sobota, 30 grudnia 2023

Legendy i latte: łowczyni przygód otwiera kawiarnie


Viv to orczyca, najemniczka i poszukiwaczka przygód. Postanawia jednak zakończyć swoją karierę, próbując czegoś nowego. Opuszcza swoją drużynę, aby otworzyć kawiarnię w mieście, które nawet nie wie, co to kawa.


Legendy i latte
Cykl Legendy i latte, t. 1
Travis Baldree
wyd. Insignis, 2023

Przytulna, lekka fantastyka, która przy okazji trzyma pewien poziom to coś, co sprawdza się doskonale zawsze, nie tylko jesienią. Jednakże nie łatwo jest znaleźć taką, która przy tym byłaby po prostu naprawdę dobrą i wciągającą książką. „Legendy i latte” Travisa Baldree chyba jednak nawet nie próbowały ponad pewną przeciętność wyjść, w związku z tym, choć to lektura całkiem sympatyczna, to jednak chciałabym, aby było w niej troszeczke więcej „czegoś”.

To doskonały przykład obyczajowego fantasy. Takiego, który opisuje po prostu zwykłe życie niby magicznych stworzeń. Dostajemy więc raczej generyczny świat wyjęty z rozgrywki RPG, którego nie trzeba szczególnie przedstawiać, bo to nie on jest tutaj istotny. Autor wyraźnie wie, z czym to się je i dobrze czuje się w takich realiach, więc przedstawia je wystarczająco dobrze, skupiając się na głównej bohaterce oraz na tym, jak rozwija ona swój interes.

„Legendy i latte” to nie jest powieść o jakiejś bardzo skonkretyzowanej fabule, która w jakiś sposób trzyma w napięciu. To naprawdę prosta, obyczajowa historia, w której Viv po prostu tworzy kawiarnie. Obserwujemy najpierw jak ją kupuje, remontuje, zatrudnia kolejne osoby, sprzedaje kawę… W międzyczasie zaczyna zaprzyjaźniać się z częścią postaci, a w tle pojawia się prościutka intryga, która pozwala autorowi nieco podkręcić akcję na samym końcu i domknąć powieść jako całość. 

Biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z debiutem, historia jest napisana naprawdę poprawnie. Czyta się ją lekko i miło. Baldree stawia przy tym raczej na ogólnie poczucie ciepła w tekście, niż na rzucacie żartami, jak to robi na przykład Marcin Mortka w „Nie ma tego złego”. 

Niemniej, jak już wspominałam, mi w tej historii po prostu brakuje „czegoś”. I „tym czymś” mogłoby być naprawdę wszystko: bardziej wyrazisty styl, lepsza chemia pomiędzy bohaterami, nieco mocniej zawiązana intryga. Coś, co naprawdę wyróżniłoby tę powieść na tle podobnej fantastyki i sprawiłoby, że trudno o niej zapomnieć. Coś, dzięki czemu „Legedny i latte” byłyby czymś nieco więcej, niż książkowym symulatorem zakładania kawiarni, w trakcie którego odblokowuje się kolejne rodzaje kaw i ciasta, które można dodać do menu. 

Co chyba warto zauważyć, choć to pierwszy tom z serii to powieść sama w sobie jest zamkniętą całością. W związku z czym bez problemu można potraktować ją po prostu jako jedyne spotkanie z bohaterami, jeśli akurat ktoś nie przepada za cyklami.

Z tego też powodu w moim odczuciu to kolejna dość generyczna historia, która niewiele do mojego w życia wnosi i w którą nie wkręciłam się na tyle, aby móc o niej powiedzieć, że zagwarantowała mi sporo dobrej rozrywki. Nie oznacza to jednak, że inne osoby się w nią nie wkręcą i nie będą się przy niej dobrze bawić, także jeśli przedstawiony przeze mnie opis powieści Wam odpowiada to być może „Legendy i latte” akurat Wam sprawią trochę radości.


środa, 27 grudnia 2023

Wracać wciąż do domu: albo do Le Guin po latach



Po latach wróciłam do twórczości Ursuli Le Guin. „Wracać wciąż do domu” to ok. 1200-stronnicowy omnibus, który zawiera tytułową powieść, zbiór opowiadań „Międzylądowania” oraz trylogię „Kroniki Zachodniego Brzegu”. Jako że to książka długa, a moje ostatnie spotkanie z tą autorką było dość męczące, odkładałam jej lekturę, ile wlezie i swoje na mojej półce przeleżała. Ale jak się okazało, nie do końca słusznie. 

Wracać wciąż do domu
Ursula K. Le Guin
wyd. Prószyński i S-ka, 2018

Tę książkę można właściwie podzielić na pół. Pierwsza połowa to fabularna trylogia, druga zaś to dzieła nieco bardziej… cóż, koncepcyjne? Chyba tak mogę to określić. Poszczególne jej części są więc zupełnie inne, ale pewne dla mnie jest jedno – styl pisania Ursuli Le Guin jest bardzo, ale to bardzo charakterystyczny. Mam wrażenie, że gdybym dostała jakiś jej tekst, nie wiedząc, czyj jest, bez większego problemu zgadłabym, kto go napisał.

Le Guin tworzy trochę tak, jakby pisała kronikę. Niezależnie od tego, jaką historię opowiada i czy w ogóle jest to historia, to zawsze stoi jakby z boku. Przy tym ma niezwykle ładne, wręcz poetyckie pióro. W swoich historiach nie skupia się zaś na wielkich i potężnych bitwach, a raczej na tym, co z nich wynika dla zwykłych ludzi. Gdy w standardowej powieści fantasy główny bohater będzie wojownikiem, biorącym udział w starciach, tak u niej będzie to mieszkaniec wioski, która została napadnięta. To wszystko sprawia, że jej twórczość jest jednocześnie bardzo unikatowa, jak i czasem męcząca oraz zdecydowanie nie dla wszystkich. To po prostu inny sposób narracji niż ten, do którego współczesny czytelnik jest przyzwyczajony.

Należy jednak tu też dodać, że to autorka o unikatowej wrażliwości, która była świetną obserwatorką rzeczywistości. Z tego powodu poruszane przez nią problemy społeczne, czy proponowane rozwiązania na takowe zawsze są przynajmniej interesujące i zasługujące na to, by się nad nimi pochylić.

Jeśli chodzi o same jej prace zawarte w tym zbiorze, to zacznijmy najpierw od tych, które znajdują się na początku, czyli od młodzieżowej trylogii „Kroniki Zachodniego Brzegu”. To trzy powieści, skonstruowane trochę tak jak trylogia „Zamek” Diany Wynny Jones. Bohaterowie pojawiający się w tomie pierwszym spinają wszystkie trzy części, jednak poza właśnie tomem pierwszym nie grają pierwszych skrzypiec. Każda z tych powieści jest przy tym od siebie inna.

Pierwsza część, czyli „Dary” to dość obyczajowa opowieść o młodych ludziach z niezwykłymi mocami, którzy jakoś próbują sobie przeżyć w niewielkiej wsi. Rzecz ładna, poruszająca wątki rodzinne, choć bez szczególnie dużej akcji. Dla mnie osobiście była to po prostu dość komfortowa lektura, z takim zastrzeżeniem, że nie byłabym w stanie czytać takich rzeczy bezustannie; jednak chciałabym ciut więcej akcji.

Druga część, czyli „Głosy” podobała mi się najbardziej. To powieść osadzona w niegdyś naukowym mieście, które zostało podbite przez lud uznający słowo pisane za herezję. To historia o różnicach kulturowych, opowiadana z perspektywy nastolatki będącej potomkinią dwóch ludów. Odpowiadał mi tu zarówno klimat, ogólna tematyka, jak i rytm powieści, w której już nieco więcej się działo.

„Moce” to zaś historia niewolnika, który zostaje z pewnych powodów zmuszony do wyruszenia w podróż. Choć jest najdłuższa z nich wszystkich i choć w teorii to historia podróży to sama miałam wrażenie, że najmniej mi wnosi do życia i szczerze mówiąc, zaczynałam się już przy niej męczyć. Jednak może to była też wina zmęczenia materiałem.

Dwa kolejne dzieła to tak naprawdę opisy fantastycznych światów. I w tym przypadku mój osobisty problem z nimi polega na tym, że personalnie kompletnie mnie coś takiego nie interesuje. Oczywiście pojawiają się tam jakieś krótsze historie, jednak autorka skupia się tam na kreacji innych rzeczywistości, także z np. podaniem wierszy, opisów chorób, zwierząt etc. Jak najbardziej rozumiem, że mogą być osoby zafascynowane takimi publikacjami, ale to po prostu nie jestem ja; jeśli mam czytać o wyimaginowanych światach to wolałabym sięgnąć po książkę popularnonaukową, albo jakiś reportaż. Niemniej, jeśli ktoś właśnie czegoś takiego szuka, to w tym omnibusie to znajdzie. 

Jak się dla mnie okazało, nie taki diabeł straszny, jak go wspomnienia malują. Od dawna cenie sobie twórczość Le Guin, jednak moje poprzednie spotkanie z jej twórczością zakończyło się bodaj zastojem czytelniczym oraz lękiem przed ciężkością jej pióra. I chociaż zdecydowanie do najlżejszych nie należy, a jej wizje skupiające się tylko na kreacji światów kompletnie nie są dla mnie, to naprawdę doceniam i piękne pióro tej autorki, i jej spojrzenie na rzeczywistość. Choć nie dla każdego to zdecydowanie jest jakościowa fantastyka. 



niedziela, 24 grudnia 2023

Piękny drań: poznaje nowe erotyczne wody literatury

 

Chloe jest utalentowana i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jej szef, Bennet, jednak zdaje się tego nie zauważać, bezustannie źle ją traktując. Gdy jednak pewnego dnia zostają po spotkaniu sam na sam, dzieje się coś, czego kobieta kompletnie się nie spodziewała.


Piękny drań
Cykl  Beautiful Bastard, t. 1
Christina Lauren
wyd. Zysk i s-ka, 2015

Literatura erotyczna bez wątpienia nie jest tą, po którą standardowo sięgam, dlatego jej świat jest dla mnie czymś dość nowym. Nic więc dziwnego, że „Piękny drań” autorstwa duetu autorek ukrywających się pod pseudonimem Christina Lauren zagwarantował mi trochę unikalnych przeżyć… choć chyba nie takich, do których chciałabym w najbliższym czasie wracać.

Zwykle gdy w moje ręce trafiały powieści kręcące się wokół erotycznych tematów, przynajmniej próbowały one zbudować jakąś podstawową fabułę. Początek często zaczyna się dość niewinnie, poświęcając przynajmniej jeden-dwa rozdziały na rozstawienie pionków na szachownicy: na wyjaśnienie kto jest kim, na opisanie relacji. Gdy zaś dochodzi do pierwszego zbliżenia pomiędzy postaciami, często ten pierwszy opis jest dość rozbudowany.

„Piękny drań” robi zaś to wszystko na odwrót. Po bardzo krótkim zarysowaniu tego, kim są bohaterowie, dostajemy scenę erotyczną, która jest nomen omen sceną co najmniej molestowania w pracy, tyle że protagonistce jakimś cudem całkiem się to podoba. Opis nie jest jednak bardzo szczegółowy i postacie dość szybko przechodzą do scenki obyczajowej, aby w kolejnej znów przejść do szybkiego numerku. I właściwie cała ta powieść zbudowana jest właśnie w ten sposób: dostajemy scenkę, w której bohaterowie się niby nie lubią, następnie pożądają siebie, nie potrafią się opanować, pojawia się raczej krótka scena erotyczna, a następnie znów się kłócą i w sumie to się nie lubią. 

Biorąc pod uwagę konwencję „Pięknego drania”, nie jestem na tę książkę z tego powodu zła. Najzwyczajniej w świecie nie tego się spodziewałam. Czy tego typu budowanie erotycznego romansu mi odpowiada? Nie bardzo, nie uważam, by to była dobrze napisana książka, jednak jednocześnie nie żywię do niej jakiś wielkich, negatywnych emocji. Prędzej powieść Christiny Lauren trafia do mojej szufladki „tak złe, że aż czasem śmieszne”.

No bo jak można się nie zaśmiać, gdy człowiek odkrywa, że ta poważna firma, w której pracują protagoniści, to w sumie zajmuje się nie wiadomo czym? Oryginalny tytuł tej książki (która była publikowana jako fanfiction „Zmierzhcu”) brzmiał „The Office” i uważam, że jest bardzo trafny — to w końcu jest jak serial pod tym samym tytułem, tylko w wersji książki dla dorosłych.

Albo jak można traktować sytuację, w której męski bohater przez cały dzień wymiotuje i czuje się po prostu źle przez zatrucie pokarmowe, a jako najlepszy lek na coś takiego traktuje przespanie się z Chloe na poważnie? Przynajmniej osobiście tego zrobić nie potrafię.

„Piękny drań” to erotyk, którego celem jest przede wszystkim zaspokojenie pewnych fantazji. Ta książka w żadnym razie nie jest i nie próbuje udawać dobrej literatury. Z tego powodu akceptuje ją taką, jaka jest, nawet mimo przedstawienia toksycznej relacji bohaterów w dobrym świetle. W końcu to po prostu pewna konwencja, literatura dla dorosłych, która właśnie taka miała być. Czy to oznacza, że tę książkę lubię? Absolutnie nie. Ale rozumiem, jeśli realizuje czyjeś fantazje i pozwala odciąć się od rzeczywistości.


środa, 20 grudnia 2023

Minas Warsaw: trzecia szansa dla Magdaleny Kozak


W Warszawie pojawił się potężny mag oraz jego smok. Jednostki specjalne próbują poradzić sobie z magicznym cholerstwem, ale jak się okazuje, nie jest to wcale takie proste. Z kolei w innym, zaczarowanym świecie pewien Wędrowiec ratuje z sideł demona i wyrusza wraz z nim w podróż.

Minas Warsaw
Magdalena Kozak
wyd. Fabryka Słów, 2020


Zgodnie z regułą, że do trzech razy sztuka, postanowiłam dać kolejną szansę Magdalenie Kozak, licząc, że jej „Minas Warsaw” to powieść, która po prostu w końcu mi się spodoba. Od dnia wydania kusiła mnie bowiem okładka i miałam nadzieję, że tym razem autorka pójdzie w magiczne klimaty, nie skupiając się aż tak bardzo na technicznych kwestiach związanych z wojskiem. Teraz mogę jednak oficjalnie stwierdzić: no nie polubię się chyba za bardzo z tą jej twórczością.

Ta powieść składa się z dwóch linii fabularnych, z których jedna rozgrywa się we współczesnej Warszawie, a druga w fantastycznym świecie. Z czasem oczywiście obydwie historie zazębiają się, choć nie powiem, by sposób, w jaki do tego dochodzi, jakkolwiek mnie zdziwił: dość szybko zaczęłam spodziewać się właśnie takiego rozwiązania akcji. Zabieg, po który sięgnęła tu Kozak, jest dość popularny w podobnej literaturze i jeśli po tę książkę sięgnie oczytany czytelnik fantastyki, to raczej nie będzie miał powodów do zachwytów nad kreatywnością autorki pod tym względem.

Sam klimat historii jest jasny od samego początku: to nie ma być żadna poważna fantastyka, a coś lekkiego i komediowego, czasem zahaczającego wręcz o satyrę gatunku. Mój problem polega jednak na tym, że do mnie żart Magdaleny Kozak w ogóle nie trafia. Autorka próbuje komentować rzeczywistość, ale przed nią w podobny sposób zrobiło to wielu pisarzy, toteż nie są to dla mnie jakoś szczególnie celne czy zaskakujące spostrzeżenia i podobnie jest z samymi żartami. To przerobione już na milion sposobów teksty, które nie wybijają się dla mnie niczym szczególnym. Czytając, miałam wrażenie, że Kozak chce żartować, tak jak robi to Marta Kisiel, Martyna Raduchowska czy choćby Aleksandra Janusz, ale po prostu brakuje jej umiejętności, by te żarty były tak lekkie i trafne, jak udaje się to innym. Tak, jakby pisała tę powieść trochę na siłę, bo hej, taka lekka i żartobliwa fantastyka przecież dobrze się sprzedaje. 

A że to niby żartem ta powieść stoi, to kiedy ten element do mnie nie trafił, nie trafiła do mnie cała reszta. Fabuła nieszczególnie mnie interesowała. Wątek w świecie fantasy wydawał mi się bardzo toporny, a ten warszawski jakiś niemrawy. Poza tym jeśli ktoś spodziewał się, że w tej książce Kozak odetnie się od swoich wojskowych korzeni to niestety, to nie jest ta powieść. Autorka jednak dość mocno skupia się na działaniach służb specjalnych, które być może są rozpisane realistycznie (nie znam się na tym), ale w jej wydaniu kompletnie mnie nie interesują.

Muszę jednak dodać parę milszych słów na temat samej oprawy graficznej książki. Jak już wspominałam, okładka chwyciła mnie za oko, ale to nie wszystko. Wewnątrz znajdują się naprawdę dobre ilustracje, a same rozdziały mają też grafiki dostosowane do tego, gdzie rozgrywa się akcja: gdy dany rozdział ma miejsce w Warszawie, pojawia się tam bardziej miejska ilustracja, a gdy w magicznym świecie — magiczna, ze smokiem. To akurat naprawdę uroczy detal.

Nie wiem, czego spodziewałam się po tej lekturze, ale naprawdę miałam nadzieję, że będę się po prostu lepiej bawić. Niestety, nie wciągnęła mnie ta opowieść i nie sprawiła, że jednak mam ochotę na więcej powieści Magdaleny Kozak, w związku z czym teraz chyba naprawdę twórczość tej polskiej autorki sobie odpuszczę. Pod warunkiem że znów nie kupię książki przez miłą dla oka okładkę.



niedziela, 17 grudnia 2023

Inicjacja: Książki na bazie gier nieczęsto wychodzą


Cora powraca po czasie spędzonym z asari. Dołącza do Inicjatywy Andromeda, mającą przenieść rasy z Drogi Mlecznej do nowej galaktyki. Coś jednak idzie nie tak i była wojskowa musi zająć się problemem.

Inicjacja
N. K. Jemisin, Mac Walters
wyd. Insignis, 2018
cykl Mass Effect: Andromeda


Uwielbiam „Mass Effecta” (choć nie „Andromedę”) i bardzo lubię część twórczości N. K. Jemisin. Wydawałoby się więcc że „Inicjacja” będzie książką dla mnie. Sama jednak wiedziałam, że raczej nie. Światy z gier nieczęsto dobrze działają w książkach, więc obstawiałam, że ten tytuł po prostu będzie średnią powieścią. Postanowiłam jednak, że będę miała na półce wszystkie powieści tej autorki, więc na mojej półce pojawiła się i ta, w związku z czym w końcu przyszedł czas na to, aby ją przeczytać. Z tym że w tym przypadku znana autorka napisała ją w duecie z Mac Walters.

No i niestety, nie pomyliłam się co do jakości. Rozumiem, że jest to drugi tom cyklu, a ja pierwszego po prostu nie znam, niemniej kojarzę ogólne motywy w samym cyklu gier, rasy, lokacje oraz linię fabularną, w związku z czym nie sądzę, aby to tutaj tkwił problem. Zwłaszcza że poszczególne książki są napisane przez różnych autorów. Osobiście miałam po prostu poczucie, że ta powieść jest napisana trochę byle jak.

Zwykle w fantastyce dostajemy wprowadzenie do świata, trochę jego głębi, niuansów, autor próbuje sprawić, by czytelnik wczuł się w uniwersum. Tutaj absolutnie tego nie poczułam. Ot, nagle pojawiamy się w świecie gier. W narracji pojawia się wiele nazw własnych z tej serii, ale nikt nie próbuje niczego wyjaśniać. Jak wyglądają konkretne rasy, czym jest efekt masy, jaką twarz ma nowa postać, która się pojawia? Nie, tego tu po prostu nie ma, w związku z czym miałam poczucie, że zostałam przytłoczona słowami-wydmuszkami, a faktycznej literatury nie było tu niemal wcale.

Sama fabuła też jest raczej dość typowa i dla mnie osobiście niezbyt wciągająca. Ponownie, to książka napisana byle-jak: byle była akcja, postacie i nazwy z gier. Nie interesowały mnie kompletnie ani postacie, ani ścieżka, którą przechodzą, a przecież oryginalna trylogia dla mnie osobiście właśnie tym stała: bohaterami, ich relacjami oraz wspólną drogą. 

Doskonale wiem, że tego typu książki są pisane na zamówienie, trochę dlatego, że tak wypada, bo fani kupią i będzie zarobek. Boli mnie jednak tak niewykorzystany potencjał. Świat z tych gier szczerze lubię i wiem, że w nim DA SIĘ opowiedzieć wiele intrygujących historii, a N. K. Jemisin POTRAFI to zrobić. Ale niestety, jak już pisałam, franczyzowe opowieści zazwyczaj wiążą się ze spadkiem jakości i ta nie jest wyjątkiem.



czwartek, 14 grudnia 2023

Akademia dobra i zła: nieco inne spojrzenie na magiczną szkołę

 

Sophia od lat marzy o tym, aby zostać księżniczką i uczyć się w Akademii Dobra i Zła. Jej przyjaciółka, Agata, wcale jednak nie popiera jej pragnień i chce przede wszystkim spokojnego życia. Gdy zostają porwane i zabrane do magicznego przybytku, wydaje im się, że zaszła wielka pomyłka. Sophie ma uczyć się w szkole dla złych, zaś Agata, której znacznie bliżej do wiedźmy, ma stać się dobrą królewną.



Akademia dobra i zła
Cykl Akademia dobra i zła, t. 1
Soman Chainani
wyd. Jaguar, 2022

Powieści młodzieżowe, których akcja jest osadzona w magicznej szkole, zazwyczaj kręcą się wokół jednego schematu: bohater trafia do nowej rzeczywistości, poznaje ją razem z czytelnikiem, a następnie rozwiązuje zagadkę, która często wiąże się z pokonaniem tego jednego, złego przeciwnika. „Akademia Dobra i Zła”, którą napisał Soman Chainani trochę jednak ucieka od tego najbardziej podstawowego schematu, oferując coś nieco innego.

Ta książka dedykowana raczej młodszej młodzieży skupia się na przyjacielskiej relacji Sophii i Agaty, tworząc raczej żartobliwą rzeczywistość, której bliżej do parodii magicznych szkół, niż tych poważnego, solidnie rozpisanego uniwersum. To w żadnym razie nie jest wada „Akademii dobra i zła” - po prostu taki był pomysł autora na tę historię. Świat, który otacza prostagonistki ma być wyrazisty i przerysowany, by historia, którą autor opowiada mogła wybrzmieć. 

W końcu tu chodzi o bardzo mocne kontrasty. Sophia jest postacią, która bardzo pragnie być dobrą i uczynną księżniczką, jednak jest to tylko jej powierzchowność. Tak naprawdę w duchu często krzywi się, woląc skupiać się po prostu na swojej urodzie. Z kolei Agata być może preferuje czarne kolory (bo nie widać na nich brudu) oraz cmentarze (bo tam ma święty spokój), ale jest w stanie dostrzec prawdziwe dobro. Żadna z nich nie jest jednak tylko dobra lub zła. Obydwie są w końcu młodymi dziewczynami, które muszą jeszcze odnaleźć siebie.

Sam ten koncept uważam za naprawdę uroczy i nie dziwię się młodzieży, której ta książka się spodobała. To w końcu coś nieco innego, niż zwykle wśród popularnych, amerykańskich książek tego typu. Z tym że mi, jako dorosłemu czytelnikowi, już nie w pełni podobało się wykonanie. W moim odczuciu Agata i Sophia są po prostu na dłuższą metę dość drażniącymi bohaterkami, które bezustannie się kłócą, drą koty i wpadają na coraz to głupsze pomysły. Rozumiem, że jest to część konwencji i z tego powodu akceptuje to, ale osobiście mniej więcej w okolicy połowy książki powoli zaczynałam mieć dosyć ich zachowania. 

Pod względem stylu to jednak naprawdę bardzo lekka w przyswojeniu książka, która często zahacza o bycie „puchatą” lekturą. Mimo tego, że jest lekturą dla młodszej młodzieży to i ja byłam w stanie spędzić przy niej dość miło czas. Widzę też w niej pewne wartości, które może warto przedstawić nastoletniemu czytelnikowi i naprawdę doceniam kreatywność autora, który stworzył coś nieco mniej typowego, niż standardowa szkolno-magiczna opowieść. Co prawda wolałabym, aby styl Chainaniego był nieco bardziej zwinny w porównaniach oraz opisywaniu absurdów świata przedstawionego, ale to i tak dość przyzwoity poziom.

Muszę też dodać, że ilustracje wewnątrz książki są naprawdę urocze i cieszę się, że zostały umieszczone również w polskim wydaniu. Na takie rzeczy aż miło się patrzy.

Na mojej półce czeka już drugi tom z cyklu, dlatego nie było to na pewno ostatnie spotkanie z postaciami z tego uniwersum. Mam nadzieję na lekturę przyjemną przynajmniej na tym samym poziomie, a że protagonistki być może czegoś się już w tym tomie nauczyły, to widzę szansę na poprawę w ich zachowaniu.


poniedziałek, 11 grudnia 2023

Red, White & Royal Blue: puchaty i baśniowy romans

 


W trakcie królewskiego wesela wybucha kłótnia. Syn prezydent USA, Alex oraz książę Walii, Henry, przypadkiem lądują pod bardzo drogim tortem. Aby nie wpłynąć negatywnie na wizerunek swoich rodzin, młodzi mężczyźni muszą udawać najlepszych przyjaciół. Nikt nie przewidział jednak, że zakochają się w sobie nawzajem. 

Red, White & Royal Blue
Casey McQuiston
wyd. Prószyński i s-ka, 2019

Do tej książki miałam dwa podejścia. Pierwsze skończyło się tym, że po przeczytaniu ok. ¼ odłożyłam książkę i na dobre kilka lat po prostu o niej zapomniałam. Gdy jednak ukazał się film, uznałam, że sobie tę przygodę odświeżę. Okazało się, że był to całkiem dobry wybór, bo „Red, White & Royal Blue” to po prostu sympatyczna powieść. 

Nie da się ukryć, że to przede wszystkim słodka komedia romantyczna, która nie próbuje być przy tym niczym więcej. I uważam, że jako taka ma pełne prawo do odrealnienia niektórych elementów rzeczywistości. To pewna baśń, tylko jednak udająca rzeczywisty świat. Wiem jednak, że nie jest to zabawa dla każdego, dlatego po prostu przed sięgnięciem po tę książkę warto o tym pamiętać. 

Z powyższego powodu należy wziąć poprawkę na to, że ta książka MA BYĆ słodka i puchata, wręcz momentami zahaczająca o infantylność. To nie jest poważna lektura, analizująca problemy uczuciowe, czy tożsamościowe. Jej zadaniem jest umilenie czasu osobom, które poszukują miłych, lekkich książek — i tyle. 

Bohaterowie to wciąż bardzo młodzi, lecz już dorośli mężczyźni, którzy po prostu poszukują siebie, swojego pomysłu na życie i sposobu na otaczającą ich rzeczywistość. To książka, która spełnia założenia tytułów New Adult — zdecydowanie jest to tytuł, którego targetem są przede wszystkim osoby w wieku późnolicealnym oraz studenckim. Oczywiście, nie oznacza to, że osoby starsze nie mogą jej lubić. Młodszym jednak niekoniecznie polecam: pojawia się tu jednak przynajmniej kilka scen erotycznych, w związku z czym tytuł klasyfikuje się jako powieść dla osób pełnoletnich.

Relacja Alexa i Henry’ego moim zdaniem wypada naprawdę sympatycznie. Syn prezydent USA początkowo czuje uraz do księcia, jednak szybko okazuje się, że źle odebrał jego zachowanie i że ten wcale nie jest taki zły. Stopniowo zaczynają się przyjaźnić, a gdy orientują się co do swoich uczuć, ich relacja na pierwszym etapie jest dość mocno cielesna. Dopiero stopniowo ewoluuje, gdy bohaterowie coraz lepiej się poznają. Zwykle osobiście preferuje wolniejszy rozwój w tym względzie (najpierw relacja, potem sceny łóżkowe), ale mam wrażenie, że w tym przypadku jako całość to naprawdę nieźle gra i jest dość sensownie uzasadnione. Ponadto mam wrażenie, że relacja chłopaków ostatecznie wypada dość zdrowo. Alex i Henry czasem popełniają błędy, ale ostatecznie naprawdę się o siebie troszczą.

Choć na pewno nie jest to tytuł, który wdarł się do mojego świata szturmem i sprawił, że będę o nim codziennie myśleć przez miesiące od przeczytania. Są książki, nawet w podobnych klimatach, które jednak stały się mi bliższe. Ale na pewno „Red, White & Royal Blue” będzie dla mnie miłym wspomnieniem.


piątek, 8 grudnia 2023

Wszyscy jesteśmy łotrami: a może nudziarzami?


Siedmiu młodych magów z potężnych rodów musi wziąć udział w turnieju. Przeżyje go tylko jeden ze śmiałków, którego rodzina zyska dzięki temu władzę nad niezwykłą mocą.



Gdy zaczęłam czytać „Wszyscy jesteśmy łotrami” myślałam, że wsiąknę na dobre. Pierwsza scena wydała mi się naprawdę klimatyczna i byłam przekonana, że ta powieść zapewni mi sporo przyjemnej rozrywki. A potem było tylko gorzej.

Sam koncept jest mi doskonale znany. Wiem, że dla niektórych ta powieść może być połaczeniem „Igrzysk śmierci” z „Harrym Potterem”, ale dla mnie bliżej tej historii do „Fate/Stay Night”. Nie ukrywam jednak, doskonale widzę, skąd porównania do tych pierwszych dwóch tytułów. Nie jest to motyw, który jakoś szczególnie lubię, ale też nie jestem do niego nastawiona negatywnie. W końcu wszystko zależy od wykonania.

Wszyscy jesteśmy łotrami
Cykl Villans, t. 1
Amanda Foody C. L. Herman
wyd. Young, 2023

A niestety, mam wrażenie, że z wykonaniem tu coś nie do końca wyszło. To powieść młodzieżowa, toteż obawiałam się, że postacie, zamiast faktycznie planować, brać udział w turnieju i angażować się, będą skupiać się na romansowaniu i narzekaniu. Niestety, miałam rację, ale tu po prostu coś poszło nie tak na więcej, niż tylko na tej płaszczyźnie.

Bo przede wszystkim przynajmniej dla mnie ta historia jest naprawdę dość nudna, a jej postacie niezbyt charakterystyczne. Jest ich sporo, ale przyznaję, długo nie mogłam dojść do tego, kto jest do końca im, bo w moim odczuciu były napisane bardzo podobnie do siebie, mimo że w teorii każdy ród ma jakąś swoją konkretną cechę, One po prostu nie wybrzmiewają. 

Następnie, gdy już trafiamy na arenę, to w sumie dalej niewiele się na niej dzieje. Postacie, zamiast skupić się na planowaniu swoich pozycji, skupiają się raczej na romansowaniu, tak jak przypuszczałam, z tym że osobiście nie czułam w ich relacjach żadnej chemii. Ponadto mimo tego, że w teorii postacie były przygotowanie do udziału w wydarzeniu, tego kompletnie nie widać w ich zachowaniach czy w ogólnym nastawieniu. 

Nie odczułam też jakiegoś szczególnego ryzyka, niepokoju, który w takiej sytuacji powinien wisieć nad protagonistami jak cień. [SPOILER] Gdy już ktoś traci życie, to jest to postać, która i tak nie ma swojej własnej narracji i w gruncie rzeczy nikogo nie interesuje, a i to nie dzieje się zbyt szybko. Gdyby autorki skusiły się na to, by specjalnie poprowadzić narracje bohatera, który ma zginąć jako pierwszy, być może przynajmniej miałoby to jakiś impakt emocjonalny. W tej zaś sytuacji to wyglądało mi tylko i wyłącznie na tanie zagranie, które miało nam przypomnieć, że mimo wszystko znajdujemy się na polu bitwy, a nie w romantycznej scenerii.

Piszę ten tekst już dłuższą chwilę po lekturze, co nie zdarza się często. I po tych kilku tygodniach nie pamiętam za bardzo imion bohaterów, nie wiem, kto z kim się zadawał i po co. Zostało we mnie raczej wspomnienie nudy, irytacji oraz dezorientacji tym, kto jest kim i kto odgrywa w tej historii, jaką rolę, a to wszystko wcale nie zachęca do tego, aby zabrać się za kolejny tom.

Miałam nadzieję na lekką (choć krwawą) historię w świecie fantasy, a historia okazała się w moim odczuciu raczej nudnym średniakiem, o którym nie ma nawet co za bardzo mówić. Cóż, szkoda – wychodzi na to, że muszę dalej szukać interesujących mnie lektur. 


wtorek, 5 grudnia 2023

Park Jurajski: niby jak film, ale...


Na odizolowanej wyspie powstaje park pełen żywych dinozaurów. Pojawiają się jednak wątpliwości co do bezpieczeństwa miejsca, dlatego zostaje wysłana tam grupa, która ma upewnić się, że przyszła atrakcja na pewno będzie nadawać się dla zwierzających.


Park Jurajski
cykl Jurassic Park, t. 1
Michael Crichton
wyd. Vesper, 2022

Od lat chciałam przeczytać tę powieść, ale jakoś nie było nam po drodze. No i w końcu stało się. Nie spodziewałam się jednak, że „Park Jurajski” Michaela Crichtona będzie jednocześnie tak podobny i tak inny do kultowego filmu z 1993 roku.

Podobny, bo wszystkie ikoniczne momenty z filmu są też w oryginale. Inny, bo film jednak musiał trochę z historii wyciąć (co jest standardową procedurą, nie jestem na to zła), a skoro już musiał, to wyciął sporą dawkę naukowej ekspozycji. Do tej pory „Park Jurajski” kojarzył mi się z lekkim science-fiction, w którym najbardziej naukową kwestią jest tworzenie dinozaurów z DNA komarów zatopionych w bursztynie – coś, co z resztą od dawna nie jest postrzegane jako realna możliwość. 

W książce jest jednak tego znacznie więcej. Momentami wręcz czułam się, jakbym czytała fabularyzowany podręcznik o dinozaurach i miałam poczucie, że Michael Crichton naprawdę zrobił kawał dobrej roboty w swojej powieści. W historii nie brakuje też szczegółowych informacji o zabezpieczeniach parku, co w filmie zostało znacznie spłycone. Niestety, tu pojawia się moje drobne zastrzeżenie: to powieść z 1990 roku, w związku z czym spora część naukowych faktów może nie być aktualna, w związku z czym ta ilość ekspozycji przestaje być aż tak istotna dla czytelnika pod kątem edukacyjnym.

Jeśli chodzi o protagonistów, to w moim odczuciu mamy tutaj troszeczkę zbiorowego bohatera. Cała grupa dostaje zbliżoną ilość czasu. Ma to sens, jeśli spojrzy się na konstrukcje powieści. Historia jest jednak na tyle prosta i dobrze poprowadzona, że wiadomo dobrze, kto jest kim, a bohaterowie mają jakieś swoje konkretne cechy. Nie da się jednak ukryć, że Ian Malcolm jest chyba najbardziej wyrazistą osobą z tej grupy i kompletnie nie dziwię się, że w wersji filmowej gra go równie charakterystyczny aktor.

Choć to powieść z dużą dawką dinozaurów, to jednak dla mnie jest to historia przede wszystkim o ludziach, którzy mając dużo pieniędzy i możliwości, chcą zrobić coś zbyt szybko, bez odpowiedniej wiedzy i rozsądku. Pod tym kątem „Park Jurajajski” kojarzy mi się trochę z filmem „Titanic”. Mam wrażenie, że wydźwięk obydwu jest dość podobny, mimo że dzieją się w nich zupełnie inne katastrofy.

Mimo że w powieści znajduje się spora ilość dość naukowej ekspozycji, to jednak jest to historia raczej lekka i łatwa w przystrojeniu. To jednak przede wszystkim rozrywkowa fantastyka, która przynajmniej mnie nie zachwyca jakoś szczególnie stylem, czy klimatem. Jest jednak solidną historią, po którą warto sięgnąć choćby po to, by móc porównać ją sobie z dużo bardziej znanym filmem.


sobota, 2 grudnia 2023

Beniamin Aschwood: kolejny chłopiec, który wyrusza w podróż

Ben jest sierotą, wychowywanym przez zamożnego człowieka. Mieszka w odciętej od świata wiosce, nie marząc o niczym ponad to, co ma. Gdy w okolicy pojawia się demon, grupa podróżnych postanawia się nim zająć. Splot przypadków sprawia, że chłopiec jest zmuszony do wyruszenia wraz z nimi.



Książek fantasy o młodym chłopcu, często z biednego domu, który musi wyruszyć w magiczną podróż pełną przygód, nie brakuje. Niestety, trudno mi wśród nich znaleźć coś nowego, ciekawego, coś, co naprawdę wywrze na mnie duże wrażenie. I tak się składa, że „Beniamin Aschwood”, powieść A. C. Cobble’a, również moich oczekiwać w tym względzie nie spełnił.

Beniamin Aschwood
A. C. Cobble
wyd. Fabryka słów, 2021
cykl Beniamin Aschwood, t. 1

Zacznijmy od samego stylu. To powieść, którą jak najbardziej szybko się czyta. Przyznam, sama pochłonęłam te ponad 500 stron w niespełna 24 godziny, choć tu warto zauważyć, że książki Fabryki Słów mają bardzo mało tekstu na stronę w porównaniu do książek innych wydawców. Jednocześnie jednak to wcale nie oznacza, że styl Cobble’a jest szczególnie dobry. Autor robi w „Beniaminie Aschwoodzie” podstawowy błąd: mówi, ale nie pokazuje. Większości rzeczy dowiadujemy się z narracji, ale nie widzimy tego w praktyce, co sprawia, że historia sprawia wrażenie suchej i nijakiej. 

Ponadto autor chyba nie do końca przemyślał sobie konstrukcje świata czy postaci. Miałam wrażenie, jakby czasem zapomniał, że o czymś powinien wspomnieć, więc wrzucał to w historię później. Przykładowo, na początku poznajemy Bena jako chłopaka, który właściwie to uczy się bić na miecze i zawodowo chce zajmować się warzeniem piwa, co naprawdę lubi. A potem nagle dowiadujemy się, że on faktycznie całe życie chciał się z tej swojej wioski wyrwać. Albo na przykład historia zaczyna się od opisu żyjących w świecie demonów. Problem polega na tym, że po pierwszej scenie te są ledwo co wspominane i nie stanowią jakiegoś szczególnego zagrożenia dla bohaterów. 

Przyznam też, że rozbrajał mnie na łopatki pojawiający się w tej historii romans. Spokojnie, spokojnie, nie ma go dużo, niemniej nasz główny bohater zauracza się, bo… dziewczyna jest ładna. Koniec. Co prawda dostajemy gdzieś w narracji informację, że po kilku miesiącach wędrówki wszyscy członkowie wyprawy zbliżyli się do siebie i zbudowali mocne więzi, ale to nie jest w żaden sposób „udowodnione”. Ponownie, autor informuje, a nie pokazuje i w gruncie rzeczy o bohaterach pobocznych nie wiemy praktycznie nic.

Ponadto, w książce pojawia się jedna scena erotyczna, zajmująca jakąś połowę strony. Niepotrzebna i zbędna, niezbyt szczegółowa, ale jest. Także ostrzegam tych, którzy są na nie wyczuleni.

Wydaje mi się, że to właśnie problem ze stylem jest największym problemem tej książki. Tu nie ma emocji, tu nic takiego się nie dzieje. Jest lekko, sztampowo i dość bezpłciowo. Podróż pełna przygód jest schematyczna i zdaje się nie mieć znaczenia, ani emocjonalnego impaktu. Gdyby poprawić tę historię pod kątem prowadzenia narracji to być może to wszystko nabrałoby barw, ale w tym momencie naprawdę dużo brakuje jej do dobrej.

Oczywiście każda potwora znajdzie swego amatora i rozumiem, jeśli komuś ten typ historii odpowiada. Jak już wspominałam więcej niż raz, „Beniamin Aschwood” to książka lekka w przyswojeniu, a że często najbardziej lubimy stare piosenki, to jestem przekonana, że spora część czytelników będzie się przy niej bawić nieźle. Mnie samej dała odrobinę oddechu po cięższej lekturze, ale niestety, chciałabym, aby ta historia była przynajmniej trochę lepsza.



środa, 29 listopada 2023

Mój książę: romantyczna fantazja o szlacheckiej Anglii

 

Daphne nie brakuje niczego: ma kochająca rodzinę, jest śliczna, bystra i z poczuciem humoru. Jednak jakimś cudem nikt nie chce się jej oświadczyć… Dlatego wchodzi z księciem Simonem w układ: będą udawać parę, tak aby wzbudzić zazdrość u innych kawalerów.

Mój książę
Julia Quinn
wyd. Zysk i s-ka, 2021
cykl Bridgertonowie, t. 1


Serialowi „Bridgertonowie” po premierze zrobili niezły szał i choć obejrzałam tylko kawałek pierwszego sezonu, rozumiem dlaczego: to lekka historia, która nie wymaga zbyt wiele myślenia w trakcie jej poznawania. Z pierwszym tomem cyklu Julii Quinn zatytułowanym „Mój książę”, na bazie którego powstała filmowa adaptacja, jest bardzo podobnie. To lektura, którą po prostu bardzo łatwo się przyswaja.

To na pewno nie jest powieść historyczna, która idealnie oddaje realia. Nie, to popkulturowo przerobiona Anglia z XVIII-wieku. Z tego powodu nie ma co tej powieści traktować poważnie. To jednak przede wszystkim pewna fantazja na temat życia w pięknym, bogatym i romantycznym świecie. Dzięki temu po prostu można w tę historię wsiąknąć i nie myśleć o niczym innym.

Styl autorki jest lekki, z całkiem przyjemną dawką humoru, co sprawia, że strony dosłownie same się odwracają. To naprawdę książka na jeden wieczór, do której można usiąść i skończyć ją w jednej chwili. Wydaje mi się, że adaptacja naprawdę dobrze oddała klimat, który Quinn kreuje na kartach swojej książki.

Przy tym nie jest to absolutnie nic więcej, niż prosta rozrywka, a sama mam z nią mały osobisty problem: nie lubię Daphnee. No po prostu nie dogadałybyśmy się. Niby inteligentna, niby bystra i walcząca o swoje, ale z drugiej strony w jej głowie jest cały czas tylko to, aby wyjść za mąż i mieć dzieci, a przy tym nie wywoływać skandali. Rozumiem kreację tej postaci, ale po prostu to nie jest moja bohaterka, co utrudniło mi immersję, która w przypadku tego typu książek wydaje mi się kluczowa.

Nie mogę też nie wspomnieć o kontrowersyjnej scenie łóżkowej, która w moim odczuciu po prostu nie pasuje wydźwiękiem do całej tej różowo-słodkiej historii. Gdyby autorka tworzyła nieco poważniejszą literaturę, gdyby bardziej skupiła się na problemie, to być może uznałabym, że ten element jest ciekawym, cóż, uzupełnieniem historii. W tym przypadku uważam, że scena była zbędna, a podobny konflikt można było stworzyć na wiele innych sposobów.

Jeśli ktoś szuka lekkiej, romantycznej rozrywki i nie zależy mu na adekwatności historycznej, to uważam, że jak najbardziej po powieść „Mój książę” sięgnąć można. Być może sama wezmę się i za kolejne tomy, bo ostatnio lubię mieć pod ręką bardzo lekką literaturę, którą mogę bezmyślnie pochłaniać po męczącym dniu. Ale jednak należy zawsze wziąć poprawkę na to, że to nie jest książka, która jest czymkolwiek więcej.


Nomida zaczarowane-szablony