poniedziałek, 30 października 2017

Pogadajmy o książkach!


Znajdziesz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/

Pogadajmy o książkach w radiu! Niedawno dołączyłam do ekipy Raportu Literackiego w z Radia MORS. Jeśli wiec chcecie posłuchać, jak dyskutujemy, zapraszam dzisiaj, czyli w poniedziałek, o 20:00, lub we wtorek o godzinie 14:00 na www.mors.ug.edu.pl.
Jeśli nie zdążycie, lub nie macie czasu, a chcecie nas posłuchać, nie martwcie sie – po około 2-3 tygodniach audycja pojawi sie w podcastach na stronie :)

W trakcie najbliższej audycji porozmawiamy sobie trochę o horrorach i powieści gotyckiej, oczywiście z okazji Halloween. Niedługo planujemy tez kilka konkursów i wywiadów z autorami, także zachęcam do śledzenia audycji. Oczywiście, będę Was  na bieżąco informować o tym, co sie u nas dzieje.

Oczywiście, zachęcam do słuchania innych audycji, które w programie radia sie znajdują, zwłaszcza, jeśli jesteście jakoś związani z Uniwersytetem Gdańskim: to właśnie u nas dowiecie sie o wszystkich najciekawszych wydarzeniach, które maja miejsce na uczelni.

wtorek, 24 października 2017

Czemu NIE warto czytać powieści realistycznej?


Jestem teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/

Fantastyka jest piękna. Naprawdę! To ona sprawia, że możemy wyzwolić się z pewnych ram i dać się wciągnąć w odmęty wyobraźni autora, poznając takie historie i takie pomysły na które w życiu byśmy nie wpadli. Gdyby nie to, nie miałaby na całym świecie aż tylu fanów, prawda? :) Przy okazji to, że ktoś pisze fantastykę wcale nie oznacza, że trzyma się jednego gatunku. Jest niezwykle różnorodna i gdyby się uprzeć, większość książek mogłaby mieć nawet swój indywidualny podgatunek. Ale nie do końca o tym chciałam Wam dziś napisać, choć jest to z tym powiązane.
Gdybym miała najogólniej podzielić fabularne historie (wyłączając literaturę faktu, bo to nieco inna bajka) podzieliłabym ją w bardzo prosty sposób: na literaturę realistyczną i fantastyczną. Od każdej z nich zaś szły by podobne do siebie strzałki: jedynie przy fantastyce to drzewko byłoby chyba bardziej rozbudowane. Jeśli lubicie romanse, znajdziecie jej odpowiedniki zarówno w formie fantasy, science-fiction jak i w formie powieści obyczajowej. Kryminał? Fantastyczny też się znajdzie. O powieściach przygodowych nie wspominając. Fantastyczny wór jest olbrzymi i właściwie pozwala czytać dosłownie wszystko. Dziś zaś pokaże Wam kilka przykładów na konkretach. Oczywiście nie dam rady tu zmieścić każdego gatunku, ale może akurat znajdziecie coś dla siebie.

Powieść przygodowa / powieść drogi
Zacznijmy od chyba najpopularniejszego w fantastyce gagatka. Realistyczna przygotówka ma znacznie więcej ograniczeń, niż fantastyczna, przy okazji tego typu historia pozwala na eksploracje świata, który często w tym pierwszym typie opowieści jest bardzo ograniczony, zaś w drugim może przejąć stery nad całą historią.
Jeśli więc lubicie zwykłe powieści przygodowe spokojnie możecie spróbować swoich sił sięgając po masę najróżniejszych powieści fantastycznych. Mamy tu sporo klasyków, na przykład C. S. Lewisa, albo J. R. R. Tolkiena, ale także bardziej współczesnych autorów. „Pan lodowego ogrodu” Grzędowicza czerpie garściami z powieści przygodowej. Podobnie Torsi, choćby w swoich „Kronikach Świata Wynurzonego”, albo nawet „Eragon”, czy science-fiction Pilipiuka: „Oko jelenia”. Każda z tych historii mniej, lub bardziej, ale jednak odwołuje się do powieści drogi.

Romans
W blogsferze naprawdę nie trudno znaleźć recenzje książek fantastycznych i romansów jednocześnie. Powiedziałabym, że to jeden z najbardziej lubianych przez recenzentki gatunków :) Wszystkie paranormal romance to przecież fantastyka, a ogromna ilość młodzieżówek, które niby maja się za dość poważne tak czy siak na tym się skupiają („Szklany tron”, „Czerwona królowa”, „Igrzyska Śmierci” etc.). Od „Zakazanego życzenia”, przez „Zmierzch”, „Wiecznych Wygnańców”, po „Studnię wstąpienia” - romansów w tej literaturze nie brakuje.

Powieść historyczna
Historycznej fantastyki nie brakuje. Właściwie jest jej od wyboru, do koloru: od książek, które zupełnie zmieniają historię i się nią bawią, jak na przykład cykl Inkwizytorski Jacka Piekary, po takie, w których fantastyka jest tylko małym dodatkiem („Korona Śniegu i Krwi” Cherezińskiej). Niektóre z historii są kompletnie absurdalne, jak na przykład „Oko jelenia” Pilipiuka, albo do historii tylko lekko nawiązują,  czerpiąc z niej, ale robiąc wszystko po swojemu (jak Grzędowicz w swoim opowiadaniu „Buran wieje z tamtej strony”). Choć może nie znajdziemy w takich książkach samych faktów historycznych to na pewno często książki tego typu odpowiadają na pytania „co by było gdyby”, a przecież nierzadko sobie je zadajemy, prawda?

Powieść obyczajowa
Z ręką na sercu muszę przyznać: najmniej widzę w fantastyce powieści obyczajowej. Nie dziwię się temu: ten gatunek pozwala na tak wiele, że szkoda go „marnować” na tak proste, przyziemne historie :) Nie oznacza to, że w ogóle nie znajdziemy w fantastyce historii, które można podpiąć pod ten gatunek. Z powieści obyczajowej sporo ma (moim zdaniem oczywiście) „Para w ruch” Pratchetta, która opowiada sobie po prostu o człowieku, który postanowił stworzyć kolej. Horrory na powieści obyczajowej bazują, zaś zwykłe życie uwielbia przedstawiać Le Guin: wiele z jej książek to zwykła opowieść o życiu jakiś tam ludzi w wymyślonym przez nią świecie.

Kryminał
Powieść kryminalna i fantastyka pasują do siebie jak ulał. Dzięki dodatkowi fantazji zwykle sztampowe, typowe historie mogą stać się czymś niepowtarzalnym. W końcu ilość schematów w kryminale jest dość mocno ograniczona, przynajmniej w moim odczuciu. Dobrym przykładem książki fantastycznej nawiązującej do tego gatunku jest „Grimm City” Ćwieka, które właściwie jest przede wszystkim kryminałem. Poza tym wspomniany już wcześniej cykl Inkwizytorski Piekary mocno czerpie z tego gatunku, podobnie jak „Dziewczyna z Dzielnicy Cudów” Jadowskiej. 
Niektóre historie nie czerpią aż tak mocno z kryminału, ale dalej mają jego podstawowy element: zagadkę do rozwiązania i „villana”, którego trzeba pokonać. Tu zgrabnie wpasowuje się młodzieżowa „Trylogia czasu” Gier, albo „Danina. Nowoczesna Baśń” Black.

Nie marudź, że fantastyka nie jest dla Ciebie!
Ten gatunek to tak olbrzymia ilość historii, pomysłów i spojrzeń na świat, że na pewno coś dla siebie znajdziesz. Jeśli jesteś jedną z osób, które się zraziły po jakiejś lekturze do tego gatunku wiedz, że prawdopodobnie po prostu od złej książki zacząłeś.  Często, gdy już się zacznie czytać książki z tego gatunku trudno wrócić do tych „zwykłych” bo one po prostu zdają się mniej oferować i człowiek ma wrażenie, że nie ma po co do nich wracać.

Nim jednak zaczniecie mnie bić i hejtować zrozumcie tylko, że sam tytuł posta to clickbait :D Nie nawołuje do nie czytania innych powieści, niż fantastyczne, broń Boże! W literaturze nie chodzi w końcu o to, by się ograniczać. Najzwyczajniej w świecie uważam, że ograniczanie siebie w jakimkolwiek kierunku i nie czytanie czegoś/nie oglądanie, bo „źle brzmi” i straszy na odległość jest równie głupie jak uznawanie fantastyki za jedyne źródło prawdy. Jeśli więc jesteś osobą, która czyta tylko powieści obyczajowe, tylko romanse, albo tylko kryminały... to może warto byłoby spróbować sięgnąć po ich fantastycznych bliźniaków w celu poszerzenia horyzontów? 

Jak zawsze, piszę głównie o książkach, bo w tym „siedzę” najbardziej. Ale tekst spokojnie możecie odnieść do gier, filmów, piosenek, czy czego tam sobie tylko chcecie :) W końcu dobre historie nie ograniczają się tylko do liteatury.

poniedziałek, 16 października 2017

„Nowości” w kosmetyczce


Teraz spotkasz mnie tu: https://fantastykacodzienna.pl/

Czasem mam ochotę przemycić na DM trochę kobiecych treści i... dziś jest ten dzień! Niezainteresowanych tematem żegnam i zapraszam niedługo: nie zmieniam tematyki bloga, spokojnie :D Tym razem chce Wam przedstawić „kolorowe” kosmetyki, które w ostatnim czasie przetestowałam.

Cienie marki Inglot
Na sam początek: moja własna paletka cieni z Inglota. Długo się na nie czaiłam i w końcu zakupiłam. Nie jest to najtańsza sprawa: jeden cień to 15zł, ta konkretna paleta - 16zł, więc w sumie zapłaciłam 76zł, ale... było warto. Postanowiłam postawić na maty (wiecznie mi ich brakuje), a że o czerwieni marzyłam od dawna, zrobiłam sobie zestawienie, które przyda mi się zawsze: beż i brąz do bardzo dziennego makijażu i właśnie czerwień oraz pomarańcz, które pięknie razem wyglądają. Niestety, konkretnych numerków nie jestem w stanie Wam podać (musiałabym wyjmować je z paletki, a nie chce ich uszkodzic).
W każdym razie cienie są naprawdę dobrej jakości. Pięknie się rozcierają, długo utrzymują i nie blakną. Jasny cień doskonale sprawdza się zarówno jako baza, jak i jako coś, co idzie na całą powiekę: można stopniować jego krycie i po prostu potrafi ładnie pokryć cały kolor powieki.
Sama paletka też jest bardzo fajna. Magnetyczna, naprawdę porządnie wykonana, właściwie nie do zdarcia. Mam nadzieję, że posłuży mi dłuuugo i następnym razem po prostu wymienię sobie wkłady.  Jestem z tych cieni naprawdę bardzo zadowolona i każdy z nich uwielbiam.

Sensique Rainbow Highlighter Powder
To, że ta tęcza znalazła się w moim domu to wina serca, nie rozumu. Kupiłam go na jakiejś promocji za 8zł, a hej – to jest tęcza, jak mogłabym jej nie mieć? Jako rozświetlacz sprawdza się. Nie ma zbyt mocnego pigmentu, daje ładną, dość mocną tafle. Ale... raczej nada się do chłodnych typów urody. Zwłaszcza jego dolna część (niebieski-zieleń-fiolet) daje właściwie biały blask.
Muszę stwierdzić, że jest bardzo, bardzo trwały – z tym naprawdę nie ma problemu! Zdarzyło się, że zaczynając dzień o 7:00, spędzając go dość aktywnie o godzinie 18:00-19:00 słyszałam pytanie, co białego mam na policzku. Cóż... to był właśnie on i fakt, że na mojej raczej ciepłej karnacji po prostu się odcina :D Niemniej, lubimy się.

 Makrell Cosmetisc Matująca baza pod makijaż
Moja pierwsza baza pod podkład. Gdy używałam na przemian pudru z Paese (o nim pisałam TUTAJ) i pudru z Wibo (a o nim za chwile) widziałam wyraźną różnicę: jeśli nie użyłam bazy, przy tym drugim bardzo szybko zaczynałam się świecić. Jeśli użyłam, buzia wyglądała mniej więcej tak, jak przy użyciu pudru z Paese. Z czasem jednak przestałam dostrzegać tak jej działanie i nie wiem, czy kupię ją ponownie, ale nie widzę jej większych wad.  Wprawdzie opakowanie jest naprawdę malutkie, ale baza ma fajny aplikator z pipetką i wydaje się dość wydajna. Kosztuje ok. 22zł.


 Wibo Fixing Powder
Kupiłam go do testów. Jak widać po zdjęciu: opakowanie nie wygląda już najlepiej. To dość tani plastik i cóż... po prostu mocno się zużywa, zwłaszcza przy podróży w kosmetyczce.
Jestem do niego nastawiona dość neutralnie. Wydaje mi się, że to po prostu nie jest produkt dla mnie: muszę go sporo zużyć, by dał mi taki efekt, jaki chcę, jednocześnie nie trzyma matu tak długo, jakbym sobie tego życzyła. Niemniej, osoby, które szukają niedrogiego pudru sypkiego na co dzień i mają normalną/suchą cerę nie powinny na niego jakoś szczególnie narzekać.
Kosztuje ok. 10zł.


 Hebe Professional E05 Pędzel do rozcierania granic między cieniami
Wcześniej nie miałam takiego kształtu pędzelka w mojej kosmetyczce. Teraz mam i... uwielbiam. Na pewno kupię sobie więcej podobnych :) Ten konkretny to koszt 13zł,  czyli nie wiele, a jego jakość jest naprawdę w porządku. Wykonany z syntetycznego włosa, nie gubi go, jest stosunkowo miękki. Wprawdzie nie wygląda nadzwyczaj wyjątkowo, ale miło się go trzyma w ręce i obecnie nie wyobrażam sobie bez niego makijażu oka.


Pędzle do makijażu z Killys
Te dwa pędzle to kompletna masakra.
Nie mają numerków – to po prostu pędzel do podkładu i do blendowania cieni.
Obydwa maja jedną, dużą zaletę: profilowaną rączkę, dzięki której wspaniale się je trzyma. Ale poza tym... meh, szkoda słów.
Pędzel do podkładu rozciera go, zostawiając smugi: i tak muszę potem wklepać produkt rękami. Po prostu nie robi tego, co ma. Kosztuje 25zł. Nie warto.
Ten drugi, do blendowania, ma tak ostrą końcówkę, że muszę uważać, by nie zrobić sobie krzywdy. Nie nadaje się do górnej powieki, używam go tylko do rozcierania dolnej i to tylko wtedy, jeśli nie mam nic innego pod ręką. Kosztuje 15zł i... jak z pędzlem do podkładu – naprawdę szkoda na niego wydawać pieniążków.



Któryś z tych produktów znacie? Lubicie? A może nie?
Do przeczytania wkrótce, w już mniej kobiecym wpisie :D

czwartek, 12 października 2017

Barrrdzo mroczny book TAG by Kitty

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/

Cześć! Dziś mam dla Was tag, do którego nominowała mnie (i jednocześnie go stworzyła) Kitty Aiilla (zobaczcie nominacje!). Mam nadzieję, że ten przerywnik się Wam spodoba, choć osobiście muszę powiedzieć, że przynajmniej kilka pytań jest wyraźnie „nie dla mnie”:P A czemu – dowiecie się już czytając resztę wpisu.

Taniec sadystycznej radości - śmierć lub krzywda bohatera, z której się cieszyłaś.
Szczerze mówiąc, nie pamiętam takowej. Raczej nie podchodzę do bohaterów bardzo emocjonalnie...  Naprawdę, kompletnie nic nie mogę sobie przypomnieć, a przeglądanie przeczytanych książek nic mi nie daje. Może mogłabym tu dać odcinanie głów wampirom z filmowej wersji „Przed świtem” (kto oglądał, ten wie chyba o czym mówię :D)? Ale... po pierwsze, to film, po drugie – to po prostu wyglądało komicznie. Może trochę tak było z Freddy’m Loundsem z „Czerwonego smoka” Harrisa, ale wydaje mi się, że moje odczucia związane z nim raczej do tego tagu nie pasują.

Dlaczego nie ja?! - śmierć, której nie mogłaś wybaczyć autorowi
No i znów mam problem podobny do pytania pierwszego. Nie jestem aż tak związana emocjonalnie z postaciami, by nie móc wybaczyć śmierci autorowi. Ba, jeśli całość jest dobrze poprowadzona to jak najbardziej to rozumiem i szanuję. Może znów mogłabym tu wrzucić coś bardziej filmowego, czyli śmierć L z „Death Note”? Ale właśnie... to śmierć, którą szanuje i rozumiem. To było najlepsze z możliwych zakończeń całości. Poczułam ukłucie bólu także przy śmierci Kelsiera ze „Z mgły zrodzonego” Sandersona, ale... to znów sytuacja jak wyżej :D

Dziewczynki lubią złych chłopców - czarny charakter, którego byś poślubiła
Widzicie, ostatnio czytam coraz mniej literatury z konkretnym podziałem na dobro i zło; te postacie zwykle nie są jednoznaczne, przenikają się. Przy okazji przez brak dużego, emocjonalnego zżycia się z bohaterami raczej nie wybieram swoich „mężów” książkowych :) Bardzo lubię kreację Hannibala Lectera, ale raczej wolałabym go nie poślubiać z wiadomych względów... Być może Lampka z „Zastępów anielskich” by się nadał, ale z niego jest żaden czarny charakter, raczej niespełniony poeta.

Zwyrodnialec - najokrutniejsza metoda zabójstwa, z jaką spotkałaś się w książce
Ostatni opis dotyczący śmierci, który mną wstrząsnął pochodził z „Podziemi Veniss”, w którym to zmutowane surykatki oglądały obdzierane ze skóry psy. I ludzi. To... był zdecydowanie mocny opis. Poza tym mocne opisy tego typu były też w „Czerwonym smoku” i „Milczeniu owiec” Harrisa, choć aż tak mną nie wstrząsnęły.

Pogrzeb - weź pierwszą lepszą książkę, wylosuj jakieś zdanie. Teraz pochwal się, co będziesz miała napisane na nagrobku?
„Takowe lekarstwo czyni wnętrzności i wypróżnia je z wielkim natężeniem ze wszystkiego, co tylko się w nich znajduje.” – „Podróże Guliwera” Swifta
Cóż... najwyraźniej zabije mnie jakiś lek na przeczyszczenie.

Cruella de Mon - czarny bohater-szaleniec
A to ich mało jest, że mogę podać tylko jednego? ;P Już pomijając książki Harrisa, o których wspominałam wcześniej.. mieliśmy dwóch szaleńców w „Ostatnim Imperium” Sandersona.  W „Podziemiach Veniss” w sumie też taki był. „Dziewczyna płaszczka”, główny zły z „Kronik Świata Wynurzonego” Torsi, w „Balladzie o przestępcach” Hybela też w pewnym sensie takowy jest. Szaleńców w literaturze nie brakuje, a szalony praktycznie zawsze oznacza zły, lub negatywny :D Chociaż jeśli mogę zarzucić filmem to... główny bohater „Splita” jest wręcz genialnym przykładem szaleńca.

Satanistyczne modły - zła postać historyczna, którą uwielbiasz (typu: Krwawa Hrabina, Kuba Rozpruwacz, caryca Katarzyna etc.)
Raczej siedzę w literaturze, nie w historii, a co za tym idzie, nie mam dużej wiedzy na temat takich postaci. Na pewno ciekawi są ci wszyscy „wielcy komuniści”, pokroju Mao, czy Stalina, ale trudno mi powiedzieć, bym ich uwielbiała... skoro nic o nich nie czytam.

Piekielna kara - książka, która ostatnio wymęczyła cię swoją beznadziejnością
Największą męczarnią była chyba „Upiorna opowieść” Strauba, ale raczej nie dlatego, że to książka zła sama w sobie, a dlatego, że po prostu nie lubię i nie czuje horrorów.

Hrabia Dracula - najlepsza książka o wampirach
„Hellsing”! A nie... zaraz. To anime, nie książka. Szczerze? Chyba nie znam żadnej dobrej lektury, która byłaby typowo o wampirach (tzn. wampir głównym bohaterem). Jeśli już, to te postacie są gdzieś w tle... Planuje poznać „Nocarza” pani Kozak i może to coś zmieni, ale na razie takiej książki nie mam.

I niech leje się krew - najbardziej krwawa książka
Czytam sporo krwawej literatury, ale mało takiej, która wręcz by tym odrzucała... Ogromne wrażenie pod tym względem zrobiła na mnie kiedyś „Księga bez tytułu” Anonima, ale nie przypominam sobie, bym ostatnio poznała coś, co zwaliłoby mnie z nóg.

niedziela, 8 października 2017

Marvel i ja

Spotkaj mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/


Czytelnicy, zwłaszcza fantastyki, to często fani popkultury traktowanej ogólnie. Wiem też, że wielu to też fani Marvela i DC, zwłaszcza teraz, gdy obserwujemy cały czas wysyp superbohaterskich filmów. Jak to jednak zwykle ze mną bywa nie idę do końca za tłumem i choć takie produkcje lubię to rzadko kiedy je uwielbiam.
Zacznijmy od tego, że nie czytuje komiksów. Próbowałam, ale... nie potrafię, po prostu. Skupienie się na czymś takim jest dla mnie niemal niemożliwe, dlatego nie sięgam po komiksowe zeszyty. Mam w domu jeden: „Peryferia kosmosu” Jakuba Dębskiego, którego z resztą nawet nie kupiłam i któremu daleko jest do marvelowskich tworów :D Dlatego nie jestem raczej przywiązana do uniwersów i są mi zupełnie obojętne, a filmy... no właśnie, filmy nie potrafią mnie kupić. Mogę je obejrzeć, ale zwykle szybko o nich zapominam. A naprawdę nie boje się ich i próbuje dawać im szansę.
I tak oto z „Kapitana Ameryka” pamiętam jedynie, że był człowiek w niebieskim kostiumie, który był żołnierzem i ratował świat. „Doktor Strange”? Pokładałam w nim duże nadzieje, ale... ostatecznie i tak się nieco nudziłam. Był... bardzo zwyczajny. Nie kręcił mnie. „Thor”? „Avengers”? Oglądałam te produkcje tak dawno, że mało co z nich pamiętam. Nie uważałam je wtedy za złe, ale... po prostu obejrzałam i zapomniałam. Nie widziałam w nich „materiału” na głębokie refleksje. O tym, jak złymi filmami były dwie części „Niesamowitego Spider-mana” nie muszę chyba nikomu mówić, a „Antmana” odebrałam po prostu jako sympatyczny, dość familijny film. Schematy tych historii są zbyt często powtarzane. Jest ich za dużo i nudzą mnie, stając się czymś, co mogę oglądać w tle. Dlatego, nie powiem, czasem nieco głupio się czuje, gdy okazuje się, że wszyscy wokół mnie Marvela uwielbiają, a ja nie jestem w stanie powiedzieć więcej, niż „meh”.
Co do uniwersum DC: o nim wiem zdecydowanie mniej, tak po prostu. „Batmana” Nolana oglądałam lata temu i nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Idea „Supermena” zupełnie mnie nie bawi, a „Legion samobójców” trochę mnie wynudził. Nie uważam, by to był dobry film.
Właściwie jedynym wyjątkiem jest dla mnie uniwersum X-men. Nie powiedziałabym, że jestem największą fanką na świecie, poza tym moja wiedza na ten temat jest bardzo mocno ograniczona, ale... akurat ten pomysł po prostu lubię i jest dla mnie mocno nostalgiczny. Stare filmy widziałam jeszcze jako dziecko i dość szybko uznałam, że hej, ja wole szkolę Xaviera od Hogwartu! Nauczyciele są bardziej sympatyczni, a cały świat bardziej „mój”, mimo że przecież Marvel tworzy coś, czemu jest bliżej do science-fiction, a nie do fantasy, które teoretycznie wolę. Nie jest to świat, o który będę się kłócić i o którym będę dyskutować, ale po prostu podoba mi się sama idea.
Jak najbardziej – rozumiem zachwyty nad komiksowymi światami. Zwłaszcza, że ludzie raczej lubią proste i powtarzalne historie. Niestety, dla mnie filmy na ich podstawie to historie na raz, na które nie czekam z niecierpliwością. Nie narzekam, gdy mam obejrzeć film z tego gatunku; bez problemu mogę o nich posłuchać. Ale wybaczcie, fanką nie byłam, nie jestem i raczej nie będę. To po prostu nie jest ten nurt, który mnie kręci.

A Wy? Jakie macie podejście do filmów na bazie komiksów? Wolicie wersje rysunkowe, czy filmowe? Też macie czasem wrażenie, że wszyscy wokół powariowali na tym punkcie? :D

Nomida zaczarowane-szablony