przyjaciółkę – Margaritę, Polkę bułgarskiego pochodzenia – o pomoc w rozwiązaniu zagadki.

Tytuł: Kości proroka
Autor: Ałbena Grabowska
Liczba stron: 560
Gatunek: kryminał, sensacja
Wydanie: Marginesy, Warszawa 2018
Sukces twórczości Dana Browna nie zaskakuje: tajemnicze zagadki z przeszłości to coś, co naprawdę potrafi fascynować. Nic więc dziwnego, że na rynku co rusz pojawiają się nowe tytuły, w jakiś sposób nawiązujące do antycznej i średniowiecznej symboliki. „Kości proroka” są właśnie tego typu tytułem. Historia i religia przeplatające się z bułgarską kulturą to zdecydowanie elementy charakterystyczne tej książki. Niestety, wnętrze tej powieści nie wypada szczególnie dobrze.
Przy omawianiu tego tytułu muszę zacząć od omówienia jego konstrukcji. „Kości proroka” to powieść składająca się z trzech narracji. Pierwsza pochodzi z I wieku i opowiedziana jest ustami Ariela, ucznia Jana Chrzciciela. Druga to wątek z XII wieku, opowiadająca o mnichach z sekty Bogumiłów. W końcu trzecia to opis perypetii życiowych Margerity oraz zbrodni, którą kobieta musi rozwiązać.
Taki wybór prowadzenia historii nie jest niczym szczególnie zaskakującym, czy nowatorskim, zwłaszcza, że wątki są wyraźnie od siebie oddzielone, dzięki czemu powieść nie jest szczególnie chaotyczna. Niestety, choć w trakcie lektury wyraźnie widać, że autorka dobrze przygotowała się do pisania książki pod względem merytorycznym to chyba zabrakło jej i umiejętności, i dobrego pomysłu na całokształt, aby „Kości proroka” stały się naprawdę dobrą, pasjonującą lekturą.
Po pierwsze, styl wątków historycznych jest pozbawiony jakiejkolwiek stylizacji, przez co one same stają się – przynajmniej dla mnie – bardzo niewiarygodne. Jako osoba przyzwyczajona do tworzenia klimatu opowieści samym językiem najzwyczajniej w świecie nie potrafiłam uwierzyć w snute przez Grabowską historie. Być może nie dla każdego czytelnika będzie to wadą: zdaje sobie sprawę z tego, że są osoby, które tylko ten „współczesny” sposób pisania są w stanie w pełni przyswoić. Niestety, ja się do nich nie zaliczam.
Po drugie, wątek dotyczący Jana Chrzciciela nie ma praktycznie żadnego wpływu na fabułę, na dodatek jest też niezwykle nudny. W naszym kręgu kulturowym historia tej postaci jest doskonale znana i przytaczanie go w tak obszerny i nic nie wnoszący do powieści sposób najzwyczajniej w świecie nie jest niczym interesującym. Nieco lepiej wypada wątek dotyczący sekty Bogumiłów, bo ta niekoniecznie znana czytelnikowi organizacja ma w sobie coś intrygującego, a ponadto faktycznie do wątku kryminalnego coś wnosi, jednak w dalszym ciągu zdecydowanie nie jest to wątek najwyższej klasy.
Po trzecie – wątek kryminalny często spychany jest na drugi plan, aby Margarita mogła porozmawiać sama ze sobą. Wtrącenia w pierwszoosobowej narracji takie jak „Co o tym myślisz, Margarito” są niezwykle irytujące, a naprawdę pojawiają się w tej historii co chwilę. Ponadto, jeśli bohaterka akurat ze sobą nie rozmawia to prawdomównie wdaje się w niekoniecznie pasjonujący romans, przez co na samo śledztwo nie zostaje jej zbyt wiele czasu.
Mimo dość dużej ilości wad „Kości proroka” da się przeczytać dość szybko i z pewnym zainteresowaniem. Styl Grabowskiej jest naprawdę prosty, dlatego jeśli ktoś nie wymaga wiele od lektury i w trakcie czytania nie próbuje jej analizować istnieje możliwość, że powieść przypadnie mu do gustu. Zdecydowanie nie jest to jednak powieść najwyższych lotów.
Widzę w „Kościach proroka” pasję. Widzę miłość Grabowskiej do bułgarskiej kultury i chęć zrobienia czegoś, co czytelnikowi naprawdę przypadnie do gustu. Niestety, dobre chęci to za mało: w tej opowieści brakuje interesującej historii, dobrego stylu i dogłębnej analizy symboliki, która jest elementem szczególnie zachęcającym do sięgnięcia po tę lekturę. Być może osobom, które nie lubią sensacji, cenią sobie bardzo prosty styl, albo na co dzień czytają przede wszystkim niewymagające romanse „Kości proroka” przypadną do gustu, jednak wszystkim innym raczej odradzam. Na rynku można znaleźć o wiele lepsze tytuły tego typu.


* * *

Czego właściwie chcesz od swojej matki, Margarito? Odkąd pamiętasz, czepiasz się jej i czepiasz. Co ci takiego zrobiła? Hmm, zastanówmy się. Może to, że przerzucała mnie jak przedmiot z Bułgarii do Polski i z powrotem, bo tak jej akurat pasowało? Do trzeciego roku życia mieszkałam w Polsce, bo matka zakończyła pracę w Egipcie. Z resztą zakończyła ją w samą porę – urodziłam się dwa dni po jej przylocie do Polski. Dobrze, że nie na pustyni albo na pokładzie samolotu. To by było dopiero coś.
Fragment „Kości proroka” Ałbeny Grabowskiej


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

niedziela, 12 sierpnia 2018

Czy książki należy czytać od deski do deski?


Przeczytanie książki od deski do deski wydaje się być jedynym poprawnym moralnie wyjściem, aby takową ocenić. Z resztą, to dotyczy też każdego innego dzieła kultury, którego poznanie wymaga poświęcenia czasu, nie ważne czy to gra, film, czy przedstawienie teatralne. Sama jednak, czytając jednak dość dużo, łapię się na tym, że… nie wszystkie pozycje mam ochotę poznawać w ten właśnie sposób.
Zacznijmy jednak od tego, jakie książki przeczytać od deski do deski trzeba, aby – moim zdaniem – móc je „poważnie” oceniać. Przede wszystkim to fabularna beletrystyka: nawet, jeśli książka nas nuży, męczy, wydaje się być absolutnie głupia i pozbawiona sensu to zawsze na samym jej końcu może pojawić się element, który zmieni nasz punkt widzenia na nią o sto osiemdziesiąt stopni. Fakt, nie zdarza się to często, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z typowo lekką, komercyjną pozycją. Niemniej – zdarza się. I zawsze należy pamiętać.
Poza tym jeśli dostajemy książkę do recenzji od wydawcy to dla mnie oczywistością jest, że taką pozycję należy przeczytać również w całości, niezależnie od tego, jaka by ona nie była. W końcu po to właśnie ją dostajemy: by poznać całokształt i dopiero na jego bazie wyrazić swoją opinię. To też kolejna rzecz, która wydaje mi się absolutnie niepodważalna.
Ale jednak są takie pozycje, których nie trzeba czytać w całości, by wiedzieć, co się o nich myśli. Przede wszystkim myślę tu o poradnikach: książkach, które stoją obrazkiem, a nie słowem i których czytanie polega bardziej na przeglądaniu. W takich sytuacjach poznanie stu procent tekstu niekoniecznie ma sens. Jasne, warto byłoby poznać większość i resztę „przejrzeć”, ale właściwie… to tyle. Bo te książki wręcz zwykle zostały stworzone do czytania na wyrywki.
Drugą taką grupą książek jest dla mnie literatura naukowa, albo popularnonaukowa, której „recenzje” chcemy napisać. Takie pozycje często są cięższe, mniej przystępne. Trudno je wchłonąć w całości i często do szczęścia nie potrzebujemy stu procent. Mam też wrażenie, że opinia na ich temat kształtuje się raczej szybko i nie ważne, czy przeczytamy połowę, czy całość – ona i tak będzie taka sama. Na dodatek jeśli nie jesteśmy naukowcami to tak, czy siak ta nasza opinia będzie ewentualną „zachęcajką’, lub „zniechęcajką” dla innych i daleko jej będzie do dokładnej analizy takich dzieł.
Trzecią grupą będą książki składające się z dużej ilości krótkich form. Przykładowo, czytając „Peryferyjczyka” Marcina Kołodziejczyka naprawdę nie czułam potrzeby, by przeczytać wszystkie reportaże od deski do deski: ja już swoje zdanie na jego temat miałam po połowie. Książkę skończyłam w pełni jedynie dlatego, że był to egzemplarz recenzencki. Po prostu w takich przypadkach zwykle przykładów jest tyle, że o wnętrzu spokojnie możemy opowiadać po poznaniu ich części, zakładając, że nie są to opowiadania beletrystyczne.        
Jak więc widzicie, absolutnie nie uważam, że trzeba przeczytać książkę w pełni, aby móc pełnoprawnie ją oceniać: to nie zawsze jest konieczne, naprawdę. I choć oczywistym jest, że lepiej to w takiej sytuacji zrobić to jednocześnie sama wiem, jak książka potrafi męczyć… i wydaje mi się, że w takich chwilach dobrze jest wyznaczyć sobie granicę tego, co przeczytać koniecznie musimy w całości, a co możemy poznać tylko w większej części. Najzwyczajniej w świecie czasu mamy bardzo ograniczoną ilość i szkoda marnować go na pozycje, które niepotrzebnie go nam zabierają.

piątek, 10 sierpnia 2018

Diabelski młyn: Cygańska przygoda z Nikitą


Robin chce w końcu poznać swoją przeszłość. Wraz z Nikitą wybiera się więc w podróż po Bezdrożach, ramię w ramię z Cygańskim Księciem, aby dotrzeć do Archiwum Zakonu Cieni: jedynego miejsca, które może odkryć przed nim wszystkie zapomniane tajemnice.

Tytuł: Diabelski młyn
Tytuł serii: Cykl o Nikicie
Numer tomu: 3
Autor: Aneta Jadowska
Liczba stron: 397
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2018
Nie miałam w planach kontynuowania przygody z Nikitą: pierwszy tom nie okazał się być dla mnie niczym wybitnym, zaś drugi po prostu mnie wymęczył i znudził. Przy premierze tomu trzeciego okazało się jednak, że ten ma być już ostatnim z tej serii, dlatego uznałam, że skoro już zaczęłam to mogę tę przygodę w całości zakończyć. Nie żałuję tej decyzji: być może „Diabelski młyn” dalej nie był powieścią nadzwyczajnie dobrą, ale w końcu przynajmniej po części wciągnęłam się w przygody Nikity i jej partnera.
Zabierając się za lekturę tego tomu byłam dość sceptycznie nastawiona, zwłaszcza, że niemal od razu pojawiło się coś, co przez dwie poprzednie części niezwykle mnie irytowało. Nikita znów powtarzała mantrę o krzywdzie, której wyrządzili jej rodzice i znów tłumaczyła całą swoją przeszłość. Na całe szczęście w „Diabelskim młynie” pełniło to rolę przypomnienia czytelnikowi o co chodziło i w dalszych częściach nie powracało w tak rozbudowanej formie. Nie wiem, czy to wynikało z samego zamysłu autorki, czy po prostu wzięła pod uwagę opinię czytelników, jednak tak czy siak – dobrze, że w końcu zdecydowała się uciąć ten temat.
Ponadto nowością w tej części jest zmiana perspektywy narracji. W częściach poprzednich jedynie Nikita opowiadała swoją historię; tym razem do głosu dochodzi też Robin. Postać zdecydowanie bardziej sympatyczna, którą mi osobiście obserwowało się zdecydowanie przyjemniej, niż samą zabójczynię. Wprawdzie nie jest to może bohater, który na długi czas zapadnie mi w pamięć, ale ma w sobie o wiele więcej ciepła od Nikity, przez co przypomina postacie Jadowskiej z innych książek, za którymi przepadam bardziej, niż ta tą konkretną serią.
Każdy tom serii o Nikicie to inny motyw przewodni. Na początku dostaliśmy lata 20. XX wieku. Następnie mitologię nordycką. Teraz – cyganerię. Muszę przyznać, że to chyba najciekawszy z wyborów autorki. W trakcie lektury miałam wrażenie, że jej samej chyba też ten temat się spodobał, bo po prostu to tło wypada bardzo zwiewnie, lekko i bezpretensjonalnie. Jedyna rzecz, do której mogę w tym przypadku się przyczepić to skracanie miana Cygańskiego Księcia do skrótu CK – rozumiem, że tak jest po prostu łatwiej i szybciej, ale jednocześnie miałam wrażenie, że psuje to nieco mistyczny i tajemniczy klimat taboru.
Sama przedstawiona przez Jadowską historia jest jednak w dalszym ciągu dość przeciętna. Nie brakuje tu wprawdzie scen akcji i różnorakich wydarzeń, ale miałam wrażenie, że opowieść nie jest podbudowana na tyle dobrze, bym mogła naprawdę mocno się w nią wczuć. Być może jest to kwestia tego, że nie przepadam za poprzednimi częściami, a może po prostu samych wydarzeń jest tu zbyt wiele: w końcu finał, który powinien być naprawdę olbrzymim zakończeniem, ostatecznie rozgrywa się zaledwie na kilkudziesięciu stronach. W każdym razie cieszę się, że w końcu autorka zdecydowała bardziej skupić się na przeszłości Robina (którą tak uważnie ukrywała w tomach poprzednich), mimo że po poznaniu jego historii nie czuje się do końca usatysfakcjonowana.
Na koniec muszę dodać, że czytając początek „Diabelskiego młyna” kilkukrotnie miałam wrażenie, że książka ma pewne problemy z interpunkcją, czy powtarzającymi się słowami, jednak im dłużej czytałam ostatni tom opowieści o Nikicie tym rzadziej to zauważałam. Trudno mi jednak stwierdzić, czy to kwestia mojego przyzwyczajenia się do tych problemów, czy po prostu w dalszej części powieści po prostu ich nie ma.
Ostatecznie „Diabelski młyn” to lektura, która sprawiła mi nieco radości, choć zdecydowanie nie będzie należała do moich ulubionych książek autorstwa Jadowskiej. To, w jakim otoczeniu tym razem przebywają bohaterowie oraz skupienie się na postaci Robina wyszło serii na dobre. Jeśli więc wahacie się, czy sięgać po kontynuacje historii Nikity to myślę, że o ile macie na to ochotę możecie zabrać się za lekturę. Jeśli tylko choć trochę lubicie Jadowską, Nikitę, czy uniwersum w którym dzieje się akcja pewnie znajdziecie w jej wnętrzu coś dla siebie.


* * *

Podszedłem bliżej. Uklęknąłem na jedno kolano i czekałem.
Wyłonił się zza pnia drzewa. Cudaczek. Nie pamiętam, bym widział kiedykolwiek coś tak pociesznego.
Stwór był rozmiarów dużego szczeniaka, labradora, czy wilczarza. Miał krępe, pokryte złotawą łuską ciało, długie masywne łapy – znak, że jeszcze sporo urośnie – i wężowy ogon, którym uderzał nerwowo o ziemię. Pyszczek z wielkimi uszami przywodził na myśl nietoperza – podobnie jak błoniaste skrzydła. Wielkie szczenięce ślepka, które patrzyły na mnie smutno. Wypełniłyby się łzami, gdyby stworzenie umiało płakać.
– Co się stało, głuptasie? – zapytałem.
Fragment „Diabelskiego młyna” Anety Jadowskiej


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl


środa, 8 sierpnia 2018

Złodziej Dusz: Relacje przede wszystkimi



Dora Wilk łączy dwa światy: alternatywny i realny. Jest jednocześnie i policjantką, i wiedźmą. Dlatego też gdy w Thornie, magicznej części Torunia, zaczynają znikać magiczne stworzenia Starszyzna prosi ją o pomoc w znalezieniu winnego.

Tytuł: Złodziej dusz
Tytuł serii: Seria o Dorze Wilk
Numer tomu: 1
Autor: Aneta Jadowska
Liczba stron: 445
Gatunek: urban fantasy, kryminał fantasy
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2012
Mojej relacji z twórczością Anety Jadowskiej ciągle nie potrafię do końca określić. Cykl o Nikicie mocno mnie irytował, ale „Trup na plaży i inne sekrety rodzinne” był naprawdę sympatycznym, lekkim kryminałem. O „Złodzieju dusz” słyszałam jednak, że wypada gorzej niż pierwsza wspomniana przeze mnie seria, więc nie ukrywam: obawiałam się mojej przygody z Dorą Wilk. Ale… na szczęście okazało się, że właściwie niepotrzebnie. Choć daleko tej książce do wyjątkowej to jednak nie zawierała tych elementów, które w opowieści o Nikicie irytowały mnie najbardziej.
Zacznijmy może jednak od tego, że… „Złodziej dusz” to książka, która wręcz ocieka erotyzmem. W innych znanych mi książkach Jadowskiej tematy dotyczące seksualności jak najbardziej się pojawiały, jednak nigdy nie w takiej ilości. Wprawdzie w praktyce między bohaterami nigdy nie dochodzi do zbliżenia to jednak myśli Dory cały czas krążą wokół spania z innymi. Jest to wprawdzie fabularnie wyjaśnione i ostatecznie uznaje ten element raczej za cechę, a nie za wadę, czy zaletę powieści, niemniej, mam wrażenie, że osoby bardziej wyczulone na takie treści mogą poczuć się niech zniesmaczone.
Zwłaszcza, że w tle dzieją teoretyczne istotne rzeczy. Wiemy, że Dora ma rozwiązać istotną dla samej siebie sprawę: wśród porwanych magicznych jest też znana jej nekromantka, osoba w jakiś sposób dla naszego bohaterki istotna. A ta, zamiast po prostu pracować nad sprawą właściwie przez większość czasu myśli o spaniu z kolejną osobą, zaś problem… rozwiązuje się jakby sam, tak trochę przy okazji.
Styl Jadowskiej w tej konkretnej książce jest czymś, co lubię i nie lubię zarazem. Niewątpliwie „Złodzieja dusz” czyta się bardzo lekko i raczej przyjemnie, ale jednocześnie często miałam wrażenie, że ekspozycja jest trochę łopatologiczna, a samemu tekstowi przydałaby się jeszcze redakcja. Niektóre zdania były niepoprawnie złożone, czy zbyt długie, co skutecznie wybijało z czytania.
Niemniej, w tym przypadku sama narracja wypada o niebo lepiej, niż w książce o Nikicie. Przede wszystkim autorka nie zakłada, że niektóre elementy świata przedstawionego wiemy z poprzednich książek, dzięki czemu praktycznie nie da się w tej historii pogubić. Ponadto nie zawiera tego głównego, irytującego elementu: powtarzających się w kółko treści.
Świat przedstawiony z pierwszej książki o Dorze raczej już znałam, jednak w tym wydaniu i on bardziej przypadł mi do gustu. Fakt, jest oparty na stereotypach i bazuje właściwie na wrzuceniu wszystkiego, co się da, do jednego worka, ale przy tym wypada naprawdę kolorowo i najzwyczajniej w świecie pozytywnie. Od tego typu lektury nie wymagam niczego więcej.
Przy tym wszystkim muszę przyznać, że Dora, a raczej jej relacje z przyjaciółmi to coś, co… trochę chwyciło mnie za serce. „Złodziej dusz” jest raczej pozbawiony pretensjonalności i nadmiernej powagi, skupiając się mocno na relacjach między bohaterami, a te są po prostu bardzo sympatyczne. Na dodatek mimo bardzo dużej ilości występujących postaci nie miałam problemu w rozpoznawaniu ich.
Mimo początkowych obaw „Złodzieja dusz” oceniam raczej pozytywnie. Zdecydowanie nie jest to wprawdzie literatura wysokiego lotu. Ma naprawdę dużą ilość wad, nie jest przy tym też nadzwyczaj odkrywcza, nie wnosi niczego nowego do gatunku. Niemniej, sympatyczni bohaterowie i przyjemna otoczka sprawiają, że żywię do tej opowieści pewną sympatię, a naprawdę od takich powieści po prostu niczego innego nie wymagam.


* * *

– Co znowu? – warknął Joshua na widok pergaminu obwieszonego pieczęciami jak choinka bombkami.
– Dziadek się stęsknił. – Miron był szczerze rozbawiony nieszczęśliwą miną przyjaciela. Dziadek Joshui był szychą w Radzie Archanielskiej. Może o nim słyszeliście, na imię ma Gabriel, a na koncie jedno spektakularne zwiastowanie.
Fragment „Złodzieja dusz” Anety Jadowskiej

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Dzieła, które uczą i bawią jednocześnie


 
To, że popkultura jest dla nas rozrywką jest dla każdego jasne jak słońce. Zdarzają się jednak tytuły, które poza tym, że nas bawią i czasem poruszają społecznie istotne tematy mogą nauczyć nas czegoś „więcej”: dzięki nim możemy zdobyć wiedzę z wielu dziedzin. Zwykle nie jest to wprawdzie coś bardzo dogłębnego, ale jednak: często to wystarczy, aby po prostu wstępnie zainteresować się danym tematem. A więc dziś przedstawię Wam właśnie takie dzieła kultury: te, które jednocześnie i bawią, i uczą.



„Piraci” (serial, 2014-2017)
Na pierwszy ogień: serial o piratach, jak z reszta sam polski tytuł wskazuje. I jak po takowym mogliśmy się spodziewać, wewnątrz znajdziemy masę przygód, grabieży, morskich bitew i „politycznych” knowań. To naprawdę przyjemnie zrealizowana produkcja, która na dodatek czerpie zarówno z literatury („Wyspa skarbów” Roberta Louisa Stevensona), jak i z historii. Wielu bohaterów istniało naprawdę, choć oczywistym jest chyba fakt, że serial nie przedstawia dokładnie ich historii. Niemniej, „Piraci” mogą być dobrą zachętą do zapoznania się z historią morskich łupieżców.

„Wikingowie” (serial, 2013-)
Tak jak i „Piraci”, tak i „Wikingowie” to serial oparty na historycznych faktach. Opowiada o legendarnych Ragnarze Lorthbroku oraz jego rodzinie, którzy marzą o tym, by odkryć nowe lądy. Całość stoi na bardzo wysokim poziomie i pozwala poznać zarówno legendy, jak i kulturę tego ludu północy, jednocześnie zapewniając naprawdę dobrą rozrywkę. Czego można chcieć więcej?

„Percy Jackson i bogowie olimpijscy” Ricka Riordana
Tej serii książek po prostu nie mogło tu zabraknąć! Książkoholicy pewnie doskonale wiedzą, co to za historia: książki opowiadają o herosach, półbogach, funkcjonujących w naszym świecie. Według mnie to doskonały przykład tego, jak literatura może jednocześnie bawić i uczyć młodzież. Riordan nie tylko pisze lekko, tworząc naprawdę sympatyczną historię, ale na dodatek pozwala czytelnikowi poznać podstawy greckiej mitologii… z czego zaś ma szansę zrodzić się ciekawość, by dowiedzieć się o tym więcej.

„Ostatnie dni Nowego Paryża” China Mieville’a
Ta niedługa książka to fantastyka z gatunku new weird – jest więc bardzo, bardzo specyficzną literaturą. Nie zmienia to jednak faktu, że wielu do gustu przypaść może, a jeśli już to się stanie, zapewne zainteresuje czytelnika… surrealizmem. Oj tak, nawiązań do tego nurtu w sztuce tutaj nie brakuje. Surrealizm jest dosłownie wszędzie i nie wątpię, że czytając tę lekturę albo poznacie nowych malarzy oraz nowe obrazy, albo będziecie wyłapywać z uśmiechem na ustach wszystkie nawiązania.

„Fate/Zero” (anime)
To chronologicznie pierwszy „odcinek” serii anime, opowiadającej o grupie magów, którzy chcąc zdobyć mitycznego Grala, zaczynają ze sobą walczyć, przyzywając bohaterów, swego czasu kroczących po Ziemi. Choć to przede wszystkim akcyjniak to jednak i w nim możemy znaleźć sporo wartości dodanej. Każdy z przywołanych bohaterów to postać, która faktycznie istniała. Widz więc ma najpierw szansę samemu odgadnąć, z kim ma do czynienia, a jeśli to nie wyjdzie imię postaci zostaje w pewnym momencie zawsze wyjawione. Muszę sama się przyznać, że po oglądaniu tego anime wyszukiwałam informacji dotyczących tych postaci i była to naprawdę przyjemna zabawa.


„Problem trzech ciał” Cixina Liu
Ten pierwszy tom chińskiej trylogii hard science-fiction jest chyba najtrudniejszym dziełem do przyswojenia ze wszystkich, które tu przedstawiłam. Niemniej, naprawdę warto po tę książkę sięgnąć, bo poza tym, że jest naprawdę dobrą historią samą w sobie to na dodatek mówi między innymi o chińskiej rewolucji kulturowej, czy o tytułowym problemie trzech ciał, o którego istnieniu nie widziałabym, gdyby nie ta książka właśnie.

sobota, 4 sierpnia 2018

Łowcy Dusz: Czy dziesięć tomów to nie jest nadmiar?


Modimer Madderdin, człowiek głębokiej wiary i inkwizytor, trafia w sam środek politycznych intryg oraz tajemniczych rytuałów. Znów musi zmierzyć się z najgorszymi potworami, zarówno w dosłownym, jak i przenośnym sensie. Czy tym razem jego talent do rozwiązywania zagadek go nie zawiedzie?

Moja przygoda z „Cyklem Inkwizytorskim” to sinusoida: pierwsze spotkanie wypadło bardzo blado, kolejne – bardzo przyjemnie, trzecie zaś… znów dość mdło i nijako. Bo choć nie znam nawet większości z książek z tej serii to po prostu powoli zaczynam mieć dosyć tego świata.
Tytuł: Łowcy Dusz
Tytuł serii: Cykl Inkwizytorski
Numer tomu: 10
Autor: Jacek Piekara
Liczba stron: 416
Gatunek: alternatywna historia, fantasy
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2006
Zacznijmy jednak od tego, co powiedziane zostać musi: nie czytam książek o inkwizytorze po kolei. Nie bez powodu: mają one formę opowiadań stylizowanych na kryminalne, osadzonych w świecie, w którym historia potoczyła się trochę inaczej niż u nas. Są one ze sobą luźno powiązane i choć Mordimer czasem nawiązuje, co było wcześniej, to są to tylko niezbyt istotne wzmianki. Dlatego nie widzę przeszkód w tym, by czytać je w dowolnej kolejności. W tym przypadku mamy do czynienia z czterema opowiadaniami, z czego ostatnie jest właściwie minipowieścią (ma ok. 140 stron).
Niestety, pod względem fabularnym po prostu czułam się przez większą część czasu znudzona. Choć Piekara pisze raczej w lekki sposób to sama akcja tym razem raczej mnie nie interesowała. Zagadki były męczące i irytujące, a tak naprawdę jedno opowiadanie – „Wąż i gołębica. Powrót” – zapadło mi jakkolwiek w pamięć. Wydaje mi się, że wynika to z jakiś braków warsztatowych twórcy: choć autor naprawdę dobrze kreuje świat sam w sobie to po prostu nijak wychodzi mu stworzenie naprawdę interesującej zagadki, która potrafiłaby wciągnąć czytelnika. To samo widziałam w poprzednich opowiadaniach z tym bohaterem, ale… wtedy na moją pozytywną opinię miała wpływ sama postać Mordimera.
Wtedy sam inkwizytor był dla mnie bohaterem dość świeżym: ironicznym hipokrytą, do którego naprawdę pałałam sympatią. Zdarzało mu się być zabawnym, miał swoje powiedzonka, a na dodatek jego serce wydawało się być mimo wszystko na właściwym miejscu. Tym razem jednak okazało się, że mimo upływu czasu Mordimer wcale się nie zmienia. Jego powiedzonka zapętlają się w kółko, a jego myśli są po prostu niemal identyczne jak poprzednio, co po prostu u mnie skutkowało pewnym znużeniem. Niestety, gdy zagadki nie do końca wypalają, a bohater z czegoś świeżego zmienia się w postać bardzo powtarzalną to po prostu nie może dobrze działać… Nawet przy tak ciekawym koncepcie na sam świat przedstawiony.
Styl Jacka Piekary jest „taki jak zawsze” – raczej lekki, ironiczny, nie najwyższych lotów, ale stosunkowo przyjemny w odbiorze. Co ciekawe, miałam wrażenie, że w tym zbiorze opowiadań nawiązań seksualnych było nieco mniej, co chyba można uznać za plus: niestety, ale ten autor potrafi czasem z tym przesadzić.  Tylko dalej… co z tego, skoro i postać, i fabuła potrafią najzwyczajniej w świecie nudzić?
Znając życie jeśli w ręce wpadnie mi kolejny tom „Cyklu Inkwizytorskiego” to bez wahania po niego sięgnę, jednak nie mogę uznać tego spotkania za nadzwyczaj udane. Mam wrażenie, że rozciąganie takiej serii na aż tyle tomów nie wyszło autorowi na dobre i jednak można byłoby albo skończyć tę opowieść nieco wcześniej albo przynajmniej zmienić głównego bohatera na innego, który znów wniósłby do całości powiew świeżości.


* * *

Co was obchodzą ludzie? Co was obchodzą plotki i złe języki? Co was obchodzi wszystko, kiedy wiecie, że to jest ta jedna jedyna? Wymarzona, wyśniona i upragniona. Że nie możecie bez niej oddychać, tylko krztusicie się w beznadziejnych spazmach. Że wasze serce bije po to, by ona dotknęła ręką waszej piersi, że oddychacie tylko w tym celu, by swój oddech złączyć z jej oddechem.
Fragment „Łowców dusz” Jacka Piekary

czwartek, 2 sierpnia 2018

Dżozef: Pierwszy raz z realizmem magicznym


Grzegorz trafia do szpitala. Przebywa w sali wraz z trójką innych pacjentów. Jeden z nich, Czwarty, zaczyna podawać się za Josepha Conrada i opowiada historię kilkuletniego Stasia, który z drewna tworzy figurkę kozła.

Tytuł: Dżozef
Autor: Jakub Małecki
Liczba stron: 320
Gatunek: realizm magiczny
Wydanie: SQN, Kraków 2018
Są autorzy, o których nie słyszałam praktycznie słowa krytyki. Do takich niewątpliwie zalicza się Jakub Małecki: nie pamiętam, bym choć raz przeczytała, lub usłyszała opinię kogoś, kto otwarcie by go krytykował. Gdy nadarzyła się okazja, sięgnęłam więc po jego „Dżozefa”, z jednej strony nie spodziewając się niczego konkretnego (unikałam nawet czytania opisu z tyłu okładki), z drugiej mając dość wysokie oczekiwania. Muszę przyznać, że twórczość tego autora mnie nie zawiodła, chociaż książki pokroju tej konkretnej nie są literaturą, którą mam ochotę czytać na co dzień. Czemu?
„Dżozef” to powieść, która była dla mnie pierwszym tak bliskim spotkaniem z realizmem magicznym dokonanym z własnej woli. Moja relacja z tym konkretnym gatunkiem nie należy do prostych: nie wiem o nim zbyt wiele i jednocześnie wzbudza we mnie pewien dyskomfort. Często zawiera dużą ilość absurdu i sytuacji, których nie do końca da się wytłumaczyć, a to jest dla mnie źródłem niepokoju. Niemniej, Małecki tak zgrabnie połączył wątki w „Dżozefie” i dodał do tej lektury tyle ciepłej, przyjemnej polskości, że czas spędzony z nią upłynął mi naprawdę szybko oraz całkiem sympatycznie.
Całkiem – bo tak czy siak odrobinę tego dyskomfortu jednak odczuwałam. Nie zmienia to jednak faktu, że styl autora jest naprawdę dobrze wyważony, dzięki czemu z jednej strony tekst bardzo szybko się czyta, a z drugiej nie ma się wrażenia, że to jedynie puste słowa, absolutnie nic nie wnoszące do naszego życia. Na dodatek Małecki bardzo dobrze prowadzi dwa istotne dla linii fabularnej wątki, które wzajemnie przeplatają się i łączą, tworząc ostatecznie jednolitą historię.
Czytając o „Dżozefie” w sieci już po jej lekturze, wyczytałam, że wiele osób w tej historii widzi „powieść dresiarską”. Ja osobiście nie do końca potrafię się z tym stwierdzeniem zgodzić. Owszem, główny bohater, Grzegorz, jest przedstawiany jako „dres”, jednak to nie jest istota historii. Ta postać to tylko narrator całej historii, który przez większość czasu obserwuje dziejące się wokół niego dziwy: ci, którzy szukają w tej książce z żółtą okładką kibolskich bójek i dyskusji spod monopolowego raczej tego w niej nie znajdą.
Ta powieść Małeckiego mocno nawiązuje do twórczości Josepha Conrada. Przyznaje się bez bicia: nie znam za dobrze tego autora. „Jądro ciemności” czytałam co najwyżej we fragmentach i absolutnie nie byłam nim zainteresowana, po inne tytuły nie próbowałam sięgać. Mimo to tak czy siak wyczułam duży szacunek autora do tego twórcy, jednocześnie nie mając wrażenia, że nie rozumiem tej opowieści. Dlatego mam wrażenie, że z jednej strony osoby lubiące Conrada będą dobrze się bawić, wyszukując nawiązania do jego historii (których ja oczywiście zapewne nie wyłapałam), a osoby, które go nie znają, po prostu zwrócą uwagę na inne szczegóły tej historii.
Zdecydowaną zaletą „Dżozefa” jest fakt, że to powieść, która pozwala czytelnikowi na pewną swobodę interpretacji: nie każdy szczegół mamy tu podany na tacy, nie wszystkiego możemy być pewni. To zdecydowanie lektura, która może zmusić nas do przemyśleń, choć muszę dodać, że jedno z „podsumowań”, które na końcu wysnuwa narrator wydało mi się nieco naciągane w kontekście całej historii. Nie będę go tutaj jednak przytaczać, bo po prostu musiałabym przytoczyć za dużo treści samej lektury.
„Dżozef” był lekturą nieco inną niż te, które czytam zazwyczaj, ale chyba taka odskocznia była mi naprawdę potrzebna. Cieszę się, że miałam okazję poznać kolejnego dobrego polskiego autora: niewątpliwie polecę tę lekturę jeszcze niejednej osobie, a sama pewnie za jakiś czas sprawdzę inne dzieła Małeckiego.

* * *

Trzeba przecież do tego nie lada jajec, żeby rzucić tak drugą osobę, z którą się tyle przeżyło. Wspólne doznania, przygody i wspaniałe chwile oblepiają człowieka jak taki słodki lep, coś miłego w dotyku, a jednocześnie cholernie zdradliwego, bo ani się człowiek zorientuje, a ten lep prowadzi przed ołtarz, do żłobka i życie bez sensu. Czasem dochodzi do tego miłość, i tym szczęściarzom zazdroszczę. Dużo częściej jednak, tak mi się przynajmniej wydaje, nie jest to miłość, ale ten zwyczajny słodki lep.
Fragment „Dżozefa” Jakuba Małeckiego



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony