wtorek, 30 kwietnia 2019

Vaiana (2016): Tam, gdzie pragnie być


Vaiana jest córką wodza. Kocha swoją wyspę i swój lud jednak czuje, że serce wzywa ją do czegoś innego. Gdy zgodnie z legendami jej dom zaczyna obumierać wyrusza w podróż, aby pomóc swoim ludziom.

Już od dłuższego czasu filmy Disney’a nie są pierwszą rzeczą, o której myślę, gdy chcę coś obejrzeć. Po czasie zwykle jednak oglądam ich produkcje. „Vaianę: Skarb oceanu” obejrzałam pod wpływem impulsu: muzykę do tej animacji tworzył między innymi Lin-Manuel Miranda i z powodu „fazy” na jego twórczość zabrałam się i za historię Vaiany/Moany.
„Vaiana: Skarb oceanu”
ang. „Moana”
reż. Ron Clements, John Musker
film animownay, przygodowy
W przypadku tej historii sprawę trzeba postawić jasno: to jest typowa produkcja Disney’a z księżniczką w roli głównej. Wprawdzie Vaiana nie jest dziewczęciem z pierwszej „generacji” tego typu filmów, przez co jest pewna siebie, walczy o swoje i bierze sprawy we własne ręce, ale w dalszym ciągu jej historia jest bardzo prosta i właściwie przewidywalna. Wydaje mi się jednak, że w tym tkwi moc takich filmów: to sprawdzona formuła, po której wiemy czego się spodziewać, ale jednocześnie praktycznie zawsze tego typu historie Disney’a trzymają stosunkowo wysoki poziom.
Zwłaszcza, że Vaiana jest absolutnie sympatyczną postacią. To nie jest typowa „głupia nastolatka”, która gna przed siebie, bo MARZENIA i MAGIA i MIŁOŚĆ, nie zwracając uwagi na otaczających ją ludzi. Przeciwnie: to bohaterka, która kocha swój lud. Chce być dla niej jak najlepsza, stara się jak może. Próbuje zgasić swoje pragnienia, jednak gdy widzi, że te są zgodne z tym, co jest najlepsze dla jej społeczności po prostu za nimi podąża. Jej kompan, Maui, to też przyjemna postać. Ma w sobie sporo uroku i wydaje mi się, że po prostu nie można go nie lubić.
Do tej pary bohaterów Disney musiał oczywiście dodać jakieś śmieszne zwierzątko: to stały element takich filmów i po prostu nie mogło tu takowego zabraknąć. Tym razem w ramach komediowego elementu dostajemy absolutnie głupiego koguta, który przez to, jak bardzo absurdalne są jego wybryki wręcz wymusza pojawienie się uśmiechu na twarzy.
Jak już wspominałam, konstrukcja tej animacji jest bardzo prosta. Nasza bohaterka musi po prostu dotrzeć do określonego miejsca, a w trakcie podróży pokonać różnorakie kłody, które los rzuca jej pod nogi. To, w połączeniu z dobrym rytmem całej historii naprawdę dobrze się sprawdza i osobiście nie miałabym nic przeciwko, by obejrzeć więcej tego typu filmów.
Nie oszukujmy się: jeśli miałabym wybrać mój ulubiony film Disney’a ostatnich lat na pewno nie byłaby to „Vaiana”. Nie zmienia to faktu, że ta animacja jest po prostu niezwykle miła w odbiorze, zwłaszcza, że wygląda absolutnie fenomenalnie.

sobota, 27 kwietnia 2019

Cena szczęścia: Powieść pozbawiona warstwy fabularnej?


Ruchliwa, kanadyjska ulica. Samantha August, pisarka fantastyki naukowej, zostaje porwana przez UFO. Gdy się budzi na pokładzie statku kosmicznego, dowiaduje się, że pozaziemska cywilizacja planuje wspomóc ziemski ekosystem, nawet jeśli będzie oznaczało to usunięcie rodzaju ludzkiego. Ona sama ma być zaś pośrednikiem między kosmicznymi siłami, a Ziemią.


Tytuł: Cena szczęścia
Autor: Steven Erikson
Tłumaczenie: Dariusz Kopociński
Liczba stron: 554
Gatunek: fantastyka naukowa
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2019

Co musi zawierać powieść, aby w jakikolwiek sposób zadziałała? Przede wszystkim – jakiś problem. Główny motyw przewodni, do którego rozwiązania będą dążyć bohaterowie. Może to być przeżycie w trudnych sytuacjach, może to być zdobycie miłości, uratowanie kogoś, realizacja jakichkolwiek pragnień. To jednak jest kluczem: powieść bez historii praktycznie nie istnieje. Steven Erikson w swojej „Cenie szczęścia” chyba jednak kompletnie o tym zapomniał… mimo że wcale nie jest początkującym pisarzyną, a osobą, która ma na swoim koncie już naprawdę wiele dzieł.
Początkowo byłam do tej powieści nastawiona naprawdę pozytywnie. Czytało się ją bardzo przyjemnie: styl Eriksona jest „akurat”. Wystarczająco ciężki, by nie być infantylnym, ale na tyle lekki, by dało się przez całość bez problemu przebrnąć. Ponadto same pierwsze sceny powieści wypadają naprawdę dobrze. Dostajemy całkiem ciekawie opisane porwanie Samanthy August, naszej głównej bohaterki, a następnie obserwujemy jej pierwszy kontakt ze sztuczną inteligencją, wykreowaną przez pozaziemską cywilizacje. Jej wymiana zdań z Adamem (bo tak się ta SI nazywa), jej spostrzeżenia i budująca się powoli relacja tych postaci zapowiadała naprawdę przyjemną lekturę.
Prędko jednak okazało się, że… „Cena szczęścia” nie oferuje absolutnie nic poza tę konkretną relacje, która z czasem i tak robi się coraz to nudniejsza, bo do niczego szczególnego nie prowadzi. Erikson w swojej powieści spróbował odwrócić tropy. Zamiast zrzucić na Ziemię groźnych, agresywnych kosmitów, zaprezentował pokojowo nastawione istoty, które chcą nam tylko pomóc. Naprawić ekosystem, zabrać głód i choroby, oduczyć nas agresji…
To niestety był tylko pozornie dobry pomysł. Ludzkość przedstawiona w „Cenie szczęścia” nie ma absolutnie żadnych szans w starciu z pozaziemskimi siłami. Poza tym nie ma też szczególnego interesu: co prawda wokół panuje chwilowy chaos, ale poza tym skoro nie ma głodu, nie ma zanieczyszczonej Ziemi, nie ma wojen… to właściwie nie trzeba absolutnie niczego zmieniać. Przez 550 stron powieści obserwujemy więc ciągniętą na siłę „dramę” tworzoną przez władców i możnych naszego świata, która jednak nie ma szczególnego punktu kulminacyjnego. Ponadto poza Samanthą nie dostajemy tu żadnego mocnego bohatera, skacząc pomiędzy innymi postaciami, których dialogi i dziania są właściwie zupełnie puste, gdy już zrozumiemy, do czego to wszystko dąży.
Śmiem więc twierdzić, że to odwrócenie tropów w „Cenie szczęścia” w żadnym razie nie wyszło. Erikson może miał ciekawy pomysł na opowiadanie, ale na pewno nie na aż tak długą powieść. Miał też dwójkę całkiem ciekawych bohaterów – bo Samantha i Adam naprawdę sympatycznie ze sobą współgrają – ale zmarnował ich potencjał, wrzucając ich do książki kompletnie pozbawionej treści.
Cóż jeszcze mogę dodać? Na pewno warto wspomnieć, że „Cena szczęścia” wydaje się też pomnikiem zbudowanym dla kanadyjskich pisarzy fantastyki naukowej. Erikson bezustannie wspomina o swoich kolegach po fachu, próbując fabularnie robić z nich speców od pozaziemskiej inteligencji i wręcz wychwalając swój lokalny fandom. Nie mam raczej nic przeciwko, choć jednocześnie… szkoda, że swoim przyjaciołom powierzył role w tak nijakiej powieści.
„Cena szczęścia” może zadziałałaby jako opowiadanie; jako powieść nie działa wcale, mimo że raczej nie jest w całości trudna do przyswojenia. Być może komuś, kto nie miał wcześniej styczności z takim odwracaniem tropów, ten koncept sam w sobie po prostu się spodoba. Być może stanie się wystarczającym powodem, aby tą książką się zainteresować i nawet ją polubić. Ja sama chyba mam już na swoim koncie za dużo fantastyki naukowej, aby się tą powieścią zachwycać. Mimo wszystko – taką zabawę motywami już widziałam i to w lepszym wykonaniu, więc podziękuję za taką powtórkę z rozrywki.

* * *

Nie lubimy słuchać przykrych rzeczy, zwłaszcza gdy dotyczą nas samych - to całkiem normalne i tu się z wami zgodzę. Przy czym powszechny wstyd to nie to samo co powszechna radość. Przede wszystkim przezywa się go w ciszy. Bez okrzyków, bez poczucia więzi. Bo wstyd jest czymś, z czym wracasz do domu. Żeby spędzić z nim noc w samotności o poważnie przyjrzeć się sobie w lustrze. Jest bruzdą na wodzie, która napełnia się oczyszczającym żalem. Obyśmy otworzyli oczy z nastaniem świtu mądrzejsi o nowe doświadczenie.
Fragment „Ceny szczęścia” Stevena Eriksona


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i Sk-a!



środa, 24 kwietnia 2019

Wiedźma: Pozornie urban fantasy, w praktyce - romans


Obłożona klątwą Jasna budzi się po kilkuset latach letargu. Nic nie jest już takie, jak pamiętała. Przypadkiem trafia na Ninę i Dawida – młodych ludzi, którym udało się uciec śmierci. We trójkę próbują ściągnąć ciążącą na Jasnej klątwę, aby uwolnić jej niezwykłą moc i zrealizować swoje własne cele.

Tytuł: Wiedźma
Tytuł serii: Opowieści z Wieloświata
Numer tomu: 1
Autor: Anna Sokalska
Liczba stron: 412
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: Lira, Warszawa 2019
Anna Sokalska ma za sobą już kilka książek, jednak jeśli dobrze się zorientowałam, „Wiedźma” jest jej pierwszym dziełem, wydanym przez klasyczne wydawnictwo. Klasyczne, czyli takie, które nie działa na zasadzie vanity (autor płaci za wydanie książki) bądź też nie należy do samego twórcy. Wydawać by się mogło jednak, że osoba, która pracowała już z tekstem będzie miała w miarę wyćwiczony warsztat. Niestety – absolutnie mija się to z prawdą.
„Wiedźma” to pokaz braku szczególnych umiejętności literackich. Pozornie dobrze napisana (bo wielkich błędów językowych tu się nie uświadczy) naprawdę jest dziełem kiepskim warsztatowo. Zacznijmy może od stylizacji językowej, bo to ona jako pierwsza rzuca się w oczy, jako że Sokolska na pierwszych stronach książki wrzuca nas do XVII wieku. Ta wyraźnie kuleje: w oczach autorki „średniowieczny” język to zmiana szyku zdań i wrzucenie kilku „dawnobrzmiących” słów. Jej słowa zdecydowanie nie tworzą odpowiedniego klimatu. Co gorsza, w następnej części książki wracamy do współczesności, w której Sokolskiej czasem zdarza się tak czy siak wrzucić w narracji jakieś niekoniecznie używane aktualnie słowo, co też wypada dość karykaturalnie.
Drugim aspektem, przez który moim zdaniem warsztat Sokalskiej nie jest najlepszy, jest sam sposób prowadzenia historii. Autorka zamiast pokazywać nam bohaterów i wydarzenia, opowiada je. Powieść w dużej mierze przypomina streszczenie, w którym twórczyni mówi nam o tym, jak bohaterzy posprzątali, zjedli, porozmawiali, podjęli decyzje i poszli spać. Gdy autor wybiera takie rozwiązanie osobiście mam wrażenie, że śpieszy się, jakby zapomniał, że pisze powieść, nie krótkie opowiadanie. I to naprawdę nie świadczy o nim najlepiej.
Mimo powyższych kwestii, „Wiedźma” nie jest książką trudną. Przyswaja się ją łatwo, dzięki czemu można ją prędko pochłonąć. Czy jednak warto? Nie do końca. Warstwa fabularna tej historii też nie jest szczególnie wybitna. Mam wrażenie, że Sokalskiej daleko do fantasty z krwi i kości. Pod przykrywką magii, klątw i innych takich, autorka ostatecznie skupia się dość mocno na historii miłosnej między dziewczyną z gminu, a wielką gwiazdą. Próbuje też opowiedzieć trochę o problemach młodych ludzi w dzisiejszym świecie, ale to w połączeniu z niekoniecznie ciekawym i dobrze skonstruowanym fantastycznym uniwersum daje raczej nieszczególnie ciekawy efekt. Jednocześnie jednak przy tak niskim poziomie warsztatowym „Wiedźmy” nie potrafię być na tę książkę szczególnie zła. Pod kątem fabularnym to po prostu przeciętna młodzieżówka, która na mnie osobiście nie zrobiła zbyt pozytywnego wrażenia.
Powoli kończąc, chcę pochwalić autorkę za jedną rzecz: za domknięcie historii. Chociaż „Wiedźma” jest początkiem serii to jeśli dobrze rozumiem zamysł, jest odrębną opowieścią, która nie będzie ciągnęła się przez kilkanaście kolejnych tomów. Kolejne części, choć osadzone w tym samym świecie, nie będą jej kontynuacją.
Nie chcę twierdzić, że „Wiedźma” Sokalskiej nie znajdzie sobie czytelnika, który byłby zadowolony z lektury. Obserwując opinię, wiem, że dość duża grupa osób tę historię polubiła i wierze, że młody albo niewymagający czytelnik odnajdzie się w tym świecie. Odradzam jednak lekturę tym, którzy szukają porządnego i dobrze napisanego urban fantasy, bo w „Wiedźmie” po prostu tego nie znajdziecie.

* * *

Nie żegnając się i nie porzucając materialnej postaci, ruszył dalej w swoją stronę, ale już kilkadziesiąt kroków dalej zaczepił go chłopak z plikiem broszurek.
– Praca to nie wszystko! – zaczął, ze współczuciem spoglądając na garnitur Szaraka, latem wyglądający jak narzędzie tortur. – Bóg ma dla ciebie plan!
 – Wiem. Właśnie czekam na nowy grafik – odparł Szarak ze stoickim spokojem.
Fragment „Wiedźmy” Anny Sokalskiej



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl


niedziela, 21 kwietnia 2019

Venom (2018): Problemy produkcyjne odbijają się na filmie


Eddie Brock (Tom Hardy) jest dziennikarzem śledczym. Gdy traci prace, pogrąża się w rozpaczy. Do czasu, aż kontaktuje się z nim dr Dora Skirth (Jenny Slate) prosząc go o pomoc: w laboratorium przeprowadzane są nielegalne badania na ludziach. Przypadkiem Brocka atakuje pasożyt, który przejmuje nad nim kontrolę.



„Venom” (2018)
reż. Ruben Fleisher
film akcji, science-fiction
Filmy okołosuperbohaterskie obecnie królują w kinach i nie ma się co temu dziwić. Dostarczają rozgrywki, dostarczają ciekawych bohaterów i pole do popisu dla twórców. Większość z nich trzyma też pewien poziom, będąc przynajmniej porządnie zrobionym i wysokobudżetowym kinem. Niestety, o „Venomie” trudno to powiedzieć. To film, który już w trakcie produkcji miał olbrzymie problemy i nie można się chyba dziwić, że odbiło się to na efekcie końcowym.
Dla mnie „Venom” okazał się czymś piekielnie nudnym, ale z przyjemnym głównym bohaterem, czy raczej bohaterami. To jeden z tych filmów, w których sceny z Tomem Hardym na ekranie wypadały przyjemnie i często zabawnie, jednak wszystkie te, na których go brakowało po prostu wiały nudą i to naprawdę trudno inaczej nazwać.
Przede wszystkim tę historię widzieliśmy już wiele, wiele razy: „Venom” nie tylko nie zaskakuje pod kątem fabularnym, ale też przy okazji wypada o wiele gorzej, niż inne dzieła tego typu. Często mocno zmienia ton. Raz jest mrocznym horrorem, by już po chwili próbować żartować. W jednej chwili obserwujemy torturowanych ludzi, a w drugiej Brocka wskakującego do akwarium w restauracji.
Takie połączenia w tym przypadku naprawdę ze sobą nie współgrają. Choć niektóre z tych scen oddzielnie wyglądają nieźle to w całości dają nam coś nudnego i dłużącego się… tak długo, jak na scenie nie pojawia się tytułowy Venom.
Już dawno nie oglądałam filmu, na którym tak bardzo czekałabym, aż główne postacie (obydwie oczywiście w roli Toma Hardy’ego) będą się odzywać. Naprawdę: to relacja Brocka z symbiontem i ich przekomarzanie się jest czymś, co sprawia, że ten film da się oglądać. Gdyby nie to, „Venom” byłby bardzo nieprzyjemny, a w takiej sytuacji mimo wszystko potrafił choć trochę rozbawić i dostarczyć choćby odrobiny rozrywki.
Nie zmienia to faktu, że to dalej nie jest najlepszy film z postaciami Marvela. Chociaż motyw symbiontu daje naprawdę ogromne możliwości dla twórców, którzy mogli stworzyć i coś zabawnego, i horror, i film z motywami gore to te opcje po prostu nie zostały w tym przypadku wykorzystane… a szkoda, bo mając takiego aktora w roli głównej każda z tych możliwości miałaby szansę bardzo dobrze się sprawdzić.
Cóż, „Venom” to nie jest film, który polecałabym w pierwszej kolejności; zdecydowanie lepiej spędzić czas sięgając po jakikolwiek film z MCU. Niemniej, to da się oglądać i da się polubić głównego bohatera, więc jeśli macie wszystkie inne superbohaterskie produkcje za sobą to i tę można sprawdzić. Ja sama pewnie obejrzę kontynuację: jestem ciekawa, czy bez tak wielkich problemów produkcyjnych Sony następnym razem pokaże coś, co poza przyjemnym głównym bohaterem będzie miało do zaoferowania też sensowniejszą historię.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Zasady chowu i hodowli psów rasowych: Poradnik polecany przez ZKwP


Jesteś miłośnikiem psów i planujesz zacząć je hodować… ale nie wiesz od czego zacząć? A może po prostu planujesz zakup psa rasowego? Jeśli tak, to książka dla Ciebie.

Tytuł: Zasady chowu i hodowli psów rasowych
Autor: Marian Szymankiewicz
Liczba stron: 173
Gatunek: poradnik
Wydanie: Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, 1993
W moim poszukiwaniu ciekawych książek o psach, trafiłam na „Zasady chowu i hodowli psów rasowych”. To kolejny poradnik kynologiczny wydany w latach 90., który trafił w moje ręce i chyba jedyny, który posiada komentarz od Genowefy Ratajczak, ówczesnej prezes Związku Kynologicznego w Polsce. Dzięki temu możemy być pewni, że to, co znajduje się wewnątrz jest przynajmniej w dużej mierze zgodne z tym, co w tamtym czasie ta największa w naszym kraju organizacja kynologiczna wyznawała.
Muszę jednak przyznać, że… ta książka nie koniecznie różni się od tych innych, podobnych tytułów, które wpadły mi w ręce. Nie potrafię nawet znaleźć jakiejś konkretnej rzeczy, która wyróżnia ją na tle innych. Tytuł zapowiada wprawdzie konkretne informacje kierowane do profesjonalistów, ale tak naprawdę to po prostu kolejny poradnik, który skupia się na tym, jak kupić psa, skąd wziąć psa, jak się nim zajmować, jak go szkolić itd.
Mamy oczywiście tematy poświęcone rozmnażaniu psa i wystawom, ale szczerze przyznam, że obydwie te kwestie także są standardem poruszanym w takich książkach, o ile skupiają się na psach rasowych. W związku z tym tak naprawdę nie widzę tu nic, co byłoby w jakikolwiek sposób wyróżniające tę książkę.
Jak jednak ten tytuł wypada pod względem merytorycznym? W dalszym ciągu: poprawnie, ale nie w żadnym stopniu ponadprzeciętnie. Porady, które w niej znalazłam, nie odbiegają od tych, które czytałam w pozostałych poradnikach z lat 80. i 90. Tak jak i w tamtych, tak i w tym dostajemy informacje o tym, że najlepsze posłanie dla psa zrobimy w domu z drewna, że psy należy podawać konkretne rodzaje mięs, zbóż i warzyw (bo w tamtym okresie suche karmy nie były tak łatwo dostępne). Że kojec to nie klatka, a buda ma być dopasowana do rozmiaru psów. Gdyby te książki były wydawane dzisiaj, jestem prawie pewna, że przynajmniej na okładce byłaby dodatkowa informacja: „DIY – ciekawe instrukcje!!!”. W końcu wtedy wiele rzeczy dla psów trzeba było faktycznie robić własnoręcznie.
Przy tym wszystkim to chyba jedna z ciekawiej wydanych starszych psich książek, po jaką sięgnęłam. Wewnątrz, na śliskim papierze, znajdziemy zdjęcia konkretnych ras. To miła odmiana po czarno-białych fotografiach drukowanych na zwykłym, książkowym papierze.
„Zasady chowu i hodowli psów rasowych” to książka naprawdę bezpieczna. Podążając za poradami Szymankiewicza czasem pójdziemy dłuższą drogą, ale psu raczej nie stanie się krzywda. Niemniej, to jednak jest już nieco przestarzała książka i mimo wszystko sama traktuje ją jako ciekawostkę, a nie idealnie źródło wiedzy o aktualnym stanie kynologii.



poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Ta trzcina żyje: Korea na przełomie wieków



Ród Kim jest jednym z najbardziej szanowanych i poważanych w Korei. Li-han to doradca królowej i artysta, wiodący szczęśliwe, rodzinne życie. Jego kraj czekają jednak wielkie zmiany, które wpłyną na los całego narodu.

Tytuł: Ta trzcina żyje
Autor: Pearl S. Buck
Tłumaczenie: Jędrzej Burakiewicz, Jędrzej Polak
Liczba stron: 550
Gatunek: powieść historyczna
Wydanie: Muza, Warszawa 2010
Pearl S. Buck jest noblistką, która uwiodła mnie swoją twórczością już dawno temu i zawsze, gdy widzę jej książki w okazyjnych cenach, dołączam je do mojego zamówienia. „Ta trzcina żyje” to już moje siódme spotkanie z tą autorką. Jednocześnie to pierwsza jej książka, którą poznałam i której akcja rozgrywa się w Korei.
Dobrze wiem, że Buck to specjalistka od Chin: to w tym kraju się wychowywała i to w tym kraju przez lata mieszkała. W swojej twórczości nie unikała jednak podróży do innych azjatyckich państw. „Ukryty kwiat” przeniósł nas do Japonii, tym razem z Buck wybrałam się do Korei. Trudno mi jednak powiedzieć, czy autorka faktycznie jest specjalistą w tej dziedzinie: sama na kulturze wschodnich państw po prostu się nie znam.
Nie zmienia to faktu, że „Ta trzcina żyje” przedstawia ogromną ilość koreańskich zwyczajó. To książka, w której fabuła jest tak naprawdę tłem dla opisów tego jak żyło się w tamtym państwie na przełomie XVIII i XIX wieku. A że Buck ma naprawdę ładne pióro to wszystko bardzo dobrze się czyta.
Muszę jednak przyznać, że to chyba książka jej autorstwa, którą czytało mi się najgorzej. Początkowo byłam przekonana, że głównymi bohaterami będą osoby z rodu aktualnie rządzącym Koreą Północną, ale okazało się, że nie: ta rodzina Kim to po prostu szlachetna, ale jedna z wielu rodzin, wykreowana tylko na potrzeby książki.
To samo w sobie nie jest wadą. Mój problem z tą książką polegał na tym, że tak naprawdę dostajemy od autorki sagę rodzinną, która choć obraca się wokół jednej postaci, tak naprawdę nie jest jakąś konkretną historią. To znaczy, oczywiście sam temat książki jest jasny (zmiany w polityce i gospodarce Korei, starcia pomiędzy pokoleniami itd.), ale nie mamy tu jednej, konkretnej tajemnicy, czy problemu, który musi rozwiązać bohater. A przynajmniej w tej chwili ja sama takie powieści preferuje.
Jest to wprawdzie moja bardzo osobista kwestia, mój prywatny gust, ale nie zmienia to faktu, że to chyba pierwsza książka Buck przy której potrafiłam szczerze się nudzić, mimo że wcale tego nie chciałam. Naprawdę szanuję tę pisarkę i wolałbym pisać o niej w samych superlatywach.
Mim wszystko, to dalej bardzo typowa książka tej pani. Buck nie wchodzi z butami w życie bohaterów, pokazuje je jakby z pewnej odległości. Skupia się raczej na zwyczajach i problemach społecznych, a nie na samych bohaterach. Ma w sobie przy tym sporo takiej „prawdziwej kobiecości” – pozbawionej naiwności, jednocześnie łagodnej, wyrozumiałej i stanowczej.
Buck polecałam i będę polecać: to autorka, która przedstawia kraje Azji, jednocześnie robiąc to w sposób zrozumiały dla zachodniego czytelnika.  Co prawda „Ta trzcina żyje” nie będzie wśród moich ulubionych książek tej autorki, ale nie wątpię, że znajdzie niejedną osobę, która pokocha tę książkę. Polecam szczególnie tym, którzy lubią właśnie sagi rodzinne i jednocześnie mieliby ochotę poznać Korę w literacki sposób.


* * *

(…) Podszedł do ściany na drugim końcu pokoju. Tak, wciąż sam wisiały materialne dowody na istnienie samsin, teraz trochę zakurzone i porwane. Jak te biedne przedmioty mogły mieć wpływ na narodzenie dziecka? Wpatrując się w nie z pogardą, poczuł jak wzbiera się w nim dawna niewiara. Ludowe baśnie: chłopi i niedouczeni kapłani próbujący wyjaśnić po omacku cud życia. Pomyśleć, że jego szwagierka chciała być buddyjską mniszką! Pragnął poznać i zgłębić nowe sposoby myślenia, odnaleźć ścieżki inne od tych opisywanych przez księgi umarłych.
Fragment „Ta trzcina żyje” Pearl S. Buck

piątek, 12 kwietnia 2019

Aquaman (2018): Wielka rozróba w podwodnej krainie



Arthur (Jason Mamoa) to syn ludzkiego mężczyzny i pochodzącej z morskiego świata kobiety (Nicole Kidman). Korzysta ze swoich mocy, pomagając ludziom. Gdy w Atlantydzie źle się dzieje, odwiedza go Mera (Amber Heard) z prośbą o pomoc.


Choć raczej nie tworzę swoich opinii na temat filmów Marvela, to uznałam, że te od DC recenzować będę: zaczęłam już przy „Wonder Women” i chyba warto to kontynuować. Przyznać jednak muszę, że „Aquaman” jest moim trzecim filmem z tego uniwersum, który obejrzałam (trzecim był „Legion Samobójców”) i skusiłam się na niego głównie przez stosunkowo pozytywne opinie. Absolutnie nie żałuję: ten film to po prostu czysta zabawa, która może niekoniecznie zawsze ma sens, ale… przecież nie o to w tym chodzi.
„Aquaman” (2018)
reż. James Wan
film fantastyczny
Przede wszystkim „Aquaman” to film, w którym jest dosłownie wszystko. Roboty strzelające laserami z oczu, wielkie kraby, koniki morskie, czy nawet sceny rodem z „Małej syrenki”. To wszystko daje absurdalny, ale bardzo satysfakcjonujący świat, który przy okazji wygląda naprawdę pięknie. Na „Aquamana” patrzy się z przyjemnością. Żywe kolory i morskie stworzenia naprawdę przyciągają wzrok.
Ponadto w tym dziele świetnie wypadają sceny walki. Są nakręcone w taki sposób, że doskonale wiemy co, kiedy i jak dzieje się na ekranie, a że ich nie brakuje to… na tym filmie raczej nie da się nudzić.
Nie należy jednak szukać w „Aquamanie” szczególnej logiki. Historia bazowa jest bardzo prosta i raczej przewidywalna, ale świat przedstawiony to po prostu miszmasz przeróżnych rzeczy. Mamy krztuszącą się wodą mieszkankę głębin, mamy ludzi gadających pod wodą (to taka „supermoc”), a bohaterzy walczą zwykłą bronią, nawet jeśli mają wyjątkowe umiejętności. Na to wszystko po prostu warto przymknąć oko i cieszyć się widokami, akcją i… sympatycznymi postaciami.
Bo owszem, bohaterzy tego filmu wypadają naprawdę sympatycznie. Arthur to wielkolud z miejscem na właściwym miejscu. Niezbyt inteligentny, o prostym sposobie myślenia, ale jednocześnie wierny i lojalny względem bliskich. Mera działa na niego trochę jak kubeł zimnej wody (i wygląda przepięknie), a William Dafoe w roli Vulko też spełnia swoje zadanie naprawdę dobrze.
Przeciwnicy Aquamana wypadają stosunkowo solidnie, jak na tego typu film, chociaż mimo wszystko, nie sądzę, aby zapadli mi szczególnie w pamięci. Niemniej są, mają jakieś motywacje, jakąś historie za sobą i czuje się raczej usatysfakcjonowana także pod tym względem.
W trakcie seansu miałam wrażenie, że mimo wszystko ten film DC wypada mroczniej w stosunku do MCU: jego ton jest jakby poważniejszy, a kolory częściej są bardziej mroczne, ciemniejsze. Niemniej, to przecież cały czas ten sam typ rozrywki. Tyle tylko, że – z tego, co mi wiadomo – DC po prostu cały czas uczy się, jak te filmy robić dobrze.
„Aquaman” to na pewno nie jest film dla wszystkich. Jeśli nie lubicie kiczu i absurdu, raczej podchodziłabym do niego ostrożnie. Jeśli jednak chcecie się po prostu dobrze bawić, niekoniecznie analizując każdą scenę i każde zachowanie postaci pod kątem logiki i głębokiego sensu to całkiem prawdopodobne, że historia Arthura i Arielki… zaraz, przepraszam – Mery, przypadnie Wam do gustu.

wtorek, 9 kwietnia 2019

Ślepnąc od świateł: Nocne życie Warszawy


Nocnym życiem warszawy rządzi Jacek: młody diler narkotyków, który dzięki swojemu opanowaniu wydaje się być stworzonym dla swojego fachu. Jego życie wydaje się doskonale układać do chwili, w której pod swój dach przyjmuje na przechowanie dużą ilość towaru.


Tytuł: Ślepnąc od świateł    
Autor: Jakub Żulczyk
Liczba stron: 520
Gatunek: sensacja
Wydanie: Świat Książki, Warszawa 2018

O „Ślepnąc od świateł” trudno było w pewnym czasie nie słyszeć. Zarówno książka, jak i serial bombardowały mnie wszędzie. W mediach, w księgarniach, w rozmowach ze znajomymi. Dlatego gdy w moje ręce wpadła powieść Jakuba Żulczyka nie miałam zamiaru długo czekać i po prosu po nią sięgnęłam, licząc na coś być może nie wyjątkowego, ale przynajmniej lekkiego w przyswojeniu.
Niestety, moje spotkanie z tym tytułem nie skończyło się za dobrze. Zacznijmy jednak może od pozytywu. Żulczyk wydaje się wiedzieć o czym pisze. Tak po prostu. To „jego świat” – nawet, jeśli nocne życie w Warszawie nie wygląda, tak jak autor je opisał, to po prostu jego kreacja jest wiarygodna. Temu przeczyć nie będę.
Z tym, że niestety – właściwie wszystko inne w tej książce po prostu nie przypadło mi do gustu. Częściowo przez wzgląd na warsztat autora, częściowo przez moje własne upodobania.
Nie podoba mi się styl autora. Naprawdę. Z jednej strony jesteśmy wrzuceni do mrocznego świata dilerów i mafii narkotykowej, a z drugiej dostajemy książkę napisaną w pierwszej osobie, w stylu pseudo-poetyckim. To naprawdę okropne połączenie. Nie dość, że opisy Żulczyka są nie raz mocno pokręcone to na dodatek nijak mają się do klimatu książki, szczególnie gdy po opisie nocnej Warszawy, autor przechodzi do wybujałego opowiadania nam o przyrządzaniu jajecznicy, albo gapienia się w ścianę. Ponadto Żulczyk jakby zapomniał, że didaskalia można czasem pominąć, przez co właściwie każdy dialog zakończony jest takimi słowami jak „powiedział”, czy „krzyknął”, nawet jeśli nie jest to potrzebne.
Główny bohater, Jacek, jest z jednej strony postacią wiarygodną: rozumiem, że ktoś taki mógł lub może funkcjonować. Ale jednocześnie osobiście po prostu bardzo, ale to bardzo go nie lubię. To artystycznie uzdolniony dzieciak, który w pewnym momencie uznał, że bardziej opłaca się mu być „dupkiem”, który ma gdzieś jakiekolwiek wartości i który po prostu mi osobiście jawi się jako bardzo nieprzyjemna postać. To, w połączeniu z raczej kiepskim stylem oraz historią, która po prostu mnie nudziła naprawdę nie dało dobrego efektu końcowego.
No bo właśnie sama opowieść Żulczyka to coś, co ma szanse dobrze wyglądać na ekranie, ale dla mnie było zupełnie nieangażujące. Nie kibicowałam żadnemu z bohaterów, więc automatycznie nie interesowały mnie żadne ich porachunki i plany, a przy takiej historii to wydaje mi się kluczowe.
Cóż mogę więcej? „Ślepnąc od świateł” w wersji książkowej najzwyczajniej w świecie nie lubię. Nie chcę do tej książki wracać, nic mnie w niej nie interesuje. Sensu nad rozważaniem tego, jak bardzo zniszczone jest nasze społeczeństwo też nie widzę: nocne życie istnieje i to chyba nie powinno dziwić żadnego dorosłego człowieka. A ile jest tej
„czystej” prawdy z życia wziętej w książce Żulczyka jako czytelnicy i tak nie jesteśmy w stanie sprawdzić.


* * *

(...) ludzie mówią. Mówią za dużo. Mówią bezładnie. Mówią o sobie nawzajem, za swoimi plecami. Mówią, kto komu wisi pieniądze, kto kogo ostatnio wypierdolił z interesu. Mówią, kto jest słaby, gdzie jest słaby, kiedy stał się słaby. Mówią o tym, co inni mówią o innych. Mówią o tym, kto się z kim rucha. Kto kogo zdradził. Kto kogo porzucił. Mówią, aby mówić. Mówią, mówią i mówią. Piją po to, aby mówić jeszcze więcej. Jeszcze głupiej. Informacje przeciekają przez nich, lecą im z oczu, z uszu, spomiędzy nóg. Nieistotne i istotne. Te powszechnie wiadome i te poufne. Wciąż mówią. Mówią, dopóki nie padną. Mówią po to, aby za chwilę powiedzieć jeszcze więcej. Mówienie ich podnieca, rozszerza ich źrenice, przyśpiesza oddech, zwilża śluzówki. Gdy jest połączone z byciem słuchanym, wtedy staje się lepsze i ważniejsze niż seks. Lepsze i ważniejsze, bo bardziej ekonomiczne. Mówienie różni się od seksu zdecydowanie korzystniejszym stosunkiem energii zainwestowanej do energii uzyskanej.



Fragment „Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka

sobota, 6 kwietnia 2019

Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia: Dobra książka, tylko nie dla mnie


Zbiór opowiadań i powieść MacLeoda w jednym tomie. Te fantastyczne teksty to triumf ludzkiej wyobraźni, traktujące między innymi alternatywną historię naszego świata, opowiadające o przyszłości zamieszkanej przez prawie same kobiety oraz o znalezionej w lesie, bezdomnej dziewczynie.

Tytuł: Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia
Autor: Ian MacLeod
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Liczba stron: 688
Gatunek: fantastyka
Wydanie: Wydawnictwo Mag, Warszawa 2015
Trafianie na książki złe nie jest przyjemne. Nie jest to jednak najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się czytelnikowi: w końcu i z takiej lektury można czerpać radość (określenie guilty pleasure istnieje nie bez powodu) albo naukę. Dużo gorsze jest trafianie na książki dobre… ale takie, których się absolutnie nie lubi.
Zacznijmy jednak najpierw od tego, czym jest „Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia”. To tak naprawdę dwa dzieła zamknięte w jednej książce. To pierwsze jest powieścią osadzoną w alternatywnej rzeczywistości (lata 40. XX wieku, Hollywood. Ludzkość odkrywa specyficzny rodzaj kina), a drugie to po prostu zbiór opowiadań. Mamy tu do czynienia przede wszystkim z fantastyką naukową, ale pojawiają się też treści fantasy, choć nie mamy tu klasycznej historii o magach, czarach i przygodach.
Sam wstęp do tych historii naprawdę mi się spodobał. MacLeod cudownie pisze o fantastyce i powodach jej powstania, dlatego początkowo poczułam, że to naprawdę ciekawy człowiek, którego teksty chce poznać. Problem polegał na tym, że po prostu coś mi w jego opowieściach „nie siadło”. Może to przez to, że mimo wszystko moje serce należy bardziej do fantasy niż fantastyki naukowej?
MacLeod naprawdę pisze jasno. Jego język nie należy do tych najlżejszych, ale jednocześnie jest klarowny, „codzienny” i wydaje mi się, że czytelnikom nieco bardziej obytym nie powinien sprawiać najmniejszej trudności. Na dodatek wszystkie jego treści traktują fantastykę jako wymówkę do opowiedzenia historii postaci z krwi i kości. Autor skupia się na emocjach i uczuciach swoich postaci, opowiadając historie, które w gruncie rzeczy mogłyby się zdarzyć i nam, gdybyśmy tylko usunęli elementy nadprzyrodzone. Zwykle naprawdę lubię takie podejście twórców, ale… niestety, nie w tym przypadku.
Osobiście prędko poczułam się przez całą tę książkę niezwykle znudzona. Mimo że niby czytało mi się ją całkiem przyjemnie, gdy już ją otwarłam, to musiałam się zmuszać, by do niej wracać ponownie. A że z reguły czytam często, ale krótko (bo trudno mi się skupić) to automatycznie tydzień czytania przeciągnął się w dwa tygodnie… trzy… aż poczułam się zmęczona samym faktem, że cały czas jestem w trakcie tej samej książki. Zwykle tego typu tytułu połykam w weekend, albo maksymalnie „tydzień roboczy”.
MacLeod przedstawia nam naprawdę ciekawe wizje. „Tchorost” pokazuje nam świat pozbawiony mężczyzn z bohaterką, która uczy się, kim takowy jest. „Południowa sadzawka” to chyba jedyne opowiadanie, które naprawdę mnie wciągnęło: to delikatna historia muzyka, który przygarnia pod swój dach zagubioną, bezdomną, ale dziką dziewczynę. „Obudź się i śnij” jest zaś ciekawą wizją świata i przy okazji naprawdę niezłym kryminałem. Niestety, ja po prostu tej książki nie potrafię lubić.
Nie żałuję spotkania z MacLeodem, ale jednocześnie… naprawdę mam dosyć tej książki dosyć. Chciałabym, by było inaczej: to naprawdę dobre dzieło pod kątem technicznym. Ale po prostu najwyraźniej nie jest to ani książka, ani twórca dla mnie.

* * *

Skoro wszystkie opowieści są ciekawym kłamstwem i gdyby spróbować ustalić jedną, ogólną zasadę dla całego gatunku historii fantastycznych, mogłaby ona brzmieć: Jeżeli próbujesz kłamać, rób to na wielką skalę. Dlaczego osadzać wydarzenia we własnej wersji istniejącego miasta, skoro można wymyślić całe nowe miasto? A kiedy już zaczyna się sobie to nowe miasto wyobrażać, wydaje się niemal brakiem wyobraźni autora, jeżeli ograniczy się tylko do zwykłej architektury, tradycyjnych nazw ulic, tradycji i sklepowych witryn. Szkoda byłoby się tak zamykać. I gdy raz pójdzie się tą drogą, zawsze – jak sądzę – istnieje pragnienie, by posunąć się nieco dalej. Być może potrzeba owa rodzi się z czegoś tak pospolitego jak naturalna, ludzka tendencja do przesady.
Fragment „Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia” Iana MacLeoda


środa, 3 kwietnia 2019

Mamma Mia! Here We Go Again (2018): Przydługi, ale radosny teledysk




Matka Sophie (Amanda Seyfried) odeszła rok temu. Młoda kobieta, aby uhonorować swoją rodzicielkę, postanawia otworzyć hotel, o którym ta zawsze marzyła. Rozpoczyna więc wielkie przygotowania.



„Mamma Mia! Here We Go Again” (2018)
reż. Ol Parker
musical, komedia
Nigdy nie byłam wielką fanką „Abby”, ale musical „Mamma Mia!” oglądałam przynajmniej kilkukrotnie przy różnych okazjach. Mam do niego pewną słabość, choć trudno mi obecnie oceniać go pod względem technicznym: po prostu za dobrze go znam, by to zrobić. Sięgając po kontynuacje właściwie nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego. Muszę też przyznać, że ostatecznie też nic takiego nie dostałam. „Mamma Mia! Here We Go Again” to jednak sympatyczne i miłe dla oka dzieło.
Tak jak i część poprzednia, tak i ta została stworzona tak, aby piosenki „Abby” zamykały ten film we w miarę sensowną całość. „W miarę” jest tu słowo kluczem. „Mamma Mia! Here We Go Again” przypomina swoją konstrukcją bardzo długi teledysk, którego historie należy traktować z olbrzymim przymrużeniem oka.
Mamy więc tu masę romansów (w końcu zespoły tak mają, że śpiewają o miłości!) przeplatanych bardziej dramatycznymi scenkami. Należy jednak pamiętać, że „dramatyczne” sceny w tej sytuacji na pewno nie byłyby „dramatycznymi” scenami w naszym życiu. Naprawdę, chciałabym mieć takie problemy, jakie dręczą Sophie, gdy ta organizuje całe to otwarcie hotelu! Te istotniejsze tematy wprawdzie gdzieś tu też się pojawiają, ale raczej prędko spychane są na dalszy plan.
W przeciwieństwie do części poprzedniej w tej odsłonie mamy dwa wątki fabularne. Wiodący, ten z Sophią i jej problemami związanymi z otwarciem hotelu oraz drugi, dotyczący jej matki. Twórcy opowiadają nam, jak młoda Donna (Lily James) postanowiła wyruszyć w świat. Szczerze mówiąc, gdybym miała wybierać, wybrałabym ten drugi, jednak nie oszukujmy się: obydwa nie należą do najbardziej sensownych.
Jednak nie o sens w tym filmie chodzi, a o dobrą zabawę przy hitach „Abby” i to… wydaje mi się, że swobodnie można tu zrobić. Po prostu widać, że aktorom sprawia radość sama gra aktorska, taniec i śpiew, w związku z czym jego atmosfera ma szansę łatwo udzielić się także widzom.
Ponadto na „Mamma Mię! Here…” po prostu dobrze się patrzy. Film ma mocno nasycone, wakacyjne kolory, przez co zdjęcia mocno przyciągają wzrok. To wszystko naprawdę pięknie wygląda w kadrze, szczególnie, że twórcy naprawdę mocno zadbali o spójność kolorystyczną, ciepłe mury kontrastując z przyjemnym dla oka błękitem.
Ten film to świetne dzieło na dni, kiedy nie chcemy się szczególnie wysilać umysłowo, woląc po prostu popatrzeć na coś radosnego i kolorowego; coś, co poprawi nam nastrój. Jednocześnie myślę, że dobrze sprawdzi się na spotkanie ze znajomymi, zwłaszcza, jeśli wszyscy lubicie „Abbę”. Ta produkcja ma szansę dostarczyć wam dobrej, ale przy tym stosunkowo niewinnej rozrywki. Czy jednak „Mamma mia! Here We Go Again” jest dobrym filmem sama w sobie? Raczej nie. Ale czy to jest tak naprawdę istotne przy obrazie, który po prostu ma szansę sprawić komuś trochę frajdy i radości?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony