poniedziałek, 8 stycznia 2024

Książę mafii: Blanka Lipińska w wersji YA




Ava ma siedemnaście lat i przenosi się do nowej szkoły w Los Angeles. Marzy o tym, aby być zwyczajną, lubianą dziewczyną, na którą nikt nie zwraca niepotrzebnej uwagi. Szybko jednak okazuje się, że przykuwa wzrok Samuela Westona, księcia lokalnej mafii. 


„Książę mafii” to kolejna książka, za którą zabrałam się w ciemno, szukając czegokolwiek lekkiego do czytania przed snem. Absolutnie nie spodziewałam się jednak, że powieść Mathie Rocks będzie aż tak kiepska, że zatrzymam się na niej na dobrze ponad miesiąc.

Książę mafii
cykl High School Tales, t. 1
Mathie Rock
wyd. Znak, 2022

Ta powieść jest w moim odczuciu napisana tak kiepsko, że bardzo szybko staje się denerwująca. Fabule brakuje sensu i wiarygodności choćby na filmowym poziomie, a pomiędzy bohaterami po prostu nie na żadnej chemii.

Chyba według założenia autorki, miał to być typowy romans z relacją typu hate-love. Dostajemy więc nieco zadziorną i niepokorną Avę oraz chłopaka, który uważa, że wszystko należy do niego. Samuel jest niezwykle toksyczną postacią, która zachowuje się względem protagonistki wręcz niewybaczalnie. Ava nie ma najmniejszego powodu, aby chłopaka lubić, jednak mimo wszystko coś (czyli wygląd) jej mu w nim imponuje. Niemniej, przez prawie pierwszą połowę książki Weston jest dla niej po prostu bardzo niemiły, jednocześnie szybko uznając ją za swoją własność. 

I przyznaje, że tę pierwszą część książki męczyłam najdłużej. To segment, w którym każda kolejna scenki wygląda podobnie do poprzedniej. Samuel robi coś nieprzyjemnego protagonistce, ona się wścieka, kłócą się, on uznaje ją za swoją i idą dalej. Oczywiście przy regularnym przypominaniu czytelnikowi, że Weston jest dojrzalszy niż przeciętny nastolatek (czego absolutnie nie widać) i zdecydowanie na tle takowego się wyróżnia.

Gdy fabuła zaczyna nieco bardziej się rozkręcać, staje się odrobinę bardziej zjadliwa, ale nie mniej głupia i naiwna. Nie jestem w stanie uwierzyć w takie przedstawienie mafii; działania bohaterów często są irracjonalne, a miłość, która powoli rozkwita pomiędzy Avą i Samuelem jest kompletnie niewiarygodna. 

Sam styl autorki też brzmi raczej dość amatorsko. Jest prosty i lekki, ale zarazem dla mnie naprawdę męczący. Jedynym chyba z niewielu plusów jest to, że mimo pojawiających się w fabule trupów, nie ma w niej scen erotycznych, co w teorii daje nam „365 dni” Blanki Lipińskiej w wydaniu dla nastolatków, chociaż biorąc pod uwagę toksyczność relacji przedstawionych w historii i tak chyba nie polecałabym tej powieści młodzieży jako dobrej lektury. Rzecz jasna, czytać nie zabronię: po prostu nie mam zamiaru jako takiej polecać.

Dopiero po fakcie zorientowałam się, że w moje ręce trafił kolejny „hit polskiego Wattpada”. Mój czytelniczy rok 2023 jest chyba właśnie pod znakiem takich książek, bo jakimś cudem ostatnio regularnie wpadają w moje ręce (tym razem kompletnie nieświadomie) i niestety, jak na razie żadnej z nich nie mogę nazwać po prostu dobrą książką. „Księcia mafii” rzecz jasna również nie, a biorąc pod uwagę, że wybrałam tę lekturę zupełnym przypadkiem, bez wcześniejszego riserczu czy wiedzy na jej temat, nie byłam przecież negatywnie nastawiona w stosunku do niej. 


piątek, 5 stycznia 2024

Tkając świt: uczcijmy mądrość Mai milczeniem


W świecie, w którym dziewczyna nie może być krawcem, niedołężny ojciec Mai zostaje wezwany do wzięcia udziału w konkursie na twórcę cesarskich strojów. Dziewczyna wyrusza w podróż zamiast niego w przebraniu własnego brata. Przed wyjazdem dostaje jednak od ojca nożyczki po swojej babce.

Tkając świt
cykl Krew gwiazd, t. 1
Elizabeth Lim
wyd. We need YA, 2021


„Tkając świt” Elizabeth Lim to powieść, która zauroczyła mnie tytułem, a przez swoją okładkę pobudziła moją wyobraźnię. Gdy zaczęłam ją czytać, szybko okazało się jednak, że to będzie jednak raczej po prostu lekka lektura. A potem było tylko gorzej. Uwaga, nie mam zamiaru się w tym tekście ograniczać, więc ostrzegam — będą s p o i l e r y.

Sam początek wydawał mi się być może nieco naiwny, ale wprowadzał ciekawy motyw: główna bohaterka po prostu lubi i umie szyć. I na tym etapie nie miałam do powieści wielkich zarzutów. Problemy zaczęły się, gdy Maia trafiła do cesarskiego pałacu i zaczął się sam konkurs na krawca.

Przede wszystkim, choć narracja bezustannie pisze o talencie protagonistki, o jej wyjątkowości i miłości do szycia to jednak nie widać tego w fabule. Właściwie wszystkie udane projekty to dzieło zaczarowanych nożyczek odziedziczonych po babce. Nie czułam, aby Maia faktycznie była dobrą krawcową, aby miała realną szansę pokonać w szeregach dużo bardziej doświadczonych od siebie krawców i właśnie to sprawiło, że w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka.

W tym czasie okazuje się, że jeden z krawców jest szczególnie niebezpieczny. Maia poznaje też lorda czarodzieja (aka prawą rękę cesarza), Edana, który okazuje się sarkastycznym 500-letnim młodzieńcem. Ten poznaje jej tajemnice i przez czas trwania konkursu po prostu się z nią droczy. Ich relacja nie wydaje się szczególnie głęboka: ja odbierałam ją bardziej jako flirtowanie, które nie budowało jednak wspólnych wspomnień, czy większej więzi. Wkrótce o tym, że Maia jest kobietą, dowiaduje się również jej przeciwnik, który zachowuje to dla siebie (Maia ma świadomość, że on wie). Z kolei protagonistka wie, że jej przeciwnik używa magii do tworzenia swoich prac.

Finał konkursu sprawił, że prawie odłożyłam tę książkę. Okazuje się wówczas, że dzieło Mai było lepsze, ale i tak wybór pada na jej przeciwnika, na co ona zaczyna krzyczeć, zdradzać jego tajemnice, a on odwdzięcza się tym samym. Ten przejaw mądrości z jej strony uczcijmy akapitem milczenia.

…………………………

Maia trafia do lochów i zamiast skupiać się na nadchodzącej egzekucji, wkurza się, że jej kumpel lord czarodziej nie zareagował. Co tam, że mogło mu również grozić skazanie. Że to nic by nie zmieniło. Czuje się zdradzona przez typa, który i tak powtarzał, że nie jest wcale jej przyjacielem. Co mnie jednak bolało bardziej — nikt nie wypomina jej, jak głupią decyzję podjęła w trakcie finału. 

W każdym razie, następnie okazuje się, że jednak uratowały ją magiczne nożyczki i cesarz uznaje, że to jednak ona będzie dla niego szyć. Edan wymazuje wspomnienia o tym, że Maia to dziewczyna ze wspomnień wszystkich poza cesarzem, a następnie krawcowa dostaje kolejne zlecenie: ma uszyć trzy suknie, używając mitologicznych składników, które sama musi zdobyć. 

W tym momencie Edan przestaje zachowywać się logicznie. Mimo że prawie nie zna Mai i tak łamie wolę cesarza i wyrusza razem z nią. Już samo to jest głupie, ale to jeszcze nie jest wszystko. Mianowicie, jako czarodziej, Edan musi być związany z jakimś panem, który ogranicza jego moc. Im bardziej magiczny sługa się oddala, tym bardziej słabnie jego moc, aż dochodzi do momentu, w którym zmienia się on w zwierzę do czasu powrotu. Cesarz jest oczywiście panem Edana. W związku z czym ten typ wyruszył w podróż z nieznajomą, wiedząc, że i tak dość szybko przestanie mieć możliwość, by realnie jej pomagać. No gratulacje.

Na tym etapie (to ok. ½ książki) powieść zmienia się w romans z elementami przygodowymi. Edan dość szybko z sarkastycznego gościa zmienia się w kochającego i czułego chłopaka z tragiczną przeszłością, który jako dziecko jadł głównie trawę i piach (tak było, nie kłamię). Maia wkurza się i krzyczy na Edana, bowiem to dojrzały sposób na przyjęcie informacji, że koleś nie chce się wiązać, bo nie jest wolną jednostką i wie, że to nie byłoby rozsądne. A potem protagoniści niby wykonują zadanie, ale jest wielka tragiczna drama i cliffhanger zapowiadający kolejny tom.

Przy okazji, w trakcie podróży postacie przemierzają sobie pustynie. Mimo że jest na niej gorąco, jadą za dnia, ale Maia tylko lekko się poci (po pustyni z tego co wiem, raczej porusza się nocą). Ale widzi, że Edanowi to nie przeszkadza, w związku z czym pyta się go, czy lubi pustynie. Ten odpowiada, że no w sumie to nie. Dlaczego, zadaje mądre pytanie Maia. Bo pustynia jest gorąca. XD Nie wiem, czemu redaktor nie usunął tego błyskotliwego dialogu. Ach, potem się okazuje, że Edan czuje tylko skrajne temperatury, więc to po prostu był sposób na zwinne wprowadzenie ekspozycji przez autorkę. 

To absolutnie nie jest najgorsza powieść, jaką czytałam. Ot, przeciętniaczek, schematyczny, raczej głupiutki i trzymający się na ślinę, ale dalej funkcjonujący w powiedzmy, sensownych ramach. Dlatego rozumiem, jeśli komuś się podoba — to może być miła i lekka lektura. Z tym że dla mnie jednak tych głupotek było zbyt dużo, relacja bohaterów zbyt płytka (moim zdaniem książka nigdy nie rozbudowuje jej tak, by była wiarygodna), a styl i warsztat autorki za słabo rozwinięty. Rozumiem jednak, że jest to debiut, może jej kolejne dzieła są lepsze, acz chyba w najbliższym czasie tego nie będę sprawdzać.


wtorek, 2 stycznia 2024

Dni ostatnie: krwawe opowiadanie z czarnym humorem

 


Kline jest byłym detektywem, który w trakcie ostatniej swojej akcji stracił dłoń. Pewnego dnia zaczynają zgłaszać się do niego inni, obiecując ofertę nie do odrzucenia. Gdy bohater nie zgadza się, zostaje porwany i zmuszony do rozwiązania zagadki tajemniczej sekty, której członkowie amputują swoje kończyny w imię wiary.

Dni ostatnie
Brian Evenson
wyd. Mag, 2022



To w teorii nie jest książka, która powinna się podobać, a jednak – „Dni ostatnie” Briana Evensona zapadną mi na dłużej w pamięć i to zdecydowanie w pozytywny sposób, chociaż nie są w całości równym dziełem.

Powieść została wydana przez wydawnictwo Mag w ramach serii horrorów. Warto się tu chyba nad tym na chwilę zatrzymać. Pod względem gatunku dla mnie to połączenie historii grozy z kryminałem, jednakże, choć wydawca czytelników do tego przyzwyczaił, nie ma tu za bardzo elementów fantastycznych. Można je sobie dopowiedzieć, są gdzieś tam sugerowane, ale zdecydowanie nie jest to horror z duchami, demonami i istotami z innych światów. Nie jest to wada, jednak po prostu uważam, że warto to nadmienić.

„Dni ostatnie” początkowo nie były powieścią, a opowiadaniem pod tytułem „Bractwo Okaleczonych”. Po sukcesie krótszego tekstu autor postanowił go rozwinąć i stworzył coś, co nadawało się do szerszej dystrybucji jako solowe dzieło. Jak najbardziej rozumiem to podejście pod względem biznesowym, jednak uważam, że po tym pierwszym segmencie widać mocny spadek jakości tekstu.

Zaczynamy bowiem od opowieści trzymającej w napięciu i dynamicznej. Takiej, która jest dość brutalna i chwilami wręcz obleśna, ale w ten popkulturowy sposób. Nie ma tu nadmiaru przekleństw, jest za to czarny, często dość absurdalny humor, który przełamuje całość i sprawia, że da się to czytać z przyjemnością, mimo raczej nieprzyjemnego tematu. Zamknięcie tego segmentu też jest trafione w punkt i moim zdaniem ten tekst naprawdę nie wymagał rozwinięcia. Był piękny w swojej pierwotnej formie, świetnie zamykając wszystkie wątki.

Drugi segment, choć dalej dość lekki w stylu, był już nieco bardziej rozlazły, powtarzalny, nudnawy. Trzymał jakiś poziom, ale naprawdę w moim odczuciu odstawał jakością od pierwotnego opowiadania. Z doświadczenia wiem, że to częsta przypadłość opowiadań rozwijanych w podobny sposób, ale z drugiej strony gdyby autor tego nie zrobił, nie miałabym okazji poznać samego opowiadania, a ono samo w sobie było tego warte.

Warto dodać, że styl Evensona jest raczej prosty, konkretny, bez nadmiaru opisów. Nie należy do tych najbardziej charakterystycznych, ale nie przeszkadza w czytaniu i moim zdaniem świetnie sprawdził się w przypadku tego typu bądź co bądź rozrywkowej historii.

To zdecydowanie nie jest powieść dla wszystkich. Słyszałam już opinie, że ta historia jest bardzo krwawa, brutalna i tak kiepska, że nie powinna zostać wydana. Nie zgadzam się z tym, ale rozumiem, że jeśli ktoś nie tego spodziewa się po lekturze, mógł poczuć się cóż, nieco zdziwiony. Ale dla tych, którzy szukają właśnie czarnego i krwawego humoru, a także nie mają nic przeciwko sektom podanym w mocno popkulturowy sposób, to ta powieść może być nie lada gratką.


Nomida zaczarowane-szablony