wtorek, 27 czerwca 2017

Diuna: Utracone królestwo

Niby o klasyce science-fiction powinnam słyszeć już lata temu, ale prawda jest taka, że dopiero w grudniu 2015 coś więcej o tej serii się dowiedziałam, gdy kupowałam „Diunę” na prezent... Już wtedy wiedziałam, że chce ją przeczytać, mimo że trochę się jej bałam. W końcu to sci-fi, mogło nie być do końca przyjemnie. Jeśli chcecie wiedzieć, czy moje obawy były słuszne, zapraszam do recenzji.

Tytuł: Diuna
Tytuł serii:  Kroniki Diuny / Diuna
Numer tomu: 1
Autor: Frank Herbert
 Liczba stron: 670
Gatunek: science-fiction

Książę Leto I Atryda razem ze swoją rodziną i armią przenosi się na oddaną mu w lenno Diunę – niezwykle cenną planetę, na której znajdują się jedyne we wszechświecie złoża melanżu. Choć od początku spodziewa się spisku, nie udaje mu się go uniknąć. Planeta szybko wpada w ręce jego największych wrogów.


Piękna, złota oprawa „Diuny” aż kusi i zmusza, by sięgnąć po książkę Herberta. Wszystko wewnątrz niej też krzyczy: klimatyczne i minimalistyczne ilustracje, pięknie zaprojektowane rozdziały. Nawet papier: gładki, niezbyt gruby, ale wyraźnie lepszy, niż w większości wydań. Tej książce po prostu nie da się oprzeć, jeśli leży swobodnie na półce.
To wydanie zachęca do czytania, jednak tak na prawdę to, co kryje się wewnątrz niej jest jeszcze lepsze. Choć „Diuna” to klasyka science-fiction czyta się ją jak baśniowe fantasy. Po raz pierwszy została wydana w 1965 roku, dlatego wszystko, co tam było nauką dziś już się zestarzało na tyle, by przypominać właśnie coś baśniowego, mimo że niby mamy tu i różne planety, i statki kosmiczne. One jednak odgrywają w „Diunie” tylko dodatkową rolę, bo tak naprawdę to, co jest najbardziej istotne dzieje się na samej planecie.
Narracja trzyma się na dystans od bohaterów. Autor pisze w sposób bardzo elegancki, bardzo baśniowy i – po prostu – przepiękny. Tego nie połyka się w ciągu chwili: ta książka chyba stworzona jest po to, by cieszyć się każdym słowem i zdaniem na niej napisanym. Styl Herbrta przypomina mi trochę sposób pisania Le Guin, ale jest od niego nieco mniej filozoficzny i zdecydowanie mniej męczący, co sprawia, że czytanie „Diuny” jest czystą przyjemnością. Muszę dodać, że autor dość często podaje nam na tacy myśli bohaterów oraz często skacze narracją pomiędzy postaciami, ale robi to w sposób tak dobrze wyważony, że w przypadku tej książki odbieram to jako zaletę.
Choć ta książka ma niemal siedemset stron nie dzieje się na niej aż tak dużo, jakby mogło: fabuła „Diuny”, choć trzymająca w pewnym napięciu, raczej nie pędzi jak szalona. By nie było, lektura nie jest przy tym nudna, ani przegadana. Jak to w przypadku nieco starszej fantastyki bywa, Herbert skupił się na zbudowaniu stosunkowo prostego spisku oraz opisie świata. Świata, który żyje i zachwyca swoimi barwami, mimo że sama planeta, na której dzieje się akcja jest pokryta pustynią, a bohaterzy muszą bezustannie troszczyć się owodę.
Jednym z głównych bohaterów jest syn księcia Leto, Paul Artyda. Na początku historii ma ledwie piętnaście lat, ale niech Was to nie zmyli: ta książka to nie jest literatura młodzieżowa. Młody następca tronu w żadnym razie nie zachowuje się jak dziecko, poza tym bezustannie ma wsparcie wśród starszych od siebie i bardziej doświadczonych postaci. Paul, jak i każdy inny bohater tej powieści ma na jej kartach odpowiednią ilość miejsca i choć jest ich całkiem sporo, nie da się wśród bohaterów pogubić, co także uważam za wielką zaletę „Diuny”.
Jak już wspominałam, choć jest to science-fiction powieść czyta się jak książkę fantasy.  Nic dziwnego, bo w końcu mamy tu sporo nawiązań do tego gatunku. Mamy w końcu imperium i monarchię, która jest typowa dla tej bardziej baśniowej odmiany fantastyki Mamy sporą ilość obrzędów rytualnych, mamy „magiczne” stworzenia w postaci czerwi, a w końcu – mamy kapłanki i rozbudowaną religię, co dodaje powieści ogromnej ilości mistycyzmu. Choć nie jest to lektura bardzo lekka (jak to już bywa z klasyką) to na pewno nie stoi opisami naukowymi, skupiając się bardziej na samej kulturze mieszkańców Diuny.
Gdybym miała porównać tę książkę do innych, powiedziałabym, że ta historia jest jak trochę mniej rozbudowana "Pieśń lodu i ognia" w wersji science-fiction, napisana nieco podobnie do powieści Le Guin, ale w sposób o wiele mniej męczący i po prostu ładniejszy. Wydaje mi się, że takie połączenie jest właściwie idealne.
Przeczytałam, poznałam i gorąco polecam wszystkim. „Diuna” nie tylko przepięknie wygląda na półce, ale także zachwyca tym, co ma w środku.

* * *

We wszystkich rzeczach przewija się motyw będący częścią naszego wszechświata. Jest w nim symetria, elegancja i wdzięk- owe przymioty, które zawsze odnajdujemy w tym, co wychwytują prawdziwi artyści. Możemy go napotkać w przemijaniu pór roku, w tym, jak piasek ściele się po grani, w pękach gałązek krzewu Corvillea mexicana albo w żyłkach jego liści. Próbujemy kopiować te motywy w życiu swoim i społeczeństwa, poszukując rytmów, tańców i kształtów, które niosą ukojenie. Można jednak zauważyć niebezpieczeństwo w znalezieniu doskonałości ostatecznej. Jest oczywiste, że plan ostateczny zawiera swoją własną stałość. W takiej doskonałości wszelkie rzeczy zmierzają ku śmierci.

Fragment „Diuny” Franka Herbrta


niedziela, 25 czerwca 2017

La La Land: Gwiazdy Hollywood


Mia (Emma Stone) pragnie zostać aktorką. Sebastian (Rayan Gosling) ma zamiar propagować jazz. Niestety,  nie tak łatwo wybić się w Hollywood. Połączeni przez pasje, dążą do zrealizowania swoich marzeń.


Uwielbiam musical: uważam, że ten rodzaj sztuki, czy też filmu potrafi doskonale przekazywać emocje. Historia, choć zwykle prosta, przez piosenki zapada w pamięci na dłużej, a często naprawdę dobre wokale zapewniają bardzo dobre doznania. Po „La La Land” spodziewałam się więc sporo, przynajmniej w chwili, w której zobaczyłam plakat i usłyszałam, że to musical uwielbianego przeze mnie twórcy „Whiplasha”. Niestety, już same piosenki sprawiły, że trochę się załamałam.
„La La Land” (2016)
musical, romans
reż. Damien Chazelle
Gdy zabieram się świadomie za jakąś śpiewaną historię najpierw przesłuchuje kilku piosenek, bo gdy znam trochę tekstu łatwiej odbiera mi się film. Tym razem jednak piosenki tylko włączyłam i wyłączyłam, uznając, że nie, to chyba nie to, przynajmniej pod kątem muzycznym. Niemniej, musical postanowiłam obejrzeć tak, czy siak.
Niestety, w trakcie seansu wcale nie doznałam olśnienia. Piosenki, choć w kontekście wypadały lepiej, nie dały rady mnie porwać. Były bardzo delikatne i rozumiem, że to się może podobać, ale wokale głównych bohaterów i te rytmy w żadnym razie mnie nie zaskoczyły w sposób pozytywny. Lubię mocne głosy, pokazujące swoje możliwości, a miałam wrażenie, że Gosling i Rayan śpiewają bardzo spokojnie, kompletni „bez mocy”. To mogłoby dla mnie zadziałać – ale przy jednej, dwóch piosenkach. A nie całym musicalu...
Wielu za dobrą cechę tego filmu uważa  choreografię: nieco nieśmiałą, ale nawiązującą do klasyki musicalu. Niestety, znów „wielu” nie oznacza akurat mnie. Na większość scen patrzyłam po prostu bez większego zainteresowania, a co niektóre wyglądały po prostu co najmniej kiczowato.
Paradoksalnie, uważam, że sceny bez śpiewania i tańczenia często wypadały po prostu bardzo uroczo. Dopóki nie wprowadzano latania między gwiazdami i opowiadaniu historii śpiewem naprawdę widziałam chemię między Miją i Sebastianem. Polubiłam te postacie, zwłaszcza, że Emmę Stone uważam po prostu za bardzo słodką istotkę, na którą miło się patrzy. Ich relacja, choć może naiwna i niezbyt urocza, miała w sobie odrobinę magii. Niestety, musical, w którym elementy śpiewane wypadają najgorzej trudno mi ocenić w pełni pozytywnie...
Jeśli już o fabule mowa, może się za nią wezmę, a raczej wspomnę o niej, bo wiele tu do opowiadania nie ma. Dostajemy bardzo prostą, trochę przesłodzoną historię, która pewnie zachwyci wszystkie fanki romansów. Choć nie jestem wielbicielką takich historii szanuję ją i rozumiem, a z racji, że jest to musical nie miałam i nie mam zamiaru czepiać się fabuły, skoro jako tako trzymała się kupy. Tylko jedno tu szczerze mnie zawiodło: zakończenie, które w moim odczuciu było po prostu nielogiczne i głupie.
Choć „La La Land” wygląda ślicznie i choć naprawdę chciałam się z tym filmem polubić to... był dla mnie po prostu niezbyt ciekawy. Co tu dużo mówić, wynudziłam się na nim. Piosenki kompletnie nie dały mi tego, czego oczekiwałam, choreografia tak samo, a niestety, samą scenografią i przyjemnymi bohaterami nie da się zbudować dobrego musicalu. Niby rozumiem, dlaczego ten film cieszy się tak dużym uwielbieniem, ale niestety, ja tych emocji nie podzielam.



[SPOILER] Co do samego zakończenia właśnie... Żyjemy w dobie komputerów; będąc na dwóch końcach świata możemy się ze sobą porozumiewać. Dziś bycie w trasie nie oznacza totalnej izolacji. Niestety, główni bohaterowie nie zniosą czterech miesięcy rozłąki i wspólnej pracy nad nieco czasochłonnymi pasjami i po prostu postanawiają się rozstać, mimo że niby tak doskonale do siebie pasują! Czemu? Bo Sebastian stwierdził, że Mia w całości odda się aktorstwu, więc to nie ma sensu, a ona mu przytaknęła. Boże, dopomóż. Powiedzmy, że łyknęłabym to, gdyby nie fakt, ze pięć lat później Mia ma faceta. Jest z nim. Jakoś dają radę być razem. Ale nie, z Sebastianem nie mogła być, bo ona się odda w pełni aktorstwu...  Ech, wybaczcie – musiałam. Takie bezsensowne plot twisty sprawiają, że naprawdę nie lubię typowych romansów. [KONIEC SPOILERA] 

sobota, 24 czerwca 2017

Wyjazdowe informacje i „wakacyjny” stosik

Hej :) Piszę dziś do Was, bo jutro wyjeżdżam, o czym z resztą już informowałam w poprzednim poście. Dziś jednak to po prostu wpis typowo informacyjny :)
Nie będzie mnie w kraju do początku sierpnia i do tego czasu moja aktywność pewnie będzie mniejsza, choć w ostatnim czasie była ogólnie mała: od bloga trochę się odcięłam. Sesja, nadmiar terminów i inne takie po prostu zbyt mnie zestresowały, bym miała ochotę na czytanie, a co za tym idzie: nie miałam ochoty na bloga. Jakoś tak to u mnie wychodzi: jak czytam, mam motywacje, by tu wchodzić. Jak nie – czuje się trochę głupio i zaczynam go olewać :D
W każdym razie w ogóle zauważyłam, że w miesiącach letnich Wasza aktywność spada: nie dziwię się, lepiej jest siedzieć teraz na dworze, niż przed komputerem. W końcu ja sama też zrzuciłam DM na drugi plan. No ale nie ma tego złego.
Wracając do mojego wyjazdu: dostęp do Internetu będę miała, więc nie znikam zupełnie. Po prostu pewnie będę zbyt padnięta, by do Was pisać. Posty są zaplanowane co dwa dni, więc ani Wy, ani tym bardziej ja nie muszę się o to martwić. Tylko błagam, czytając moje wpisy (wszystkie, nie tylko te z niedługiej przyszłości) bierzcie poprawkę na to, że ja zwykle pisze je na zapas :) I często znam już całą serie, gdy na blogu pojawia się recenzja tomu pierwszego. Jeśli chcecie sprawdzić, jakie książki już mam za sobą zapraszam na mój profil na LC (gadżet po prawej).

By nie było, że tylko na tym końce uznałam, że wrzucę Wam dziś mój stosik książek do przeczytania. Zwykle jest mały, poza tym nie mam też ochoty i czasu, by je robić, ale wyjeżdżam, a więc taki „rachunek sumienia” mi się przyda, a i Was może zainteresuje :)


Te dwie książki po prawej do „Lód” Dukaja i „Narrenturm” Sapkowskiego, które obecnie niby czytam. Niby: bo przez dość trudny okres nie umiem przez nie przebrnąć. Plan był taki, że przez tydzień przerwy do wyjazdu przeczytam tą pierwszą, zaś w drogę wezmę Sapkowskiego, ale punkt pierwszy planu raczej nie wypali. Jeśli kiedyś pojawi się recenzja „Lodu”, albo jeśli już go znacie pewnie zrozumiecie/rozumiecie dlaczego :D Najwyżej wezmę się za niego po powrocie, bo ja po prostu nie mam obecnie na tę lekturę siły.
Pozostałe książki to te czekające na przeczytanie. Nie licząc książek Żeromskiego to wszystkie książki w moim domu, których jeszcze nie ruszyłam i czuje się z tego zadowolona, bo aż tak dużo ich nie ma :D Większość z tego stosiku pochodzi z wyprzedaży, bo na parę fajnych okazji ostatnio trafiłam. No dobra, po kolei!
·         „Blondynka u Szamana” Beaty Pawlikowskiej – chyba wezmę ze sobą tę książkę na wyjazd :) Kupiłam ją na przecenie w Biedronce, za 5zł. Inaczej by do mnie pewnie nie trafiła. Zapowiada się podróżniczo, lekko, wczasowo: więc powinno być miło, mimo, że tego typu książek raczej nie czytam.
·         „Król Bezmiarów” Feliksa W. Kresa – tę pozycję wyłowiłam lata temu w jakimś wyprzedażowym koszyku. Długi jej nie ruszałam, bo to drugi tom, a ja nie miałam pierwszego.  Ale że w końcu go poznałam to niedługo przyjdzie pora i na tą pozycje (recenzja tomu pierwszego w kolejce).
·         „Polska, głupcze” Tomasza Lisa – kosztowała aż 2zł! Nie spodziewam się po tej książce kompletnie niczego szczególnego. Wzięłam ją głównie przez mój kierunek studiów: na dziennikarstwie warto wiedzieć coś o Tomaszu Lisie, nie? Aczkolwiek raczej nie mam z nim dobrych skojarzeń. Ale przeczytam.
·         „Agent JKF 4. Armie nieśmiertelnych” Miroslav Žamboch, Jiří Walker Procházka – kupiona za 5zł w Biedronce, „bo Fabryka Słów”. Powiedźcie mi, mogę ją czytać osobno? Bo Žamboch chętnie poznam, ale pozostałych części serii nie posiadam.
·         „Mistery” Stephena Kinga – jak wiecie, z Kingiem się nie lubimy. Ale jak mogłabym nie kupić książki znanego autora za 7zł w grubej oprawie...? W każdym razie, moje kolejne spotkanie z tym panem jest coraz bliżej.
·         „Motylek” Katarzyny Puzińskiej – a właściwie tom pierwszy; muszę poprosić kogoś w Polsce, by upolował mi drugi, bo nie zauważyłam w sklepie tego głupiego podziału. W każdym razie, to kolejna książka za grosze. Mam nadzieję, że w końcu trafię na dobry, polski kryminał.
·         „Shirek: Posłowie” Jeefa Vandemeera – książka z serii Uczta Wyobraźni. Gdy trafiłam na dwa tomy z serii po 10zł po prostu nie mogłam jej nie wziąć. Niestety, to drugi tom serii; gdy wrócę, będę musiała kupić pierwszy. Mam nadzieję, że uda mi się go upolować, bo nie jest dostępny w księgarni. W każdym razie czytałam już inną książkę tego pana (ta druga z serii; recenzja wkótce) i była specyficzna, choć magiczna zarazem. Liczę, że z tą będzie tak samo.
·         Trylogia „Arkadia” Kaya Meyera – tom pierwszy już za mną (recenzja czeka w kolejce), więc wiem, czego mogę się spodziewać; choć pomysł autora był ciekawy (włoska mafia i mitologia grecka w jednym) to sama książka trochę mnie wymęczyła. Ale zobaczymy... wezmę przynajmniej jeden tom na wyjazd, może będzie lepiej. Dwie książki kupione za 5zł w Biedronce, tom drugi za 10zł w Świecie Książki.
·         „Ukryty kwiat” Pearl S. Buck – Noblistka za 2zł?! Oczywiście, że kupiłam! Mam cztery inne książki tej pani i choć nie były najbardziej porywającymi lekturami na świecie to mają swoją magię. Tą kupiłam po części do kolekcji, po części z mojej pewnej sympatii do autorki.
·         Trylogia husycka Sapkowskiego – tu rozpowiadać się nie będę :) Mój prezent urodzinowy. Jak na razie... jest dobrze.
·         „The colour of magic” (pl: „Kolor magii”) Pratchetta – moja pierwsza książka po angielsku. Zdecydowałam się na nią, bo żarty brzmią najlepiej w oryginale, a ponieważ to młodzieżówka powinno mi się ją w miarę przyjemnie czytać. Ale och, jakie ja miałam przygody z tą książką! Zamówiłam ją na Amazonie jeszcze w kwietniu. Książka jest używana (ale w bardzo dobrym stanie), dlatego kosztowała grosze; z przesyłką wyszła mnie 20-30zł, ale sama kosztowała mniej niż jednego funta. Tyle, że... jakoś długo nie chciała dotrzeć. Już myślałam, że zaginęła w akcji, gdy przyjechałam do domu we wtorek i okazało się, że czeka na mnie od dwóch tygodni. Niemniej, i tak długo szła ;/ Ale jest, więc będę czytać :D
·         „Dwór cierni i róż” Sarah J. Maas – dwa tomy wygrane w konkursie u Charlotty :) Jak wiecie, jestem wielką przeciwniczką (XD) „Szklanego tronu” tejże pani i nie powiem, boje się tych książek. ALE cieszę się, że mam je u siebie, bo lubię poznawać znane rzeczy, by wiedzieć co w trawie piszczy. No i to dwa tomy, nie jeden; na półce będą dobrze wyglądać :D Mam nadzieję, że spodobają mi się bardziej, niż Tamta książka autorki. Na pewno biorę je ze sobą na wyjazd.


Oj, miał być krótki informacyjny post, a TO słowo jest tysiąc pięćdziesiąte ósme :D Cóż... lubię pisać o książkach, cóż ja poradzę. W każdym razie przekazałam Wam chyba wszystko co chciałam, także do napisania! Jutro pojawi się recenzja pewnego musicalu, czekajcie cierpliwie.

piątek, 23 czerwca 2017

Fotozeszyt – niewielki i praktyczny

Nie wiem jak Wy, ale ja chwilowo czuje się wyprana ze wszystkiego. Upał robi swoje, sesja robi swoje – i wyjazdowa praca, w której będę od niedzieli też nie poprawia mi nastroju. Za dużo wszystkiego mi się zwaliło na raz, a przy okazji uznałam, że przeczytam sobie „Lód” Dukaja i „Narrenturm” Sapkowskiego i przyznam, że wcale, ale to wcale mi to nie idzie. Głównie dlatego, że po prostu na ten moment mi się nie chce. Ech, ale zobaczymy, chce skończyć „Lód” do wyjazdu, Sapkowskiego czytać w drodze. Do pracy biorę już lekkie książki, bo po prostu tam nie wyrobię.
Nie to jednak miało być głównym tematem tego wpisu, a fotozeszyt od Saal Digital. Siódmego czerwca na blogu pojawił się wpis o ich fotoksiążce, któru możecie zobaczyć TUTAJ. Ta zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że po prostu uznałam, że chce przetestować jeszcze coś od nich :)

Wysyłka, projekt i inne takie...
Nie chce się na ten temat znów rozpisywać, bo zasadniczo te etapy nie różniły się raczej od zamawiania fotoksiążki, a to już dokładniej opisałam we wcześniejszym wpisie (link wyżej). W każdym razie: znów było bezproblemowo i szybciutko. Nie mam zamiaru na to narzekać, zwłaszcza, że z aplikacją w której tworzy się produktu od Saal Digital pracuje mi się coraz to lepiej.
Jest porządnie i tak jak ma być, czego chcieć więcej?


O produkcie
Mój fotozeszyt ma dwadzieścia dwie strony i matowe wykończenie, bo takie najbardziej mi odpowiada. Gdy przyszedł, trochę się zdziwiłam: niby wiedziałam co zamawiam, ale nie spodziewałam się, że dostanę coś tak lekkiego i cienkiego. Nie narzekam tutaj: po prostu się zaskoczyłam, podświadomie przekonana, że znów dostanę plastikowe płytki, a nie kartki :P
W każdym razie, samo wykonanie fotozeszytu nie pozostawia nic do życzenia. Obłożony jest plastikową, przezroczystą okładką, a metalowe kółka, na których jest umocowany wydają się porządne. Raczej nic nie powinno się im stać.
To, co jest najważniejsze, czyli same zdjęcia, są także nienaganne. Kolory są pięknie oddane, nasycone tak, jak powinny być. Sam papier nie jest najgrubszy, ale spokojnie: to po prostu podstawowy papier fotograficzny, a nie „zwykły”. Nie powinien łatwo się podrzeć, jest w miarę sztywny. Nie lata niczym papier toaletowy na wietrze. Jest... po prostu wytaczający.
Fotozeszyt to koszt około 100zł, zależnie od tego jaką chcemy wersje i ile stron sobie wybierzemy. Przy tym o ile fotoksiążka ma z tyłu kod, który można zeskanować, tak ten produkt nie jest niczym oznaczony.

Dla kogo? Fotoksiążka czy fotozeszyt?
Skoro mam i fotosiążkę, i fotozeszyt pozwólcie, że je ze sobą zestawie, by wyjaśnić, dla kogo ten produkt najbardziej się nada.
Fotoksiążka jest spektakularna. Pięknie obita, elegancka; po prostu idealna na prezent. Fotozeszyt jest jego bardziej budżetową „wersją”, która w moich oczach ma nieco inne zastosowanie. Nie, nie kupiłabym jej z myślą o tym, by kogoś nią obdarować, bo wygląda po prostu zbyt skromnie. A przynajmniej jak na główny prezent. Ale do własnego użytku –  nada się znakomicie!
Po pierwsze, będzie fajnym rodzinnym albumem, który nie zajmie dużo miejsca. Jeśli chcemy mieć wiele zdjęć, które nie będą nam zajmować połowy szafy sprawdzi się naprawdę doskonale.
Po drugie, jeśli prowadzicie jakąkolwiek działalność, która wymaga pokazaniu klientowi Waszego portfolio: zdjęć, ubrań, wzorów, materiałów i tak dalej, to jest coś dla Was. Fotoksiążkę niełatwo będzie zapakować do torby i nosić, bo jest po prostu grubsza i cięższa. Fotozeszyt zaś zajmuje minimalną ilość miejsca, a jeśli wybierzecie mały format spokojnie zmieści się do małej torebki. I pod tym względem jest doskonały. Wygląda profesjonalnie i może być zawsze pod ręką.


Choć pod względem wizualnym wole i woleć będę fotoksiążkę nie mam złudzeń: fotozeszyt jest dużo bardziej praktyczny. Jeśli będę szykować swoje portfolio z myślą o kliencie na pewno postawie na niego; obecnie wystarczy mi to co mam, ale wiem, że za jakiś czas będę musiała domówić kolejne i wtedy zdecydowanie będzie to właśnie ten produkt. Fotoksiążka wygląda cudownie – ale pod względem ceny i praktyczności fotozeszyt przerasta ją kilkukrotnie.

Za możliwość przetestowania fotozeszytu dziękuje firmie Saal Digital Polska!

środa, 21 czerwca 2017

Odkrywanie Ameryki: MMK mówi, jak jest w USA

Prezent na Boże Narodzenie dla mnie? Oczywiście, że książka! To znaczy, niekoniecznie, ale takową nie pogardzę. Pozycja, której okładkę widzicie poniżej była właśnie prezentem dla mnie z tamtej okazji, będąca po części żartem z mojego kierunku studiów, a po części z tego, na co miałam fazę przed świętami: jakimś cudem oglądałam (często od nowa) sporo filmów pana Maxa Kolonko na Youtube, mimo że – by nie było – nie subskrybuje go i jakoś szczególnie regularnie na jego kanał nie zaglądam. Ale dość tego gadania o niczym, przejdźmy do książki.

Tytuł: Odkrywanie Ameryki
Autor: Mariusz Max Kolonko
Liczba stron: 332
Gatunek: autobiografia, pamiętnik

Mariusz Max Kolonko wyjechał do USA pod koniec lat 80. i tam przeżył American Dream: niegdyś był emigrantem z polski, mającym przy sobie 200 dolarów, obecnie zaś jest szanowanym dziennikarzem. W swojej książce opowiada o swoim życiu i Stanach, które traktuje jak dom.

„Odkrywanie Ameryki” nie łatwo zakwalifikować do konkretnego gatunku. Nie jest to pełna autobiografia od A do Z. Książka podróżnicza? Po części, ale też nie do końca. Jak sam autor napisał w swojej książce to bardzo osobiste dzieło, które mi kojarzy się najbardziej z blogiem podróżnika, albo emigranta właśnie, który po prostu pisze o tym co widzi, co go zainteresuje, będąc przy tym w pełni subiektywnym i czasem nie zwracając uwagi na potoczny styl. Taki wizerunek książki dopełniają często prywatne zdjęcia autora, które zdobią tekst tak, jak fotografie w poście blogowym.
Skoro już o zdjęciach mowa chce napisać kilka słów o samym wyglądzie książki. Z tego co wiem to wydanie zostało w pełni złożone przez autora. Grafika, układ, czcionka, dobór i umiejscowienie zdjęć – to wszystko jego dzieło. Z jednej strony moim zdaniem wydanie nie wygląda najpiękniej, ale styl Maxa Kolonko jest w niej bardzo wyraźnie widoczny. Poza tym to, że nie jest wydana pięknie, nie oznacza, że jest wydana źle: sam papier jest bardzo dobry jakościowo, przypominając bardziej ten z książek-albumów.
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia „dla kogo” to jest książka. Oczywiście, ten, kto bardzo lubi autora na pewno się w niej odnajdzie, ale poza tym nie mam pomysłu kto inny mógłby czerpać radość z czytania jej. Niby książka jest dla „odkrywców Ameryki”, ale szczerze mówiąc, jeśli ktoś interesuje się USA będzie większość rzeczy ze środka wiedział. Kolonializm, Indianie, Pocachontas, UFO, wyprawy w kosmos, czy atak na WTC to przecież tak wałkowane tematy, że raczej o tym „się wie”. „Odkrywanie Ameryki” może co najwyżej pokazać nam pogląd autora na daną sprawę, jego przeżycia, albo przekazać parę ciekawostek.
Jeśli chcecie poznać Mariusza Maxa Kolonko od zera to raczej też nie będzie książka dla Was: jest tak chaotyczna, że możecie się po prostu w niej pogubić. Wydarzenia nie są ułożone chronologiczne i teoretycznie można ją czytać od każdego możliwego momentu, ale też nie do końca, bo podzielone są na parę „działów” tematycznych, które nie są w żaden sposób rozdzielone od siebie i bywa, że są przeplatane innymi rozmyślaniami autora.
Styl Maxa Kolonko jest, powiedziałabym, „typowy dla felietonisty” – dość barwny, zwięzły, ale chwilami toporny. Przy okazji miałam często wrażenie, że autor zakłada, że coś jest oczywistością, przez co po prostu się gubiłam, jako, że nigdy USA nie leżało w kręgu moich zainteresowań.
„Odkrywanie Ameryki” ma parę ładnych zalet, ale w moim odczuciu to pozycja albo „do szuflady”, albo dla znajomych i fanów Mariusza Maxa Kolonko. Jeśli nie interesuje Was ta postać chyba nie ma po co nawet tej książki otwierać, jeśli i owszem to można sobie ją sprawić. Wydaje mi się jednak, że to jedna z tych pozycji, która najlepiej sprawdzi się na prezent: nie ma jej w normalnych księgarniach, więc raczej obdarowywana osoba nie będzie jej miała, a jeśli wiemy, że interesuje się choć trochę autorem na pewno będzie zadowolona z tego, że ma książkę ważnej dla siebie osoby :)




zBLOGowani.pl
Wpis bierze udział w akcji zblogowanych :)

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Wikingowie. Sezony 3-4: Aktualizacja opinii


Ragnar został królem, lecz nie spoczywa na laurach: jego dusza odkrywcy znów wzywa go do Anglii. Szukając nowych miejsc na założenie osady, postanawia współpracować z królem Egbertem z Wesseks (Linus Roache). W międzyczasie pogarszają się relacje Ragnara z jego żoną, Aslaug.


Dzisiejszy post potraktujcie bardziej jako „uaktualnienie” wpisu o pierwszym i drugim sezonie „Wikingów” z 18 grudnia 2016 roku, który znajdziecie TUTAJ. Nim więc zapoznacie się z tą treścią zdecydowanie radzę przeczytać tamten wpis, bo moje zdanie na temat niektórych aspektów serialu naprawdę się nie zmieniło: sezon trzeci i czwarty dalej wygląda bardzo klimatycznie. Bohaterzy, którzy jakimś trafem nie wypadli jeszcze z rozgrywki dalej się sprawdzają i pod wieloma aspektami serial trzyma się kupy. Ale... no właśnie, jest kilka „ale”, które sprawiły, że chce nieco zaktualizować moją opinię na temat tej produkcji.
Sezon trzeci był cudowny. Naprawdę, nie miałam mu nic do zarzucenia. Był pełen akcji, pełen ciekawych postaci; historia ładnie sunęła do przodu i wszystko grało. To właśnie w nim widzieliśmy najbardziej wzruszającą scenę w całej serii, która naprawdę była pięknie nakręcona. Schody zaczęły się przy sezonie czwartym, głównie w jego pierwszej części (dziesięć pierwszych odcinków), ale w drugiej też go nie do końca opuściły... niestety.
Wikingowie, sezony 3-4,
(ang. Vikings)
serial historyczny
Oglądając sezon czwarty miałam wrażenie, że ktoś zaczął naciskać na twórców, by wcisnęli tu jakieś inne kultury. Wiadomo, wikingowie są biali, a pokazywanie tylko białych w kinie jest rasistowskie, dlatego trzeba było wcisnąć do historii kogoś z innej rasy. Padło na Chinkę, która jakimś cudem znalazła się w Skandynawii, a której wątek był po prostu fillerem, który nic nie wnosił do całości, nużył i był po prostu absurdalny. [MAŁY SPOILER] Kolejny taki nacisk, choć już mniej zauważalny, dotyczył muzułmanów; była to drobna scenka, w czasie której wikingowie powinni byli zabić modlących się wyznawców Allaha, ale jakimś cudem uznali, że tego nie zrobią, BO NIE. Yhym... przepraszam, ale... mordowali chrześcijan w czasie modlitwy, czemu wiec tu tego nie zrobili? To niby dwie sprawy, dość drobne, ale jednak niszczące trochę klimat całości. [KONIEC SPOILERA]
Kolejnym problemem czwartego sezonu był... feminizm, który chyba znów wyniknął z nacisku kogoś z góry. Rozumiem, że Lagertha to wielka wojowniczka i akceptuje, że wikingowie wykorzystują kobiety do walki, bo czemu by nie? Ale to, że jedna z moich ulubionych postaci postanowiła sobie zrobić wianuszek wojujących panien, które za nią zabijały, za nią umierały i tylko ją broniły było w moich oczach lekkim przegięciem. Ten wątek wręcz krzyczał, że faceci to świnie, którym nie można ufać, dlatego nasz jarl postanowił posiadać w swojej armii głównie kobiety. Ech, szkoda na to słów.
Jak to w serialach bywa, musimy mieć jakąś rotację bohaterów; tu też ona następuje, niemniej, uważam, że na gorsze; kolejne postacie są coraz nudniejsze i coraz zwyklejsze, co też mnie trochę boli, bo zaczynam obawiać się o przyszłość „Wikingów”. Fillery i feminizm nie niszczą ogółu historii, złe postacie – i owszem. Ale jak to będzie dokładniej, dowiemy się pewnie dopiero w kolejnych sezonach.

Podejrzewam, że jeśli jesteście już w trakcie to i tak kolejne sezony obejrzycie, jeśli zaś zaczniecie i się wciągniecie, kolejne też pochłoniecie. Niemniej, choć dalej uważam „Wikingów” za dobry serial to przez ostatni sezon trochę stracił w moich oczach. Pytanie brzmi tylko, czy twórcom uda się z tego dołka odbić, czy też będą cały czas brnąć w coraz to głębszy dół.  

sobota, 17 czerwca 2017

Stop prawa: Wax i Wayne w Elendel

Znów wracamy do Sandersona... no cóż ja poradzę, muszę go „zamęczyć”, skoro dwie trylogie z serii są na półce :D A kto wie, może potem przyjdzie czas na inne jego książki? To się jeszcze okaże. Na razie trzymajmy się świata „Z mgły zrodzonego”. Zapraszam!

Tytuł: Stop prawa
Tytuł serii:  Ostatnie Imperium
Numer tomu: 4
Autor: Brandon Sanderson
 Liczba stron: 304
Gatunek: high fantasy

Minęło trzysta lat odkąd Ostatni Imperator został obalony i od kiedy Zniszczenie zostało pokonane. Scadrial w końcu odżył i zaczął się rozwijać. Broń palna, czy pociągi nikogo już tu nie zaskakują.
Wax jest stróżem prawa w ledwo cywilizowanej Dziczy. Katastrofa rodzinna sprawia, że musi jednak wrócić do miasta, Elendel, jako dziedzic olbrzymiego rodu. Nie mija jednak wiele czasu, gdy okazuje się, że stolica może być jeszcze bardziej niebezpiecznym miejscem od barbarzyńskich terenów.


Trylogia „Z mgły zrodzonego” składała się ze sporych cegiełek; kolejna, będąca częścią serii „Ostatnie imperium” to książki zdecydowanie krótsze, a przy tym, jak można się spodziewać, mniejsze i skromniejsze pod względem fabularnym. Jako, że raczej lubię historie opowiadające o drobnych sprawach, a niekoniecznie te o ratowaniu świata liczyłam, że będę dobrze się bawić. Niestety, ostatecznie wyszło dość mizerne, a raczej – po prostu zwyczajnie.
Pod względem fabularnym „Stop prawa” to po prostu kryminał. Gdyby wyjąć z historii wszystkie elementy fantastyczne dostalibyśmy właśnie książkę tego gatunku. Zaleta? Prawdopodobnie, choć w tym wypadku możliwości kryminału nie zostały w pełni wykorzystane.
Z resztą, ta książka generalnie nie wykorzystuje tego, co mogłaby zaoferować. O ile w poprzedniej trylogii to było coś, co mnie zauroczyło tak tutaj miałam wrażenie, że świat jest bardzo... zwyczajny, płaski, mdły. Nawiązania do poprzedniej serii chwilami wręcz śmieszyły (no błagam, z jednego wydarzenia zrobiono kilkanaście głupich wierzeń...), a moce bazujące na bazie metali już tak nie zachwycają. Sanderson zdecydowanie w złą stronę popchnął swój świat.
Pociągnę chwilę dłużej wątek mocy właśnie. W pierwszej trylogii niby cały czas obracaliśmy się między Mglistymi, ale tło świata było na tyle mocno rozbudowane, że nie mieliśmy wrażenia, że tylko oni są w tym świecie. W „Stopie prawa” niemal każdy ma jakąś super moc, a najlepiej dwie i każde połączenie umiejętności jest hiper, niezniszczalne, mocne, silne, epickie. Z narracji wynika, że wszyscy są niepokonani. To zabiera światu realizm i sprawia, że dobrze wymyślony motyw powszechnieje... i jest nudny. Zdecydowanie wolałabym, gdyby główni bohaterowie byli zwykłymi szaraczkami, albo nie byli w tak cudowny sposób opisywani przez Sandersona...
Brak powagi czai się nie tylko w opisach mocy. Cała historia opiera się na relacji Waxa, Wayne’a i Marsai, która polega na docinaniu sobie nawzajem. Niby miło, śmiesznie i radośnie, tyle, że to widzieliśmy już tyle razy, że mnie powoli to po prostu irytuje. Boże, daj mi porządną, dojrzałą fantasy, a nie zabawy dzieci w piasku! Wax ma czterdzieści lat, a zachowuje się na dwadzieścia! Gdyby Sanderson nie podkreślał jego wieku prędko zapomniałabym, że jest starszy od Marsai, która jest przecież studentką. Wiem, że dla wielu czytelników taki zabieg jest zaletą, niemniej na mnie nie robi to pozytywnego wrażenia. Wole bohaterów, którzy ironizują, czy żartują rzadko, ale trafnie, a nie takich, którzy robią to bez wytchnienia. Niby coś podobnego wykorzystane było w relacji Kelsiera w „Z mgły zrodzonym”, ale wtedy to było po prostu lepiej poprowadzone.
Jak zawsze przy Sandersonie, książkę czyta się bardzo szybko. Jego język jest przyjemny, pozytywny, „jasny”. Tylko co z tego, skoro powieść ma tyle niedociągnięć? Nawet sama historia nie daje w pełni rady. Mamy jakieś porwania i całe to poszukiwanie winnego, które nie raz i nie dwa wydawało mi się bardzo naciągane. Podobnie jak Wax i jego problemy miłosne... Na dodatek mimo,że autor chyba chciał wprowadzić do tej trylogii nieco steampunkowego klimatu to nie jest on tak wyczuwalny, jakby się tego chciało.
Pochwalić muszę samo wydanie i coś, czego poprzednio w książkach nie było: GAZETĘ! Na stronach „Stopu prawa” znajdziecie grafiki, wyglądające jak wyjęte z jakiegoś pisma. Wyglądają naprawdę ślicznie i tego odmówić im po prostu się nie da <3 Ach, niech mi to ktoś wydrukuje na  dużym formacie, na gazetowym papierze, będę bardzo rada!
Będę kontynuować tę serię, ale skłamałabym mówiąc, że jestem w pełni zadowolona z lektury. Niby czyta się to miło, niby nie jest tak źle, jak mogłoby być, ale ten świat na potencjał na wiele, wiele więcej, a Sanderson przez „śmieszkowanie” sprawia, że całość wypada po prostu dość płytko. Cóż, liczę, że po prostu kolejne części będą lepsze.

* * *

– Wydawało się, że oboje macie jedną z tych chwil „mądrej rozmowy”. Wolałem nie przeszkadzać.
–  To rozsądne, bo twoja głupota bywa zaraźliwa.


Fragment „Stopu prawa” Brandona Sandersona


czwartek, 15 czerwca 2017

Na Starym Mieście

Hej! W maju udało mi się wybrać na klasyczny portret zdjęciowy. Tym razem pozowała Karolina, a na zdjęcia wybrałyśmy się na Stare Miasto w Gdańsku. Bez zbędnego gadania zapraszam Was na nasze fanpage i do oglądania zdjęć:
Whispering Rift
Kerol Weber










wtorek, 13 czerwca 2017

Taktyka błędu: Kosmiczna wojna

Nadrabiania starej fantastyki ciąg dalszy! Spokojnie, liczę na to, że niedługo znów „zmienię płytę”, jak to u mnie zwykle bywa :) Ale musicie przyznać, że sam tytuł tejże książki może przyciągać! Niestety, w trakcie czytania mój egzemplarz trochę się rozleciał, co widać na zdjęciach... niestety, to częsta przypadłość starych książek.

Tytuł: Taktyka błędu
Tytuł serii: Childe
Numer tomu: 1
Autor: Gordon R. Dickson
Liczba stron: 270
Gatunek: science-fiction

Cletus Grahame opracował wyjątkową taktykę, która ma zapewniać zwycięstwo każdemu, kto ją stosuje. By sprawdzić ją w praktyce wybiera się na Kultis jako oficer sił sprzymierzonych. Wykorzystując swój spryt i rozum próbuje osiągnąć sukces.

W latach 90. polski rynek wydawniczy nadrabiał zaległości, wydając olbrzymią ilość zagranicznej fantastyki, która wcześniej przez PRL nie mogła się u nas pojawić. „Taktyka błędu” to jedno z „dzieci” tego okresu: to początek serii wydany w latach 70., który polskie półki zasilił w 1991 roku, niemniej, od tego czasu seria nie doczekała się wznowienia. A szczerze mówiąc, trochę szkoda.
„Taktyka błędu” nie jest powieścią przełomową, czy nadzwyczaj wyjątkową. Trzyma się typowych dla science-fiction schematów, niemniej, robi to w sposób dość ciekawy. Cletus Grahame to naprawdę ciekawa postać mi osobiście kojarząca się nieco z Scherlockiem Holmesem, choć chyba wielu wspólnych cech nie mają. To wyjątkowo mądry człowiek, którego sposób myślenia naprawdę może zaskoczyć; jego poczynania same w sobie obserwuje się po prostu cudownie, nawet nie przez to, że mamy do czynienia ze science-fiction. To typ postaci, którą zdecydowanie lubię.
Niestety, bohaterowie drugoplanowi wypadają zdecydowanie gorzej. Ukochana Cletusa zachowuje się często po prostu jak idiotka, a inne postacie po prostu nie są zbyt wyraziste i gubią się w historii. Niemniej, nie dziwię się: 270 stron na powieść z tego gatunku to naprawdę niewiele. Choć niestety, przez to często zapominałam kto jest kim i co tu robi.
Historia sama w sobie działa najlepiej mniej więcej do połowy, później, gdy orientujemy się, o co tu właściwie chodzi, po prostu zaczyna trochę nudzić, akcja się ciągnie i właściwie nie wiadomo co z tym fantem zrobić. Nie mamy tu wielkiej fabuły, w której ratujemy świat, a niewielką wojnę, w której Cletus bierze udział i w której próbuje grać, mieszać i wygrywać, jednocześnie sprawdzając, czy jego teorie się sprawdzają. Niestety, im dalej w las tym wszystko wydaje się bardziej powtarzalne i zwykłe, a sam styl Dicksona zdaje się tracić na dynamiczności.
Widzę jeszcze jeden problem „Taktyki błędu”, a są to wydarzenia, które chwilami wydają się sztucznie zaaranżowane tylko po to, by zaprezentować umiejętności i charakter naszego bohatera, zwłaszcza te z udziałem jego ukochanej, Melissy. Niemniej, pewna doza „sztuczności” jest – jak zauważyłam – typowa dla tego „starszego” SF i wydaje mi się, że wynika raczej z konwencji, a nie braku umiejętności pisarza.
To nie jest literatura, która zapadła mi na długo w pamięć, ale jednocześnie nie była złą przygodą. „Taktyka błędu” ma swój pewien urok, a Cletus zdecydowanie jest bohaterem zwracającym uwagę. Niemniej, jeśli komuś miałabym ją polecić to tylko fanom gatunku: inni mogą się w niej po prostu nie odnaleźć, albo wynudzić.


* * *

–  Czy nie nauczył się pan niczego wtedy, kiedy ten przejrzał pańską grę z filiżankami i kostką cukru?
– Ale przecież mu sie to nie udało – powiedział Cletus. – Cóż, muszę przyznać, że zrobił kawał dobrej roboty, ukrywając fakt, że mu się nie udało.
– Ukrył?
– Naturalnie – odparł Cletus. – Podnosząc pierwszą filiżankę był zbyt pewny siebie i uważał, iż potrafi wyzyskać każdy obrót gry na swoją korzyść. A kiedy odwrócił pierwszą filiżankę, pomyślał, ze to nie on, a ja popełniłem błąd. Przy drugiej musiał zrewidować swój pogląd, ale był jeszcze wystarczająco pewny siebie, aby spróbować jeszcze raz. Kiedy podniósł trzecią filiżankę, zdał sobie w końcu sprawę z tego, że jest całkowicie pod moją kontrolą. Musiał więc znaleźć wymówkę, aby przerwać rzecz całą i nie próbować po raz czwarty.

Fragment „Taktyki błędu” Gordona R. Dicksona



niedziela, 11 czerwca 2017

Wiek Adaline (2015): Na babski wieczór



Adaline (Blake Lively) urodziła się w 1908 roku i wiodła normalne życie. Uczyła się, założyła rodzinę, wychowywała samotnie córkę... aż do czasu, gdy zorientowała się – razem ze swoim otoczeniem – że jej proces starzenia się zatrzymał. By zapewnić bezpieczeństwo zarówno sobie, jak i swojej córce opuszcza rodzinną okolicę.


„Wiek Adaline” chodził za mną od dawna, głównie przez filmik Red Lipstick Monster, który obejrzałam w 2015 roku. Niby zrobiłam to od niechcenia, ale właściwie to dzieło cały czas miałam gdzieś z tyłu głowy. I choć po długim czasie to jednak udało mi się go w końcu obejrzeć. Niestety, spodziewałam się czegoś zupełnie innego, niż dostałam ostatecznie.
Wiek Adaline (2015)
ang. The Age of Adaline
melodramat
reż. Lee Toland Krieger
Może najpierw wyjaśnię, czego od tego obrazu chciałam. Liczyłam na film, który pokaże mi przekrój przez epoki; który właśnie to będzie traktował jako swoją główną zaletę i tym będzie grał. Który będzie wyglądał obłędnie w każdej możliwej chwili, jednocześnie może pokazując, jak bolesne takie życie musi być dla głównej bohaterki. Nie chciałam niczego wybitnego, a ładnego i przyciągającego uwagę. Dostałam zaś... romans. Po prostu romans.
Szukacie wielu scen z przeszłości? Nie sięgajcie po „Wiek Adaline”. Wszelkie sceny sprzed lat są tu tylko przebitkami, pokazującymi urywki z życia bohaterki, fabuła zaś zdecydowanie skupia się na współczesności. Wprawdzie film wygląda ładnie, ciepło, barwnie, ale niestety nie daje takiego przekroju przez historię, jakiego można byłoby się po nim spodziewać, a to miało być jego największym atutem.
Gdy uświadomiłam sobie, że oglądam romans właściwie trudno było nie przewidzieć, jak to się skończy. Fabularnie „Wiek Adaline” jest bardzo, ale to bardzo typowy. Cierpi na ten sam problem co „Zmierzch” – gdyby nie było tu nieśmiertelności bohaterki nie byłoby nawet o czym mówić. Różnica między tymi historiami polega na tym, że ten obraz jest jednak nastawiony na nieco starszą (choć dalej kobiecą) widownię, która chce czegoś bardziej „naukowego” i „realnego”. Och, tak, ta „naukowość” właśnie to jedna z bardziej irytujących mnie rzeczy w filmie: w kilku momentach narrator tłumaczy nam wręcz łopatologicznie co się stało z Adaline, co przynajmniej mnie po prostu denerwowało i nudziło. No i sprawiało, że historia stawała się jeszcze bardziej przewidywalna.
Jako, że „Wiek Adaline” to romans, nie mamy tu negatywnego bohatera. Właściwie wszyscy są uroczy, mili i chcą dobrze, co sprawia, że w filmie brakuje choć odrobiny zadziorności i charakteru. Tytułowa bohaterka to dojrzała, bardzo zrównoważona kobieta. Nasz główny męski bohater, Ellis Jones, grany przez Michiela Hiusmana, to po prostu facet idealny. Daje kwiaty w formie książek (co było akurat bardzo dobrym pomysłem :D), ma fundusze, troszczy się o Adaline i naprawdę ją uwielbia. William Jones (Harrison Ford) też zdaje się nie mieć wad, podobnie jak córka bohaterki, Flemming (Ellen Burstyn), czy jej pies. Tu wszystko jest kolorowe, baśniowe wręcz, a co za tym idzie – pozbawione jakiegokolwiek realizmu.

To zdecydowanie nie był film, który obejrzałabym po raz kolejny. „Wiek Adaline” na pewno sprawdzi się jako rozrywka dla pań, które lubią ładnie wyglądające, słodkie romanse. Będzie na pewno bezpiecznym wyborem na typowo babski wieczór. Niemniej, mnie w pewnym momencie zaczął po prostu nudzić, zwłaszcza, gdy zorientowałam się jak dokładnie będzie przebiegać cała historia. 

Nomida zaczarowane-szablony