wtorek, 13 listopada 2018

Wiatraki: Konkretna, pomorska zagadka


Lucjan Bałyś, policjant z Krakowa, wyjeżdża do Słupska, aby poprowadzić konferencję. Koledzy po fachu proszą go o pomoc przy rozwiązaniu morderstwa: pewien mężczyzna został powieszony na skrzydle wiatraka, co doprowadziło do jego śmierci. Wkrótce później Lucjan znika, a jego krakowski partner, Andrzej, wyrusza, aby go odnaleźć.


Tytuł: Wiatraki
Tytuł serii: Trylogia pomorska
Numer tomu: 1
Autor: Krzysztof A. Zajas
Liczba stron: 480
Gatunek: kryminał
Wydanie: Marginesy, Warszawa 2018
Choć pochodzę ze Śląska to od trzech lat jestem związana z Pomorzem za sprawą studiów. Wszystkie historie, których akcja dzieje więc w tej okolicy są mi w jakiś sposób bliskie: po prostu w przypadku takich powieści istnieje duża szansa, że w danym miejscu byłam, lub chce być co mimowolnie poprawia mi humor. Dlatego „Wiatraki” Krzysztofa Zajasa były dla mnie od początku powieścią w jakiś sposób kuszącą. Po lekturze jestem zaś ze spotkania z tym polskim autorem całkiem zadowolona.
Początkowo nie czułam się do końca przekonana. Autor od razu przedstawia nam dość dużą grupę postaci i wydaje się cały czas pomiędzy nimi skakać, co w połączeniu z brakiem podania imion na początku każdej zmiany oraz dość dużą ilością opisów sprawiło, że po prostu miałam wrażenie wszechogarniającego mnie chaosu; miałam pewne trudności z wbiciem się w temat, ze wgryzieniem się w historie. Na całe szczęście im dalej w książkę brnęłam, tym było lepiej.
Jak wspominałam przed chwilą „Wiatraki” mogą poszczycić się zacną ilością opisów. To dla mnie spore zaskoczenie, biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio sięgałam po kryminały, które raczej stały dialogami i bardzo lekkim tekstem; Zajas na ich tle wypada ciężej, ale w tym przypadku ostatecznie uznaje to za zaletę. W końcu ile można czytać powieści, których język jest płytki i które w związku z tym nie budują napięcia w sposób, w jaki bym tego chciała? Ponadto mimo wszystko „Wiatraki” nie są książką przegadaną, a język autora jest po męsku surowy – tyle tylko, że po prostu Zajas nie boi się dłuższych opisów, w tym także tych ekspozycyjnych.
Mam wrażenie, że sama przedstawiona historia faktycznie może wymagać odrobiny cierpliwości. Początkowo w „Wiatrakach” dzieje się dużo i wszędzie, przez co czytelnik może nieco tracić orientacje w terenie. Gdy jednak wszystkie wątki zaczynają zazębiać się, okazuje się, że wszystkie poprzednie scenki miały sens w odniesieniu do całokształtu historii i po prostu pozwalają czytelnikowi na próbę rozwiązania zagadki po swojemu, co byłoby niemożliwe, gdyby Zajas uniknął początkowego rozgardiaszu.
Niewątpliwie ciekawie w przypadku „Wiatraków” wypadają zarówno setting, jak i dobór głównych bohaterów. Pomorska, spokojna wieś, otoczona farmą wiatraków jako miejsce zbrodni to coś, z czym jeszcze się nie spotkałam, a cała oś fabuły kręci się właściwie wokół relacji Lucjana z Andrzejem. To ona napędza bohaterów i sprawia, że dokonują takich, a nie innych wyborów. Dzięki temu historia – w moich oczach – staje się po prostu wiarygodna. Ci panowie nie śledzą i nie walczą przez wielkie i wzniosłe, ale często puste ideały, a raczej kierują nimi proste, ludzkie emocje. Za jednym razem będzie to chęć zapomnienia o domu, za drugim chęć niesienia pomocy bliskiej osobie, ale za każdym razem poczynania bohaterów naprawdę są konkretnie ugruntowane.
Być może „Wiatraki” to nie jest absolutnie wybitny i genialny kryminał, ale jednocześnie… po prostu dobrze się go czyta i dobrze obserwuje się zarówno poczynania, jak i relacje postaci. Nie jest przy tym przegadany, ani szczególnie obyczajowy, ma w sobie też co nieco z dreszczowca. To po prostu porządnie przemyślany i napisany polski kryminał, po który fan tego gatunku swobodnie może sięgnąć.


* * *

– Najgorsze na wojnie wcale nie jest to, że giną ludzie. W czasie pokoju też giną. Wojna wyzwala w człowieku zło. (...) wojna ze zwykłego zjadacza chleba robi zbrodniarza i nie ma na to siły. Jak codziennie widzisz naokoło, że bezkarnie zabija się drugiego i zabiera mu jego dobytek, to prędzej czy później się skusisz. No, może jaki ksiądz albo zagorzały socjalista się oprze, ale zwykły człowiek nie. Pójdzie i zabije, zgrabi, schowa, a potem będzie twierdził, że o niczym nie wie.
 Fragment „Wiatraków” Krzysztofa A, Zajasa



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy!

niedziela, 11 listopada 2018

9 głupotek w filmowym „Zmierzchu”


Po kilku dobrych latach włączyłam ponownie filmowy „Zmierzch”. Gdy oglądałam go w szkole podstawowej absolutnie uwielbiałam tę historie – to był pierwszy romans, jaki trafił w moje ręce, więc po prostu na swój sposób mnie zafascynował. Gdy jednak z ciekawości włączyłam go po latach… cóż, zaczęłam zauważać pewne rzeczy, na które wtedy nie zwróciłam uwagi. I nawet nie chodzi o to, jak głupiutka jest ta historia jako całość, tylko pewne absolutnie dziwne i nienaturalne elementy, których wtedy nie dostrzegałam. Już się z Wami nimi dziele!
Nim jednak do tego przejdę pragnę zwrócić uwagę, że ten wpis nie jest recenzją. Jest raczej przeznaczony dla osób, które znają tę historię. Dlatego też ostrzegam przed spoilerami, które znajdziecie poniżej.
No to lecimy!

1. Bella dostaje nowy samochód. I o ile lata temu wydawało mi się, że jej zachwyt jest absolutnie szczery tak teraz mam wątpliwości. Jej reakcja sugeruje absolutnie ironiczne podejście do „uwielbiania” swojego pick-upa, choć według pierwowzoru książkowego szczerze go lubiła.

2. Bella jest wredna. Olewa znajomych, woli siedzieć sama, nie potrafi być miła, albo po prostu – na bardzo, bardzo niskie umiejętności społeczne. Mimo tego wszyscy wokół niej absolutnie ją uwielbiają. Nie mam pojęcia za co. Cóż, wyraźnie Forks działa zdecydowanie inaczej niż jakakolwiek inna szkoła, w których takie dzieciaki są raczej traktowane jako tło.

3. Reakcje Belli za często sugerują, że wie „coś więcej” niż powinna, mimo że początkowo przecież nie ma absolutnie żadnych podstaw, by sądzić, że z Edwardem jest coś nie tak. Weźmy scenę jej pierwszego spotkania z przyszłym ukochanym na lekcji biologii. Edward spogląda na nią i zatyka usta. To przecież nie znaczy od razu, że to ONA śmierdzi, lub że z NIĄ jest coś nie tak. Normalna osoba siadając obok niego spytałaby się: „Hej, coś się stało? Źle się czujesz? Nie użyłam dezodorantu?”. Ale nie Bella. Ona od razu wie, że chodzi konkretnie o nią.

4. Edward ma około setki na karku. Jest super przystojnym gościem, na którego ochotę mają wszystkie dziewczyny w szkole. I absolutnie nie potrafi się wypowiadać. Jego pierwsza rozmowa z Bellą to jakieś mruczenie słówek, tak, jakby też miał poważne problemy z relacjami międzyludzkimi. Czemu w takim razie dziewczyny się za nim uganiają? Trudno stwierdzić, bo przecież niepewni siebie kolesie, nawet jeśli są bardzo ładni, niekoniecznie wzbudzają tak wielki zachwyt w szkole.

5. Bella początkowo absolutnie nie chce mieć nic wspólnego z Edwardem, a przynajmniej sama do niego nie podchodzi i z nim nie rozmawia. Z resztą, jej wyraz twarzy bezustannie mówi „niedobrze mi”. To on za nią łazi. I za każdym razem uznaje, że hej, nie powinniśmy być przyjaciółmi. Patrząc na twarz aktorki mam wrażenie, że Bella uznaje jego zachowanie za dziwne, jednak ani razu nie powie mu tego, co aż ciśnie się na język – weź koleś spier*alaj.

6. Po wypadku Belli stuletni wampir znów nie popisuje się intelektem. Gdy Bella zaczyna doszukiwać się prawdy mógł swobodnie powiedzieć: hej, to była adrenalina, serio nie wiem jak to się stało. Zamiast tego zaczął dziewczynę straszyć (podobna rzecz się stała, gdy Bella zapytała go, czy nosi kontakty – wystarczyło, by przytaknął). Swoją drogą to kolejny przypadek w którym Bella doszukuje się czegoś, jakby już wcześniej dostała informacje o tym, że Edward chyba tak do końca nie jest człowiekiem. 

7. Koleś za nią łazi. Straszy ją. Na jej twarzy bezustannie widać zażenowanie i chęć pozbycia się go. Ale nie! To ONA prosi się o wspólne spędzanie czasu. Czemu? W gruncie rzeczy to nie jest w żaden sposób podbudowane fabularnie.

8. Klimat „Zmierzchu” jako filmu cały czas próbuje sugerować, że dzieje się coś strasznego. Kolory są zimne, wypłowiałe, muzyka niezwykle stonowana, często dość mroczna. Nie współgra to kompletnie z tym, co widzimy na ekranie: grupę nastolatków, którzy przez większość czasu spędzają razem czas. Ten patetyzm sprawia, że trudno to dzieło traktować na poważnie.

9. Wampiry powinny być tymi najpiękniejszymi osobami w całym filmie. Tyle tylko, że ich skóra jest tak nienaturalnie wybielona, że choć to w większości ładni ludzie to wyglądają po prostu karykaturalnie.

Zauważyliście jakieś drobne dziwactwa w trakcie oglądania „Zmierzchu”? Jeśli tak – podzielcie się nimi w komentarzach!


piątek, 9 listopada 2018

Spektrum: B-day oczami Mai


Po dniu buntu policjant Jared Quinn cudem uszedł z życiem Maya, android i jednocześnie jego partnerka udała się za mur. Jednak tylko ona wie, w jakich okolicznościach do tego doszło.


Tytuł: Spektrum
Tytuł serii: Czarne światła
Numer tomu: 2
Autor: Martyna Raduchowska
Liczba stron: 416
Gatunek: cyberpunk
Wydanie: Uroboros, Warszawa 2018
Nim zabiorę się za ocenę „Spektrum” muszę na chwilę wrócić do części poprzedniej, czyli „Łez Mai”. Czytałam ją wcale nie tak dawno, bo w tym roku, choć jeszcze przed wydaniem części pierwszej. Muszę jednak przyznać, że… niewiele pamiętam z lektury. Pamiętam, że uznałam ją za całkiem fajną, rozrywkową pozycje, ale fabuła? Większa jej część uciekła mi z pamięci. Część wróciła przy lekturze „Spektrum”, ale… no właśnie, ale. Nie do końca, nie w całości. A to w przypadku tej konkretnej książki wydaje mi się dość istotne. Dlaczego?
„Spektrum” jest powieścią nierozerwalnie związaną z tomem pierwszym serii. Akcja tej książki rozgrywa się w tym samym czasie, co „Łzy Mai”, jednak obserwujemy wszystkie wydarzenia z innej perspektywy. Tym razem to Maya jest naszą główną bohaterką, wokół której kręci się sama historia, która jednak nieco odbiega od tego, co przeżywał Jared: wprawdzie oczywiście, obydwie historie łączą się i splatają to jednak nie mamy w tym przypadku dokładnej powtórki z rozrywki.
Czy jednak Maya jest ciekawszą postacią niż Jared? Wydaje mi się, że tak, choć mam przy tym wrażenie, że jest… zbyt ludzka. Zbyt zwyczajna. Choć jest androidem, który powinien wzbudzać pewien strach, lęk, niepokój, to… Maya wydaje się być po prostu kobietą. Niemniej, na pewno ta część jest o wiele bardziej skupiona na samej bohaterce. Poznajemy ją naprawdę bardzo dokładnie, ta książka jest wyraźnie o niej. Kryminalne elementy schodzą trochę na drugi plan; ważniejsze są jej emocje, uczucia, czyny.
Raduchowska w „Spektrum” kontynuuje też analizę sztucznej inteligencji. Zadaje pytania bardzo typowe dla science-fiction dotyczące tego, kiedy maszyna staje się człowiekiem i na ile można sobie względem niej pozwolić. Muszę jednak przyznać, że przy jej naprawdę lekkim stylu pisania (jak na tego typu literaturę) mam wrażenie, że nie wybrzmiewa to tak mocno, jak wybrzmieć by mogło. A może po prostu sama poznałam już tyle książek poruszający to zagadnienie, że przestało to na mnie robić wrażenie? Nie przeczę, jest to możliwe.
No właśnie, skoro wspomniałam już o stylu to muszę dodać, że „Spektrum” czyta się naprawdę błyskawicznie. Sama byłam zaskoczona tym, jak szybko „lecą” mi kartki – zwykle nawet przy lekkiej fantastyce naukowej spędzam trochę czasu. Tekst Raduchowskiej, mimo że ma stosunkowo dużo opisów czyta się bardzo płynnie i bardzo dobrze. Pamiętam też, że w przypadku „Łez Mai” bolała mnie nieco duża ilość angielskich wtrąceń. W „Spektrum” tego problemu w żadnym razie nie zauważyłam.
Muszę przyznać, że jednak o ile czytało mi się tę powieść naprawdę dobrze i o ile przez samo zakończenie chętnie sięgnę po kolejny tom to niekoniecznie czułam się w pełni zaangażowana w fabułę. Mam wrażenie, że ma to związek z moimi lukami w pamięci związanymi z „Łzami Mai”, dlatego naprawdę szczerze polecam czytać te książki jedna po drugiej, w odpowiedniej kolejności. Obydwie są tak mocno ze sobą związane, że po prostu to coś naprawdę koniecznego.
Należy dodać, że ulokowanie historii „Spektrum” w Dark Horizon, części miasta wyjętej spod prawa, nadaje jej ciekawego klimatu. Wszelkiego rodzaju gangi i mafie, wszechobecny brak ufności i różnego typu układy to coś, co w takich miejscach występuje zawsze i w tym przypadku nie możemy mówić o jakimkolwiek wyjątku. A w końcu chyba nic nie fascynuje bardziej, niż ta ciemna strona świata, do której większość z nas jednak nie ma wstępu.
Jak już wspominałam, chętnie sięgnę po kolejny tom „Czarnych świateł”, bo nie wątpię, że takowy się ukaże. Chyba jednak przed lekturą będę musiała wrócić do „Łez Mai”, by nie mieć wciąż wrażenia, że coś mi umyka. Samego „Spektrum” nie potrafię uwielbiać, ale niewątpliwie to ciekawa pozycja, udowadniająca, że Raduchowska wciąż się rozwija i doskonali swój warsztat. Mam nadzieję, że teraz, po znalezieniu nowego wydawcy, jej kariera zacznie rozkwitać i spod jej pióra wyjdzie jeszcze wiele ciekawych książek.



* * *

– Izzie, zanim mnie wyłączą, pozwól mi zrozumieć. Dlaczego?
Kobieta siedzi w kucki pod ścianą i kiwa się lekko w przód i w tył, wpatrzona w podłogę, z dłońmi przyciśniętymi do czoła i palcami wbitymi w rozczochrane włosy.
– Bo nie chcę go stracić – mówi niewyraźnie, nie podnosząc głowy, nie patrząc mi w oczy.



Fragment „Spektrum” Martyny Raduchowskiej



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Uroboros!

środa, 7 listopada 2018

Kull. Banita z Atlandyty: Książka dla każdego fana klasycznego fantasy


Kull, król Valusii, jest barbarzyńcą pochodzącym z Atlantydy. Tron udało mu się zdobyć dzięki swojej sile fizycznej. Czy jednak będzie w stanie go utrzymać?

Tytuł: Kull. Banita z Atlantydy
Autor: Robert E. Howard
Tłumaczenie: Tomasz Nowak
Liczba stron: 416
Gatunek: magia i miecz
Wydanie: Rebis, Poznań 2014
Gdy czyta się dany gatunek literacki są nazwiska, których „głupio” jest nie znać. Jedną z takich osób dla fantasy niewątpliwie jest Robert E. Howard, uznawany często za ojca podgatunku magia i miecz. Sama do tej pory nie miałam jednak styczności z jego piórem i „Kull. Banita z Atlantydy” był moim pierwszym spotkaniem z tym autorem. Muszę przy tym przyznać, że absolutnie nie mogę narzekać.
Zacznijmy jednak od tego, kim w ogóle jest tytułowy Kull. To postać, która poprzedziła najpopularniejszego bohatera Howarda, Conana. Pierwsze opowiadanie z nim zostało opublikowane w 1929 roku, zaś jego młodszy brat został przedstawiony światu już po latach 30. Howard zaczął trzynaście opowiadań o Kullu, z czego przed swoją samobójczą śmiercią zakończył dziesięć, zaś tylko trzy przed tym faktem zostały opublikowane. „Kull. Banita z Atlandyty” zawiera zaś dwadzieścia dwa teksty. Czemu? Przede wszystkim poza prozą zawiera też nieco poezji. Ponadto znajdziemy wewnątrz różne fragmenty tekstów, czy ich robocze wersje.
To, że autor nie każdy tekst dopracował niestety mocno „czuć” – fragmenty się urywają, fabuła czasem powtarza. Są one raczej smaczkiem dla fanów autora, niż faktyczną rzeczą do czytania. Niemniej, choć te w pełni ukończone teksty opierają się na znanych nam już schematach (bo od lat 30. popkultura przemieliła je wielokrotnie) to czyta się je po prostu naprawdę bardzo dobrze.
Teksty, które można znaleźć w „Kullu. Banicie z Atlantydy” są trochę jak plemienne bębny: każdy z nas zna ich brzmienie, bo to wypływa z naszego wnętrza, ale dopiero gdy usłyszymy je na żywo, tuż obok, poczujemy ich prawdziwą moc. Opowiadania Howarda są szorstkie i konkretne, zawierają ciekawą fabułę z dużą ilością przygody i najzwyczajniej w świecie interesują. Wiele z nich ma powtarzającą się historie: zwykle Kull nie dostrzega kłopotów wystarczająco wcześnie, po czym sam, lub z przyjaciółmi stawia im czoło. Każde jednak ma zupełnie inny motyw przewodni, dzięki czemu w trakcie lektury tego zbioru po prostu nie da się nudzić.
Jak zawsze w przypadku literatury, dość istotny jest dla mnie styl autora i jak zawsze w przypadku klasyki: bałam się, że w tym przypadku ten po prostu będzie dla mnie zbyt nieprzystępny. Na całe szczęście Howard pisał literaturę rozrywkową i dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Dzięki temu jego opowiadania mają wprawdzie swoistą „wagę”, typową dla nieco starszej prozy, nie są jednak ani szczególnie przestarzałe, ani szczególnie skomplikowane pod względem językowym. Dlatego to naprawdę nie jest element, którego w przypadku tych tekstów można się w jakikolwiek sposób obawiać.
Oczywiście, „sercem” wszystkich opowiadań jest tytułowy Kull, postać, która dla współczesnego czytelnika może wydać się nieco schematyczna, ale jednocześnie zdecydowanie mająca własny, unikalny charakter. To bohater o gwałtownym charakterze, który jednak jest człowiekiem bardzo honorowym. Ponadto bardzo ceni sobie przyjaciół i nienawidzi głupoty i niesprawiedliwości. Z resztą, to właśnie ta niechęć, połączona z brakiem szacunku do tradycji sprawiła, że stał się tytułowym banitą.
Muszę zwrócić uwagę na samo wydanie. Książka sama w sobie nie wygląda perfekcyjnie: ma dość dziwny format, a wewnątrz biały papier, za którym nie przepadam. Zawiera jednak naprawdę przepiękne i bardzo klimatyczne ilustracje, na których przyjemnie było zawiesić wzrok.
„Kull. Banita z Atlantydy” okazał się dla mnie dobrym startem z literaturą Howarda. To zbiór naprawdę ciekawych opowiadań, które zapewniają dość wysoki poziom rozrywki, o ile oczywiście czytelnik weźmie poprawkę na to, że nie wszystkie z tekstów wewnątrz zostały przez autora ukończone. Wydaje mi się, że tego autora nie trzeba polecać – jego proza od dziewięćdziesięciu lat broni się sama.


* * *

– Ale prawo! – wrzasnął Tu.
– Ja jestem prawem! – ryknął Kull, zamachnąwszy się toporem. Ten błysnął opadając i kamienna tabliczka rozleciała się na sto kawałków. Ludzie zacisnęli w przerażeniu pięści, czekając oniemiali na walące się niebo. Kull zatoczył się w tył, oczy mu płonęły. Izba zawirowała przed skołowanymi oczyma.
– Ja jestem królem, państwem i prawem! – ryknął i chwyciwszy podobne do buławy berło, które leżało w pobliżu, przełamał je na pół i odrzucił od siebie. – To powinno być moje berło! – Potrząsnął wysoko poczerwieniałym toporem, chlapiąc na pobladłych nobilów kroplami krwi. Lewą ręką złapał za wysmukłą koronę, a plecy wsparł o ścianę. Tylko to oparcie uchroniło go przed upadkiem, lecz w jego ramionach wciąż tkwiła siła lwa. – Jestem albo królem ,albo trupem! – krzyknął. Sznury jego mięśni spiętrzyły się, a oczy płonęły mu strasznie. – Jeśli nie podoba wam się moje królowanie... chodźcie i weźcie tę koronę!
Wyciągnął przed siebie napiętą lewą rękę trzymającą koronę, prawą groźnie ściskając nad nią topór.
Fragment „Kulla. Banity z Atlantydy” Roberta E. Howarda



poniedziałek, 5 listopada 2018

Gospoda pod Bocianem: Rodzinna saga w jednym tomie

Historia rodziny Bogoszów rozpoczyna się w XIX wieku, gdy Henryk tworzy Gospodę pod Bocianem, niezwykłe miejsce, które staje się prędko rodzinnym gniazdkiem dla jego bliskich. Choć lata mijają, a czasy bezustannie się zmieniają ród Bogoszów nieprzerwanie od tamtego czasu trzyma się razem.
Za każdym razem, gdy sięgam po literaturę dedykowaną kobietom mam nadzieję, że tym razem faktycznie wsiąknę w tę historię. Że ten romans w końcu okaże się „mój”, że ten dramat faktycznie mnie poruszy. Niestety, jak na razie nie znalazłam swojej idealnej książki dedykowanej mojej płci i choć sięgnęłam po „Gospodę pod Bocianem” Katarzyny Drogi z jak najlepszym nastawieniem to niestety, i tym razem nie jest to do końca książka dla mnie. Nie jest to zła powieść – po prostu ja najwyraźniej nie potrafię wczuć się w te typowo kobiecą literaturę.
Tytuł: Gospoda pod Bocianem
Autor: Katarzyna Droga
Liczba stron: 324
Gatunek: powieść obyczajowa
Wydanie: Edito, Gliwice 2018
Konstrukcja „Gospody pod Bocianem” przypomina mi trochę „Całe miasto o tym mówi” Fannie Flagg. Tak jak i tam, tak i tu obserwujemy losy bohaterów na przestrzeni lat, choć należy dodać, że jednak książka Drogi nie rozwleka swojej historii na aż tyle lat i po prostu trzyma się jednej rodziny, a nie opowiada o całym mieście. Ta powieść to swoista saga rodzinna, tyle tylko, że zmieszczona w jednym tomie. W związku z tym czasy opisywane przez autorkę naprawdę szybko mijają i moim zdaniem trudno w trakcie czytania „Gospody…” naprawdę wczuć się w czasy międzywojnia, czy II wojny światowej, zwłaszcza, że te wydają się podane stosunkowo płytko. A przynajmniej – dla mnie, osoby przyzwyczajonej do mocnej stylizacji języka w związku z czytaniem literatury fantastycznej.
Ponieważ czas w książce Drogi mija dość szybko, trudno tu też mówić o bardzo indywidualnym podejściu do bohaterów i jakiejś konkretnej fabule. Narrator często zdaje się stać z boku, obserwując to, co się dzieje i nie wnika zbyt głęboko w dusze postaci, choć należy zaznaczyć, że sama ich charakterystyka wypada naprawdę nieźle. A fabuła? Cóż, choć w „Gospodzie…” znajdziemy kilka wątków, które stanowią swoiste rodzinne tajemnice i pchają całość do przodu to jednak przede wszystkim to książka o funkcjonowaniu dość zżytej ze sobą rodziny.
A szkoda. Szkoda, bo w tle tego wszystkiego rozgrywa się naprawdę niezła historia, którą chciałabym przeczytać i poznać, tylko… z innej perspektywy i z innym sposobem narracji; bardziej dynamicznym, bardziej emocjonalnym. Bo choć styl Drogi jest całkiem ładny oraz naprawdę ciepły to akurat do tego typu fabuły taki sposób opowiadania historii absolutnie by nie pasował.
Ta książka okazała się być dla mnie po prostu kolejną, „typową” literaturą kobiecą. Całkiem ładnie napisaną, bardzo serdeczną, dość spokojną i skupiającą się na relacjach między członkami rodziny. Właściwie nie mam jej nic do zarzucenia jako do książki tego typu: na pewno będę polecała ją wielu kobietom, które po prostu takiej literatury szukają, co jak najbardziej rozumiem i szanuje. Tyle tylko, że sama chciałabym jednak czegoś więcej; czegoś mocniejszego, czegoś bardziej dopracowanego pod względem stylu, czegoś, co naprawdę by mnie zaintrygowało. Nie widzę też w książce Drogi właściwie niczego innowacyjnego: to po prostu bardzo „bezpieczna” historia, która zdecydowanie nie próbuje wyprowadzać czytelniczki przyzwyczajonej do rodzinnych opowieści z jej strefy komfortu.
„Gospoda pod Bocianem” nie okazała się dla mnie strzałem w dziesiątkę; próbuję i testuję literaturę kobiecą, ale to cały czas nie jest to, czego szukam. Nie żałuję jednak zapoznania się z nią i mam po prostu nadzieję, że będę mogła wieść o niej przekazać dalej w świat, bo nie wątpię, że ta powieść znajdzie dość duże grono swoich zwolenniczek… i może również zwolenników?


* * *

Nigdy nie dowiedziałabym się tego wszystkiego i nie opisałabym dziwnej historii Bogoszów, gdyby nie miłość i przypadek, zjawiska naturalnie ze sobą splątane. Miłość dwojga studentów, trochę dziwna i niedzisiejsza, bo mimo dwudziestego pierwszego wieku, ery komórek i internetu, przypadkiem spotkała ich w najprawdziwszym pałacu. Moja własna miłość do podlaskiej ziemi, starych szpargałów i przeszłości, która wyskakuje z kufrów i ze strychu przypadkiem i kiedy chce. Wreszcie miłość starego człowieka do wnuczki, do wynalazków, a także do…. fotografii.
Fragment „Gospody pod Bocianem” Katarzyny Drogi



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

sobota, 3 listopada 2018

Dom wschodzącego słońca: Przyjemna przygoda i naprawdę przyzwoity debiut


Magowie przybyli do Farewell sto lat temu. Osiedlili się w mieście na dobre, znajdując w nim dom. Gdy nastoletnia Eunice odkrywa w sobie moc, magiczni mieszkańcy Domu Wschodzącego Słońca roztaczają opiekę nad młodą magini. Nie spodziewają się, że już wkrótce cała ich społeczność będzie zagrożona.


Tytuł: Dom wschodzącego słońca
Tytuł serii: Miasto magów
Numer tomu: 1
Autor: Aleksandra Janusz
Liczba stron: 416
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: Uroboros, Warszawa 2018
Zwykle sięgając po powieści młodzieżowe jestem w stanie wyrazić swoją opinię o nich w sposób – moim zdaniem – dość chłodny i obiektywny. Nieczęsto angażuje się emocjonalnie w tego typu historie, bo po prostu ich schematy są mi na tyle dobrze znane, że po prostu nie jestem w stanie tego zrobić. Muszę przyznać, że „Dom wschodzącego słońca”, czyli debiut Aleksandry Janusz (po raz pierwszy wydany w 2006 roku) jest pod tym względem dość wyjątkowy. Wprawdzie  nie jest to książka idealna, ale jednocześnie jest jedną z niewielu powieści dla młodzieży, która faktycznie sprawiła, że chwilami czułam się naprawdę zaangażowana w tę historię.
Gdybym była młodszym czytelnikiem, albo takim, który ma na swoim koncie mniej książek praktycznie na pewno uznałabym „Dom wschodzącego słońca” za super historię, której niczego nie brakuje. Czemu? Bo nawet teraz potrafiłam się przyłapywać na tym, że podchodzę do tej historii kompletnie bezkrytycznie, choć chwilę później w głowie zapalała mi się lampka, krzycząca, że jednak tak idealnie nie jest.
Dlaczego więc uważam, że to jest naprawdę dobra powieść młodzieżowa? Przede wszystkim nasza główna bohaterka, Eunice, nie gra tu głównych skrzypiec. Oczywiście, jest ważna i to wokół niej obudowana jest narracja, ale w dalszym ciągu pozostaje nastolatką, która w gruncie rzeczy nie ma aż tak dużo do powiedzenia. Choć pomaga w „ratowaniu świata” to jednak jest tylko wsparciem, co jak najbardziej jest uzasadnione przez jej młody wiek. Ponadto to jedna z tych historii, wewnątrz której możemy znaleźć naprawdę sympatyczne postacie, których relacje są po prostu przyjemne w obserwacji.
Ponownie, gdybym miała na karku trochę mniej lat i przeczytanych książek na pewno kompletnie wsiąknęłabym w sam pomysł świata przedstawionego: Eunice dostaje paczkę przyjaciół-opiekunów, do których zawsze może przyjść i którzy jej zawsze pomogą, a którzy nie są ani rodzicami, ani znajomymi ze szkoły. Dla mnie, w wieku nastoletnim taka wizja „to było coś” – w końcu kto nie chciałby się pochwalić dorosłymi znajomymi, którzy przy okazji władają magią?
Jak jednak już wspominałam, nie jest to książka bez wad. Na pewno świat wykreowany przez Janusz nie jest – przynajmniej teraz – czymś nadzwyczaj nowatorskim. To po prostu kraina do której zostały wepchnięte różne rasy i których obecność w naszym świecie została w podstawowy sposób wyjaśniona. Na pewno inne uniwersa urban fantasy są o wiele bardziej rozbudowane i złożone, choć uważam, że „Dom wschodzącego słońca” wypada lepiej, niż choćby inny powieściowy debiut, „Złodziej dusz” Anety Jadowskiej: w porównaniu do niego nie jest aż tak wulgarny, styl Janusz wydaje mi się przyjemniejszy, a sami bohaterowie nie mniej sympatyczni.
Warto też zwrócić uwagę na to, że „Dom wschodzącego słońca” można podzielić na trzy, zupełnie oddzielne segmenty: czytając, miałam wrażenie, że mam do czynienia z połączonymi opowiadaniami, a nie jednolitą historią. Zaczynamy więc od poznania przez Eunice świata magów. Początek historii jest dość chaotyczny i mam wrażenie, że dosyć skrótowy, nad czym trochę ubolewam, bo… nie będę oszukiwać, to po prostu moja ulubiona część całości. Następnie mamy po prostu dwa, niekoniecznie związane ze sobą wydarzenia. Najpierw jedno mniejsze, potem – większe, prawdopodobnie związane z tym, że finał książki „powinien być” czymś naprawdę wielkim. Szczerze przyznam, że dwa kolejne segmenty są jednak dość sztampowe i raczej nie zaskakują, szczególnie, że akcja pędzi w nich na łeb na szyję i w gruncie rzeczy nie mamy aż tak wiele czasu dla samych bohaterów. A – ponownie – osobiście miałabym ochotę przede wszystkim obserwować codzienność magów z Farewell, bo to po prostu bardzo sympatyczne postacie.
Jako debiut i książkę przeznaczoną dla młodzieży mogłabym swobodnie określić „Dom wschodzącego słońca” jako powieść bardzo dobrą. Jako po prostu fantastykę – jako przeciętną, ale bardzo przyjemną rozrywkową historie. Jestem szczerze ciekawa, jak wypadają nowsze powieści Janusz, bo naprawdę widzę w jej historii niezły potencjał, zwłaszcza w kategorii lekkich i niezbyt wymagających, ale sympatycznych opowieści, których moim zdaniem nigdy nie jest za mało.

* * *

„Wszyscy magowie są ludźmi” – głosiła pierwsza strona kodeksu – „I wszyscy ludzie mogą zostać magami”. Tyle że, dodawała w myślach Eunice, na ogół nie chcą. A ci, którzy chcieliby, nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Nie wystarczy, że uwierzą. Nie pomoże im medytacja pod wodospadem, na­uka gotowych formułek, żadna internetowa moda, żadne diety, newage’owe obsesje i teorie spisku. Są pytania, które należy sobie zadać, góry i doliny, które trzeba przejść. I każda odpowiedź przyniesie ze sobą kolejne zagadki.
 Fragment „Domu wschodzącego słońca” Aleksandry Janusz



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Uroboros!

czwartek, 1 listopada 2018

Król rozrywki (2017): Pora zacząć show!



P. T. Barnaum (Hugh Jackman) jest synem krawca. Żeni się z Charity (Michelle Williams), arystokratką z którą przyjaźni się od dzieciństwa. Jako dorosły mężczyzna postanawia spełnić swoje marzenia z dzieciństwa i zaczyna tworzyć cyrkową trupę.


Musicale to jest coś absolutnie mojego: uwielbiam, gdy muzyka, którą słyszę niesie ze sobą historię, gdy każde słowo coś opowiada, a to jest właśnie jedna z cech utworów z tego typu rozrywki. Dlatego z wielką radością zabrałam się za „Króla rozrywki” i ta radość ani na chwilę nie opuściła mnie w trakcie seansu.
„Król rozrywki (2017)
ang. „The Greatest Showman”
reż. Michael Gracey
musical
Jak właśnie wskazuje tytuł – to jest właśnie film o rozrywce. O dobrej zabawie, o łamaniu ograniczeń w związku z nią. I choć oparty jest na prawdziwych wydarzeniach jest co najwyżej ich inspiracją. Twórcy nie próbują w tym przypadku tworzyć głębokiej, niezwykłej historii – to prosty film o radosnym tonie, z jednym celem: ma bawić.
Muzyka w Królu rozrywki” jest typowo popowa, co z jednej strony nie do końca pasuje do XVIII wieku, w którym rozgrywa się akcja tego filmu, ale z drugiej strony dobrze łączy się z niezwykle barwnymi charakteryzacjami. Powiedziałabym wręcz, że to film, który wygląda kiczowato, ale to kontrolowany i zamierzony kicz, naprawdę potrafiący cieszyć.
Niestety, ponieważ na co dzień popu raczej unikam nie mogę powiedzieć, że absolutnie uwielbiam utwory z tego konkretnego musicalu. Choć choreografie do nich są wspaniałe i choć aktorzy wokalnie naprawdę dają radę to niestety, po prostu nie potrafię słuchać songów z „Króla rozrywki” w oderwaniu od filmu. W trakcie seansu sprawiły mi naprawdę olbrzymią radość, ale osobno stały się zdecydowanie bardziej… płaskie i pozbawione wyrazu. Niemniej, doskonale wiem, że to mój osobisty problem: bardzo często utwór popowy podoba mi się, gdy słucham go wraz z oglądaniem teledysku, ale w oderwaniu od niego po prostu nie czuję tej „mocy”, zmuszającej do puszczania utworu w kółko i w kółko.
„Król rozrywki” wypada dobrze nie tylko pod względem choreografii, czy kostiumów. Aktorzy w swoich rolach sprawdzają się naprawdę dobrze: wyglądają naturalnie, ich mimice nie mogę niczego zarzucić. Miałam wrażenie, że absolutnie wszyscy po prostu świetnie bawili się na planie, wkładając sporo serca w to, co robią. Cieszę się też, że w końcu mogłam zobaczyć Zaca Efrona w musicalowej roli. Nie dość, że grana przez niego postać wypada naprawdę sympatycznie to na dodatek wychodzi mu to naprawdę dobrze. Poprzednio widziałam go w komedii „Sąsiedzi” i z ręką na sercu mogę stwierdzić, że prężenie klaty i rzucanie kiepskimi żartami naprawdę nie jest szczytem jego możliwości.
Jeśli szukacie radosnego seansu, pełnego muzyki, który po prostu Was rozweseli po prostu natychmiast włączcie „Króla rozrywki” – naprawdę, nie ma na co czekać! Nie spodziewajcie się jednak poważnego kina, które porusza i pogłębia istotne społeczne tematy, albo analizuje życiorys P. T. Barnuma.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony