środa, 30 kwietnia 2014

Namiestniczka. Księga I

Ahoj! Mam dla Was przygotowaną już trzecią na tym blogu recenzje :) Mam nadzieję, że Was nie zanudzę, a pod postem zapraszam do dodawania swoich opinii zarówno o 'Namiestniczce', jak i o moich wypocinach.

Seria: Namiestniczka
Tytuł: Namiestniczka. Księga I
Autor: Wiera Szkolnikowa
Liczba stron: 824
Gatunek: fantasy

Przywykłam już, że sięgając po polską fantastykę ulegam natychmiastowemu zachwytowi, bezsprzecznej miłości do autora i chęci sięgnięcia po kolejne jego dzieło. Co prawda, Szkolnikowa Polką nie jest, ale nazwisko jak najbardziej słowiańskie dlatego wzięłam ją za członkinię naszej nacji. Z tego powodu po Namiestniczkę sięgałam bez najmniejszych uprzedzeń i z ogromną, powiedziałabym, radością.
Opis z tyłu okładki książki, mówiący nam o wykształconej i twardej Enrissie, która będzie świadkiem wypełnienia się jakiejś starodawnej wróżby wprawdzie nie przyciągnęło za bardzo mojej uwagi, ale cóż... jego twórcy obiecują nam również wciągające epickie fantasy, dlatego postanowiłam im początkowo uwierzyć.
Niestety, bardzo szybko się rozczarowałam... ale po kolei. 
Może najpierw krótko choć częściowo opisze, o co w ogóle w tej książce chodzi. A no mianowicie, mamy jakieś wielkie imperium, którym włada tak zwana namiestniczka. O co z nią właściwie chodzi? Według jakiejś legendy, niegdyś ową zmyślona krainą rządził król. Po jego przedwczesnej śmierci, władzę przejęła jego młoda żona, zdobywając tym samym wcześniej wymieniony tytuł. Po jej śmierci, specjalnie wyznaczona rada zaczęła wyznaczać kolejne namiestniczki: kolejne żony króla, muszące udawać, że są po uszy zakochane w kamiennym posągu. Władczyni ma pod sobą szereg lordów oraz przynależnych sobie krain, którymi nie włada bezpośrednio, a jej władza ogólnie rzecz biorąc, jest dość mocno ograniczona. Obecną namiestniczką jest Enrissa - młoda, piękna i inteligentna kobieta. 
Pomysł nie powiem, jest dość... dziwny i niesmaczny, ale powiedzmy, że jest w porządku - w końcu sami żyjemy w demokratycznym państwie, i u nas głowę państwa wybieramy przez głosowanie, w gruncie rzeczy, nie jest to nic nadzwyczajnego. Niestety, już po kilku pierwszych stronach zebrałam od książki pierwszy cios - poznajemy najpierw dwie kobiety, które główną bohaterką w żadnym razie nie są i nie dość, że do najciekawszych postaci nie należą, to jeszcze autorka od razu rzuca nas w wir ich rozmyślań, nie dając ich nawet choć trochę poznać, przywiązać się do nich... Po kolejnych kilku stronach poznajemy Enrisse, której zachowanie, myśli oraz zwyczaje również nie różnią się jakoś szczególnie od opisów dwóch poprzednich kobiet...  A to miała być inteligentna, bystra władczyni! I znów, po raz kolejny, od razu jesteśmy zmuszeni wysłuchiwać jej myśli... a jako, że przynajmniej dla mnie na tym etapie powieści była bohaterem nic nie znaczącym i niezbyt interesującym, dlatego, szczerze mówiąc, nie bardzo mnie obchodziły.
Poznajemy jeszcze kilku bohaterów w krótkich, również niezbyt ciekawych opisach: są monotonni i choć autorka wyraźnie próbuje ich jakoś scharakteryzować, to nie bardzo jej to wychodzi. Wprawdzie ich cechy podane są niemalże dosłownie, wypisane ciurkiem, ale ich zachowanie niezbyt często je potwierdza.
Nawet nie zdążymy ogarnąć świata, w jakiego wir rzuca nas powieść, a już okazuje się, że cała ta Enrissa, która niedawno wstąpiła na tron, ale i tak wszyscy się nią zachwycają i ją uwielbiają, ma do wykonania wyjątkowo ważne zadanie (a jakże!) - musi... odnaleźć książkę, bo bez tego wypełni się niezbyt przyjemna dla imperium przepowiednia, czy coś w ten deseń. Ciekawe? Może dla niektórych, mi ten pomysł wydał się po prosu nieco dziecinny i śmieszny. Ale... niech będzie autorce, to fantastyka, tu wszystko wolno.
Miałam nadzieję, że wyniknie z tej powieści jeszcze coś ciekawego, ale... nie miałam już chyba na co liczyć. Szybko okazało się, że cała powieść bardziej przypomina kronikę, niż zmagania się konkretnych, ważnych charakterów: dostajemy jedną scenkę, niezbyt ciekawie opisaną, potem życie troczy się przez kilka miesięcy, bądź też lat i znów jesteśmy na kolejne ważne wydarzenie skazani. Chwilami wychodzi to dość komicznie. Przykładowo, jeden z głównych wątków miłosnych polega na tym, że w jednej scence poznajemy bohatera i w kolejnej ot tak, z niczego, wyznaje miłość kobiecie... I choć owszem, mamy wiele przykładów takich książek (Romeo i Julia choćby), to tam przynajmniej tą miłość czujemy! Tu, całe to wyznanie wydaje się być tylko głupim żartem, pustymi słowami...
Bohaterów jest dużo, ale jak już wcześniej pisałam, są w większości źle określeni. Ba! Jeśli Szkolnikowa już kogoś nie potrzebuje po prostu usuwa go w jakiś sposób z fabuły, albo o nim więcej nie wspomina. Chwilami musiałam dłużej sobie przypominać, kto kim właściwie jest, bo mimo, że starałam się czytać powieść dość dokładnie, bardzo często mi te informacje umykały.
Podsumowując, Namiestniczka nie jest na pewno godną polecenia powieścią - bardzo, ale to bardzo się na niej zawiodłam. W końcu w fantastyce najważniejsza chyba jest psychika bohaterów, obserwowanie ich zmian, ich wyborów, nie raz bardzo trudnych. W końcu ten gatunek to po prostu baśnie dla nieco starszych: historie, które mogą wydarzyć się na prawdę, zmuszające do jakiś przemyśleń, otoczone tylko kolorową otoczką, by ciekawiej się je czytało. Namiestniczka zaś to tylko kronika, z niezbyt ciekawą i nieprzemyślaną w pełni fabułą (nawet zwroty akcji, które powinny być ciekawe w większości okoliczności przez styl pisarki po prostu zginęły w całości), nieciekawymi charakterami oraz brakiem jakiejkolwiek dawki "epickości", którą przecież obiecuje nam napis z tyłu okładki.
Nie mam pojęcia, komu może się ta powieść spodobać... Co prawda widać w niej próby stworzenia czegoś na wzór Pieśni Lodu i Ognia, ale próby to jednak trochę za mało... Miałam nadzieję, że będę miała ochotę sięgnąć po kolejną część, niestety... ja na pierwszym tomie pozwolę sobie pozostać. 

