poniedziałek, 30 października 2017

Pogadajmy o książkach!

Pogadajmy o książkach w radiu! Niedawno dołączyłam do ekipy Raportu Literackiego w z Radia MORS. Jeśli wiec chcecie posłuchać, jak dyskutujemy, zapraszam dzisiaj, czyli w poniedziałek, o 20:00, lub we wtorek o godzinie 14:00 na www.mors.ug.edu.pl.
Jeśli nie zdążycie, lub nie macie czasu, a chcecie nas posłuchać, nie martwcie sie – po około 2-3 tygodniach audycja pojawi sie w podcastach na stronie :)

W trakcie najbliższej audycji porozmawiamy sobie trochę o horrorach i powieści gotyckiej, oczywiście z okazji Halloween. Niedługo planujemy tez kilka konkursów i wywiadów z autorami, także zachęcam do śledzenia audycji. Oczywiście, będę Was  na bieżąco informować o tym, co sie u nas dzieje.

Oczywiście, zachęcam do słuchania innych audycji, które w programie radia sie znajdują, zwłaszcza, jeśli jesteście jakoś związani z Uniwersytetem Gdańskim: to właśnie u nas dowiecie sie o wszystkich najciekawszych wydarzeniach, które maja miejsce na uczelni.

niedziela, 29 października 2017

Fate / Stay Night (2006): Romans zamiast bitwy magów

Po dziesięciu latach w Fyuki znów ma pojawić się  Święty Graal. Siedmiu magów i ich sługi mają stanąć do walki na śmierć i życie, by go zdobyć i spełnić swoje najskrytsze pragnienie.
Emiya Shiro pragnie zostać zbawcą świata. Mimo że daleko mu do prawdziwego maga, Graal wybiera go do walki w swojej wojnie.



Seria „Fate” jest co najmniej ciekawa: anime powstało na bazie wizualnej noweli, dzięki czemu stara wersja „Fate / Stay Night” z 2006 roku ma nieco inną fabułę, niż wersja z 2014 – choć bohaterzy są ci sami, to ich wybory różnią się, co mocno wpływa na sama historie.  Warto na wstępie wspomnieć też, że choć ta wersja powstała przez „Fate / Zero”, to fabularnie dzieje się dziesięć lat po niej.
Pod względem wizualnym „Fate / Stay Night” nieco się zestarzało, zwłaszcza w stosunku do nowszych wersji. Animacje są biedniejsze i mniej efektowne. Anime nie wygląda jednak źle: sam rysunek jest typowy dla całej serii i wygląda dość elegancko. Poza tym to animacja, która starzeje się wolniej, niż film, dlatego nie wydaje mi się, by kogokolwiek to raziło.
„Fate / Stay Night”
anime, fantasy
Fabularnie jednak... to jest najsłabsza wersja „Fate”. Jest najbardziej młodzieżowa i najbardziej płytka, co do mnie nie do końca przemawia.
„Fate / Zero” to ogromna ilość charyzmatycznych bohaterów. W „Fate / Stay Night Unlimited Blade Works” mamy takie postacie w tle. Wersja z 2006 nie ma ich wcale. Wszystkie zostały spłaszczone do granic możliwości, a przy tym dość mocno wybił się romans, który ani tu nie pasował, ani nie był potrzebny.
Przy okazji to w tej wersji siła przyjaźni i miłości pokonuje wszystko, za czym zdecydowanie nie przepadam. Wyobraźcie sobie bohatera, który z natury jest niezwykle pewny siebie i uważa cały świat na swoją własność, przy tym mając ku temu powody. Ma broń, która w ciągu chwili niszczy każdą inną. Przy tym to jej największy skarb, którego nie wyciąga bez powodu. Aż tu nagle postanawia walczyć nią z niegodnymi go kundlami, które na dodatek go pokonują. Tak zdecydowanie być nie powinno.
„Fate / Zero” to pełnoprawna bitwa magów, w której właściwie każdy ma po co być w tej walce i jest do niej mniej, lub bardziej przygotowany. W „Fate / Stay Night” całość jest zupełnie losowa, a całość przypomina bardziej „Igrzyska Śmierci”, w których każdy nawala się bez pomyślunku, byleby przeżyć i wygrać, a nie walkę ludzi, którzy cenią sobie tajemnicę, zasady i elegancje. Niestety, to nie działa zbyt dobrze...
Samo wprowadzenie do świata też nie wypada najlepiej: w nowszych wersjach twórcy je rozwinęli, dzięki czemu łatwiej jest wszystko zrozumieć. Tutaj wszystko jest mętne i źle wyjaśnione. Zwłaszcza, że uniwersum należy do dość złożonych.
Mogę pochwalić rozwinięcie postaci Czarodziejki i jej Mistrza: to chyba jedyna para, która poza Rin i Archerem (których lubię przez znajomość poprzedniej części :D), która wzbudziła moje większe zainteresowanie, zwłaszcza, że nie pamiętałam ich historii z wersji z 2014 roku, którą oglądałam już jakiś czas temu.

Targetem „Fate / Stay Night” jest przede wszystkim młodzież: i ona powinna się w tym anime jak najbardziej odnaleźć. Ale nowsza wersja wypada zdecydowanie lepiej, a przy tym także jest stosunkowo młodzieżowa, dlatego wydaje mi się, że mając do wyboru obydwie, lepiej jest postawić na „Unlimited Blade Works”. W każdym razie jeśli lubicie to uniwersum, a starej wersji jeszcze nie widzieliście tą można spokojnie obejrzeć, by poznać inne wersje historii, ale nie sądzę, by było to koniecznością.

sobota, 28 października 2017

Jesienna miłość: Sparks jednak nie jest dla mnie


Lata 50. Młody Landon jest uczniem ostatniej klasy szkoły średniej. Przypadkiem dostaje się na zajęcia z teatru, na których bliżej poznaje Jaimie Sullivan, głęboko wierząca w Boga, córkę pastora. Nie spodziewa sie, że zbliża się do siebie. Nie przypuszcza też, ze Jaimie skrywa przed nim tajemnice.

Już dawno wiedziałam,  że muszę w końcu sięgnąć po jakaś książkę Sparksa po to, by wyrobić sobie o nim zdanie. Padło na „Jesienną miłość”, którą mniej-więcej znałam dzięki filmowi z 2002 roku na jej bazie. I zupełnie szczerze mówiąc, dostałam krótkie i lekkie nic.
Naprawdę: nie czuję żadnych większych emocji, jeśli chodzi o te krótką powieść. Rozumiem jednak, czemu ten autor ma tylu czytelników: pisze bardzo lekko i w bardzo jasny sposób, przez co nie da się w tej historii zgubić. Przeczytanie tego zajęło mi niespełna dwie godziny – „Jesienną miłość” czyta się wręcz błyskawicznie.
Tytuł: Jesienna miłość
Autor: Nicholas Sparks        
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Liczba stron: 224
Gatunek: romans, dramat
Wydanie: Albatros, 2016
Ale poza tym dla mnie ta historia to naprawdę jedno, wielkie nic. Jeśli dobrze pamiętam film, Landon jest w nim typem rozbójnika. W powieści to porządny chłopak z drobnymi, rodzinnymi problemami, który, jak większości nastolatków, ma coś za uszami, ale poza tym to naprawdę porządny dzieciak. Jest miły i raczej lubiany, ale nie do przesady i nie chce w żadnym razie skrzywdzić Jaimie. Dziewczyna zaś to po prostu karykaturalnie przerysowana postać: no błagam, kto chodzi cały czas z Biblią w ręku, powtarza każdemu, ze będzie się modlić za niego i doskonale przestrzega zasad wyznaczonych przez swojego ojca? Rozumiem, ze akcja powieści dzieje się w latach 50., ale nie wyobrażam sobie, by taka osoba istniała, a nawet jeśli, to by kiedykolwiek była traktowana poważnie. A Landon w pewnym momencie zaczyna ją tak traktować.
Taka historia aż prosiłaby się, by głowni bohaterowie jakoś się zmienili. By zweryfikowali swoje poglądy, uczyli się od siebie; niestety, poza tym, ze Landon po prostu trochę dorasta, to tak naprawdę ani on, ani Jaimie niczego konkretnego się nie uczą. Nie zmieniają się, a po prostu zakochują. Ich relacja też nie jest nadzwyczaj głęboka, przez co w chwili, gdy romans zmienia się w dramat, mnie osobiście to kompletnie „nie ruszyło”. Być może gdy ta książka wychodziła, przedstawiała coś stosunkowo nowego, ale dziś mamy ogromną ilość podobnych historii dostępnych „od ręki”, przez to powieść nie zaskakuje i nie wnosi nic ciekawego.
Biorąc pod uwagę popularność tej książki i ogromną ilość bardzo pozytywnych opinii, wierzę, że osoby lubiące romanse i mniej wymagające ode mnie będą po lekturze tej książki bardzo zadowolone. Dla mnie to po prostu lektura na raz, która niedługo wyleci z mojej pamięci.

* * *

Na jej twarzy igrał lekki uśmiech.
– Chętnie z tobą pójdę – oświadczyła – ale pod jednym warunkiem...
Zacisnąłem zęby, mając nadzieję, że to nie będzie coś zbyt strasznego.
– Tak?
– Musisz obiecać, że się we mnie nie zakochasz.
Zrozumiałem, że żartuje, bo się roześmiała, nie mogłem jednak powstrzymać westchnienia ulgi. Czasami Jamie miała zaskakujące poczucie humoru.
Uśmiechnąłem się i dałem jej słowo.

Fragment „Jesiennej miłości” Nicholasa Sparksa

czwartek, 26 października 2017

Arkadia płonie: Zagadka wśród zmiennoksztaltnych i mafii


Pierwszy tom mocno mnie wymęczył. Niby „wszystko” było w porządku, ale ilość tematów poruszanych w „Przebudzeniu Arkadii” przerażała. Dlatego musiałam się nieco zmusić, by sięgnąć po tom drugi.
Ale w sumie... dobrze, że się zdecydowałam :)

Tytuł: Arkadia płonie
Tytuł serii: Arkadia
Numer tomu: 2
Autor: Kai Meyer
Tłumaczenie: Emilia Kledzik
Liczba stron: 416
Gatunek: powieść młodzieżowa, fantasy, romans
Wydanie: Media Rodzina, Poznań 2014

Rosa została głową rodziny, podobnie jak Alessandro. Teraz obydwoje są „capo”: mimo młodego wieku muszą nauczyć się troszczyć o mafijną rodzinę. Jednocześnie starają się odkryć tajemnice, które skrywa Arkadia.

Pierwszy tom, „Przebudzenie Arkadii”, wypadł kiepsko: Kai Meyer nie dość, że poruszył nadmiar tematów to na dodatek wrzucił bardzo młodych bohaterów do świata, który powinien wręcz kipieć od powagi. Na swoje szczęście „Arkadia płonie” wypada o wiele lepiej: w poprzednim tomie zbudował nam świat, a teraz po prostu pozwala nam się w nim dobrze bawić.
Skłamałabym mówiąc, że jest to powieść bezbłędna i genialna: to historia młodzieżowa, dlatego po prostu nie można oceniać jej przez pryzmat książek dla „dorosłych”. Ma swoje wady. Świat przedstawiony jest co najmniej naiwny: dwójka osiemnastolatków jako „capo” włoskiej mafii? To raczej niemożliwe, zwłaszcza, że zupełnie nikt nie chce ich na czele rodzin, a przy tym wszyscy dorośli w starciu z nimi przegrywają. Niemniej, jeśli przymknie się na to oko, dostajemy powieść młodzieżową, która naprawdę coś wnosi. To nie jest tylko prosty i głupiutki romansik.
„Arkadia płonie” zawiera w sobie pełnoprawną fabułę. To przez zagadkę, którą rozwiązujemy w kontynuacji tom pierwszy był tak napakowany informacjami: w tym świecie nic nie jest zbędne. Uważam, że zostało to wykonane nieco topornie, ale autor zdecydowanie przemyślał co i jak chce zrobić, czego w takich historiach zwykle brakuje. Jedyne, czego mi w niej zabrakło to większego zaskoczenia i zmiany toru akcji oraz jakiegoś przypadku, losowości. Gdy każdy element ma swoje miejsce w układance tracimy poczucie realizmu. W końcu życie to losowy zbiór sytuacji, prawda?
Sporą zaletą tomu drugiego był fakt, że romans został odsunięty na drugi plan. On tu jest, oczywiście, że tak: Rosa i Alessandro regularnie wyznają sobie miłość. Ale to część ich relacji, która nie kłóci się z całością historii i nie jest przesadzona.
Nie jestem i nie będę wielką fanką bohaterów: Rosa bywa dziecinna i postępuje głupio, czasem nie rozumiejąc najprostszych rzeczy, a Alessandro, jest dla mnie zbyt nijaki. Iole zaś to dorosły człowiek w ciele dziecka, który jest po prostu bardzo przerysowany. To jednak tylko moje osobiste odczucia: jak na powieść młodzieżową charaktery wykreowane są konkretnie. Mają swoje wady i zalety, nie są zupełnie papierowi, a to większości osób, do których kierowany jest ten cykl, powinno wystarczyć.
Sam wątek dotyczący zmiennokształtnych, który pojawia się w tej trylogii traktuje bardzo neutralnie: w gruncie rzeczy książka wypadłaby tak samo, albo i lepiej, gdyby autor zastąpił go czymś bardziej realistycznym. Dobrze wiem jednak, że właśnie to oraz nawiązania do mitologii greckiej mogą przyciągnąć wielu czytelników, dlatego po prostu przymykam na to oko.
Przez tak duży nacisk na zagadkę, którą główni bohaterowie muszą rozwiązać „Arkadia Płonie” to pełnoprawna powieść, która może wnieść coś do postrzegania świata przez młode osoby. Jeśli lubicie młodzieżówki polecam: bo niełatwo znaleźć historię kierowaną głównie do dziewczyn, w której nie dominowałby romans.

* * *

(...) Wiesz, ludzie kłamią, kiedy mówią, ze nic nie jest tak silne jak miłość. To jedno z największych i najpodlejszych kłamstw ma świecie. Miłość nie jest silna. Jest tak samo krucha, jak wszystko inne. I kiedy o nią nie dbamy, tłucze się jak szkło.

Fragment książki „Arkadia Płonie” autorstwa Kaia Meyera


wtorek, 24 października 2017

Czemu NIE warto czytać powieści realistycznej?

Fantastyka jest piękna. Naprawdę! To ona sprawia, że możemy wyzwolić się z pewnych ram i dać się wciągnąć w odmęty wyobraźni autora, poznając takie historie i takie pomysły na które w życiu byśmy nie wpadli. Gdyby nie to, nie miałaby na całym świecie aż tylu fanów, prawda? :) Przy okazji to, że ktoś pisze fantastykę wcale nie oznacza, że trzyma się jednego gatunku. Jest niezwykle różnorodna i gdyby się uprzeć, większość książek mogłaby mieć nawet swój indywidualny podgatunek. Ale nie do końca o tym chciałam Wam dziś napisać, choć jest to z tym powiązane.
Gdybym miała najogólniej podzielić fabularne historie (wyłączając literaturę faktu, bo to nieco inna bajka) podzieliłabym ją w bardzo prosty sposób: na literaturę realistyczną i fantastyczną. Od każdej z nich zaś szły by podobne do siebie strzałki: jedynie przy fantastyce to drzewko byłoby chyba bardziej rozbudowane. Jeśli lubicie romanse, znajdziecie jej odpowiedniki zarówno w formie fantasy, science-fiction jak i w formie powieści obyczajowej. Kryminał? Fantastyczny też się znajdzie. O powieściach przygodowych nie wspominając. Fantastyczny wór jest olbrzymi i właściwie pozwala czytać dosłownie wszystko. Dziś zaś pokaże Wam kilka przykładów na konkretach. Oczywiście nie dam rady tu zmieścić każdego gatunku, ale może akurat znajdziecie coś dla siebie.

Powieść przygodowa / powieść drogi
Zacznijmy od chyba najpopularniejszego w fantastyce gagatka. Realistyczna przygotówka ma znacznie więcej ograniczeń, niż fantastyczna, przy okazji tego typu historia pozwala na eksploracje świata, który często w tym pierwszym typie opowieści jest bardzo ograniczony, zaś w drugim może przejąć stery nad całą historią.
Jeśli więc lubicie zwykłe powieści przygodowe spokojnie możecie spróbować swoich sił sięgając po masę najróżniejszych powieści fantastycznych. Mamy tu sporo klasyków, na przykład C. S. Lewisa, albo J. R. R. Tolkiena, ale także bardziej współczesnych autorów. „Pan lodowego ogrodu” Grzędowicza czerpie garściami z powieści przygodowej. Podobnie Torsi, choćby w swoich „Kronikach Świata Wynurzonego”, albo nawet „Eragon”, czy science-fiction Pilipiuka: „Oko jelenia”. Każda z tych historii mniej, lub bardziej, ale jednak odwołuje się do powieści drogi.

Romans
W blogsferze naprawdę nie trudno znaleźć recenzje książek fantastycznych i romansów jednocześnie. Powiedziałabym, że to jeden z najbardziej lubianych przez recenzentki gatunków :) Wszystkie paranormal romance to przecież fantastyka, a ogromna ilość młodzieżówek, które niby maja się za dość poważne tak czy siak na tym się skupiają („Szklany tron”, „Czerwona królowa”, „Igrzyska Śmierci” etc.). Od „Zakazanego życzenia”, przez „Zmierzch”, „Wiecznych Wygnańców”, po „Studnię wstąpienia” - romansów w tej literaturze nie brakuje.

Powieść historyczna
Historycznej fantastyki nie brakuje. Właściwie jest jej od wyboru, do koloru: od książek, które zupełnie zmieniają historię i się nią bawią, jak na przykład cykl Inkwizytorski Jacka Piekary, po takie, w których fantastyka jest tylko małym dodatkiem („Korona Śniegu i Krwi” Cherezińskiej). Niektóre z historii są kompletnie absurdalne, jak na przykład „Oko jelenia” Pilipiuka, albo do historii tylko lekko nawiązują,  czerpiąc z niej, ale robiąc wszystko po swojemu (jak Grzędowicz w swoim opowiadaniu „Buran wieje z tamtej strony”). Choć może nie znajdziemy w takich książkach samych faktów historycznych to na pewno często książki tego typu odpowiadają na pytania „co by było gdyby”, a przecież nierzadko sobie je zadajemy, prawda?

Powieść obyczajowa
Z ręką na sercu muszę przyznać: najmniej widzę w fantastyce powieści obyczajowej. Nie dziwię się temu: ten gatunek pozwala na tak wiele, że szkoda go „marnować” na tak proste, przyziemne historie :) Nie oznacza to, że w ogóle nie znajdziemy w fantastyce historii, które można podpiąć pod ten gatunek. Z powieści obyczajowej sporo ma (moim zdaniem oczywiście) „Para w ruch” Pratchetta, która opowiada sobie po prostu o człowieku, który postanowił stworzyć kolej. Horrory na powieści obyczajowej bazują, zaś zwykłe życie uwielbia przedstawiać Le Guin: wiele z jej książek to zwykła opowieść o życiu jakiś tam ludzi w wymyślonym przez nią świecie.

Kryminał
Powieść kryminalna i fantastyka pasują do siebie jak ulał. Dzięki dodatkowi fantazji zwykle sztampowe, typowe historie mogą stać się czymś niepowtarzalnym. W końcu ilość schematów w kryminale jest dość mocno ograniczona, przynajmniej w moim odczuciu. Dobrym przykładem książki fantastycznej nawiązującej do tego gatunku jest „Grimm City” Ćwieka, które właściwie jest przede wszystkim kryminałem. Poza tym wspomniany już wcześniej cykl Inkwizytorski Piekary mocno czerpie z tego gatunku, podobnie jak „Dziewczyna z Dzielnicy Cudów” Jadowskiej. 
Niektóre historie nie czerpią aż tak mocno z kryminału, ale dalej mają jego podstawowy element: zagadkę do rozwiązania i „villana”, którego trzeba pokonać. Tu zgrabnie wpasowuje się młodzieżowa „Trylogia czasu” Gier, albo „Danina. Nowoczesna Baśń” Black.

Nie marudź, że fantastyka nie jest dla Ciebie!
Ten gatunek to tak olbrzymia ilość historii, pomysłów i spojrzeń na świat, że na pewno coś dla siebie znajdziesz. Jeśli jesteś jedną z osób, które się zraziły po jakiejś lekturze do tego gatunku wiedz, że prawdopodobnie po prostu od złej książki zacząłeś.  Często, gdy już się zacznie czytać książki z tego gatunku trudno wrócić do tych „zwykłych” bo one po prostu zdają się mniej oferować i człowiek ma wrażenie, że nie ma po co do nich wracać.

Nim jednak zaczniecie mnie bić i hejtować zrozumcie tylko, że sam tytuł posta to clickbait :D Nie nawołuje do nie czytania innych powieści, niż fantastyczne, broń Boże! W literaturze nie chodzi w końcu o to, by się ograniczać. Najzwyczajniej w świecie uważam, że ograniczanie siebie w jakimkolwiek kierunku i nie czytanie czegoś/nie oglądanie, bo „źle brzmi” i straszy na odległość jest równie głupie jak uznawanie fantastyki za jedyne źródło prawdy. Jeśli więc jesteś osobą, która czyta tylko powieści obyczajowe, tylko romanse, albo tylko kryminały... to może warto byłoby spróbować sięgnąć po ich fantastycznych bliźniaków w celu poszerzenia horyzontów? 

Jak zawsze, piszę głównie o książkach, bo w tym „siedzę” najbardziej. Ale tekst spokojnie możecie odnieść do gier, filmów, piosenek, czy czego tam sobie tylko chcecie :) W końcu dobre historie nie ograniczają się tylko do liteatury.

niedziela, 22 października 2017

Mongoliada. Tom 1: Wielkie nic

Nigdy nie interesowała mnie Mongolia. Serio. Czytając tę książkę pytałam wszystkich wokół mnie, czy na pewno takie państwo jeszcze istnieje i w sumie kim byli ci Mongołowie, popisując się przy tym niezwykłą inteligencją i wiedzą o świecie godną osoby, która pisała na maturze rozszerzoną geografię :D
W każdym razie książkę kupiłam za grosze i jeśli chcecie wiedzieć, jak się to dla mnie skończyło zapraszam do dalszej części tekstu!

Tytuł: Mongoliada. Tom 1
Tytuł serii: Mongoliada
Numer tomu: 1
Autor: Neal StephensonGreg BearMark TeppoErik BearJoseph BrasseyE.D. deBirminghamCooper Moo
Tłumaczenie: Robert Waliś
Liczba stron: 432
Gatunek: historyczno-przygodowa-fantasy
Wydanie: Mag, Warszawa 2014

1241 rok. By powstrzymać najazd Mongołów na Europę niewielkie Bractwo Tarczy obmyśla plan pokonania ich.
Są książki, które wywołują masę emocji. Są inne, które zmuszają do myślenia. I są takie jak tom pierwszy „Mongoliady” – całkowicie wyprane ze wszystkiego.
Pierwsze kilka chwil z tą książką było dość udane. Napisana jest w całości lekkim stylem i mimo wielu autorów, nie widać żadnych różnic, czy zgrzytów w tekście. Być może to efekt tłumaczenia, aczkolwiek w polskiej wersji całość prezentuje się dość jednolicie. Lekki styl jednak to nie wszystko, by książkę można było nazwać dobrą, czy ciekawą. Skupmy się jednak najpierw na zaletach „Mongoliady”.
Przede wszystkim temat sam w sobie jest ciekawy. Mongołowie, średniowiecze, wojownicy i ogromna ilość akcji oraz przygód: czego można chcieć więcej? To niemal doskonała baza do budowania historii.
Poza tym początkowo sam klimat „Mongoliady” wydawał mi się ciekawy. Niby mamy powieść historyczną, ale napisana jest w bardzo fantastycznej konwencji. Nie mamy tu dużej ilości dat, nazwy miejsc też nieczęsto się pojawiają. Jednocześnie nie jest to taka historia jak „Ballada o przystępach” Hybela, czy „Tajemnice królów” w których autorzy nie potrafili oddać ani grama klimatu zamierzchłych czasów.
No ale... na tym właściwie zalety się kończą.
Ciekawy zamysł: ale wykonanie „Mongoliady” już zbyt ciekawe nie jest. Nie interesują nas bohaterzy, nie interesuje nas ich historia. Coś cały czas się dzieje, ale czytelnik ma to po prostu gdzieś. Naprawdę niełatwo jest wsiąknąć w historię. Jedyna scena, która wydawała mi się nieco „głębsza” dotyczyła zabijania konia, ale poza tym kompletnie nic nie zostało mi w pamięci.
Naprawdę, nie mamy wewnątrz ani jednej interesującej postaci. Wszystkie były dla mnie zupełnie neutralne, mimo, że autorzy starali się jakoś sensownie kreować kilka z nich.
I co z tego, że klimat historii początkowo wydawał mi się fajny, skoro z czasem świat przedstawiony okazał się dość płaski i nieciekawy. Zamiast z fascynacją obserwować Bractwo Tarczy i poczynania Mongołów po jakiś 20-30 stronach marzyłam, by ta powieść po prostu się skończyła.
Jednocześnie kompletnie nic nie zapadło mi głębiej w pamięć. Ani żadna scenka, ani cytat, ani nawet klimat, czy świat. Nic nawet nie uderzyło mnie w ten negatywny sposób, bez jakieś rażące błędy. Wszytko sobie było. I tyle...
Nie wiem, czemu ta powieść nie wypaliła. Może to przez nadmiar autorów, którzy się za nią wzięli? Na „całe szczęście” wydawnictwo nie tłumaczyło i nie wydawało kolejnych tomów, także ze spokojnym sumieniem muszę stwierdzić, że szkoda na tą powieść czasu: nie dość, że nie jest interesująca, to jeśli ktoś nie zna języka angielskiego to nie ma szans na poznanie losu wszystkich bohaterów.

* * *

Powędrowała za nim w stronę budynków. Olbrzymi łucznik Raewulf podążał za nimi obojgiem, ściskając swoją cenną strzałę i wygładzając jej pierzysko, jakby była żywą istotą, która potrzebuje pocieszającego dotyku swojego pana.
Młody blondyn popatrzył oszołomiony na przechodzącą Cnan, po czym odwrócił się w stronę pozostałych. Roześmiali się, widząc jego zaskoczenie.
Rycerz, z którym ćwiczył walkę, nachylił się i wyciągnął zaciśniętą pięść ku jego kroczu.
– Mogłaby ci odciąć jaja – zakpił. – Niewielka strata!
Fragment „Mongoliady” wielu autorów


piątek, 20 października 2017

By dobrze wyjść na zdjęciu...

Hej! Dziś będzie zdjęciowo – postanowiłam, że podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami odnośnie tego, jak dobrze wychodzić na fotografiach. Często zdarza mi się robić portrety, dlatego widzę jakie pozy, albo makijaż dobrze się sprawdzają, a przy jakich mam ochotę „płakać” ;P  Może ten post nie zrobi z Was modeli, ale na pewno trochę w tym wszystkim pomoże.

Przy zdjęciach grupowych uważaj na strój!
Jeśli idziesz na sesje w grupie, albo wiesz, że będziesz mieć zdjęcie klasowe, czy rodzinne  naprawdę zwróć uwagę na kolorystykę swoich ubrań. Ostre kolory, zwłaszcza mocna czerwień, sprawią, że tylko Ty będziesz widoczny/a na fotografii. Pozostałe osoby zostaną usunięte w cień, bo ta barwa je po prostu przysłoni. Jeśli więc nie masz takiego zamiaru, unikaj tego.
Uważaj też na czerń: ten kolor jest po prostu najtrudniejszy do sfotografowania i zwłaszcza, jeśli chcesz mieć zdjęcia na jasnym tle może być problematyczny dla fotografa przy ustawianiu aparatu.

Nie wiem jak Wy, ale ja na tym zdjęciu widzę tylko te czerwone rajstopy...

Temat przewodni w zdjęciach grupowych
Jeśli wybierasz się na sesje w grupie spróbuj dogadać się z pozostałymi odnośnie stroju. Każda osoba w ubraniach z innej parafii będzie wyglądać po prostu nijak. Możecie wymyślić sobie motyw przewodni (np. w stylu western, albo pin-up), dobrać się kolorystycznie (np. wszystkie osoby na zielono, albo stroje na biało-czarno), albo po prostu ustalić rodzaj ubrania (elegancko, sportowo, dziewczęco etc.). Dzięki temu zdjęcia będą lepsze pod względem kompozycyjnym, a to jest naprawdę istotne.

Wszystkie mają na sobie jasne, pastelowe kolory: dzięki temu nie odcinają się od siebie.

Nie próbuj być sexi, jeśli nie potrafisz
Dziewczyny często próbują wyginać się w dziwne pozycje, chcąc wypaść jak najlepiej: wyginają się mocno w tył, albo przeciwnie, wypinają swoje cztery litery. Czasem przyjmują „kuse” pozycje, by skończyć z miną rodem z filmów pornograficznych. I robią tak, nie ważne, czy sesja ma opiewać seksapilem, czy nie. Po prostu wydaje im się, że to jest fajne.
I widzicie, drogie panie – często efekt zamierzony jest wręcz przeciwnie. Zamiast wyjść ładnie, elegancko, stylowo, czy zabawnie, takie pozy wypadają żałośnie. Nie próbujcie, a jeśli bardzo chcecie stańcie najpierw przed lustrem i sprawdźcie, czy wyglądacie korzystnie wtedy, gdy wydaje Wam się że tak jest ;) Odrobina treningu nikomu nie zaszkodzi!


Samo zdjęcie jest całkiem niezłe. Tylko czy mi się wydaje, czy pośladki modelki są zdecydowanie za duże i są jedynym punktem tego zdjęcia, na który się patrzy?

Wyprostuj ciało!
Garbienie się nie pomaga. Niestety, jeśli jesteście nieco zestresowane pierwszą w życiu sesją możecie próbować tak się „ratować”: a to właśnie sprawi, że wypadniecie bardzo nie korzystnie. Fotograf powinien to zauważyć i powiedzieć o tym modelowi, ale wiadomo – to tylko człowiek, może nie zwrócić na to uwagi. Dlatego zróbcie mu przysługę i nie garbcie się.
To zagadnienie odnosi się także do całego ciała. Nienaturalnie wyciągnięta szyja i przeciwnie, przyciągnięta do szyi nie wychodzi dobrze; podkulone ze stresu ręce także nie. Dlatego warto robić wszystko, by być w miarę rozluźnionym: wtedy ciało samo układa się prawidłowo.


Tak garbiącego się modela może widzieć fotograf


Co z rękami?
Przede wszystkim, za żadne skarby świata nie trzymajcie rąk przy ciele, luźno opuszczonych! To sprawia, że sylwetka wygląda zwykle koszmarnie. Poza tym jednak możecie robić z nimi właściwie wszystko. Położenie dłoni na talii podkreśli ją. Ręce w kieszeni? Jak chcesz zgrywać luzaka to czemu nie! A może wolisz skrzyżować je luźno na piersi? To też się sprawdzi.
Warto też mieć ze sobą jakiś gadżet, który weźmiecie do ręki. Inny aparat, telefon, puderniczka, książka, gazeta: takie rzeczy urozmaicają zdjęcia i sprawiają, że wyglądają naturalniej.


Talia kart jako gadżet to też często dobry pomysł.


widzicie, jak płasko wyszła jej twarz?
Nie patrz prosto na fotografa!
Zdjęcie robione idealnie od przodu spłaszcza twarz: dlatego lepiej ją lekko odwrócić i kątem oka spojrzeć na fotografa, albo po prostu zerknąć na coś po jego prawej, lub lewej stronie. To bardzo prosty trik, a naprawdę pomaga dobrze wyjść.
To samo tyczy się stania idealnie prosto do aparatu: jeśli stoicie, zwykle lepiej chociaż lekko się odwrócić.

Nie próbuj mówić
Gdy mówisz, mięśnie Twojej twarzy spinają się i sprawiają, że ta zwykle wygląda gorzej. Lepiej się uśmiechnąć, roześmiać, czy uchylić lekko usta. Pamiętajcie jednak, że nienaturalny banan na twarzy też nie będzie wyglądał dobrze: dlatego warto poćwiczyć mimikę wcześniej, przez lustrem.


Pilnuj nóg
Nie krzyżuj nóg, jeśli nie jest to w zamyśle zdjęcia. To zawsze sprawia, że zdjęcie krzyczy: „Niemiła! Niedostępna!”, a tego chyba nie chcemy? Przy okazji to zwykle krzywi nieco sylwetkę, która wygląda potem nienaturalnie.



Selfie rób... z góry
To tej zasadzie słyszał chyba każdy, ale wole jeszcze o niej wspomnieć. Zdjęcie robione lekko z góry sprawi, że twarz będzie bardziej „trójkątna”, mniej płaska – a takie po prostu lepiej wychodzą.



środa, 18 października 2017

Dwór Cierni i Róż: Przynajmniej da się czytać!

Gdyby nie konkurs u Charlotte prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po kolejną książkę Maas. Udało mi się jednak wygrać dwa tomy, więc mogłam się z nią zapoznać.
Lubię konkursy, wiecie? :D Dzięki nim czasem udaje mi się dorwać książki, po które inaczej bym w żadnym razie nie sięgnęła. Poza tym zdarzało mi się w ten sposób odkrywać małe perełki, jak było np. z „Prawem Mojżesza” Harmon.

Tytuł: Dwór cierni i róż
Tytuł serii: Dwór cierni i róż
Numer tomu: 1
Autor: Sarah J. Maas
Tłumaczenie: Jakub Radzimiński
Liczba stron: 524
Gatunek: romans, fantasy młodzieżowe
Wydanie: Uroboros, 2016

Gdy los odebrał rodzinie Feryi cały dobytek, dziewczyna musi sama utrzymywać swojego ojca i dwie starsze siostry. Nauczyła się polować, by mieli co jeść. Podczas srogiej zimy niełatwo jest jednak znaleźć odpowiednią ofiarę. Pewnego dnia przypadkiem zabija wilka, który okazuje się jednym z nieśmiertelnych Fae. W zamian za jego życia ma oddać własne i spędzić je na włościach Tamlina, księcia Dworu Wiosny.

Nie sądziłam, że autorka „Szklanego tronu” może napisać cokolwiek, co przypominałoby w miarę sensowną książkę. Naprawdę, nie sądziłam. A jednak: udało się. Choć „Dworu cierni i róż” nie nazwałabym lekturą dobrą to na tle innych młodzieżówek wypada po prostu przeciętnie, czego o debiucie tej pani zdecydowanie powiedzieć nie mogłam.
Jak na tłumaczoną z angielskiego młodzieżówkę fantasy przystało całość ma bardzo typowy, lekki styl. Przeczytanie pięciuset stron w jeden wolny dzień naprawdę nie stanowi problemu: tę książkę się pochłania. Tekst nie jest piękny, ale przez jego prostotę pochłania się go w błyskawicznym tempie. To zdecydowanie zaleta tego typu książek, zwłaszcza, jeśli sięgamy po nie tylko dla rozluźnienia i relaksu.
Przy okazji warsztat Maas w porównaniu do jej debiutu zdecydowanie uległ poprawie. Autora już wie, czym jej powieść ma być: w miarę porządnie i klarownie prowadzi fabułę. Nie próbuje nam na początku wmawiać, że dostaniemy książkę o wojowniczce, a potem skupia się na romansie. Przy okazji miałam wrażenie, że MIMO promowania jako romans właśnie tego było w tej powieści mniej, niż w „Szklanym tronie”. Ten wątek został ograny zdecydowanie subtelniej i delikatniej, mimo, że był głównym tematem powieści. Za to Maas zdecydowanie należą się brawa. Nie sądziłam, że ta pani może być do tego zdolna.
„Dwór cierni i róż” mocno nawiązuje do baśni. Z resztą, promowany jest jako nowa wersja „Pięknej i Bestii”, choć i nawiązań do „Kopciuszka” w niej nie brakuje. Jednak nie to zwróciło moją uwagę. Maas mocno czerpie z irlandzkiej mitologii, do której mam słabość przez „Daninę. Nowoczesną baśń” Black. Nie udało jej się jednak zrobić tego tak dobrze, jak zostało w tej właśnie powieści, jednej z moich ulubionych młodzieżówek, w której to mroczny klimat nadaje historii niezwykłego smaczku. Maas pisze zbyt lekko i zbyt zwyczajnie, by tej historii nadać odpowiedniego pazura.
Jak już jednak wspominałam, obiektywnie nie jest to powieść dobra, na co cierpi większość powieści młodzieżowych. Autorka dalej nie nauczyła się porządnie opisywać realiów: choć znów mamy świat kreowany na średniowieczny to coś takiego jak tapeta, albo puszka z farbą tu występuje i nikogo nie dziwi. Przy okazji jej przedstawienie świata mocno kuleje: opisy często są naciągane, brak w nich lekkości. Doskonale widać, w którym miejscu Maas na siłę chciała wcisnąć ekspozycję świata, tłumacząc nam, czemu coś wygląda tak, a nie inaczej.
Przy tym mimo prostej fabuły nie udaje się autorce sprawić, by wszystko grało pięknie i bez zarzutów. Rodzina Feyry to skończeni idioci, którzy w pseudo-średniowiecznych realiach już dawno powinni umrzeć. Poza tym samo porwanie jej z domu rodzinnego wypadło w moich oczach wręcz komicznie. Nagle do chaty wpada wielka bestia, rycząc: „MORDERCY! MORDERCY! KTO ZABIŁ MOJEGO KUMPLA MUSI ZGINĄĆ!”, by chwilę później głaskać główną bohaterkę po główce i być dla niej po prostu miłym. Tak wielki przeskok naprawdę nie wyglądał naturalnie.
Innych podobnych zdarzeń w historii nie brakuje, choć przyznaje: ten najbardziej zapadł mi w pamięć.  W porównaniu jednak do „Szklanego tronu” świat i tak wypada całkiem realistycznie.
Sami główni bohaterowie wypadają w moich oczach dość.... neutralnie. Ferya to głupia, zadziorna dziewucha, która zdaje się nic nie rozumieć i jest po prostu wredna. Przykład? Dostaje, co chce, a potem niszczy książki dobrodzieja, uznając, że skoro ten jest tak płytki, że daje jej i swojej służbie wszystko to nie zrobi mu to różnicy. No i gdzie tu dobra, miła dziewczynka, hm? W każdym razie, nie wyróżnia się jakoś szczególnie na tle innych bohaterek tego typu, dlatego udało mi się na nią przymknąć oko. Tamlina i dwóch pozostałych męskich bohaterów (którzy jako jedyni poza bohaterką mają jakkolwiek zbudowane charaktery) traktuje zupełnie neutralnie. Po prostu są, nie różniąc się szczególnie od siebie, poza tym, że jeden jest bardziej dobry, drugi bardziej nielubiący Feryi, a trzeci bardziej zły.
Nie, nie stanę się fanką Maas. „Dwór cierni i róż” to nie jest dobra książka. Ale raczej nie krzywdzi i sprawdza się jako czytadło, bo raczej nie ma w niej nic, co mogłoby szczególnie czytelnika zirytować. Fani powieści dla młodzieży pewnie poczują się bardziej usatysfakcjonowani ode mnie: dla mnie to jest po prostu za mało.

* * *

– Słucham? – zapytałam wyrwana z zamyślenia.
– Czy Ci się podoba? – spytał ponownie, nie przestając się uśmiechać. 
Odetchnęłam i rozejrzałam się wkoło.
– Tak.
Zachichotał.
– To wszystko? Zwykłe "tak"?
– Czy mam paść ci do stóp, książę, i dziękować uniżenie za przywiezienie mnie tutaj?
– Ach, suriel nie powiedział ci nic ważnego, prawda?
Jego uśmiech obudził we mnie uśpioną dotąd śmiałość.
- Powiedział też, że lubisz być szczotkowany, a jeśli będę sprytna, to wytresuję cię, karmiąc smakołykami.
Tamlin odchylił głowę do tyłu i wybuchnął głośnym śmiechem. Wbrew sobie również się lekko roześmałam.
- Niech skonam! - zawołał siedzący za mną Lucien. - Feyro, ty zażartowałaś.

Fragment „Dworu cierni i róż” Sarah J. Maas

poniedziałek, 16 października 2017

„Nowości” w kosmetyczce

Czasem mam ochotę przemycić na DM trochę kobiecych treści i... dziś jest ten dzień! Niezainteresowanych tematem żegnam i zapraszam niedługo: nie zmieniam tematyki bloga, spokojnie :D Tym razem chce Wam przedstawić „kolorowe” kosmetyki, które w ostatnim czasie przetestowałam.

Cienie marki Inglot
Na sam początek: moja własna paletka cieni z Inglota. Długo się na nie czaiłam i w końcu zakupiłam. Nie jest to najtańsza sprawa: jeden cień to 15zł, ta konkretna paleta - 16zł, więc w sumie zapłaciłam 76zł, ale... było warto. Postanowiłam postawić na maty (wiecznie mi ich brakuje), a że o czerwieni marzyłam od dawna, zrobiłam sobie zestawienie, które przyda mi się zawsze: beż i brąz do bardzo dziennego makijażu i właśnie czerwień oraz pomarańcz, które pięknie razem wyglądają. Niestety, konkretnych numerków nie jestem w stanie Wam podać (musiałabym wyjmować je z paletki, a nie chce ich uszkodzic).
W każdym razie cienie są naprawdę dobrej jakości. Pięknie się rozcierają, długo utrzymują i nie blakną. Jasny cień doskonale sprawdza się zarówno jako baza, jak i jako coś, co idzie na całą powiekę: można stopniować jego krycie i po prostu potrafi ładnie pokryć cały kolor powieki.
Sama paletka też jest bardzo fajna. Magnetyczna, naprawdę porządnie wykonana, właściwie nie do zdarcia. Mam nadzieję, że posłuży mi dłuuugo i następnym razem po prostu wymienię sobie wkłady.  Jestem z tych cieni naprawdę bardzo zadowolona i każdy z nich uwielbiam.

Sensique Rainbow Highlighter Powder
To, że ta tęcza znalazła się w moim domu to wina serca, nie rozumu. Kupiłam go na jakiejś promocji za 8zł, a hej – to jest tęcza, jak mogłabym jej nie mieć? Jako rozświetlacz sprawdza się. Nie ma zbyt mocnego pigmentu, daje ładną, dość mocną tafle. Ale... raczej nada się do chłodnych typów urody. Zwłaszcza jego dolna część (niebieski-zieleń-fiolet) daje właściwie biały blask.
Muszę stwierdzić, że jest bardzo, bardzo trwały – z tym naprawdę nie ma problemu! Zdarzyło się, że zaczynając dzień o 7:00, spędzając go dość aktywnie o godzinie 18:00-19:00 słyszałam pytanie, co białego mam na policzku. Cóż... to był właśnie on i fakt, że na mojej raczej ciepłej karnacji po prostu się odcina :D Niemniej, lubimy się.

 Makrell Cosmetisc Matująca baza pod makijaż
Moja pierwsza baza pod podkład. Gdy używałam na przemian pudru z Paese (o nim pisałam TUTAJ) i pudru z Wibo (a o nim za chwile) widziałam wyraźną różnicę: jeśli nie użyłam bazy, przy tym drugim bardzo szybko zaczynałam się świecić. Jeśli użyłam, buzia wyglądała mniej więcej tak, jak przy użyciu pudru z Paese. Z czasem jednak przestałam dostrzegać tak jej działanie i nie wiem, czy kupię ją ponownie, ale nie widzę jej większych wad.  Wprawdzie opakowanie jest naprawdę malutkie, ale baza ma fajny aplikator z pipetką i wydaje się dość wydajna. Kosztuje ok. 22zł.


 Wibo Fixing Powder
Kupiłam go do testów. Jak widać po zdjęciu: opakowanie nie wygląda już najlepiej. To dość tani plastik i cóż... po prostu mocno się zużywa, zwłaszcza przy podróży w kosmetyczce.
Jestem do niego nastawiona dość neutralnie. Wydaje mi się, że to po prostu nie jest produkt dla mnie: muszę go sporo zużyć, by dał mi taki efekt, jaki chcę, jednocześnie nie trzyma matu tak długo, jakbym sobie tego życzyła. Niemniej, osoby, które szukają niedrogiego pudru sypkiego na co dzień i mają normalną/suchą cerę nie powinny na niego jakoś szczególnie narzekać.
Kosztuje ok. 10zł.


 Hebe Professional E05 Pędzel do rozcierania granic między cieniami
Wcześniej nie miałam takiego kształtu pędzelka w mojej kosmetyczce. Teraz mam i... uwielbiam. Na pewno kupię sobie więcej podobnych :) Ten konkretny to koszt 13zł,  czyli nie wiele, a jego jakość jest naprawdę w porządku. Wykonany z syntetycznego włosa, nie gubi go, jest stosunkowo miękki. Wprawdzie nie wygląda nadzwyczaj wyjątkowo, ale miło się go trzyma w ręce i obecnie nie wyobrażam sobie bez niego makijażu oka.


Pędzle do makijażu z Killys
Te dwa pędzle to kompletna masakra.
Nie mają numerków – to po prostu pędzel do podkładu i do blendowania cieni.
Obydwa maja jedną, dużą zaletę: profilowaną rączkę, dzięki której wspaniale się je trzyma. Ale poza tym... meh, szkoda słów.
Pędzel do podkładu rozciera go, zostawiając smugi: i tak muszę potem wklepać produkt rękami. Po prostu nie robi tego, co ma. Kosztuje 25zł. Nie warto.
Ten drugi, do blendowania, ma tak ostrą końcówkę, że muszę uważać, by nie zrobić sobie krzywdy. Nie nadaje się do górnej powieki, używam go tylko do rozcierania dolnej i to tylko wtedy, jeśli nie mam nic innego pod ręką. Kosztuje 15zł i... jak z pędzlem do podkładu – naprawdę szkoda na niego wydawać pieniążków.



Któryś z tych produktów znacie? Lubicie? A może nie?
Do przeczytania wkrótce, w już mniej kobiecym wpisie :D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony