wtorek, 17 lipca 2018

Mansfield Park: Życie w XIX-wiecznej rodzinie

 
Dziewięcioletnia Fanny zostaje oddana na wychowanie bogatej ciotce. Cicha i nieśmiała, ale pełna wdzięczności dziewczynka dorasta w domu, w którym niemal nikt nie traktuje jej jak równej sobie. Pewnego lata do dworu przybywa wychowane w mieście rodzeństwo, które burzy spokojne życie domowników.

„Mansfield Park” to moje drugie spotkanie z twórczością Jane Austen. Nie jest to zbyt typowy wybór: to chyba jedna z jej książek, która zbiera gorsze opinie, głównie przez to, że poruszana przez nią tematyka niekoniecznie odpowiada dzisiejszemu czytelnikowi. Dla mnie jednak ta powieść była przede wszystkim wytchnieniem.
Tytuł: Mansfield Park
Autor: Jane Austen
Tłumaczenie: Hanna Pasierska
Liczba stron: 440
Gatunek: klasyka literatury kobiecej
Wydanie: Prószyński i Sk-a, Warszawa 2016
Tego typu klasyka literatury ma w sobie pewną grację i spokój, której brakuje współczesnym tekstom. Dziś wszystko zdaje się pędzić, nie ważne, czy to romans, obyczaj, kryminał, sensacja. Byleby czytelnika nie zanudzić, byleby kupił i nie narzekał, że w książce nic się nie działo. Styl i klimat przestają mieć większe znaczenie. Na całe szczęście czasy Jane Austen były pod tym względem inne i „Mansfield Park” jest po prostu po brytyjsku i piękne, i leniwe jednocześnie.
To historia, w której autorka postanowią przelać na papier swoje lęki dotyczące przemian społecznych. Fanny jest tu wzorem idealnej dziewczyny: grzecznej, potulnej i dobrze wychowanej. Otaczają ją osoby mniej, lub bardziej zniszczone, które dążą do wygodnego życia, „pozbawionego zasad”. Z tym, że w trakcie czytania należy wziąć poprawkę na to, w jakich czasach powstała ta powieść: to, co wtedy Austen wydawało się zupełnie niemoralne, dla nas jest czymś zaskakująco normalnym i podejrzewam, że ja, jako osoba bez dużej wiedzy na temat XIX-wieku, nie wyłapałam nawet połowy rzeczy, które próbowała w tej powieści przekazać.
Poza tym brakuje mi w tej powieści bohaterów, z którymi naprawdę mogłabym się zżyć. Fanny jest cichutką, wrażliwą i grzeczną dziewczyną, której przy tym nie brakuje naiwności: trudno było mi postawić się na miejscu tak „idealnej” osoby. Edmund, główny męski bohater, też jest postacią perfekcyjną, a pozostałe, choć istotne, są tłem, w które nie wnikamy aż tak mocno pod względem psychologii, czy zachowań, zwłaszcza, że Austen ma w zwyczaju prowadzić narracje w sposób raczej neutralny.
Nie zmienia to jednak faktu, że tę powieść po prostu przyjemnie się czyta. Obserwacja perypetii rodzinnych i ówczesnych zwyczajów naprawdę potrafi sprawiać przyjemność. To książka, która mija szybciej, niż mogłoby się wydawać, jednocześnie będąc spokojną opowieścią, która pozwala ukoić nerwy.
Mam wrażenie, że… nie mam tu o czym więcej mówić: takie książki jak ta, zostały przemielone przez profesjonalistów tysiące razy i najzwyczajniej w świecie ja tego i tak nie zrobię lepiej. Dla mnie „Mansfield Park” stało się po prostu książką, która pozwoliła mi zregenerować czytelnicze siły i która zauroczyła mnie na swój sposób, choć jednocześnie nie wywołała u mnie nadzwyczaj mocnych emocji.



* * *

Kochał ją, był jej przewodnikiem, strzegł jej nieprzerwanie od dziesiątego roku życia, sam, w ogromnej mierze, uformował jej umysł, swoją dobrocią krzepił jej serce, otaczał szczególnym i serdecznym zainteresowaniem; dzięki temu, co sam dla niej uczynił, stała mu się droższa niż ktokolwiek inny w Mansfield.
 Fragment „Mansfield Park” Jane Austen

niedziela, 15 lipca 2018

Wieczny dwór: Klątwa drugiego tomu



Denzin szkoli się na Rycerza Pożyczonego Mroku, osobę chroniącą świat przed przybywającym z innego świata złem. Niespodziewanie cały jego Zakon dostaje list od Bezkresnego Króla, który chce odwdzięczyć się chłopcu za to, że pół roku wcześniej uratował jego córkę.

Tytuł: Wieczny dwór
Tytuł serii: Rycerze pożyczonego mroku
Numer tomu: 2
Autor: Dave Rudden
Tłumaczenie: Dominika Rzepeczko
Liczba stron: 351
Gatunek: młodzieżowe fantasy
Wydanie: Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018
Powieści fantasy dla tej młodszej młodzieży rzadko kiedy są wybitnymi dziełami: zwykle powtarzają znane schematy i nie wnoszą nic nowego do gatunku. Drugi tom „Rycerzy pożyczonego mroku”, czyli „Wieczny dwór” nie jest od tej reguły wyjątkiem. Na dodatek niewątpliwie cierpi na coś, co często przydarza się trylogiom: jest częścią mocno przejściową.
W drugiej części powieści jednocześnie obserwujemy dwa wątki: ten dotyczący Denzina oraz jego szkolenia i perypetii oraz inny, zupełnie nowy w serii. Dotyczy on pary bliźniąt, wychowywanych w zamknięciu i szkolonych przez Dziadka, będącego fantatycznym wyznawców Łaski. I choć obydwa wątki zazębiają się, a w końcu łączą to naprawdę nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że ten tom jest po prostu mocno chaotyczny. Dlaczego?
Z jednej strony opowieść dotycząca Denzina nie jest już tak konkretna jak w tomie pierwszym. Bohater wraz z sojusznikami ma spotkać się z przedstawicielami odwiecznych wrogów Zakonu, jednocześnie przeżywa pierwsze młodzieńcze zakochanie i… właściwie to byłoby na tyle. Drugi wątek zaś próbuje być tym „mrocznym”, tajemniczym, niemniej, całość łatwo da się przewidzieć, mimo że autor usilnie stara się trzymać ile się da w sekrecie, tworząc sporą ilość niedopowiedzeń. Zakończenie zaś niekoniecznie wyjaśnia wszystko w sposób zupełnie dosłowny i sprawia, że z wątku Denzina w gruncie rzeczy absolutnie nic nie wynika: równie dobrze chłopiec mógłby pojawić się tylko w pierwszym rozdziale i w finale, a w środku powieści mogliby istnieć jedynie nowi bohaterowie.
Muszę jednak przy okazji przyznać, że w takiej sytuacji mogłabym skończyć lekturę mocno zirytowana: ta tworzona na siłę tajemniczość nie była czymś dla mnie przyjemnym, a sielskie życie Denzina miało w sobie jakiś urok.
Rudden zaskoczył mnie jednak jedną rzeczą: opisami. W niektórych fragmentach rzeczywistość kreuje naprawdę elegancko. Niestety, raczej na tym się nie skupia, woląc opisywać, jak Denzin wymyśla kolejne „Zmarszczenie brwi nr X” – co pojawia się od tomu pierwszego i teoretycznie jest żartem, ale… mnie osobiście absolutnie „nie rusza”. Niemniej, jego styl w dalszym ciągu jest prosty i lekki, przez co tę lekturę można niemal dosłownie połknąć. Jej przeczytanie dla dorosłej osoby to co najwyżej kilka godzin.
Muszę dodać, że dość dużo chaosu do tekstu wprowadzają myśli bohaterów: zapisane kursywą, skutecznie wytrącają z lektury, a na domiar złego jest tu ich naprawdę dużo. Ponadto mam wrażenie, że w oryginale tekst wypada lepiej: wiele tłumaczonych na język polski „magicznych” nazw wypada wręcz śmiesznie i głupio.
Moje „ogólne” zdanie na temat „Rycerzy pożyczonego mroku” jako serii nie ulega zmianie: to książka dla młodszej młodzieży, która jako taka prawdopodobnie sprawdzi się całkiem nieźle. Niestety, zamiast po debiucie napisać lepszą powieść, Rudden nie najlepiej rozplanował akcję tomu drugiego, przez co tak zwana „klątwa drugiego tomu” dotknęła także „Wieczny dwór”.


* * *

– Och, przepraszam, nic ci nie jest?
Niestety, nauka niektórych lekcji przychodziła łatwiej, niż innych.
– Nie – mruknął w podłogę. – Tylko daj mi chwilę.
Nie widział, jak Darcie rusza stopą. Dlaczego ludzie mają tyle kończyn?
Ogień warczał i szczerzył kły w jego sercu, Denzin wyobrażał sobie jak zlizuje krople bólu. To trochę pomogło, choć jutro w tych miejscach i tak zakwitną sińce.
Fragment „Wiecznego Dworu” Dave’a Ruddena



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

piątek, 13 lipca 2018

I wrzucą was w ogień: Gdy świat jest zbyt nijaki

Minęły lata, od kiedy ludzie opuścili góry i zamieszkali w dolinie. Kacper dorósł, wraz z Mirą zakładając rodzinę: mają razem dwójkę dorosłych już dzieci. Gdy Kaśka, jego córka, zakochuje się w chłopaku z Miasta i ucieka, niewidomy mężczyzna razem ze swoim synem wyrusza na jej poszukiwania.


Dość dużo wody w rzece musiało upłynąć, bym zabrała się za drugi tom cyklu „Dopóki nie zgasną gwiazdy”. Pierwszy nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia i choć miałam od razu obydwie części na półce, nie miałam ochoty, by wracać do tego świata. I słusznie, bo właściwie dostałam powtórkę z rozrywki.
Bo chodź pod względem fabularnym teoretycznie dużo się zmieniło, to historia, jako całość, cały czas mnie nie porywa i nie pozwala w sobie w pełni uwierzyć. Jest na to zbyt płaskie i nijakie, jakby nieprzemyślane; niby wszystko trzyma się kupy, ale jednak widać, że to sztucznie wykreowana rzeczywistość. Nie da się w nią wsiąknąć sercem i duszą, czyli tak, jakbym sobie tego życzyła.
Poza tym chociaż to post-apokalipsa to brakuje w niej pewnej grozy, klimatu, który na taki świat działa zbawiennie. Tu wszystko teoretycznie jest groźne, ale w praktyce wiemy, że to jest tak „na niby”, że autor nad tym wszystkim panuje; że to sztuczna kreacja i bez powodu naszym bohaterom nie stanie się krzywda.
Samą książkę jednak czyta się całkiem płynnie i szybko: to nie jest lektura, która nudzi stylem autora. W „I wrzucą was w ogień” nie znajdziecie ani wykwintnego języka, ani przydługich, zachęcających do spania opisów. To bez wątpienia zaleta tej, jak i poprzedniej powieści Patykiewicza, chociaż... moim zdaniem są autorzy, którzy w tej konwencji po prostu radzą sobie lepiej.
Tytuł: I wrzucą was w ogień
Tytuł serii: Dopóki nie zgasną gwiazdy 

Numer tomu: 2
Autor: Piotr Patykiewicz

Liczba stron: 448
Gatunek: post-apokalipsa

Wydanie: SQN, Kraków 2016
Pod względem fabuły, kontynuacja porusza poważniejsze tematy. W „Dopóki nie zgasną gwiazdy” mieliśmy do czynienia z powieścią stylizowaną na przygodową, z jednym bohaterem. Tym razem dostajemy historię o wiele bardziej rodzinną: obserwujemy dorastanie Kaśki i ojca, który nie potrafi pogodzić się z wyborem córki. Na dodatek dostajemy jednak bardziej okrutny świat, z mocniejszą intrygą. Nie oznacza to jednak, że ta książka wypada lepiej: moim zdaniem jej poziom utrzymany jest na równi z pierwszą, albo nawet: jest z nią trochę gorzej.
Bo jednak gdy brakuje odpowiedniego klimatu, post-apokalipsa, która próbuje być poważna wypada nijako i blado. Zwłaszcza, że to nie jest już aż tak młodzieżowa opowieść, jak tom pierwszy, przy której łatwiej mi było przymknąć oko na takie rzeczy. Poza tym samej intrygi stosunkowo łatwo jest się domyśleć, a autor nie rozwija dostatecznie ani samej akcji, ani nie pogłębia jakoś szczególnie postaci.
Poza tym nie rozumiem, jak w tym świecie działają... drzewa. To być może drobna sprawa, ale... w trakcie czytania książki, nie potrafiłam pojąć, w jaki sposób las, w którym żyją bohaterowie, w ogóle jeszcze istnieje. Po ponad trzystu latach wiecznej zimy nawet iglaki zaczęłyby wymierać, zwłaszcza, że skoro śnieg nigdy nie rozmarza to młode pędy nie mają szans na rozwój... A to właśnie istnienie drzew pozwala jakkolwiek istnieć opisanej przez Patykiewicza cywilizacji. Podejrzewam, że gdybym bardziej przyjrzała się historii, znalazłabym więcej tego typu nielogiczności.
„I wrzucą was w ogień” to dla mnie po prostu bardzo neutralna lektura. Taka, którą przeczytałam szybko i która jakoś szczególnie mnie nie zniechęciła do autora, ale jednocześnie – zostawiła po sobie kompletny brak tych pozytywnych odczuć. Mam wrażenie, że na półkach jest jednak zdecydowanie więcej ciekawszych powieści, niż ta i... chyba po prostu straciłam na nią swój cenny czas.

* * *

Długo szliście przez ciemną dolinę i zła się nie ulękliście, ale dalej już nie dojdziecie. Lepiej dla was było, gdy ukrywaliście się w Górach, musieliście dzień po dniu patrzeć prosto w ślepia Lucyfera i nie mieliście na swoją obronę nic oprócz wiary. Lepiej mimo strachu przed śmiercią albo opętaniem, mimo głodu, mimo znoju ponad siły. Lepiej, bo wtedy żyliście naprawdę!

Fragment „I wrzucą was w ogień” Piotra Patykiewicza

środa, 11 lipca 2018

Kultowe marki: Szybcy i wściekli


Jak pewnie część z Was domyśliła się po tytule, mam zamiar zacząć pewną „serię” – z tym, że jak to u mnie na blogu bywa, nie będzie to raczej nic regularnego. Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę nie miałam okazji zapoznać się z wieloma kultowymi „markami” tworów kultury na bieżąco, gdy wychodziły: po części dlatego, że nie jesteśmy w stanie poznać wszystkiego na raz, po części przez to, że z reguły po prostu mam nieco opóźniony zapłon. Nie widzę jednak często sensu w pisaniu osobnego wpisu dla danego dzieła, które jest częścią powszechnie znanej serii... i stąd pomysł na te posty, w których po pierwsze, mam zamiar wyrazić swoje własne zdanie, po drugie – wspomóc takie osoby jak ja, które zwykle są opóźnione z poznawaniem kultowych już marek. Mam nadzieję, że dzięki temu po prostu będziecie w stanie wybrać bardziej odpowiadające Wam dzieła.

Dziś – jak nazwa tego wpisu sugeruje – na tapet weźmiemy „Szybkich i wściekłych”. Dlaczego? A no bo... właściwie dopiero niedawno nadrobiłam wszystkie filmy z serii, które dotychczas wyszły. Prawda jest taka, że jakoś nigdy mnie po prostu nie interesowały. Znałam nazwę, pewnie widziałam fragmenty w telewizji, ale właściwie nic więcej. Nie miałam pojęcia o fabule i tle powstania tych filmów. Zwłaszcza, że szybkie bryki nigdy nie leżały w kręgu moich zainteresowań. Ale... zabrałam się za te filmy i... muszę przyznać, że trochę wpadłam w te historie.


Pierwszy z filmów, czyli „Szybcy i wściekli” z 2001 roku, w reżyserii Roba Cohena był – z tego co się orientuje – odpowiedzią na modne wtedy uliczne wyścigi samochodów. Dostajemy więc prostą fabułę, w której młody policjant, Brian O’Conner (Paul Walker) ma wkupić się w łaski pewnej wyścigowej „drużyny”, na której czele stoi Dominic Toretto (Vin Disel), aby zbadać, czy to ona zajmuje się porwaniami ciężarówek.
Muszę przyznać, że sama nie wiem, czym ten pierwszy „odcinek” mnie kupił: bo nie mam tu ani dobrych efektów, ani szczególnie dobrego aktorstwa, ani fabuły. Niemniej... same relacje między bohaterami były czymś, co w dziwny sposób po prostu mi „siadło”. Nawet, jeśli wszystko było bardzo przerysowane i prostolinijne.
Druga część to w pewnym sensie powtórka z rozrywki. „Za szybcy, za wściekli”, film Johna Singletona odcina się nieco od poprzednika. Znika nam Van Disel, za to pojawia się Tyrese Gibson, który wraz z Paulem Walkerem znów musi rozwiązać kryminalną zagadkę, ścigając się szybkimi samochodami. Wiele osób uważa tę część na najsłabszą ze wszystkich...   być może tak jest, choć muszę przyznać, że postać Gibsona, czyli Romana Pearce najbardziej lubię we właśnie tej odsłonie: w kolejnych częściach zrobiła się z niego po prostu naczelna maruda.
Następnie mamy próbę zrobienia czegoś dalej utrzymanego w klimacie wyścigów samochodowych, ale z zupełnie innymi bohaterami. „Szybcy i wściekli: Tokio Drift” Justina Lina to opowieść o młodym chłopaku, Shaunie (Lucas Black), który przenosi się do Japonii z powodu problemów w szkole w USA. Tam trafia na Hana (Sun Kang), który uczy go driftu. Przyznam: to jedyna część na której po prostu przysypiałam. Mamy tu typową historię od zera do bohatera, która być może spodoba się fanom samochodów właśnie, ale... dla mnie była to powtarzalna opowieść, ze sporą ilością głupich wpadek. Jedynie postać Hana (który wraca w kolejnych odsłonach) zwróciła bardziej moją uwagę.



Kolejne części zaś... cóż, to jazda bez trzymanki. Twórcy odchodzą od wyścigów samochodowych jako takich i biorą się za tych „Szybkich i wściekłych” jakich chyba obecnie najbardziej kojarzymy. Choć aut tu nie brakuje, to wszystko skupia się na rodzinie Torreto, która wspólnymi siłami walczy zarówno o siebie, jak i o uratowanie świata. To filmy o superbohaterach, którzy zamiast supermocy mają supersamochody. Tu pod względem fizyki nic nie działa tak, jak powinno, ale jednocześnie seria robi się tak widowiskowa i pomysłowa, jeśli chodzi o ilość i rodzaje wybuchów, że... chyba po prostu nie da się tego oglądać bez poczucia jakiejś dziwnej satysfakcji.


Wspominałam już o rodzinie, nie? No właśnie... te filmy są przede wszystkim o rodzinie, o której ciągle, wręcz łopatologicznie nam się przypomina. Niemniej... to działa. Bo tej drużyny bohaterów chyba nie da się nie lubić. Każda z postaci jest prosta i schematyczna, ale jednocześnie tak sympatyczna, jak tylko się da. I chyba to sprawia, że ja sama tak dobrze te filmy odbieram, nawet, jeśli jest to rozrywka raczej dla oczu, niż dla umysłu. Bo nad tą linią fabularną i sensem niekoniecznie zawsze warto się zastanawiać.



Warto pamiętać, że produkcja części siódmej z 2015 roku odbyła się z ogromnymi przeszkodami. Paul Walker, aktor grający jednego z głównych bohaterów, zmarł w wypadku samochodowym, co prawie doprowadziło do zakończenia nagrań: ostatecznie jednak całość udało się zakończyć, jednak przez to scenariusz filmu musiał zostać zmieniony... więc całość wypada nieco koślawo. Niemniej, samo pożegnanie Paula wypada bardzo dobrze... wyłączając piosenkę, której moim zdaniem do dobrej trochę daleko.
Dodam też, że nie ma potrzeby oglądania wszystkich tych filmów po kolei: ich fabuła jest tak prosta, że... naprawdę, połapanie się w tym wszystkim nie będzie trudne.
„Szybcy i wściekli” to seria filmów akcji, która sprawdza się przez absurdalne pomysły, świetne efekty i mocne skupianie się na fabule. Mam wrażenie, że to jeden z tych nielicznych przypadków, w których kolejne filmy wcale nie są gorsze: po prostu na przestrzeni lat seria mocno ewoluowała, mając wzloty i upadki, jednak w jakiś sposób wychodząc na prostą. To już kultowa marka, na którą warto zwrócić uwagę, jeśli szuka się filmów do obejrzenia w formie maratonu z przyjaciółmi, albo po prostu – czegoś na rozluźniające popołudnie.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Confess: O zakochanej w malarzu

Gdy kilka lat temu zmarł jej ukochany, młoda Auburn myślała, że już nikogo nie pokocha. Pewnego dnia przypadkiem dostrzega ogłoszenie o pracę w niewielkiej galerii sztuki. Tak poznaje Owena, młodego, niezwykle utalentowanego malarza, który prędko kradnie jej serce.



Colleen Hoover to obecnie tak znana i modna autorka, że po prostu poczułam potrzebę poznania jej samej; nie przez wzgląd na historie, które pisze, ale właśnie przez jej rozgłos. Postawiłam więc na „Confess” – książkę, która nie jest częścią żadnej serii, a której opis zainteresował mnie przez motyw związany ze sztuką.
Nauczona doświadczeniem, nie spodziewałam się po książce absolutnie żadnych pozytywów: spotkania z romansem zwykle nie są dla mnie zbyt udane. Po przeczytaniu muszę jednak przyznać, że ta pozycja ma w sobie coś uroczego, chociaż zdecydowanie na liście moich ulubionych lektur nigdy nie wyląduje.
Zacznijmy może od stylu autorki, który jest dokładnie taki, jaki powinien być w tego typu romansie. Lekki i raczej niewymagający, ale jednocześnie na tyle emocjonalny i plastyczny, by bez problemu dało się wgryźć w przedstawianą przez nią historię. „Confess” czyta się niezwykle płynnie i szybko: gdybym czytała tylko takie rzeczy, trzydzieści książek na miesiąc na prawdę nie stanowiłyby dla mnie problemu. Narracje obserwujemy z dwóch stron, Owena i Auburn, co też jest przyjemnym zabiegiem.
To jednak chyba jedyna rzecz, do której w gruncie rzeczy przyczepić się nie mogę. Bo wszystkie inne elementy mają w sobie jakieś „ale”.
Tytuł: Confess
Autor: Colleen Hoover
Tłumaczenie: Matylda Biernacka
Liczba stron: 304
Gatunek: romans, new adult
Wydanie: Otwarte, Kraków 2017
Zacznijmy może od historii, a właściwie od intrygi, bo tak chyba mogę nazwać to, w co wpuszcza nas Hoover. Sieć powiązań między bohaterami, ilość zwrotów akcji i nagle odkrywanych tajemnic jest tak duża, że nie pozwala na nudę, jednocześnie co chwilę zmuszając do zastanowienia, czy przypadkiem autorka nie zrobiła kroku za daleko? Czy to przypadkiem nie jest za dużo jak na jedno życie?
A bohaterowie? Niby wszystko z nimi w porządku. Nie miałam problemów w czucie się w ich sytuacje, rozumiałam ich postępowania, ale tak jak wcześniej, czasem nie potrafiłam się oprzeć myśli, że tu jest czego za dużo, że autorka z czymś przegięła, czegoś nie przemyślała. Weźmy na przykład Owena: już w pierwszych scenach poznajemy go jako otwartego, miłego człowieka, który prowadzi własny „biznes”. Wkrótce potem dowiadujemy się, że ma tylko jednego kumpla i nikogo więcej, mimo że mieszka w danym miejscu od lat. Naprawdę? Jakoś... nie chce mi się wierzyć, by nie miał kompletnie żadnych znajomości. Zwłaszcza z tak ciepłą aparycją.
Cóż, autorka wyraźnie robi wszystko, by pozbyć się nadmiaru bohaterów drugoplanowych, a ci, którzy w książce występują, są przedstawieni bardzo topornie. Mamy współlokatorkę Auburn, którą możemy określić jako „dziwną”. „Teściowa” dziewczyny jest zaś „wredna”, a jej „szwagier” – „despotyczny”. I tyle. Hoover nawet nie próbuje ich rozwinąć, pokazując ich drugą stronę.
Auburn też niby jest ciepłą i miłą postacią, choć... w sumie nigdy nie dowiadujemy się, czemu tak desperacko potrzebowała pieniędzy, by szukać pracy w pierwszym lepszym lokalu. Na dodatek potrafi być niezdecydowana w tym co robi, często brakuje jej też pewności siebie... a jej relacja z Owenem jest tak bajkowa, że po prostu nie jestem w stanie w nią w pełni uwierzyć. W gruncie rzeczy w trakcie trwania akcji książki są dopiero na początku swojego związku, nic o sobie nie wiedząc, a Hoover od razu kreuje ich relacje tak, jakby trwała latami.
Niemniej, sam pomysł na intrygę nie jest aż tak zły, bo spokojnie byłam w stanie po prostu wyłączyć nadmiar logicznego myślenia i jakoś z tą historią popłynąć. Poza tym Owen, jako postać, miał też nienajgorszy pomysł na biznes, choć trudno mi stwierdzić, na ile realistyczny. W każdym razie dzięki niemu właśnie słowo „wyznanie” pada w książce wiele, wiele razy, sprawiając, że tytuł w całość zgrabnie się wpasowuje. Żałuje tylko, że został w angielskiej wersji... Jednak „Wyznanie” brzmi po prostu bardziej swojsko.
Muszę przyznać, że „Confess” do pewnego stopnia mnie wciągnęło i było naprawdę barwną lekturą. Nie jest to jednak książka bez wad: to romans i wydaje mi się, że takowy bez nich po prostu nie istnieje. Niemniej, jestem zadowolona, że zdecydowałam się na tę książkę autorki i nawet jeśli nie sięgnę po kolejne jej dzieła, na pewno będę ją wspominać z pewną delikatną nostalgią.

* * *
Całe życie, każdego dnia, mam wrażenie, jakbym brnął w górę ruchomych schodów, które jadą w dół. I niezależnie od tego, jak szybko czy z jaką mocą biegnę, usiłując dotrzeć do szczytu, stoję w tym samym miejscu, pędząc donikąd. Ale kiedy jestem z nią, nie czuję się jak na ruchomych schodach. Czuję się, jakbym stał na ruchomym chodniku, który niesie nie tak po prostu, bez mojego wysiłku. Jakbym wreszcie mógł się odprężyć, złapać oddech i nie czuć ciągłego przymusu pędzenia, by uniknąć wylądowania na samym dnie.

Fragment „Confess” Colleen Hoover

sobota, 7 lipca 2018

Kobe Bryant. Showman: Człowiek, który od zawsze kochał kosza


Kobe Bryant to legenda koszykówki. Człowiek, którego największą w życiu pasją jest właśnie ten sport. Od zawsze wiedział, że to właśnie nią będzie się zajmował. Roland Lazenby postanowił udokumentować tę miłość, tworząc jego biografie.


Tytuł: Kobe Bryant. Showman
Autor: Roland Lazenby
Tłumaczenie: Michał Rutkowski
Liczba stron: 608
Gatunek: biografia
Wydanie: SQN, Kraków 2017
Swego czasu przypadkiem trafiły do mnie biografię dwóch koszykarzy. I choć sportem absolutnie się nie interesuje, to postanowiłam, że zapoznam się z nimi dla zwiększenia własnej świadomości. W pierwszej kolejności przeczytałam książkę o Allenie Iversonie i dopiero później zabrałam się za to bardziej opasłe tomiszcze, czyli za „Kobe Bryant. Showman” – książkę Rolanda Lazenby’ego, który znany jest również z biografii Micheala Jordana.
O ile czytając poprzednią biografię mogłam uznać, że to kawałek dobrej pracy dziennikarskiej, o tyle ta książka… to kawałek wspaniałej pracy dziennikarskiej. „Kobe Bryant. Showman” to książka bardzo dogłębnie analizująca życie Bryanta, a właściwie – całej jego rodziny, bo cały początek książki poświęcony jest jego ojcu, który także parał się koszykówką.
To biografia przeładowana faktami dotyczącymi zarówno sportu, jak i spraw marketingowych, które stanowią znaczną część przychodów koszykarzy. Przy tym to książka, która zawiera olbrzymią ilość cytatów. Niemal każdy fakt jest potwierdzany przez kogoś z otoczenia Bryanta, lub jego samego i to czasem kilkukrotnie, dzięki czemu mamy pewność, że tak faktycznie było. Lazenby nie odpływa i nie snuje opowieści o tym, jak mogłoby, czy powinno by być: on podaje nam sprawdzone informacje. Dlatego też mimo swojej objętości to pozycja naprawdę bardzo konkretna.
Poza tym w trakcie lektury sama zaczęłam sobie lepiej uświadamiać sytuacje czarnoskórych w USA w drugiej połowie XX-wieku: ta naprawdę nie była dobra i choć nie jest tematem tej lektury to jednak ten temat jest poruszany, zwłaszcza na początku książki, gdy obserwujemy życie Joe Bryanta.
Niestety, przy tych wszystkich superlatywach muszę uznać, że… ja sama przez lwią część czasu nie byłam szczególnie zainteresowana lekturą. Faktycznie, Kobe Bryant jako osoba zasługuje na wielkie uznanie: to człowiek, który zawsze ciężko pracował i który mimo przeszkód dążył do celów. To osoba, która może motywować i która będzie świetnym wzorem do naśladowania. Z tym, że sama nie jestem zainteresowana sportem, przez co taka ilość raczej suchych faktów w pewnym momencie zaczęła mnie nużyć.
Wynika to jednak tylko i wyłącznie z moich własnych upodobań. Nie zmienia to faktu, że „Kobe Bryant. Showman” to bardzo dobra książka, po którą powinien sięgnąć każdy fan NBA. Absolutnie nie żałuję, że po nią sięgnęłam: czytanie książek innych, niż te, które lubi się najbardziej w końcu potrafi dobrze rozwinąć, a zobaczenie na własne oczy tak dobrej pracy dziennikarskiej to po prostu dobre doznanie samo w sobie.


* * *

W świecie czeków wystawianych na wysokie kwoty, 18-latek musiał się dostosowywać również w innych obszarach. Jednym z największych wyzwań było samo Los Angeles.
Pytany o to, co się dzieje poza parkietem, odpowiadał: „Oczywiście fanki się za tobą uganiają. Kiedy mieszkasz w Los Angeles, wiadomo że ciągle będziesz zaczepiany przez takie kobiety. Zazwyczaj są starsze, czasami młodsze. Musisz zachowywać się profesjonalnie… Nauczyłem się tego, kiedy dorastałem”.
Fragment „Kobe Bryant. Showman” Rolanda Lazenby

czwartek, 5 lipca 2018

Ściana Burz: Nadciąga siła zniszczenia


Na tronie Dary zasiadł Kuni Garu. Jego cesarstwo przeżywa czas pokoju i rozkwitu. Taki stan nie może jednak trwać wiecznie: dworskie intrygi psują jego spokój ducha, a zza mitycznej Ściany Burz przybywa siła, która ma moc, aby zniszczyć wszystko, co zbudował.
Tytuł: Ściana burz
Tytuł serii: Pod sztandarem dzikiego kwiatu
Numer tomu: 2
Autor: Ken Liu
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Liczba stron: 768
Gatunek: high fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2017

„Królowie Dary” to powieść, która okazała się moim wielkim zawodem: czytając ją, miałam wrażenie, że mam w rękach podręcznik do historii Chin, a nie epicką powieść fantasy. Nic dziwnego, że za czytanie kontynuacji, „Ściany burz”, nie potrafiłam się zabrać. W końcu jednak przemogłam się i… absolutnie nie żałuję.
Nie będę oszukiwać: zaczęło się źle. Nawet bardzo źle. Niewiele pamiętałam z tomu poprzedniego, a „Ściana burz” zaczyna się od typowo dworskich intryg, co wymagało dość dobrej znajomości bohaterów. Na całe szczęście dalej było zdecydowanie lepiej: zaczął pojawiać się wątek związany z podróżą i zagrożeniem, które czyha na Darę i po prostu mniej więcej od połowy najzwyczajniej w świecie ta część opowieści zaczęła mnie wciągać.
Ken Liu w poprzednim tomie mocno zraził mnie do siebie dużą ilością suchych faktów oraz wciskaniem do historii postaci, które mają dla siebie cały rozdział, a następnie po prostu giną. W „Ścianie burz” na szczęście sprawy mają się nieco inaczej. Autor wprawdzie dalej tworzy dość długie opisy i czasem gubi balans (np. długo opisując wynalazki, a na śmierć istotnych postaci poświęcając jedno zdanie), ale całość zdaje się być naturalniejsza i przez to przyjemniejsza w odbiorze.
Wewnątrz nie ma też bohaterów „jednorazowych” – Liu całkowicie zrezygnował z tego pomysłu, co było moim zdaniem bardzo dobrym wyborem. Na dodatek w tomie drugim sprawnie wykorzystał przynajmniej jeden z tego typu wątków, co także muszę zaliczyć mu do tabelki zalet.
Pamiętam też, że przy „Królowach Dary” narzekałam na brak magii w powieści fantasy. W kontynuacji jednak i na to nie mogę narzekać. Choć wciąż uważam, że namacalni bogowie w tej historii nie są absolutnie potrzebni to poza nimi w końcu pojawiły się inne, dość konkretne elementy. Z tym, że magia w tym świecie to nie czary w powszechnym tego słowa znaczeniu: Ken Liu mocno skupił się na naukowym aspekcie, tworząc maszyny działające zgodnie z zasadami fizyki Dary, przez co właściwie swobodnie można byłoby uznać ten świat za uniwersum science-fantasy. Zdecydowanie takie podejście do sprawy czarów mi się podoba, choć jak już wspominałam, opisy maszyn tworzonych przez bohaterów są jednak czasem zbyt szczegółowe w stosunku do pozostałych treści.
Historia w drugim tomie sama w sobie jest z tych zdecydowanie „epickich” – podniosłych i górnolotnych, z mocno rozbudowanym światem przedstawionym, który odgrywa w opowieści istotną rolę. Mamy tu dość dużo dworskich intryg, ale także podróży i poznawania uniwersum. Nie odbywa się także bez ciekawie poprowadzonej wojennej potyczki. W trakcie czytania drugiej połowy powieści pod względem historii nasunął mi się tylko jeden zarzut: za dużo w tym wszystkim zbiegów okoliczności.
[SPOILER] Już wyjaśniam o co mi chodzi. Wyobraźcie sobie, że jedna z postaci ma ojca, który znika na morzu. Postać znajduje nauczyciela. Po latach rozstają się: nauczyciel trafia na wyspę, na której przebywa zaginiony ojciec swojego ucznia. Albo kolejna sytuacja: zza morza płynęły statki. Rozbiły się, załoga nie przeżyła, ale nasiona, które nimi płynęły dotarły na jedną z wysp Dary. Po latach przybywają przybysze zza morza. Koniecznie potrzebują owych nasion. Znajdują je w chwili, w której te są akurat niezbędne. [KONIEC SPOILERA] Miałam wrażenie, że podobnych sytuacji w tej książce jest więcej i najzwyczajniej w świecie tracił na tym realizm opowiadanie historii, tak mocno budowany przez wynalazki mieszkańców Dary.
Dzięki kontynuacji zdecydowanie polubiłam świat Dary. Po pierwszym tomie nie sądziłam, że to powiem, ale… naprawdę mam ochotę przeczytać także i trzeci tom. Choć nie wszystko w „Ścianie burz” jest doskonałe to zaczęłam podziwiać Kena Liu za jego pomysłowość w kreowaniu rzeczywistości, a losy jego postaci nareszcie zaczęły mnie obchodzić. Jeśli więc tak jak i mnie zraził Was tom pierwszy: nie zostawiajcie kontynuacji. Spróbujcie przez nią przebrnąć, bo choć nie jest to najlżejsza z powieści to naprawdę warto to zrobić.

* * *

– Nikt nie rodzi się bohaterem, a legendy to tylko opowieści, Gin, wiesz o tym tak samo dobrze jak ja. Jednak czasami świat wymaga od nas, byśmy wystąpili przed szereg i stali się wyrazicielami woli wielu; w takich właśnie chwilach kształtują się legendy i bohaterowie. Prawdziwa odwaga nie wynika z pewności i braku strachu, lecz rodzi się, gdy robimy to, co należy zrobić, mimo przerażenia i wątpliwości.
Fragment „Ściany burz” Kena Liu



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl





wtorek, 3 lipca 2018

Miecz rodu Bedwyrów: Powrót do lat 90.

Od kiedy Greensparrow rządzi Eriadorem jego despotyczne rządy doprowadziły do wielu szkód. Luthien, syn jednego z książąt, ma dosyć ojca słuchającego złego tyrana i wyrusza w podróż pełną przygód, prędko tworząc kompanię wraz z niziołkiem, Olivierem deBurrowsem oraz czarodziejem, Brind’Amourem.

Tytuł: Miecz rodu Bedwyrów
Tytuł serii: Karmazynowy cień
Numer tomu: 1
Autor: R. A. Salvatore
Tłumaczenie: Anna Krawczyk-Łaskarzewska
Liczba stron: 270
Gatunek: epic fantasy
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2000
Ta tańsza i mniej znana fantastyka tworzona w latach 90. miała swoją specyfikę, sprawiającą, że większość powieści wyglądała podobnie do siebie. „Miecz rodu Bedwyrów”, czyli pierwszy tom trylogii „Karmazynowy cień” R. A. Salvatore’a nie jest tu wyjątkiem. To książka, która natychmiast kojarzy mi się z takimi tworami fantasy, jak „Orkowie” Stana Nichollasa, czy książka Margaret Weis, „Bursztyn i popiół” z serii „Dragonlance”. Czy to dobre skojarzenia? Cóż... zależy, kto co lubi. Mi tego typu literatura nie sprawia największej frajdy, ale jednocześnie jest ciekawym spojrzeniem na to, jak pod koniec XX wieku tworzono takie właśnie książki.
Jeśli znacie wcześniej wymienione przeze mnie pozycje, dobrze wiecie, w jakim klimacie utrzymany będzie „Miecz rodu Bedwyrów”. To bardzo klasyczne w konstrukcji high fantasy: mamy świat, mamy złego ciemięzcę i młodego rycerza, który wraz z przyjaciółmi przeżywa przygody. Nie jest to nic odkrywczego, czy nowego, choć jedocześnie... ma w sobie sporo kiczowatego uroku.
W tym świecie wszyscy dobrzy są „prawi” i „honorowi”. Nawet złodziejaszki mają dobre serce. Źli są oczywiście okrutni do szpiku kości i absolutnie nic nie przeszkodzi im w dążeniu do swojego niecnego celu... oczywiście, poza głównymi bohaterami. Tak jasny podział na dobro i zło, połączony z narracją, która nawet nie próbuje tego ukrywać naprawdę może jednocześnie i śmieszyć, i przywoływać nostalgiczne uczucia.
Nie ma po co rozdrabniać tu się nad fabułą, czy bohaterami. Opowieść Salvatore to po prostu zbiór przemielonych już przez popkulturę wydarzeń, które spokojnie możemy przewidzieć, a postacie są tak sztampowe, jak tylko mogą być. Nawet mamy tu smoka pilnującego skarbów, niczym Smog w tolkienowskim „Hobbicie”!
Jak już wspominałam, styl autora od razu nam mówi, co jest złe, a co dobre. Ma w sobie sporo „epickości”, która jest tak wzniosła, że po prostu epatuje kiczem. Jednocześnie tę książkę czyta się szybko i lekko, bo i jak inaczej mogłoby być z fantasy tego pokroju?
„Miecz rodu Bedwyrów” to naprawdę typowe, tanie fantasy z lat 90., które warto poznać głównie po to, by wiedzieć, co wtedy się pisało i czytało. To książka dobra do poszerzenia horyzontów, która może sprawić nieco frajdy wyjadaczom fantastyki, ale zdecydowanie nie jest to lektura dobra na start z tym gatunkiem. Dla mnie taka nostalgiczne przygoda, przeżyta od czasu do czasu, jest po prostu miłą odskocznią, ale na pewno ta powieść nie zostanie ze mną na dłużej.

* * *

Co mogłoby się stać, gdyby rodzice króla nigdy by się nie poznali? Co mogłoby się stać, gdyby jakiś heros został w kwiecie wieku powalony strzałą, która ze świstem przecięła powietrze zaledwie kilka centymetrów dalej? Zaiste, najzwyklejszy przypadek może nieraz wpłynąć na historię narodów, i tak też było tej sierpniowej nocy, kiedy Luthien opuścił dom Bedwyrów i udał się do stajni, w której Ethan właśnie siodłał konia i napełniał torby prowiantem.
Fragment „Miecza rodu Bedwyrów” R. A. Salvatore’a



niedziela, 1 lipca 2018

Przewodnik po fantastyce dla zielonych


Cześć! Wiem, że wielu z moich czytelników jest jakoś związanych z fantastyką: jednak to ten temat pojawia się tu najczęściej, a swój swego przyciąga, prawda? Nie zmienia to jednak faktu, że i zbłąkane duszyczki się tu pojawiają, co często od razu widać w komentarzach. Bo widzicie, fantastyka to nie to samo co science-fiction, a słowo „fantasy” zapisujemy… no właśnie, jak? Dziś post-poradnik, czy raczej post-słowniczek dla zielonych: jeśli nie macie pojęcia o fantastyce to mam nadzieję, że dzięki temu tekstowi po prostu przestaniecie popełniać pewne drobne, ale popularne błędy.

1. Zacznijmy od słowa „fantasy”, skoro już ten problem wywołałam. Bardzo często spotykam się z osobami, które mają na myśli właśnie je, a zamiast tego tworzą dwa dziwolągi: „fantaZy” i „fantasTy”. Te dwa sposoby zapisu są błędne! „Fantasy” zapisujemy z jednym „t” i przez „s”. To słowo wywodzące się z angielskiego (a nie od słowa fantasTyka) i nie spolszczone, występujące w słowniku tylko w tej jednej, jedynej formie.

2. Według Słownika Języka Polskiego słowo „fantastyka” to twórczość literacka, filmowa, lub inna przedstawiająca świat i wydarzenia nierealne. Należy przy tym pamiętać, że obejmuje ona między innymi trzy główne podgatunki: science-fiction, fantasy oraz horror. 


3. Fantastyka nie jest realizmem magicznym. Mam wrażenie, że łatwo rozróżnić te dwa gatunki: twórca fantastyki chce, byśmy uwierzyli w jego świat. W przypadku realizmu magicznego coś takiego nie występuje. Niemniej, w tej kategorii nie jestem akurat specjalistą i mogę się mylić.

4. Fantasy to te dzieła kultury, które odwołują się do mitologii i baśni, nie wyjaśniając nam w techniczny sposób, jak w danym świecie działa magia. Na przykład bohater korzystając ze swojej magicznej mocy wbija gwóźdź w ścianę. Nie wiemy, skąd ma energię i jak to dokładnie działa.

5. Science-fiction to dzieła kultury, które odwołują się do przyszłości oraz różnego rodzaju technologii. W tym podgatunków działanie szeroko pojętej magii jest nam w jakiś sposób wyjaśnione. Na przykład bohater wbija gwóźdź w ścianę nie dotykają go, za to korzystając z pomocy niewidzialnych gołym okiem Nano botów.

6. Horror to te dzieła kultury, które przedstawiają pozornie zwykłą rzeczywistość, w którą wkradają się mroczne siły. Albo inaczej: to historia obyczajowa, opowieść o zwykłych ludziach, ale z nadprzyrodzonymi, mrocznymi elementami.

7. Często mówi się też o science-fantasy: ten gatunek pojawia się, gdy twórca łączy science-fiction z fantasy. Na przykład w „Panu Lodowego Ogrodu” Grzędowicza bohater to Ziemianin z przyszłości, który ląduje na planecie na której obecnie panuje średniowiecze, a magia jest czymś rzeczywistym. Mamy elementy science-fiction (ulepszony przez wynalazki główny bohater, sama podróż kosmiczna) i fantasy (magia, baśniowy klimat). Jak podał autor tekstu na Lekturze obowiążkowej bohater takiej powieści prawdopodobnie może powiedzieć: dlaczego ten smok zeżarł mi lądownik?”.

8. Korzystanie z kategorii na Lubimy Czytać i przekopiowywanie ich do postów w przypadku fantastyki zwykle kończy się błędem. Ta kategoria, występująca tam jako „fantastyka, fantasy, science-fiction” nie jest najlepiej sprecyzowana: pamiętajcie, że słowo „fantastyka” zawiera w sobie dwa kolejne, a coś, co jest powieścią fantasy prawdopodobnie nie będzie powieścią science-fiction.

9. Jeśli piszesz recenzje i w metryczce książki nie wiesz, czy wpisać „science-fiction”, czy „fantasy” napisz po prostu „fantastyka” – to zawsze jest po prostu bezpieczne wyjście do którego nikt nie będzie mógł się przyczepić.


10. Pozostając w temacie gatunków, jeśli historia przez lwią część jest opowieścią obyczajową, utrzymaną w jej tonie i wyraźnie kierowaną do odbiorcy takich historii, ale zawierając jedynie drobny element nadnaturalny to dalej możemy zaliczyć ją do gatunku obyczajowego. Możemy ewentualnie dopisać, że historia zawiera elementy paranormalne/nadnaturalne, lub jest realizmem magicznym. Na przykład: „Prawo Mojżesza” Amy Harmon, „Karmin” Angnieszki Meyer, „Był sobie pies” Bruce Camerona.

11. Najważniejszą nagrodą literacką w dziedzinie fantastyki jest Nagroda Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla, przyznawana co roku jednej powieści i jednemu opowiadaniu na konwencie Polcon. Nosi imię pierwszego laureata tej nagrody.  Amerykańskim odpowiednikiem naszego Zajdla jest Nagroda Hugo, przyznawana co roku na konwencie Worldcon.

12. Nim powiesz, że nie lubisz fantastyki, zastanów się, czy aby na pewno. Pamiętaj, że między innymi filmowa i komiksowa twórczość Marvela to też fantastyka – piszę o tym,  ponieważ wielokrotnie spotkałam się z osobami, które twierdzą, że tego gatunku nienawidzą, jednocześnie wychwalając Iron Mana.

13. To, że chcemy tworzyć fantastykę, nie oznacza wcale, że wolno nam absolutnie wszystko: ten gatunek to nie surrealizm, czy abstrakcja. Każde odstępstwo od „realnego” świata powinno zostać w miarę logicznie wyjaśnione. Nie zawsze musi być to nic rozbudowanego – ale ma „zamknąć” odbiorcy usta i pytania dotyczące logiki funkcjonującej w danym świecie. Jeśli więc widzisz tego typu dziurę w historii nie zrzucaj tego na cały gatunek: to prawdopodobnie błąd tego konkretnego twórcy. Poniżej, w ramach ciekawostki, zamieszczam filmik z Brandonem Sandersonem, który opisuje prawa magii, które powinny rządzić (jego zdaniem oczywiście) twórcami fantastyki.


„Zielonych” zapraszam do zadawania pytań odnośnie fantastyki w komentarzach, zaś tych bardziej doświadczonych: do dzielenia się tym, w czym często widzą błędy, a o czym ja zapomniałam.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Nomida zaczarowane-szablony