środa, 24 września 2014

Wybrzeże Szkieletów

Hej :) Ostatnio w moje ręce wpadła dosć nietypowa, jak dla mnie, powieść, jako, że na prawdę rzadko czytam powieści przygodowe... tak więc od razu na wstępie mówię - nie mam za bardzo porównania z innymi książkami. Jak już mogę ją porównywać z przygodową fantastyką... ale jakby nie patrzeć, choć często opierają się na podobnych schematach to jednak coś nieco innego :) Zapraszam do czytania!

Tytuł: Wybrzeże Szkieletów
Autor: Clivie Cussler, Jack De Brul
Liczba stron: 399
Gatunek: powieść przygodowa

Po opisie z tyłu okładki przypuszczałam, że ot, tak, trafiłam na typową, strasznie schematyczną przygodówkę: ot, mamy sobie panią, która szuka skarbu. Wpada na pana, który postanawia pomóc jej odnaleźć te bogactwa, co oczywiście udaje im się, z jakimiśtam przeszkodami na drodze. By nie było nudno, pan i pani zakochują się w sobie, stwierdzają, że pieniądze jednak szczęścia nie dają, wszyscy są szczęśliwi, koniec. Nie pomyliłam się jakoś szczególnie, jednak muszę przyznać, że autorowi udało się mnie odrobinę zaskoczyć. 
Na początku poznajemy pewnych XIX-wiecznych anglików, którzy ukradli diamenty jakiemuś plemieniu i uciekając przez pustynię, aby ostatecznie dotrzeć do morza, natrafić jednak na burze piaskową, która zasypie ich statek. Nie muszę chyba mówić, że skończyli źle? Po tym wstępie zaczynamy powoli poznawać naszych bohaterów. Sloane, młoda kobieta pracująca dla firmy jubilerskiej, szuka wraku parowca, w której ponad 100 lat temu zostali pogrzebani żywcem złodzieje owych diamentów, o których wspomniałam wcześniej. W tym samym czasie oraz w tej samej okolicy kapitan Cabrillo, właściciel nijakiej Korporacji, prywatnej firmy pomagającej w zażegnywaniu konfliktów ma do wykonania zadanie mogące wpłynąć na losy świata (a jakby inaczej, nie?). Oczywiście, nasze parka głównych bohaterów wpada na siebie ii... zaczynają nawzajem pomagać w swojej pracy. Nie będę zdradzać więcej, coby przypadkiem nie spojlerować :) Ale wspomnę jeszcze, że cała powieść nie skupia się wcale aż tak bardzo na diamentach - co jest właśnie tym drobnym zaskoczeniem o jakim wspominałam wcześniej.
Główni bohaterowie szczególnie na początku wydali mi się strasznie... plastikowi. Wszystko potrafią, mają rozległą wiedzę i oboje mają nadaną nieśmiertelność głównego bohatera, co sprawia, że najzwyczajniej w świecie są... nudni. Trochę nieludzcy wręcz, powiedziałabym. Nie mają słabości, są liderami. Trudno jest wczuć się w taką postać... bo niby każdy z nas taki chciałby być, ale mamy przecież swój rozum, wiemy, że takie zachowania, taki zapał jest niemożliwy... przez co nie jesteśmy w stanie współodczuwać wraz z nimi. No, może nie każdy z nas - przynajmniej ja mam z tym problem i najzupełniej w świecie mi się to nie podoba. 
Ale to w końcu nie jest powieść psychologiczna, czy skupiająca się w jakimkolwiek stopniu na psychologii bohaterów... dzięki czemu nie jest to aż tak rażące, jak byłoby w przypadku większości innych gatunków. Mamy do rozwiązania jakiś problem, jakąś zagadkę i to na niej skupia się fabuła książki. I fakt faktem, akurat w dziedzinie akcji, autorzy spisali się na prawdę nieźle, bo właściwie w każdej chwili coś się dzieje - raz jest to ciekawsze, innym razem - mniej, ale jednak... cały czas wszystko popychane jest do przodu, nic nie stoi w miejscu. Na początku czytania wprawdzie nieco bolały mnie opisy czysto techniczne, jako, że większa część fabuły odgrywa się na statkach, a ja o nich nie mam najmniejszego pojęcia, jednak gdy już do tego przywykłam, nie był to dla mnie problem i mogłam skupić się właśnie na samych wydarzeniach.
Same opisy nie są może najbardziej porywające i wciągające na świecie, jednak... są w porządku. Na tyle poprawnie napisane, że nie usypiają, a zachęcają do przeczytania kolejnej strony. 
Myślę, że powinnam poruszyć tutaj jeszcze jeden, może drobny temat, ale jednak. Widzicie, gdy czytam fantastykę wiem, że to są sytuacje niemożliwe do zrealizowania, że to bajki, ale... całokształt był tak logiczny, tak dobrze skonstruowany, że chciała w to wierzyć. Zaś w Wybrzeżu Szkieletów  mimo, że teoretycznie akcja rozgrywa się na Ziemi, że sytuacje są bardziej prawdopodobne, niż te z fantastycznych książek... nie, ja po prostu nie jestem w stanie wczuć się w pełni w tą sytuacje. Wiem, że to bajka, fikcja i nawet nie chce znaleźć się w tamtym miejscu. Autorzy nawet nie próbują nam wmówić, że taka sytuacja, jaka została przedstawiona w tej książce mogłaby na prawdę mieć miejsce. Wydaje mi się, że to jest główny problem tej opowieści - jasne, przygodówki nigdy nie słynęły z realistyczności, ale jednak.. jeśli już coś czytam chciałabym się poczuć jakbym była zaraz obok bohaterów... w Wybrzeżu Szkieletów tego brakło.
Podsumowując, to nie jest najgorsza książka - jeśli ktoś lubi przygodowe powieści może spokojnie po nią sięgnąć. Ale nie jest to w żadnym razie literatura wysokich lotów, którą polecałabym dosłownie każdemu bo musisz to przeczytać, bo jest najcudowniejsze w świecie i po prostu musisz.  Masz tą książkę pod ręką? A może jedziesz pociągiem, czy autem i masz trochę wolnego czasu, nie mogąc się jednak dobrze skupić? Sięgnij, może Cię zaciekawi, a podróż pewnie umili. Tyle, że na niezwykłe przeżycia, czy skoki ciśnienia lepiej się nie szykuj, ponieważ najzwyczajniej w świecie Wybrzeże Szkieletów jest powieścią zbyt niskich lotów, aby Ci to zapewnić. 

wtorek, 9 września 2014

Chcę szczeniaki! Czyli co, jak i czy warto dopuścić, aby suka miała młode

Hej! Jako, że na dniach jeden z moich psów ma rodzić, wpadł mi pomysł na tą notkę :) Nie będzie to typowo naukowy tekst, a raczej po prostu zbiór moich doświadczeń i punktów widzenia. Do tej pory miałam już u siebie dziesięć miotów, teraz zbliża się jedenasty - także nie jestem zielona w tym temacie. Mimo, że moja wiedza dalej jest dość licha. Niemniej, może ktoś z Was coś z tego tekstu wyniesie, choćby i dla zaspokojenia swojej ciekawości.



Czy warto rozmnażać psy?

Masz jedną suczkę i chcesz mieć szczeniaki po to, by zobaczyć jak to jest, dlatego zastanawiasz się, czy nie znaleźć dla niej partnera? Jeśli tak - dla Ciebie odpowiedź na to pytanie brzmi: zdecydowanie nie warto tego robić. Mitem jest, że zdrowe dla każdej suki jest, aby miała szczeniaki co najmniej raz w życiu. Spójrzcie chociaż na nas, na ludzi: czy jeśli jakaś kobieta nie ma dzieci, źle wpływa to na jej zdrowie fizyczne? Nie, w żadnym razie! Przy okazji nie zapominajmy, że psy pochodzą od wilków i mają całkiem sporo ich cech, a w watasze młode ma tylko samica alfa. Zauważcie, że nasze schroniska są przepełnione, że mamy masę fundacji, które pomagają właśnie psom. Psów jest nadmiar i rozmnażanie ich tylko z czystej ciekawości jest najzwyczajniej w świecie głupotą. Jeśli jednak ktoś z Was na prawdę chcą pobawić się w hodowanie zwierząt mam dwie rady: po pierwsze, jeśli zależy Ci na zobaczeniu jak młode zwierze się rozwija, spraw sobie jakiś mniejszy i mniej wymagający gatunek, niż psy. Chomiki łatwiej rozdać i w razie czego łatwiej utrzymać, niż sforę 5-6, a czasem nawet i dwunastu szczeniaków, które przecież rosną, jedzą coraz więcej, potrzebują dużo miejsca... Po drugie - zajmij się hodowlą psów, jeśli bardzo Ci na tym zależy... ale pamiętaj, jeśli chcesz coś robić, rób to dobrze i od początku do końca... a na dobry początek, przejdź do poniższego punktu.

Zakładanie hodowli psów
Na początku, zastanów się jeszcze raz, czy w ogóle jesteś w stanie hodować psy. Zauważ, że szczeniaki przez pierwsze dwa tygodnie życia wymagają kontroli człowieka przez dwadzieścia cztery godziny, przez siedem dni w tygodniu. Dlaczego? O tym napiszę trochę niżej :) Przy okazji, szczeniaki kosztują: trzeba je zaszczepić, wykarmić. Potem - znaleźć im domy. Czy będziesz w stanie utrzymać nawet cały miot, jeśli nie znajdą domu po 7-8 tygodniu życia? Co, jeśli nie uda Ci się oddać/sprzedać psa, który jest już dorosły, a niestety, w Polsce dużo trudniej takie sprzedać, czy oddać? Te kwestie nie są dla Ciebie dużym problemem? Jesteś w stanie sobie z nimi poradzić? Okey, w takim razie możesz przejść dalej.
Doskonale wiem, że wiele osób to fani kundelków, psów nierasowych, uznających, że one są najlepsze, najfajniejsze - i dobrze, rozumiem to jak najbardziej. Problem polega na tym, że własnie takie psy najczęściej trafiają do schronisk. Sprawa prosta - nie dość, że jest ich najwięcej, to na dodatek są najmniej warte. Nie, nie, fani nierasowych psów, nie czujcie się urażeni! Tylko... najzwyczajniej w świecie, za takiego niekrasowca nikt Wam nie zapłaci tysiąca złotych, prawda? Tylko i wyłącznie o to mi chodzi. I... właśnie dlatego, jeśli chcesz hodować psy, skup się najpierw na rasie, którą chcesz rozmnażać. Zapobiegniesz w ten sposób do pewnego stopnia zapełnianiu schronisk, a przynajmniej - zminimalizujesz szanse, że psiaki, które się u Ciebie urodzą do takowego trafią.
Wybierając rasę nie kieruj się tylko i wyłącznie tym, która Ci się najbardziej podoba, a weź pod uwagę zdrowy rozsądek. Jakie psy jesteś w stanie u siebie utrzymać? Bo jakby nie było łatwiej jest sobie poradzić z yorkiem, który urodzi 2-3 szczeniaki w miocie, niż z wielkim dogiem, który w miocie ma często ponad dziesięć szczeniąt...
Gdy już wybierzesz rasę, pamiętaj, aby kupić psa od hodowcy, który jest zarejestrowany w Związku Kynologicznym w Polsce (www.zkwp.pl) - jest to jedyny związek zrzeszający hodowców, który nie tylko działa bardzo długo, ale jest zaakceptowany przez Międzynarodową Federacje Kynologiczną (FCI). Dobrze byłoby, gdybyś jeszcze przed wyborem psa i hodowcy zarejestrował się w ZKwP jako członek i pozbierał informacje na temat specyfiki hodowli oraz rasy. Jeśli jednak uważasz, że szkoda Ci na to czasu, po znalezieniu hodowcy poinformuj go o tym, że masz w planach rozmnożenie psa.

Ach, zapomniałam o pewnej kwestii - jeśli już masz swojego psa, sukę, z hodowli zarejestrowanej w ZKwP spokojnie ją możesz spróbować rozmnożyć. Ale... aby zapobiec tworzeniu nierasowych psów, musisz sprawić, aby Twoje szczeniaki miały rodowód/metrykę (w Polsce najpierw wydawana jest metryka, na bazie której można później stworzyć rodowód). Do tego wymagane jest członkostwo w Związku, zapisanie do niego psa, zdobycie przez psa co najmniej 3 ocen bardzo dobrych (min. 1 wystawa międzynarodowa) i, jeśli specyfika rasy tego wymaga, testów charakteru i wybranych badań.
Nie takie to proste, jak się wydaje, czyż nie? Ale cóż, jeśli chcesz mieć szczeniaki oznacza to, że chyba lubisz psy... a skoro je lubisz... raczej nie chcesz dopuścić do przepełniania się schronisk? :)

Jak wygląda psia ciąża?
Zacznijmy może od samego początku. Aby w ogóle doszło do ciąży, suka musi zostać zapłodniona. Logiczne, prawda? :D Sukę zwykle kryje się w 10-15 dniu cieczki - wtedy, gdy znika czerwona wydzielina, a nie od razu, jak spora część społeczeństwa myśli. Także, moi drodzy, jeśli nie chcecie szczeniaków, właśnie po tych kilkunastu dniach pilnujcie najbardziej swoich psów :) Sama ciąża trwa około 9 tygodni (63 dni), jednak suka zaczyna wyraźnie grubnąć dopiero w ok, 5-6 tygodniu i do tego czasu właściwie nie wiemy, czy coś z tego będzie. Zwykle w okolicach 4 tygodnia wykonuje się USG - szczeniaki są na tyle małe, że można je w miarę dokładnie obejrzeć, bo płody nie nachodzą na siebie (uwaga: USG nigdy nie poda ilości szczeniąt! Można powiedzieć, że jest ich dużo, albo mało, ale nigdy nie dowiemy się, jaka jest dokładna liczba), przy okazji jest to na tyle zaawansowana ciąża, że suka przez stres nie może już wchłonąć szczeniąt (tak, tak, to się zdarza ;P). Niemniej, do czasu potwierdzenia ciąży zwykle się tego po suce nawet nie widzi. Warto jednak już na początku podawać psu lepszą karmę, albo specjalne suplementy: tak na wszelki wypadek.
Gdy suka zaczyna grubnąć, dzieje się to naprawdę błyskawicznie. I choć może wyglądać na nieco wymęczoną, nie zapominajcie, że ciąża nie jest chorobą. Będzie wolniejsza, może nieco bardziej marudna (oj tak, mam jedną BARDZO marudną dziewczynę, która w ciąży marudzi dwa razy bardziej), może będzie bardziej domagała się pieszczot, o bieganiu i wskakiwaniu na łóżka oczywiście w końcowej fazie raczej nie ma mowy, ale zwykle suki same tego pilnują i same wiedzą na ile mogą sobie pozwolić, dlatego, gdy widzimy, że pies, który ma na dniach rodzić biega można mu spokojnie na to pozwolić :) Pamiętajcie też, że ciężarna suka w ostatnich tygodniach może jeść tyle, ile chce oraz kiedy chce - w końcu, ma w brzuchu szybko rozwijające się szczeniaki, które potrzebują sporej dawki energii.

Poród 
To jest, jakby nie było, zwykle najbardziej stresujący moment zarówno dla właścicieli, jak i dla psa. Wprawdzie wiem, że w internecie znajdziecie masę poradników opisujących co i jak, ale może trochę się powtórzę.
Przede wszystkim, już kilka dni przed terminem sukę należy uważnie obserwować i dobrze jest jej jakiś tydzień wcześniej przygotować miejsce, w którym będzie wychowywać szczeniaki - najlepszy do tego byłby duży kennel transportowy, ewentualnie taki zbity z desek, domowej roboty. Grunt, by było to miejsce dość odosobnione, ale z dużym wejściem - w końcu przy porodzie zwykle trzeba suce pomóc, a jeśli nie będziemy mieli do niej swobodnego dostępu, może się nam zrobić mały problem. Przy okazji już wtedy możemy zamontować w kennelu lampy grzewcze, które potem będą potrzebne, aby utrzymać wewnątrz temperaturę odpowiednią dla szczeniąt. Warto przy klatce trzymać ręczniki, koce, nożyczki, ewentualnie nitkę i oczywiście przed porodem skontaktować się z weterynarzem, który w razie czego pomoże w przygotowaniach.
Widzimy, że poród się zaczyna po kilku symptomach. Suka odmawia jedzenia nawet przysmaków, temperatura jej ciała spada poniżej 38*C (zakup termometru przed porodem jest wręcz obowiązkowy!), czasem, próbuje kopać, chować się w ciasne szczeliny, szczególnie, jeśli niezbyt bezpiecznie czuje się w przygotowanym dla niej miejscu,później zaczynają się skurcze, odchodzą wody płodowe.
Najbezpieczniej jest takiego psa po prostu zaprowadzić do kennela - nie zrobi sobie przez to krzywdy, a my możemy obserwować sytuacje. Przy tym suka powinna mieć stały dostęp do wody (my zwykle co jakiś czas po prostu podstawiamy psy miskę pod pysk). Ważne jest, aby obserwować drogi rodne - jeśli zobaczymy błony płodowe, taki mały woreczek oznacza to, że zaraz na świecie powinien pojawić się pierwszy szczeniak. Jeśli jednak suka ma wyraźne skurcze, a nic nowego się nie dzieje, oznacza to, że młode mogło się zablokować. Wtedy zwykle nie ma innego wyjścia, jak po prostu pomoc ręką - grunt, by zrobić to ostrożnie i delikatnie. Najlepiej byłoby, gdyby w takiej sytuacji pomógł weterynarz, jednak zazwyczaj nie ma go przy nas, a szczeniak w takiej sytuacji nie ma zbyt dużo czasu; może po prostu się udusić.
Gdy już maluch przyjdzie na świat należy rozerwać worek, w którym się znajduje (suki często tego nie robią) i dobrze jest malucha wytrzeć (pobudzi to przy okazji krążenie), sprawdzić, czy oddycha, czy jest zdrowy, no i oczywiście - sprawdzić jego płeć. Przy okazji należy odciąć pępowinę (na długość 2-3cm) i związać ją, bądź zacisnąć palcami i chwilę przytrzymać. Po tych zabiegach możemy spokojnie odstawić go do matki.
Suka powinna rodzić szczeniaki w odstępie od godziny do dwóch, jeśli czas ten przedłuża się do trzech godzin najlepiej skontaktować się z weterynarzem. Czasem może się zdarzyć, że nasza psinka będzie strasznie piszczeć podczas porodu, jednak przynajmniej mi zdarzyło się to raz, podczas pierwszego porodu jednej z dziewczyn, dlatego nie przeraźcie się tym i pamiętajcie, że nie prawdą jest to, co wielu z nas wmawiano od dzieciństwa: że suka odrzuci szczenie dotknięte przez człowieka.


Wychowanie szczeniąt
Nowo narodzone szczenięta są ślepe, głuche i nie są w stanie same utrzymywać ciepła; nie chodzą, a pełzają, większość czasu przesypiają, a gdy coś jest nie tak (są głodne, jest im zimno etc) piszczą. Przez pierwsze dwa tygodnie bardzo ważne jest, aby pilnować miotu przez cały czas; co prawda suki są zwykle dobrymi matkami, jednak zdarza się, że szczenie przez przypadek zaklinuje się pomiędzy ścianką kennela i swoja mamą, albo ta, wychodząc, przez przypadek wyciągnie szczenie z legowiska na zimną podłogę, co może doprowadzić do przemarznięcia pieska (dlatego przed miejscem, gdzie chowają się szczeniaki warto ułożyć jakiś dywanik, lub kocyk - gdyby szczenie wypadło, zawsze zapewnia mu to nieco ciepła), czasem jakieś szczenie jest mniejsze i przez liczny miot nie jest w stanie dostać się do jedzenia - możliwych sytuacji jest na prawdę wiele. Książki mówią, że po jakiś dziesięciu dniach szczeniaki otwierają oczy, jednak o ile to jest czas, gdy już zaczynają powoli widzieć, to tak na prawdę dopiero trzytygodniowe szczeniaki w miarę dobrze widzą i powoli uczą się chodzić na swoich koślawych łapkach :)
Chodzące szczeniaki muszą znajdować się w bezpiecznym miejscu, dlatego dobrze jest zaopatrzyć się w klatkę/wybieg dla zwierząt, wykonany z metalowych elementów. Dzięki temu maluchy będą mogły swobodnie pochodzić, bez ryzyka, że wejdą pod meble, zjedzą coś, co im zaszkodzi etc. Szczeniakom jak najbardziej można dać kilka zabawek, jednak pamiętajcie, że prawdopodobieństwo, że po chwili będą całe brudne jest dość duże...
Gdy tylko szczeniakom zaczynają wychodzić zęby, można powoli zacząć je karmić: najwygodniejsza jest namoczona w wodzie, sucha karma z której tworzy się po prostu papka. Zwykle pierwsze kilka dni tylko ją liżą i wąchają, jednak ponieważ matka coraz mniej ma ochotę karmić gryzące ją dzieci w końcu nie mają wyboru i burczenie w brzuchu przezwycięża - po prostu zaczynają jeść :) Gdy maluchy już nauczą się dobrze tej czynności powoli można odsuwać od nich matkę. Może i brzmi to nieco... drastycznie, ale prawda jest taka, że suka sama ucieka od pięciotygodniowych szczeniąt. Mimo to, i tak nowych domów mogą szukać dopiero pomiędzy siódmym a ósmym tygodniem: po pierwszym szczepieniu oraz, w przypadku psów hodowanych pod patronatem ZKwP tzw. odbiorem miotu, podczas którego szczeniaki są oglądane przez komisje i wystawiane są im metryki.

Czy tęsknie za szczeniakami, które przekazuje nowym właścicielom?
Ludzie czasem pytają się, czy nam nie żal tak rozstawać się ze szczeniakami, które się przecież wychowało, było świadkiem ich narodzin, które się przecież dość dobrze poznało... Wydaje się logiczne, że powinnam za nimi tęsknić, czyż nie? Może patrząc na to z tego punktu widzenia: i owszem. Ale ludzie często zadając to pytanie zapominają, że hodowcy mają więcej, niż jednego pieska, mieli już kilka-kilkanaście miotów i oddawanie szczeniaków jest czymś najnormalniejszym w świecie. Przy okazji, mając kilka szczeniąt traktuje się je bardziej jako grupę, niżeli indywidualne jednostki. Jeśli już zdarza mi się smucić z powodu sprzedaży jakiegoś psiaka to zwykle są to maluchy, które zostały u nas nieco dłużej, jako ostatnie z miotu, ewentualnie - takie, które w jakiś sposób zwróciły moją uwagę.

Hodowla zwierząt połączeniem przeciwieństw
Na sam koniec chyba najważniejsza rzecz dotycząca ogólnie hodowli zwierząt, nie tycząca się tylko psów: jeśli jesteś osobą o słabym charakterze, która często ulega emocją... to na pewno nie będzie zajęcie dla Ciebie! Bo, niestety, to zajęcie potrafi być zarówno bardzo przyjemne - jak i bardzo bolesne. Wymaga połączenia olbrzymiej wrażliwości z pewnością siebie i dużą obojętnością. Już wyjaśniam. Mianowicie, bez pasji, nie ma się w co mieszać... a jakby nie patrzeć, posiadanie pasji, a w szczególności takiej związanej ze zwierzętami jest jak najbardziej objawem wrażliwości. Bez pewności siebie zaś trudno zapanować nad jednym psem - a co dopiero nad całą chmarą? Nawet zakładając, że mamy jedną sukę hodowlaną... to gdy urodzi, psów będzie 5-6, może 10? A obojętność... cóż, zdarzają się przeróżne sytuacje. Czasem okazuje się, że pies, którego mamy nie nadaje się do hodowli - i trzeba mu znaleźć nowy dom, bo czasem może nam zajmować miejsce dla lepszego psa, albo jest po prostu zbyt dużym wydatkiem (wiadomo, małych hodowli rzadko kiedy to dotyczy - ale przy np. 15 psach, gdy pięć w żaden sposób nie może na siebie zarobić - robi się nam już spory problem, szczególnie, jeśli to jedyny dochód hodowcy), czasem szczenie jest chore i trzeba je uśpić. A co, jeśli ma już właścicieli, którzy czekają na odbiór pieska? Trzeba ich o tym poinformować. Szczenięta czasem rodzą się martwe, psy odchodzą we wcześniejszym, czy późniejszym wieku, a przy ich większej ilości szansa, że pewnego dnia znajdziemy naszego psa nieżywego na posłaniu jest niestety większa... Dlatego jeśli jesteś osobą, która nie jest w stanie się na to uodpornić, zobojętnieć... to na prawdę, nawet nie próbuj brać się za hodowlę, bo to nie jest zajęcie dla Ciebie.

W końcu koniec notki :D Gratuluje tym, którzy dotarli do końca. Jeśli ktoś zauważył jakiś błąd - proszę o informacje, bo pisałam z pamięci bazując na własnych wiadomościach i doświadczeniach. Z tego samego powodu, jak już pisałam na początku proszę nie brać tego jako tekstu typowo naukowego, a jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości - polecam sprawdzić, bądź zaciągnąć informacji u weterynarza, bądź kogoś z ZKwP :) Pamiętajcie, by nie wierzyć wszystkiemu co jest w internetach na słowo, a dobrze na tym wyjdziecie ;D

poniedziałek, 8 września 2014

Kroniki Świata Wynurzonego: Nihal z Krainy Wiatru

Hej, hej! Tak, jak pisałam wczoraj, dziś wklejam tu recenzje napisaną na potrzeby szkolnej gazetki, dlatego jej forma może jest nieco... bardziej oficjalna. Ale cóż, skoro blog ma te moje próby napisania dobrej recenzji kolekcjonować, tej nie mam zamiaru ukrywać.

Cykl: Kroniki Świata Wynurzonego
Tytuł: Nihal z Krainy Wiatru
Autor: Licia Troisi
Liczba stron: 342
Gatunek: przygodowo-fantastyczna


Nihal z Krainy Wiatru jest pierwszym tomem trylogii pod tytułem Kroniki Świata Wynurzonego autorstwa Licii Troisi. Ta trzytomowa seria jest pierwszą, którą pisarka umieściła w tytułowym Świecie Wynurzonym. W trakcie trwania trylogii wszystkie znane nam landy są atakowane i niszczone przez Tyrana, potężnego czarodzieja, który najwyraźniej pragnie przejąć władze nad całym znanym nam z książki światem. Pierwszy tom opowiada historię dziewczynki o imieniu Nihal, która wyróżnia się na tle innych dzieci: ma fioletowe oczy, granatowe włosy i szpiczaste uszy. Razem z ojcem mieszka w Krainie Wiatru, w wieży-mieście Salazar. Od najmłodszych lat pragnie być wojowniczką. Do tej roli wprawia się tocząc bitwy przeciwko swoim kolegom, walcząc na drewniane miecze. Pewnego dnia dostaje prawdziwy sztylet od swojego ojca-płatnerza. Po jakimś czasie zostaje wyzwana na pojedynek przez chłopca o imieniu Sennar. Nihal nie wie, że jej przeciwnik jest czarodziejem i przegrywa walkę, tracąc przy tym swój sztylet. Czując się oszukana przez chłopca kłóci się z ojcem, chcąc zacząć uczyć się magii. Ten, po krótkiej wymianie zdań informuje ją, że jej ciotka jest czarodziejką i pozwala dziewczynce wyruszyć do niej.
Nie tylko pierwszy tom, ale również cała ta trylogia jest historią bardzo schematyczną: mamy młodego bohatera, który ma w sobie coś niezwykłego (w typ przypadku jest to odmienność w wyglądzie bohaterki) i który właśnie z powodów tej niesamowitości wyrusza w podróż, podczas której szybko okazuje się, że jest jedyną osobą, która może pokonać zło jakie przejęło władzę nad niemal całym światem przedstawionym. Brzmi znajomo? Właściwie ta sama historia została przedstawiona w takich książkach jak Dziedzictwo Christophera Paoliniego, czy znana chyba wszystkim seria o Harrym Potterze autorstwa J. K. Rowling.
Skupmy się jednak na pierwszym tomie. Powieść czyta się szybko i przyjemnie - napisana jest prostym językiem, niewymagającym od czytelnika dłuższego zastanowienia się nad tekstem. Bohaterowie co prawda nie zapadają w pamięć, ale są dość przyjemni w odbiorze. Tytułowa Nihal jest wprawdzie zbyt pewna siebie, przez co bywa arogancka i zarozumiała, na dodatek ma swoje demony, które bezustannie ją prześladują, jednak przechodzi przemiane, uczy się na błędach i dorasta. Młodego maga, Sennara, ciężko nie lubić: jest inteligenty, łagodny i wyrozumiały. Zawsze wierny swoim przyjaciołom i gotowy walczyć w dobrej sprawie. Drugoplanowych bohaterów również mamy całkiem sporo: poznajemy czarodziejkę Soanę, duszki leśne, które pomagają naszej bohaterce, dobrodusznego Lajosa, czy jeźdźca,smoka, gnoma, Ido. Niestety, chyba żaden z nich nie rzuca się jakoś bardziej w oczy, głównie dlatego, że charakter wszystkich można opisać bardzo podobnie. Mimo to są mili i ciężko ich nie lubić.
Wracając na chwilę do Nihal: wprawdzie nie jest ona typową Mary Sue, ma wady i często popełnia błędy, ostatecznie praktycznie wszystko jej wychodzi, przez co osiąga niemal wszystkie wyznaczone sobie cele, nawet, jeśli narrator wyraźnie mówił nam, że jest to niemożliwe. Bywa to bardzo irytujące, jednak dla tego typu książek fantasy, jest to rzecz normalna, dlatego nie zwróciła aż tak mojej uwagi.
Strasznie bolały mnie nazwy, jakie Troisi umieszczała w swoim świecie. Wprawdzie większość imion jest klimatycznych i brzmią całkiem przyjemnie, dodatkowo nie są trudne do wymówienia i zapamiętania co dla mnie jest sporym plusem. Nieprzyjemne są głównie nazwy lokacji: o ile Świat Wynurzony brzmi w miarę dobrze, jako że niezbyt często używamy takiego określenia i nie jest ono zbyt typowe, o tyle Puszcza północna, Kamienny Las czy Góry Słońca brzmią już nieco śmiesznie. To samo tyczy się nazw krain: mamy Krainę Wiatru, która pokryta jest wielkim stepem, Krainę Morza, która znajduje się nad morzem, w Krainie Nocy na prawdę panuje wieczna noc, a Wielka Kraina jest tą centralną i jak wskazuje nazwa - największą. Czy tak ciężko było wymyślić jakiekolwiek inne nazwy, które nie mówiłyby nam bezpośrednio o tym, co w danym rejonie się znajduje? Podobny problem jest z imieniem naszego wroga: nazywany jest przez wszystkich Tyranem, co od razu mówi nam, jak działa. Czy pani Troisi na prawdę uważa, że jej czytelnicy są tak głupi, że trzeba im podsuwać takie informacje na tacy? Choć świat opisany jest dość dobrze, mimo że niezbyt szczegółowo, tego typu nazwy brzmią bardzo nieprzyjemnie, niszcząc to, na co zapracował opis.
Autorka wyraźnie chciała sprawić, aby smoki miały jakąś ważną rolę w całej trylogii. Niestety, nie wyszło jej to. Smoki, i owszem, są, jednak dość szybko zostają zdegradowane do roli transporterów, maszyn bojowych i istot, o których marzą mali chłopcy. Pomijam tu fakt, że jeźdźcy smoka z Kronik Świata Wynurzonego przypominają mi aż za bardzo smoczych jeźdźców z Dziedzictwa Paoliniego.
Reasumując, Nihal z Krainy Wiatru to niezbyt porywająca, ale miła powieść. Czytając ją nie należy spodziewać się zbyt wiele, bo i zbyt wiele nie ma nam do zaoferowania. Jeśli jednak szukasz książki, przy której można na chwilę odciąć się od świata, myślę, że będzie dobrym wyborem. Nawet jeśli nie przepadasz za fantastyką, powinieneś znaleźć tu coś dla siebie, oczywiście pod warunkiem, że nie jesteś na ten gatunek uczulony. Licia Torisi oferuje nam powieść, która bardzo przypomina baśń - prosta fabuła z przyjemnymi bohaterami, umieszczona w dość kolorowym oraz przyjemnym świecie, z moralizującymi przesłankami i z wyraźnym podziałem na dobro i zło, na pewno niektórym z Was przypomni historie zasłyszane w dzieciństwie.

niedziela, 7 września 2014

...ergo sum! - czyli próba złożenia gazetki

Witajcie :)
Pod koniec poprzedniego roku szkolnego moja klasa została wyznaczona do złożenia szkolnej gazetki: mieliśmy napisać artykuły, później miał to wszystko ktoś złożyć do kupy. Jakoś tak wyszło, że poza napisaniem do niej dwóch tekstów, właśnie ja miałam ją poskładać. Dla jasności - nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłam i choć owszem, był czas, że gazetkę tworzyć chciałam (mniej-więcej w podstawówce :D) to w tej chwili nie było to szczytem moich marzeń. Ale jak jest zadanie do wykonania i możliwość zdobycia jakiegoś doświadczenia, to dlaczego nie spróbować?
Musiałam ogarnąć program, w którym nigdy wcześniej nie pracowałam, a ponadto nie miałam za dużo czasu... samą gazetkę musiałam złożyć w 1-2 dni, pod koniec roku szkolnego, gdy miałam nawał pracy...i to wyraźnie na niej widać: zarówno niedopracowanie przez brak czasu, jak i brak doświadczenia. Ale zrobiłam to i choćby dlatego jestem z niej zadowolona ;)
Jeśli kogoś interesuje w ogóle taka szkolna gazetka zapraszam do obejrzenia jej (mam nadzieję, że nikt z Was się jej wyglądem nie przerazi...), zaś już jutro na bloga wkleję recenzje, którą napisałam na jej potrzeby.

sobota, 6 września 2014

Ja, inkwizytor. Bicz Boży

Witajcie! Znów moja dłuższa nieobecność na blogu.... cóż, w czasie wakacji odpoczywałam od wszystkiego :) Nawet od książek - z ledwością przeczytałam Starcie Królów Martina oraz połowę książki, której recenzje macie poniżej. Nawet z fotobloga niemal zupełnie zrezygnowałam i chyba przeniosę to, co pisałam tam, tutaj - tak od czasu, do czasu. Blogspot ma jednak o wiele większe możliwości, a mimo sentymentu do tamtej platformy (mój najstarszy blog wszech czasów), to jednak... jest niewystarczający. Ale dość gadania! Zapraszam do recenzji :)

Cykl: Ja, inkwyzytor (Cykl Inkwizytorski)
Tytuł: Bicz Boży
Autor: Jacek Piekara
Liczba stron: 483
Gatunek: fantastyka

Bicz Boży to, jeśli pamięć mnie nie myli, ósmy tom Cyklu Inkwizytorskiego i pierwszy, jaki z niego przeczytałam, a szczerze mówiąc, na razie nie zapowiada się, bym czytała kolejne... ale po kolei!
Cały cykl przenosi nas do alternatywnego świata, w którym Chrystus zszedł z krzyża i zabił wszystkich niewiernych, niemal doszczętnie niszcząc przy tym Rzym, przez co zupełnie zmieniony został charakter chrześcijaństwa. W prawdzie, Bóg dalej jest miłosierny i podobno wybacza winy skruszonym, jednak przy tym jest też karzący i brutalny. Aby rozprawić się z niewiernymi powołał Świętą Inkwizycje, instytucje z ogromnymi wpływami, przed którą drżą nawet najsilniejsi. Piekara wysyła nas do XV wieku i za przewodnika w swoim świecie daje nam nijakiego Mordimera Madderdina, który jest nikim innym jak właśnie inkwizytorem. W tej części cyklu nasz bohater jest członkiem śledztwa, które bada tajemniczą śmierć biskupa oraz innych dostojników Kościoła. 
Mimo, że jest to już któraś z kolei część, nie trzeba czytać poprzednich, aby się w tym świecie odnaleźć: wszystko jest dobrze wyjaśnione, przy okazji, każda część jest zupełnie innym opowiadaniem. To nic innego jak powieści detektywistyczne; jedyną różnica jest właśnie alternatywny świat. 
Spodziewałam się po tym cyklu na prawdę dużo, szczególnie, że słyszałam o nim wiele dobrego, ale... zawiodłam się i to bardzo. Nie, nie jest to zła książka! Nie zrozumcie mnie źle. Sama fabuła w miarę wciąga, wprawdzie niektóre fragmenty bardziej, inne mniej - ale pod tym względem wszystko gra. Powieść jest dobrze skonstruowana. Narracja nie jest wybitna: Mordimer mnie nieco irytował, szczególnie, gdy zaczynał sam siebie wychwalać, a jak na książkę osadzoną w dość mrocznym świecie język jest zbyt lekki, zbyt... ironiczny wręcz, przez co całość trudno traktować na serio, ale w gruncie rzeczy nie jest źle. Sam bohater, jak już wspomniała, bezustannie siebie chwali, chwali swoją lotność umysłu, swoje talenty, spryt etc., czym właśnie nieco irytuje, ale skonstruowany jest dość dobrze. Niemniej, nie wydaje mi się, by była to postać, do której będzie wzdychać żeńska część czytelniczek... co akurat mi nie przeszkadza, aczkolwiek znam kilka osób dla których jest to mały problem.
Ale... ale... właśnie, te pozornie małe rzeczy, które zwróciły moją uwagę sprawiły, że czuje spory zawód. biło mi się o uszy, że te pierwsze części Cyklu są lepsze - kto wie, może i prawda. W końcu, przy ósmej części zaczyna robić nam się taśmowiec... a biorąc pod uwagę fakt, że ta część nie łączy się za dobrze w całość z poprzednimi ma ku temu całkiem niezłe predyspozycje. Ale i tak miałam nadzieję, że będzie to kolejna wybitna książka polskiego pisarza, którą będę uwielbiać - a szczerze mówiąc, nie mam większej ochoty, by sięgać po inne części. Owszem, Piekara jest pomysłowym pisarzem i tego odmówić mu nie można, ale przynajmniej w przypadku Bicza Bożego choć sam wykreowany świat jest ciekawy, to sama zagadka jest... zwykła, dość typowa i wcale nie aż tak trudna do rozwiązania przez czytelnika. Jeśli spojrzeć na tą powieść przez pryzmat powieści detektywistycznych jest po prostu przeciętna. Także... jeśli macie możliwość by tą powieść przeczytać i nie przeraża Was wizja takiego świata - sięgnąć możecie, bo poznać warto i tego nie żałuje, ale... chyba lepszym pomysłem byłoby sięgnąć po wcześniejszą część... kto wie, może są napisane na wyższym poziomie? 

środa, 9 lipca 2014

Nielotek



Wakacje w pełni... pogoda trochę daje mi popalić: zdecydowanie wole, gdy temperatura nie przekracza 20*C, a gdy siedzę na dworze przy 30*C przyprawia mnie o ból głowy... W niedziele aż zaczęło robić mi się ciemno przed oczami, mimo, że stałam w cieniu... Zdecydowanie wole wiosnę i jesień...
Wczoraj zdarzyła mi się mała przygoda. Siedziałam w sadzie, razem z moim owczarkiem. Mamy w nim dużo wróbli - chowają się w drzewach, pokarmu im nie brakuje: niedaleko są pola, much mamy tu od groma, trawy też nie brakuje. Dlatego to, że Yorra za nimi goni nie jest niczym niezwykłym... Nie jednego wróbla przy tym moje psy złapały i próbowały zjeść, w końcu przy takiej chmarze jakiś zwykle im się trafi. W każdym razie, siedziałam i pracowałam sobie nad czymś, pies biegał... aż nagle zauważyłam, że grzebie w ziemi, poluje na coś. Podeszłam i znalazłam małego, przestraszonego i mokrego ze śliny wróbla, ledwie opierzonego. Gdyby już był nie żywy nie zwróciłabym na niego pewnie większej uwagi, ale przecież... gdy już wzięłam go w rękę nie oddam znów psu... a że miał złamaną łapkę, to i na wolności na pewno by sobie nie poradził. Wzięłam więc go do domu. Ledwo się ruszał, jeść nie chciał, pić też, mimo, że podstawiałam mu to pod dziób. Schowałam więc go do klatki, która została mi po papudze i zostawiłam, aby się może uspokoił, wysechł, no i może coś zjadł? Nigdy wcześniej nie miałam takiego ptaka w domu, więc nie miałam pojęcia, jak mogę się nim zająć.
Po południu pojechaliśmy do weterynarza na szczepienie z jednym z naszych psiaków, u którego dowiedziałam się, że jeśli przy dziobie wróbla są hmm... żółte "kreski", to na pewno nie je jeszcze samodzielnie. Dostałam instrukcje obsługi pisklaka. Mam mu dawać przede wszystkim ugotowane na twardo żółtko, ze strzykawki. W internecie doczytałam też, że spokojnie mogę dawać biały ser i muszę, również ze strzykawki, podawać mu wodę. Dodatkowo, podobno łapka powinna spokojnie mu się za kilka dni zrosnąć, a na wolności powinien się sam przystosować i nauczyć zdobywać pożywienie od innych ptaków, dlatego gdy się usamodzielni, może wrócić do sadu.
Wieczorem, po kilku karmieniach (w których pomaga mi siostra), maluch zaczął być coraz bardziej ruchliwy - najpierw wcale się nie ruszał, później już skakał mi po ręce. Rano zaczął ćwierkać. Przyniosłam go koło okna (uchylonego) i co jakiś czas widzę inne wróble, które go słyszą i podlatują przez to do szyby. Poza tym klatka ma trochę za duże rozstawienie prętów i pisklak wystawia przez nie łepek, próbując wyjść... na szczęście, jest za duży by się przecisnąć, a przecież nie mogę go puścić, by biegał po całym domu... wprawdzie potrafi trochę przelecieć, ale jeszcze nie na tyle, by latać...
Cóż, mam nadzieję, że uda nam się go wykarmić i wypuścić :) Jak na razie jeszcze nie otwiera dzioba na karmienie i trzeba go to tego zmuszać... ale może jeszcze się nauczy.

sobota, 21 czerwca 2014

Pomnik Cesarzowej Achai. Tom 1

Pomiędzy tym, a poprzednim postem miały być co najmniej dwa, nie traktujące w żadnym razie o książkach, ale jak i poprzednim razem, czas i chęci znów stały się przeszkodą ;/ Ale no nic, kolejna recenzja Was czeka. Ach, jeśli macie jakieś pomysły na notki zapraszam do dzielenia się nimi ze mną, na pewno będzie pomocne :)
A poniżej znajdziecie recenzje książki, którą nabyłam przez własne niedopatrzenie - miała być Achaja, z powodu pośpiechu kupiłam jednak Pomnik Cesarzowej Achai, nie zauważając mniejszej czcionki, a że okładki zostały zrobione na jedno kopyto... no cóż, zdarza się ;P Tylko mi jakoś stanowczo zbyt często...



Cykl: Pomnik Cesarzowej Achai
Tytuł: Pomnik Cesarzowej Achai. Tom 1
Autor: Andrzej Ziemiański
Liczba stron: 678
Gatunek: fantasy/science-fiction 

Zacząć chyba muszę od tego, że Pomnik... jest drugą częścią powieści Achaja, mimo, że akcja dzieje się około tysiąca lat po części pierwszej i że na okładce wyraźnie jest napisane tom 1, zaś nigdzie nie została ta informacja podana... Rzecz o tyle myląca, że jeśli ktoś o fantastyce pojęcia nie ma, ale daną książkę kupi choćby i z powodu okładki może się zacząć dziwić, gdy otworzy książkę na pierwszej stronie, a narrator od razu zacznie opowiadać o nie interesującym nas wcale pomniku wielkiej władczyni, mówiąc o niej tak, jakby była kimś nam (czytelnikom) dobrze znanym... Wiem doskonale o czym mówię, jako, że poprzedniej powieści z tego uniwersum po prostu nie czytałam. Ale zaczynając od początku...
Powieść rozpoczynamy od poznania Kai, adeptki magii, która siedząc przy pomniku Cesarzowej Achai zauważa ciało nijakiego Mereditha - czarodzieja, który co jakiś czas się pojawia w różnych miejscach, zwiastując złe rzeczy. Nie można go ani ożywić, ani dotknąć, ponieważ przynosi to jeszcze większe nieszczęście. Nasza młoda bohaterka oczywiście przypadkowo zaczarowanego trupa dotyka, jednak nic więcej się nie dzieje. Chwilę później dowiaduje się, że ma wyruszyć na jakiś dwór, by załatwić jakieś polityczne sprawy. Po wyruszeniu w drogę spotyka Shen, wiejską dziewczynę mającą zamiar wstąpić do armii. Widząc, że jest przestraszona, na pociechę daje jej zaczarowany amulet, który wskazuje, gdzie obecnie znajduje się Kai, jednak tylko, jeśli ta znajduje się w pobliżu. Dla Shen, która nie ma pojęcia o magii, jest to wielki dar, który dodaje jej sporo pewności siebie, dzięki czemu po rozstaniu z Kai dziewczyna dostaje się do służb specjalnych.
W tym samym czasie po drugiej stronie świata, oddzielonej wielkimi górami sięgającymi nieba, płynie sobie nowoczesny, polski statek podwodny, którego rzeczywistość poznajemy oczami żołnierza marynarki, Tomaszewskiego.
Więcej lepiej nie będę zdradzać, bo te informacje chyba powinny spokojnie Wam wystarczyć. Oceniając, chyba muszę najpierw napisać nieco o świecie przedstawionym, bo jest na prawdę specyficzny... Mianowicie, cała akcje zdaje się dziać na naszej planecie, na Ziemi - mamy przecież polaków, mamy typowo naszą technologie... z drugiej strony... gdzie na równiku mamy wielkie góry, sięgające nieba? I gdzie mamy magię? Nie zrozumcie mnie źle, szanuje urban fantasy... ale to, co dzieje się w tym świecie jest po prostu dziwne.... Może to, skąd się wzięły te olbrzymie góry znajduje się w Achai, jednak w Pomniku... nie znalazłam o tym słowa. Rozwiązanie jest ciekawe, nie przeczę, ale właśnie wyjaśnienia mi brakuje i przez to najzwyczajniej w świecie mi się nie podoba.
Styl Ziemiańskiego jest w porządku, większość fragmentów czytało mi się na prawdę przyjemnie, jednak bardzo nie podobał mi się fakt, że niektóre rozmowy były naciągane, a i z bohaterami nie zawsze wszystko było w porządku... Przykładowo, (uwaga, mały spojler - do końca akapitu) na początku swojej podróży Kai spotyka Filozofa, którego tak też zwie narrator, nie nadając mu nawet imienia. Podróżuje z nim. Widać, że Ziemiański swoimi słowami chce go kreować na inteligentnego, zaskakującego bohatera, jednak... sam Filozof, gdy tylko zaczyna mówić robi się śmiertelnie nudny, sceny z nim nie mają głębszego sensu, zaś gdy przychodzi mu umrzeć, nie tylko ja z ledwością zauważyłam jego zniknięcie, ale również Kai ani słowem, ani myślą do niego nie wraca... A przecież był jej jedynym towarzyszem podróży, do którego powinna się choć trochę przywiązać, czyż nie?
Podsumowując, choć nie jest to zła książka, to jednak... sporo mi w niej brakuje. Przy niektórych fragmentach na prawdę przyszło mi pocierpieć, szczególnie, że spodziewałam się po Ziemiańskim dużo lepszej rozrywki. Niemniej, jeśli ktoś ma ochotę po tego typu nietypową fantasy sięgnąć zapraszam, bo spodobać się jak najbardziej może.

środa, 4 czerwca 2014

Pan Lodowego Ogrodu. Tom 1

Długo, oj długo nic tu nie pisałam, chyba po części z braku czasu... po części z braku większych chęci. Ale cóż, mam trochę nowych książek, czasu odrobinę również, więc chyba najwyższa pora coś napisać na blogu! :-) A więc dziś recenzja książki, którą zakupić planowałam od dobrych... ośmiu miesięcy. Tak, chyba mniej więcej tyle na nią czekałam.
Najchętniej napisałabym tą recenzje po przeczytaniu wszystkich tomów tejże powieści, ale jako, że to może trochę potrwać, już teraz pragnę przedstawić Wam pierwszy tom.


Cykl: Pan Lodowego Ogrodu
Tytuł: Pan Lodowego Ogrodu. Tom 1
Autor: Jarosław Grzędowicz
Liczba stron: 559
Gatunek: science fantasy

Fanom fantastyki tego dzieła chyba przedstawiać nie muszę - popularność tej serii chyba bezustannie rośnie i coraz więcej osób o niej chociaż słyszało. A i tym, którzy o niej nie słyszeli w tej chwili, na początku tego tekstu pragnę powiedzieć: jeśli tylko macie czas, bierzcie się za to natychmiast! Mój tekst może Wam trochę zepsuć zabawę, odkrywając troszkę tajemnic. Jeśli jednak te słowa, połączone z widokiem okładki książki i jej tytułu do Was nie trafiają... cóż, czytajcie dalej, może akurat się przekonacie, bo na prawdę warto po tą powieść sięgnąć. 
Muszę przyznać, że takiego rodzaju fantastyki jeszcze w życiu nie czytałam, w każdym razie, świat przedstawiony w Panie Lodowego Ogrodu jest dla mnie dość nietypowy. O czym więc owa powieść jest? Mianowicie, na Ziemi mamy przyszłość, technologia poszła trochę do przodu, a mieszkańcy naszej planety odkryli że gdzieś tam, w kosmosie, na planecie którą nazwali Midgaard istnieje życie. Fauna i flora na niej jest dość podobna do naszego świata, istnieją na niej istoty bardzo podobne do ludzi, zarówno wyglądem, jak i psychiką. Różnica? Tam panuje obecnie coś na wzór naszego średniowiecza. Ach, i jeszcze jedna bardzo ważna kwestia! Na Midgaardzie wszystkie elektroniczne urządzenia trafia szlag i po prostu przestają działać. Oczywiście, zostaje tam wysłana ekipa badawcza, która ma cały świat jak najlepiej poznać, jednak z powodu braku kontaktu, po kilku latach zostaje na planetę wysłany niejaki Vuko Drakkainen, który ma dowiedzieć się, co stało się z naukowcami. Także... mamy połączenie science-ficion i typowego high-fantasy. Wiki mówi, że to połączenie zwie się science fantasy, dlatego też wyżej właśnie je podałam.  
Opowieść zachwyciła mnie już od pierwszych stron. Na prawdę, spokojnie mogę uznać, że Grzędowicz pisze na mniej-więcej tym samym poziomie, co Sapkowski! Jasne, pisze inaczej, ale... jednocześnie robi to równie dobrze. Już dawno nie wciągnęła mnie tak jakakolwiek książka. Przede wszystkim bardzo fajnie wybrał sposób narracji: poznajemy świat okiem Vuko, który porównuje bardzo często poznawany przez siebie świat do Ziemi, co jest na prawdę fajne, chwilami nieco zabawne, na pewno łatwiej jest nam się w tym nowym świecie odnaleźć. Poza tym Grzędowicz wprowadził jeszcze trzecioosobową narracje, o wiele chłodniejszą od oceny głównego bohatera, ale w dalszym ciągu prowadzoną z jego perspektywy oraz narracje pierwszoosobową z perspektywy tubylca. Dwie pierwsze są cudowne, nie mogę się do nic w żadnym razie przyczepić. Zupełnie inne, ale pokazujące Vuko jako bardzo ciekawego bohatera, którego chcemy poznawać, którego działania chcemy obserwować. Trzecia narracja w dalszym ciągu jest ciekawa, w dalszym ciągu chce się jej czytać, ale szczególnie na początku bywa nieco nudnawa. Wiecie, wciąga was wątek Drakkainena, chcecie o nim czytać, czekacie w napięciu, co wydarzy się za chwilę... a tu nagle dostajecie opis wychowania młodego bogacza, w świecie, który na początku wydaje się zupełnie inny niżeli ten opisany wcześniej. Na całe szczęście z biegiem czasu Filar (bo tak się ten tubylec nazywa) staje się coraz ciekawszy, dlatego choć zdecydowanie bardziej wolę czytać o Vuko, nie mam mu za wiele do zarzucenia.
Dziur fabularnych jako tako nie zauważyłam, głównie dlatego, że czytając coś, co aż tak wciąga bardzo trudno jest je zauważyć, z resztą, zauważyć ich nie chce, nawet jeśli są. Zarówno postacie pierwszoplanowe, jak i drugoplanowe są na prawdę fajnie scharakteryzowane. 
Napisałabym tu chętnie dużo więcej, ale boje się Wam za dużo spojlerować, szczególnie, że to dzieło przeczytać po prostu trzeba! Jest na prawdę genialne i godne polecenia wszystkim, choć podejrzewam, że nie każdemu do gustu przypadnie... niemniej, w przypadku, gdy ktoś z Was uważa, że to nie są jego klimaty i tak polecam po tą powieść sięgnąć - a nóż Ci się spodoba, a jako, że Pan Lodowego Ogrodu jest coraz popularniejszy, choćby z tego powodu warto go poznać. 

niedziela, 18 maja 2014

Miasto skrzydlatych lwów i rżących koni

Wydaje mi się, że każdy z nas ma jakiejś miejsca, w których chciałby się znaleźć, bądź takie, które całym sercem kocha i ma wrażenie, że mógłby spędzić w nich szczęśliwie większość swojego życia. Czasem są to miejsca prawdziwe, czasem zaś - to tylko wytwory naszej wyobraźni, do których raczej nie mamy szans się dostać... Ja sama mam kilka (jeśli nie kilkanaście, nie liczyłam ich w końcu) takich miejsc i dziś chciałabym się jednym z nich z Wami podzielić.
Jestem osobą, która zdecydowanie woli mieszkać na wsi - w miastach szybko się gubię, duża ilość ludzi sprawia, że czuje się nieswojo. W lasach, czy w polach bez większego trudu znajduje drogi do miejsc, do których chce trafić, a cisza wokoło sprawia, że mogę spokojnie pogrążyć się we własnych myślach. Oj tak, nie chce mieszkać w mieście, w nich jest mi źle.
No, z jednym wyjątkiem, a jest nim pewne niezwykłe (przynajmniej dla mnie) miasto we Włoszech, o którym prawdopodobnie słyszała większość z Was. Wenecja. Oj tak, to miasto marzeń. Nie będę podawać danych, czy ciekawostek o tym miejscu bo je spokojnie możecie znaleźć w sieci, poza tym, nie chcę Was takimi szczegółami zanudzać, bo nie o to mi chodzi.

Od czego to się zaczęło?
kadr z filmu "Złodziejaszki" (2006)
Wenecja bardzo długo była dla mnie niewiele znaczącym słowem, kojarzące mi się z jakimś odległym, nieznanym miastem, do którego i tak pewnie nigdy nie pojadę. Była zdjęciem, które czasem gdzieś widuje i jestem z tym widokiem na tyle opatrzona, że nie zwracam na niego większej uwagi... Do czasu, aż na jakimś kanale w TV, będącym wypożyczalnią, przez cały tydzień nie leciał film znany w Polsce pod dwoma tytułami: Złodziejaszki, albo - Król Złodziei. Było to już kilka lat temu, mój umysł był dużo bardziej... dziecięcy, niżeli jest teraz, dlatego też ten typowo familijny film bardzo, ale to bardzo mi się spodobał i natychmiast Wenecja zaczęła jawić mi się nie jako miejsce bez znaczenia, a miasto, w którym przeżywali przygody jedni z moich ulubionych bohaterów. Oczywiście miałam okazję zapoznać się też z książką na bazie której powstał film (co prawda tylko w wersji audio, ale jednak) i naprawdę nie byłam nią zawiedziona. Długo, oj dłuugo marzyło mi się to miasto...

Wizyta
W 2011 roku moi rodzice postanowili pojechać do znajomej hodowczyni psów, mieszkającej nieopodal Florencji. Niestety, był to środek roku szkolnego, a jeszcze tak daleko nie byliśmy, przy okazji miało to być przyjechanie i wyjechanie - wiedzie, przyjeżdżają, śpią chwilę w aucie, załatwiają co mają załatwić i wracają, dlatego postanowili, że pojadą sami. Ubolewałam troszkę nad tym, ale wiedziałam, jak się sprawy mają, także nie naciskałam.
Latem 2012 zdarzyła się ponowna okazja... i tym razem pojechaliśmy całą rodziną, na kilka dni. Co prawda nie mieliśmy jechać do Wenecji, tylko do Florencji, ale i tak to już coś. Co prawda nie zwiedziliśmy tam praktycznie nic od środka, ale trudno się mówi. Pojechaliśmy także do niedalekiej Pizy, a ja bezustannie próbowałam namówić rodziców, by zobaczyć moje wymarzone miasto...
I udało mi się. Wenecja była nam w miarę po drodze, także mieliśmy do niej wjechać na maksymalnie 2-3 godziny, tylko po to, by to miasto zobaczyć. Oczywiście, nikt z nas nie przewidział, że samochód w Mieście na Wodzie trzeba zostawić na parkingu przed wejściem do niego... i wszędzie trzeba dość pieszo, także to nieźle zaskoczyło nas już na samym początku. Po zostawieniu samochodu ruszyliśmy, z psem na smyczy, ogarnąć co i jak w tym mieście wygląda. Ja co prawda o samej Wenecji niewiele czytałam (wolałam sobie o tym mieście myśleć i marzyć, niż zagracać sobie głowę opowieściami innych o niej), ale wiedziałam jedno - najważniejsze, to zobaczyć Plac św. Marka! Szybko wyczaiłam, że w różnych miejscach w mieście znajdują się tablice informacyjne, mówiące do jakiego placu kierować się mamy w którą stronę... więc prowadziłam wszystkich, przy okazji będąc w siódmym niebie: co prawda ogrom turystów przerażał, ale samo miasto było przepiękne! Te kanały, te budynki, place, kościoły! Weszłam tylko do jednego co prawda, ale wnętrze było tak cudownie urządzone, że niemal oniemiałam. Nie wiem, czy teraz zrobiłoby to na mnie takie wrażenie, wtedy jednak na prawdę chciałam tam po prostu zostać i się z tego miasta nie ruszać. Nawet te klaustrofobiczne, mające nawet niecały metr szerokości uliczki wydały mi się cudowne. Sklepy z maskami i przebraniami odebrałam jako niesamowite, a widząc ławeczkę, pod murkiem porośniętym bluszczem chciałam po prostu mieszkać w budynku na przeciwko niej i móc codziennie rano na nią spoglądać.
Po jakimś czasie doszliśmy na Plac Św. Marka i o ile moich rodziców on zachwycił, mnie nieco przeraził swoim ogromem i ilością ludzi. Znacznie bardziej podobały mi się rzadziej uczęszczane miejsca, niemniej, nie mogłam na pewno odmówić mu pewnej... magiczności. Nie wchodziliśmy nigdzie, przy okazji posprzeczałam się niestety nieco z rodzicami (nie przepadam za robieniem takich hmm typowych, wycieczkowych zdjęć - wiecie, osoba z sztucznym uśmiechem, na tle jakiegoś monumentu... brrr, nie to okropne. Oni są jednak nieco innego zdania, a że ja jestem fotografem...), ale no nic, opuściliśmy Plac inną drogą i jakoś trzeba było powrócić do samochodu...
I tu okazało się, że pojęcia nie mamy jak wrócić... Długo po prostu szliśmy, mając nadzieję, że po prostu trafimy do samochodu.. ale jako, że Wenecja to istny labirynt, dopiero po dłuższym czasie, gdy spytaliśmy się kogoś o drogę zaczęliśmy iść we właściwą stronę. I... by nie było, mi to w pełni odpowiadało. Bo z 3 godzin, zrobiło się prawie sześć! Nogi wprawdzie odmawiały mi posłuszeństwa, ale nie zwracałam na to większej uwagi, nie mając wcale ochoty na opuszczenie tego miasta. Szczególnie, że wracaliśmy już nocą, gdy miasto było niemal opustoszałe...
Nie sądzę, bym w tym roku miała okazje, by do Wenecji znów pojechać... ale wiem, że rodzice planują wyjazd do Florencji i przy okazji zatrzymanie się na 2 dni w Mieście na Wodzie... więc cóż, mam nadzieję, że uda mi się tam wrócić.




Co prawda chyba nie chciałabym mieszkać tam na stałe - na prawdę lubię duże przestrzenie, a to miasto jest ich całkowitym zaprzeczeniem, ale tak mieć tam własne mieszkanie, do którego mogę przyjechać w wolnej chwili... oj tak, na to byłabym jak najbardziej chętna.

sobota, 17 maja 2014

Peonia

Dziś chciałam Was zaprosić na recenzje książki noblistki, Pearl S. Buck. Na początku chciałam Was tylko poinformować, że czytałam już jej trylogie, Ziemski Dom, jednak opinii o niej pisać tu na pewno nie będę z bardzo prostego powodu - jest ona bardzo podobna do tego, co myślę o Peonii  :)

Tytuł: Peonia
Autor: Pearl S. Buck
Liczba stron: 317
Gatunek: powieść

Jak już napisałam wyżej, autorka Peonii, Pearl S. Buck została laureatką Nagrody Nobla z dziedziny literatury w 1938 roku. Bardzo trudno jest więc napisać o tej książce coś bardzo złego i całkowicie ją skrytykować choćby z tego powodu. Ale mimo to odczucia czytelnika dalej mogą być przeróżne, a ja nie mam zamiaru się z nimi kryć.
Peonia to powieść opowiadająca historię właśnie tytułowej Peonii, niewolnicy pracującej jako służba domowa w jednym z żydowskich domów, w Chinach. Została zakupiona jako dziecko, aby zajmowała się synem jej państwa, Dawidem. Gdy dorasta, zakochuje się w swoim młodym panu, a ten zaś stoi przed bardzo trudnym wyborem - może ożenić się z Żydówką, którą wybrała dla niego matka, bądź za piękną i bogatą Chinkę, wbrew woli rodziców. Peonia, chcąc uszczęśliwić swojego ukochanego robi wszystko, aby Dawid wyszedł za wybrankę swojego serca.
Muszę przyznać, że zdecydowanie bardziej wolę tą książkę traktować jako swego rodzaju encyklopedie wiedzy na temat tego, jak wyglądało życie w Chinach na początku XX wieku, niż jako porywającą, wciągającą historię. Wprawdzie bohaterów mamy dość dużo i do na dodatek na prawdę dobrze skonstruowanych, ale styl pisania sprawia, że przynajmniej mi ciężko jest poczuć do nich przywiązanie. Jest spokojny i zwięzły, na skupia się wcale na wewnętrznych rozterkach postaci, określa wszystko dość... ogólnie. Dostajemy po prostu historie jakiejś rodziny, w której całe życie jednego pokolenia zostało zapisane na 317 stronach... a chyba każdy z Was może zgodzić się ze mną, gdy powiem, że to na prawdę mało, jak na co najmniej 60-70 lat... Wprawdzie główny nurt historii obejmuje ich maksymalnie około piętnastu, niemniej, w dalszym ciągu jest to bardzo długi okres jak na tak krótkie dzieło.  
Wprawdzie mimo wszystko fabuła jest na tyle ciekawa, że da się ją przeczytać z pewnym zaciekawieniem, ale na prawdę brakuje mi tu tego czegoś, co sprawiłoby, że zaczęłabym ten utwór uwielbiać...
Jak wspomniałam, o Chinach z tej książki możemy dowiedzieć się na prawdę wiele i choć nie sądzę, aby wszystkie zawarte w niej informacje były zgodne z prawdą, to jako, że autorka przez wiele lat mieszkała w tym kraju większość zwyczajów i podejście bohaterów do życia na pewno będzie w dużej mierze wzięte z jej własnego doświadczenia, za co na prawdę Pearl S. Buck oraz jej książki cenie.
Nie jest to książka, po którą sięgnęłabym z własnej woli, mając pod ręką wiele innych, bardziej porywających opowieści, ale... nie, nie żałuję, że ją przeczytałam. Myślę, że mogę ją polecić każdemu z Was, choćby po to, byście zapoznali się z kulturą Chin. Poza tym doskonale wiem, że choć mi taki styl pisania i taka tematyka nie do końca odpowiada są osoby, które bez wątpienia ją pokochają - bo to bardzo dobra książka, która niewątpliwie na to zagługuje.

piątek, 16 maja 2014

Chwile zatrzymane w obiektywie

Witajcie ;)
Drewniany-most nie powstał wprawdzie po to, by wstawiać na niego moje zdjęcia w jakiejś dużej ilości, ale jako, że chyba trochę za dużo tu tekstu, a za mało grafiki, pozwólcie że wstawię tu kilka fotek z komentarzem xD Może Wam przypadną do gustu, kto wie ;P Wprawdzie większość z nich była już gdzieś publikowana, ale chyba żadnego z nich dłużej nie opisywałam.

~~~~~

Moje małe maleństwo, urodzone w lutym o mianie Khaleesi (nie jestem zagorzałą fanką Dany - po prostu podoba mi się to słowo). Co prawda nie podoba mi się na tym zdjęciu kompozycja oraz ten biały pasek w tle, za psiakiem (pomalowane wapnem drzewko), ale minę Sisi po prostu uwielbiam <3  


Nie jestem najlepsza w macro i detalach i szczerze mówiąc, nudzi mnie nieco wykonywanie takich fotografii. Mimo to, z powyższej jestem dość zadowolona - uwielbiam kolory na tym zdjęciu i choć przepalenia trochę mi się nie podobają, a i perspektywa mogłaby być lepsza... jestem z niego zadowolona.


Zdjęcie robione na szybko, na pewien niezbyt ambitny konkurs. Żadnego miejsca nie zajęło, nic z resztą dziwnego... Brakuje mi tu światła i tego, co chwytałoby za oko, niemniej, kompozycja wydaje mi się całkiem w porządku :)


Modelka, którą widzicie na zdjęciu wcale na sesje mi się nie próbowała wcisnąć, wręcz przeciwnie, to ja bezustannie o tym mówiłam ;) Ach, mimo przepaleń na twarzy uwielbiam to zdjęcie - muszę pochwalić Martę (modelkę) bo spojrzała w górę w idealnym momencie i przynajmniej moim okiem wyszła tak, jakby właśnie się modliła, grając na skrzypcach
Inne zdjęcia z tego dnia? 1 2 3 


Moja siostra, Martyna, z naszym psem, Figaro (na marginesie, to ojciec Khaleesi). Zdjęcie zrobiłam podczas jednego z naszych nielicznych wspólnych spacerów. Uwielbiam te kolory, to światło, tą naturalność... i ten język wielkoluda :D Szkoda tylko, że niebo wyszło praktycznie białe...

~~~~~


Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i życzę dobrej nocy oraz miłego piątku! :)

środa, 14 maja 2014

Oczy smoka

O Stephenie Kingu usłyszałam pierwszy raz na początku gimnazjum. Horrory nigdy mnie zbytnio nie interesowały, więc chyba nic w tym dziwnego. Niemniej, gdy już w końcu jego nazwisko obiło mi się o uszy usłyszałam o nim wiele pochwał i gdy do rąk wpadła mi Christine zabrałam się do niej z niemałym entuzjazmem... i choć nie przypadła mi zbytnio do gustu to czytało mi się ją w miarę przyjemnie. Następna książka, Czarny Dom... podeszłam do niej nieco bardziej sceptycznie, ale miałam nadzieję, że wtedy po prostu źle trafiłam... cóż, ledwo dobrnęłam do końca. Christine przynajmniej przyjemnie mi się czytało, zaś ten horror zdawał mi się ciągnąć w nieskończoność. Ale do trzech razy sztuka, czyż nie? Zapraszam więc na moją recenzje książki fantasy Kinga noszącą tytuł Oczy smoka.

Tytuł: Oczy smoka
Autor: Stephen King
Liczba stron: 400
Gatunek: fantasy

Chyba dla nikogo, kto choć trochę zagłębił się w świat książek nie jest obcy fakt, że King tworzy głównie horrory na dość wysokim poziomie i właśnie dzięki nim zdobył całą swoją popularność. Dlatego też słysząc o jego książkach fantastycznych w głowie miałam wizje mrocznych, tajemniczych światów i historie rodem z powieści tegoż autora. I na prawdę nie spodziewałam się tego, że Oczy Smoka będą zupełnym zaprzeczeniem wszystkich moich przypuszczań...
Dostajemy świat, który wygląda mniej więcej tak, jakby wypadł z jakiejś disney'owskiej bajki. Mamy niezbyt inteligentnego, ale mimo to dobrego króla, Rolanda, jego dwóch synów, Petera i Thomasa, z których pierwszy jest tym dobrym, inteligentnym i nieskazitelnym, drugi zaś jest tym głupim, którym wyjątkowo łatwo da się manipulować. Oczywiście, nie może zabraknąć czarnego charakteru, którym jest bardzo zły i bardzo przebiegły czarnoksiężnik, Flagg, będący również doradcą króla. Bohaterowie są schematyczni, dość mocno przerysowani... Widać to wyraźnie, jednak jako, że narrator wcale nie próbuje nam wmówić, że opowiada coś więcej, niż baśń, mnie szczególnie to nie uderzyło.
Całą fabułę znamy niemalże od razu - znajduje się i na tyle okładki, i jest opisana na pierwszych stronach. Generalnie rozchodzi się o to, że Flagg zamordował króla Rolanda, wysłał Petera do więzienia i posadził na tron Thomasa, którym sobie manipuluje i w ten sposób rządzi całym państwem, rozsiewając w nim wysokie podatki i brutalne traktowanie. Ale... ale mimo, że sam narrator uprzedza nas co zaraz się wydarzy, mimo, że całość bazuje na prostych, baśniowych schematach, to jednak tą książkę po prostu chce się czytać dalej. Aby poznać szczegóły, aby może jednak przyłapać narratora na jakimś drobnym kłamstwie? Niby wiem, co się wydarzy, niby znam tą historie od dawna... ale po prostu chcę przeczytać jeszcze kawałek, chce pójść trochę dalej...  oj tak, ta narracja, która z daleka wydaje się głupim i nudnym sposobem, w tym przypadku na prawdę fajnie się sprawdziła.
Co prawda niektóre scenki przynajmniej mnie nudziły, ale sam styl, w jakim Oczy Smoka zostały napisane jest prosty i kolorowy, przy okazji bardzo niewinny i to chyba właśnie dzięki niemu ta powieść kojarzy mi się ze wspomnianą wcześniej disney'owską animacją.
Mnie osobiście ta książka bardzo przypadła do gustu - może nie jako coś wybitnego, do czego chce wracać i co koniecznie chce postawić na swojej półce, ale na pewno jako chwila przyjemnej rozrywki, powrotu do dzieciństwa i odstresowania się. I każdemu, kto właśnie takiej książki szuka mogę z czystym sumieniem ją polecić :)

wtorek, 6 maja 2014

Książkowe plany

Choć jest wiele książek, które chciałabym przeczytać i mieć na swojej półce, zawsze mam dość dokładną listę co chce kupić i w jakiej kolejności. Iii... dziś chciałabym się tym z Wami podzielić, choć chyba bardziej dla samej siebie, niż dla tych, którzy tego bloga przeglądają - tak, by mieć to "na papierze", jasno i czytelnie :D


"Płomień i krzyż. Tom 1" J. Piekary
 
Książka na którą "poluje" już dłuższy czas, ale za każdym razem okazje się, że akurat nie jestem w stanie tego tomu dostać. Pierwsza, pod względem chronologii, część Cyklu Inkwizytorskiego. To jedna z takich książek, które po prostu chce poznać, by ogarnąć uniwersum, bo bardzo często przewija się w moich rozmowach z innymi, a sama nie mogę za wiele o tej chyba najpopularniejszej serii Piekary powiedzieć.

"Achaja. Tom 1" Andrzeja Ziemiańskiego
Obecnie chyba jedna z popularniejszych książek fantasy i wręcz aż wstyd jej nie znać... szczególnie, że słyszałam o niej pochlebne opinie. Jeśli pierwszy tom mi się spodoba, chciałabym wejść również w posiadanie kolejnych.

"Pan Lodowego Ogrodu. Tom 1" Jarosława Grzędowicza
Sprawa się ma jak z "Achają" - nie dość, że dość znane, to jeszcze słyszałam sporo dobrego o tej serii więc chce ją po prostu poznać.. i mieć u siebie.

"Gra o Tron" George R. R. Martina
Obecnie, z racji powstania serialu, "Pieśń Lodu i Ognia" zyskała na popularności, nie dziw z resztą, bo produkcja jest na prawdę godna polecenia. I chyba gdyby własnie nie ona, prawdopodobnie nawet po tą książkę nie chciałabym sięgać. Ale podoba mi się pomysł, podoba mi się uniwersum... i choć znam praktycznie całą fabułę to wiem, że prędzej czy później co najmniej jedna część będzie stała na mojej półce.

"Narrenturm" Andrzeja Sapkowskiego
Mam na razie cały cykl wiedźmiński oraz jeden zbiór opowiadań Sapkowskiego, a że cóż, to w końcu mistrz polskiej fantastyki, którego z resztą uwielbiam, najchętniej trzymałabym u siebie wszystkie jego pozycje... Dlatego też teraz nadszedł czas zakup pierwszej części z trylogii hucyskiej, jednak nie śpieszy mi się z tym wcale, jako, że innych twórców też trzeba poznać. 


Na razie to byłoby na tyle, by się zbytnio nie zapędzać. I tak koszty i ilość tego mnie przeraża... Ciekawe, kiedy i czy w ogóle te wszystkie pozycje, te całe cykle trafią na moją półkę... Na pewno uzbieranie ich zajmie mi sporo czasu. Ale nie śpieszy mi się, książki przecież nie uciekną :)




poniedziałek, 5 maja 2014

Możliwości

Może to tylko stereotyp, może większość z Was się z tym nie zgodzi, ale my, Polacy, uwielbiamy narzekać. Nie podoba nam się rząd, nie podobają nam się płace, podatki, stan dróg, prawo, politycy.. Mówi się, że na zachodzie jest lepiej, bo tam są możliwości, których u nas nie ma, których nam, Polakom brakuje, a które powinno nam zapewnić państwo. Nie mam zamiaru tego negować, ani jakoś szczególnie popierać - fakt, faktem, że narzekać mogłabym dużo na wiele rzeczy, ale nie mam pojęcia o mechanice państwa, o polityce, ekonomii, prawie... więc lepiej, bym się swoim zdaniem na ten temat tu nie dzieliła, przynajmniej, dopóki nie zdobędę większej wiedzy na te tematy (a to raczej zbyt szybko nie zastąpi, bo szczerze mówiąc, wcale się do tego nie pale, więc i wyszukiwać informacji "na siłę" też nie będę).
Chciałabym jednak poruszyć nieco inny temat. Temat dotyczący właśnie tych możliwości. Jak często narzekamy, że nie możemy tego, czy tamtego? Bo pieniądze, bo czas, bo nasze własne słabości, bo państwo? Wydaje mi się, że często, może nawet za często, przynajmniej w moim przypadku. Tylko.... tylko ludzie, kiedy robimy coś, by te możliwości zdobyć? Jasne, można marudzić, że na zachodzie jest lepiej, że trzeba rewolucji ekonomicznej, politycznej, czy jakiejśtam innej... najlepiej z pilotem w ręce, przed TV, albo wypowiadając się (często niezbyt kulturalnie) na wszelakiego rodzaju stronach internetowych. Marudzimy, narzekamy... i zupełnie nic z tym nie robimy. 
Nie chodzi mi nawet o "duże rzeczy". Wiecie, praca, zarobki i takie tam. Ale.. drobnostki. Drobnostki, których nam brakuje, które chcemy mieć... 
A szczerze mówiąc, ilu z nas ruszyło tyłek i poszło walczyć o właśnie te rzeczy? Próbowało znaleźć inne sposoby, by je zdobyć, zamiast tylko marudzić? Tak, tak, te sprawy, gdy ktoś próbuje coś zdobyć są często nagłaśniane, na dodatek każdy z nas chyba zna co najmniej jednego wariata, który po to by realizować jakiś swój wyznaczony cel szedł po trupach do celu... ale ile jest takich osób? Przynajmniej mi wydaje się, że jest to mniejszość, zdecydowana mniejszość. Bo łatwiej narzekać, niż coś zmienić. 
Ok, mam 17 lat, nie znam się na wielu rzeczach, nie doświadczyłam zbyt wiele, na wiele rzeczy jestem zaślepiona... ale wiecie co? Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że czasem wcale nie trzeba dużo, by zdobyć to, czego nam brakuje. Wystarczy ruszyć się z domu, może trochę pomyśleć i zacząć coś robić. Działać. Choćby dołączyć do jakiejś organizacji, której plan, czy tematyka nam odpowiada. Mamy więcej możliwości? Mamy! Zdobywać znajomości, wiedzę i doświadczenie, to też wachlarz możliwości nam powiększa. Trochę wytrwałości, cierpliwości i każdy cel będzie nasz, a nawet, jeśli nie uda nam się do niego dojść, i choć może nieźle się przy tym wkurzymy... będziemy mieć świadomość, że próbowaliśmy. I tak, wtedy można dać sobie pełne prawo do takiego pełnego narzekania. A nie, robić to, hejtując tylko cały świat. 
Możliwości... można je zdobyć na tyle sposobów. Często nawet nie ruszając się z domu: przecież mamy internet, mamy telefony, pocztę... tylko trzeba trochę ruszyć głową i te możliwości znaleźć. Szkoda tylko, że niektórzy nie potrafią się zmusić czasem nawet do tego... I nie, nie jestem wcale wyjątkiem. Narzekam, marudzę, prawie nic nie robiąc... ale, no właśnie, prawie nic. 

piątek, 2 maja 2014

Morderstwo w Mezopotamii

W bibliotece, z której ostatnimi czasy wypożyczam książki, nie ma niestety zbyt dużego wyboru. Głównie literatura popularnonaukowa, te 'zwykłe' powieści, przeznaczone tylko do czytania, a nie nauki, są dopiero powoli kupowane. Trochę szkoda, ale przynajmniej często zdarza się, że do ręki trafia mi zupełnie nowa, niezniszczona książka, której przede mną nikt wcześniej nie czytał. I tak chyba było w przypadku książki, której recenzje możecie znaleźć poniżej :)

Tytuł: Morderstwo w Mezopotamii
Autor: Agata Christie
Liczba stron: 269
Gatunek: kryminał

Ciężko jest oceniać mi ‘klasyki’, jako, że dobre są same w sobie (w końcu, inaczej nie zostałyby za klasykę uznane) i gdyby poszukać, okazałoby się, że napisane o nich zostało już wszystko, co powinno być. Ale mimo, że książka którą na dziś wybrałam, mianowicie Morderstwo w Mezopotamii Agaty Christie do takiej grupy bez wątpienia się zalicza,  nie jest w tej chwili wyjątkowo populara, więc chyba mogę o niej kilka słów napisać, nie nudząc Was przy tym.
Akcja tego kryminału ma miejsce niedaleko rzeki Tygrys, w czasach współczesnych autorce, czyli mniej-więcej w latach 30. XX wieku. Narratorka, panna Leatheran, jest dość typową pielęgniarką:  inteligentną, ale prostolinijną i bardzo dokładną. Zostaje poproszona o opiekę nad żoną dość znanego archeologa, która zdaje się być trochę nerwowa i czymś przestraszona. Dość szybko okazuje się, że na miejscu wykopalisk nic nie jest do końca takie, jakie być powinno i do akcji musi wkroczyć znany detektyw, Herkules Poirot. 
Zacznę może od samego stylu autorki, bo jest on tu dość ważny. Przede wszystkim narracja jest  pierwszoosobowa, w czasie przeszłym, co nie zawsze mi odpowiada, ale w tym przypadku było dobrym wyborem - Christie świetnie wczuła się w rolę pielęgniarki: kobiety wykształconej, aczkolwiek używającej często potocznych, prostych stwierdzeń. Dzięki temu mimo, że książka ma już swoje lata jest na prawdę lekka i przyjemna. Nie musimy zastanawiać się zbyt długo, co oznaczają jakieś trudne archaizmy. Być może jest to zasługa tłumacza, ale jako, że nie mam raczej zamiaru sięgać po orginał, nie jestem w stanie tego sprawdzić. 
Jeśli chodzi o bohaterów, mamy ich całkiem sporo, jak na stosunkowo krótką książkę, ale są dobrze scharakteryzowani. Każdy jest specyficzny, każdy ma wady i zalety, dzięki czemu nie mylą się i nie mieszają. Bez problemu możemy wybrać tych, których lubimy, aczkolwiek przez wcześniej przeze mnie wspomnianą narracje nie będzie to obiektywna ocena: w końcu patrzymy na świat oczami panny Leatheran, która, choć może jest stosunkowo obiektywna, ma jednak swoje zdanie na temat każdego ze spotkanych ludzi i zwykle się z nami dzieli. 
Muszę przyznać, że kryminały, choć lubię, dość często pod względem fabuły trochę mnie nudzą: zawsze mamy ten sam schemat, który powtarza się w kółko, i w kółko...  Niezależnie od tego, po jakiego autora sięgniemy. Ten nie jest wyjątkiem, mimo to cała akcja jest napisana bardzo fajnie i choć, jak zwykle, w przypadku kryminałów nie odczuwałam jakiś nadzwyczajnych emocji w trakcie czytania przyjemnie śledziło mi się losy bohaterów, mimo, że gdy teraz o tym myślę, mogłabym się do samej  końcówki trochę przyczepić. Ale nie będę tutaj o tym tutaj pisać, jako, że od razu zmuszona byłabym zdradzić samo zakończenie, a w przypadku tego typu powieści byłaby to nikczemna zbrodnia.
Jest to druga powieść Christie, po którą sięgnęłam i poprzedniej nie wspominam najlepiej. Ta jednak rzuciła mi na tą autorkę nieco jaśniejsze światełko. Myślę, że na prawdę warto po nią sięgnąć: rozrywka na kilka chwil jest gwarantowana, szczególnie, że jak wspominałam wcześniej, styl jest na  prawdę bardzo przystępny i każdy, niezależnie od tego jakie książki lubi, powinien się w świecie przedstawionym odnaleźć.

środa, 30 kwietnia 2014

Namiestniczka. Księga I

Ahoj! Mam dla Was przygotowaną już trzecią na tym blogu recenzje :) Mam nadzieję, że Was nie zanudzę, a pod postem zapraszam do dodawania swoich opinii zarówno o 'Namiestniczce', jak i o moich wypocinach.

Seria: Namiestniczka
Tytuł: Namiestniczka. Księga I
Autor: Wiera Szkolnikowa
Liczba stron: 824
Gatunek: fantasy

Przywykłam już, że sięgając po polską fantastykę ulegam natychmiastowemu zachwytowi, bezsprzecznej miłości do autora i chęci sięgnięcia po kolejne jego dzieło. Co prawda, Szkolnikowa Polką nie jest, ale nazwisko jak najbardziej słowiańskie dlatego wzięłam ją za członkinię naszej nacji. Z tego powodu po Namiestniczkę sięgałam bez najmniejszych uprzedzeń i z ogromną, powiedziałabym, radością.
Opis z tyłu okładki książki, mówiący nam o wykształconej i twardej Enrissie, która będzie świadkiem wypełnienia się jakiejś starodawnej wróżby wprawdzie nie przyciągnęło za bardzo mojej uwagi, ale cóż... jego twórcy obiecują nam również wciągające epickie fantasy, dlatego postanowiłam im początkowo uwierzyć.
Niestety, bardzo szybko się rozczarowałam... ale po kolei. 
Może najpierw krótko choć częściowo opisze, o co w ogóle w tej książce chodzi. A no mianowicie, mamy jakieś wielkie imperium, którym włada tak zwana namiestniczka. O co z nią właściwie chodzi? Według jakiejś legendy, niegdyś ową zmyślona krainą rządził król. Po jego przedwczesnej śmierci, władzę przejęła jego młoda żona, zdobywając tym samym wcześniej wymieniony tytuł. Po jej śmierci, specjalnie wyznaczona rada zaczęła wyznaczać kolejne namiestniczki: kolejne żony króla, muszące udawać, że są po uszy zakochane w kamiennym posągu. Władczyni ma pod sobą szereg lordów oraz przynależnych sobie krain, którymi nie włada bezpośrednio, a jej władza ogólnie rzecz biorąc, jest dość mocno ograniczona. Obecną namiestniczką jest Enrissa - młoda, piękna i inteligentna kobieta. 
Pomysł nie powiem, jest dość... dziwny i niesmaczny, ale powiedzmy, że jest w porządku - w końcu sami żyjemy w demokratycznym państwie, i u nas głowę państwa wybieramy przez głosowanie, w gruncie rzeczy, nie jest to nic nadzwyczajnego. Niestety, już po kilku pierwszych stronach zebrałam od książki pierwszy cios - poznajemy najpierw dwie kobiety, które główną bohaterką w żadnym razie nie są i nie dość, że do najciekawszych postaci nie należą, to jeszcze autorka od razu rzuca nas w wir ich rozmyślań, nie dając ich nawet choć trochę poznać, przywiązać się do nich... Po kolejnych kilku stronach poznajemy Enrisse, której zachowanie, myśli oraz zwyczaje również nie różnią się jakoś szczególnie od opisów dwóch poprzednich kobiet...  A to miała być inteligentna, bystra władczyni! I znów, po raz kolejny, od razu jesteśmy zmuszeni wysłuchiwać jej myśli... a jako, że przynajmniej dla mnie na tym etapie powieści była bohaterem nic nie znaczącym i niezbyt interesującym, dlatego, szczerze mówiąc, nie bardzo mnie obchodziły.
Poznajemy jeszcze kilku bohaterów w krótkich, również niezbyt ciekawych opisach: są monotonni i choć autorka wyraźnie próbuje ich jakoś scharakteryzować, to nie bardzo jej to wychodzi. Wprawdzie ich cechy podane są niemalże dosłownie, wypisane ciurkiem, ale ich zachowanie niezbyt często je potwierdza.
Nawet nie zdążymy ogarnąć świata, w jakiego wir rzuca nas powieść, a już okazuje się, że cała ta Enrissa, która niedawno wstąpiła na tron, ale i tak wszyscy się nią zachwycają i ją uwielbiają, ma do wykonania wyjątkowo ważne zadanie (a jakże!) - musi... odnaleźć książkę, bo bez tego wypełni się niezbyt przyjemna dla imperium przepowiednia, czy coś w ten deseń. Ciekawe? Może dla niektórych, mi ten pomysł wydał się po prosu nieco dziecinny i śmieszny. Ale... niech będzie autorce, to fantastyka, tu wszystko wolno.
Miałam nadzieję, że wyniknie z tej powieści jeszcze coś ciekawego, ale... nie miałam już chyba na co liczyć. Szybko okazało się, że cała powieść bardziej przypomina kronikę, niż zmagania się konkretnych, ważnych charakterów: dostajemy jedną scenkę, niezbyt ciekawie opisaną, potem życie troczy się przez kilka miesięcy, bądź też lat i znów jesteśmy na kolejne ważne wydarzenie skazani. Chwilami wychodzi to dość komicznie. Przykładowo, jeden z głównych wątków miłosnych polega na tym, że w jednej scence poznajemy bohatera i w kolejnej ot tak, z niczego, wyznaje miłość kobiecie... I choć owszem, mamy wiele przykładów takich książek (Romeo i Julia choćby), to tam przynajmniej tą miłość czujemy! Tu, całe to wyznanie wydaje się być tylko głupim żartem, pustymi słowami...
Bohaterów jest dużo, ale jak już wcześniej pisałam, są w większości źle określeni. Ba! Jeśli Szkolnikowa już kogoś nie potrzebuje po prostu usuwa go w jakiś sposób z fabuły, albo o nim więcej nie wspomina. Chwilami musiałam dłużej sobie przypominać, kto kim właściwie jest, bo mimo, że starałam się czytać powieść dość dokładnie, bardzo często mi te informacje umykały.
Podsumowując, Namiestniczka nie jest na pewno godną polecenia powieścią - bardzo, ale to bardzo się na niej zawiodłam. W końcu w fantastyce najważniejsza chyba jest psychika bohaterów, obserwowanie ich zmian, ich wyborów, nie raz bardzo trudnych. W końcu ten gatunek to po prostu baśnie dla nieco starszych: historie, które mogą wydarzyć się na prawdę, zmuszające do jakiś przemyśleń, otoczone tylko kolorową otoczką, by ciekawiej się je czytało. Namiestniczka zaś to tylko kronika, z niezbyt ciekawą i nieprzemyślaną w pełni fabułą (nawet zwroty akcji, które powinny być ciekawe w większości okoliczności przez styl pisarki po prostu zginęły w całości), nieciekawymi charakterami oraz brakiem jakiejkolwiek dawki "epickości", którą przecież obiecuje nam napis z tyłu okładki.
Nie mam pojęcia, komu może się ta powieść spodobać... Co prawda widać w niej próby stworzenia czegoś na wzór Pieśni Lodu i Ognia, ale próby to jednak trochę za mało... Miałam nadzieję, że będę miała ochotę sięgnąć po kolejną część, niestety... ja na pierwszym tomie pozwolę sobie pozostać. 

Nomida zaczarowane-szablony