wtorek, 29 kwietnia 2014

Trochę o życiu, śmierci i smokach

Hej, hej! Witam znów, czy może po raz pierwszy na moim blogu! Na dziś, kolejna porcja utworów, które dość często słyszę w tle, gdy jestem czymś zajęta. 

Taylor Swift feat. The Civil Wars - Safe & Sound
Ta piosenka była właściwie jedynym powodem, dla którego sięgnęłam po "Igrzyska Śmierci". Swego czasu (czyli jakoś 4-5 lat temu) na prawdę lubiłam Swift, dlatego mam do niej nieco nostalgiczne podejście, jednak sam jej głos nie odpowiada mi do końca... poza tym utworem, bo przez swoją delikatność i niewinność jest na prawdę świetny. Przynajmniej dla mnie.

LYRIEL - Paranoid Circus
 
'Zakręcona' melodia i ciekawy tekst - co prawda wokal mógłby być nieco lepszy, ale i tak piosenka przyciąga.


Voltarie - Death, Death (devil, devil, devil, devil, evil, evil, evil, evil song)
Co prawda o wiele bardziej lubię nagrania Voltarie z występów na żywo, niż same piosenki, ale ta... cóż, jest ponadczasowa!

Erik Wiedle - Forgotten Dragon
Muzyka rodem z filmów fantasy. Na prawdę niezwykły utwór.

Aaron Tveit - I'm Alive
Kocham musicale, mimo, że nie znam ich w zbyt dużej ilości. Ta niedawno przeze mnie poznana piosenka, sprawiła, że chyba do tych kilku, które znam dołączy kolejny, mianowicie Next to Normal, z którego powyższa piosenka pochodzi. Co prawda nie uważam, by była wybitna, ale ma dość chwytliwą melodie. 



niedziela, 27 kwietnia 2014

Bariery

Pisząc wczorajszą recenzje po raz kolejny dotarł do mnie pewien dość... smutny fakt. Należę raczej do osób roztrzepanych, które albo za dużo myślą nad czymś, albo nie myślą nad czymś wcale i w dwóch przypadkach efekt jest taki, że robią coś na opak. Ale mimo tej dezorganizacji nie mogę nie zauważyć kilku rzeczy.
Jestem osobą z zasadami.
Ogromną ilością zasad.
Oraz planów... i zwyczajów.
Nic takiego, prawda? Przynajmniej pozornie. Tak, nienawidzę się spóźniać i mam bzika na punkcie czasu, dlatego jeśli się ze mną umawiasz, możesz być pewny, że będę na czas. Albo nawet dużo, dużo przed czasem. Tak, może nie jestem najsilniejsza psychicznie, ale mam jasno wyznaczone granice. Nie przeklinam, to nie w moim stylu, nie zmieniam się tylko dlatego, że moje otoczenie tego chce - jeśli już, robię to dla siebie. Nie wydaje kasy na prawo i lewo, bo po co? Nie pisze za dużo SMSów - pieniądze wydana niepotrzebnie, bo przecież z ważnymi rzeczami i tak dzwonie, a jeśli chce ot tak z kimś pogadać, mam darmowe komunikatory.
I owszem, pozornie takie zasady są jak najbardziej OK. Niestety, w życiu o złoty środek ciężko i często zdarza mi się z tymi moimi schematami przeginać. Choćby jak w przypadku książek: jeśli stwierdzę, że książki z Francji są nieciekawe to nie zmienię zdania, dopóki nie zostanę do tego zmuszona, jeśli jestem regularnie w jakimś miejscu (przystanek, sklep etc) zwykle staje w tych samych miejscach, biorę te same rzeczy... bo to znam, tak jest mi po prostu łatwiej. Tworze przez to nadmierną ilość barier - odgradzam się częściowo od rzeczywistości, która mi w jakiś sposób nie odpowiada, której się choćby i podświadomie boję, odgradzam się od ludzi... a bariery tego typu rzadko kiedy są dobre. Właściwie... chyba nigdy nie są dobre. Hamują rozwój, a więc i zdolność szybkiego, logicznego oraz obiektywnego myślenia, co mi, osobie, która w przyszłości chciałaby pracować w artystycznej branży tylko przeszkadza. Bardzo, bardzo przeszkadza.
To chyba powinno być moje postanowienie noworoczne: walczyć z barierami. Na całe szczęście, ich ilość bezustannie powoli się zmniejsza i chwała Bogu za to. Co prawda, nie sądzę, bym wyzbyła się ich w pełni (jakby nie było, chyba każdy jakieś tam blokady posiada), ale w moim przypadku ich ilość powinna się znacznie zmniejszyć, bym uznała, że wszystko jest w porządku.

sobota, 26 kwietnia 2014

Necrosis: Przebudzenie

Gdyby ktoś trzy lata temu powiedział mi, że pokocham polskie książki i będę chciała mieć ich na swojej półce jak najwięcej chyba bym go wyśmiała - nie chciałam sięgać po naszą rodowitą literaturę, uznając, że każda taka książka jest z góry skazana na porażkę. Jak dobrze, że zmieniłam zdanie! Oj, ominęłoby mnie wiele. A więc, dziś czas na naszą rodowitą książkę, jednego z pierwszych polskich autorów po którego odważyłam się sięgnąć.


Cykl: Necrosis
Tytuł: Przebudzenie
Autor: Jacek Piekara (współpraca z Damianem Kucharskim)
Liczba stron: 346
Gatunek: fantastyka

Muszę przyznać, że bardzo, bardzo długo nie sięgałam po żadne zbiory opowiadań - książka to powieść, nijak opowiadania mi się z tym kojarzyły. Sięgając po Przebudzenie byłam wprawdzie już po dwóch tomach z opowiadaniami Sapkowskiego oraz po dziesięciu opowiadaniach Piekary o Arivaldzie z Wybrzeża, które na prawdę mi się podobały, ale dalej byłam do tego typu tekstów dość sceptycznie nastawiona. Mimo to, zaciekawiona na prawdę piękną okładką i samym nazwiskiem autora, którego już przecież zdołałam polubić, Przebudzenie trafiło w moje rączki.
Na cały tom składa się pięć opowiadań, dlatego, aby nie omawiać całej książki zbyt ogólnikowo, pozwolę sobie przytoczyć wszystkie po kolei starając się unikać spojlerów o każdym z nich pisząc kilka słów.
Pierwsze nosi tytuł Opętanie, który z resztą powinien nam na prawdę dużo o treści powiedzieć. I choć owszem, mamy tu taki motyw, autor dość długo utrzymuje nas w napięciu, nie chcąc nam zdradzić o co dokładnie chodzi. Mamy ciekawych bohaterów, do których przynajmniej ja zbytnio się nie przywiązałam, ciekawe cytaty i schemat, który teoretycznie nie powinien zbyt ciekawy... ale dzięki napięciu oraz ostatniemu dialogowi w całym opowiadaniu Opętanie tylko zachęciło mnie, aby czytać kolejne.
Kolejne opowiadanie, zatytułowane Kolejny piękny dzień zaczyna się znacznie niewinniej, niż poprzednie: mamy małego chłopca, buszującego po zaroślach i myślącego o tym, jakie lanie dostanie od ojca po powrocie do domu. Nic takiego, prawda? I mimo, że to opowiadanie wydaje się być prostą sielanką, zwroty akcji sprawiają, że również trzyma w napięciu i nie da się od niego oderwać.
Księżniczka i Wiedźma... czy jest jakiś bardziej znany schemat dotyczący małych szlachcianek? No, ok, jest - żyli długo i szczęśliwie. Tyle, by mogli tak żyć, najpierw wiedźma musiała się pojawić, czyż nie? Ale i tym razem Piekara zaskakuje: wprawdzie wykorzystuje ten schemat, jednak robi to niemal zupełnie na opak... przy okazji, dalej trzymając czytelników w napięciu. Oj tak, “Przebudzenie” bardziej przypomina horror, niż typowe fantasy.
O ile te trzy opowiadania są dla mnie wręcz genialne, to do ostatnich dwóch mogę się trochę przyczepić. Do przedostatniego, zatytułowanego Krew, Śmierć i Świt z powodu całkowicie indywidualnego: choć w poprzednich częściach główni bohaterowie nie zapadali w pamięć, byli jak najbardziej ciekawymi postaciami, których ciężko było w pełni nie lubić.. Niestety, w tym opowiadaniu jednym z głównych bohaterów jest mężczyzna zdający się pragnąć tylko władzy oraz kobiet... Czyli typ, którego punkt widzenia w żadnym razie mi nie odpowiada. Na całe szczęście, chyba właśnie takie było zamierzenie autora, bo znów po części odnosi się to na korzyść opowiadania. Oczywiście, po tym, jak musiałam taką narracje znosić. Choć nie powiem, opłacało się. Raziło mnie tu jeszcze jedno: nadmierna ilość przemocy, niekonieczne potrzebnej. Ale z racji na głównego bohatera, przymknęłam na to oko.
I ostatnie... Czerwona Mgła... mam wrażenie, że najwięcej osób ma właśnie temu opowiadaniu najwięcej do zarzucenia. I nic w tym dziwnego: jest dość wulgarne (główny wątek opiera się właśnie na sexie, może to przez to, że jestem kobietą, ale cóż, nie odpowiadało mi to w żadnym razie), pełne przemocy... na dodatek nudnawe i choć dalej chwilami trzyma w napięciu, nie dorównuje poprzednim czterem tekstom.
Podsumowując:  Przebudzenie to jak najbardziej kawałek dobrego materiału, który warto poznać, ale na pewno nie będzie odpowiadał wszystkim. Fani horroru oraz mocnej fantastyki (Pieśń Lodu i Ognia, Wiedźmin) powinni być usatysfakcjonowani, jednak jeśli jesteś fanem lekkich powieści w bajkowych, kolorowych światach, przy okazji niezbyt odpornym na przemoc, sex i przekleństwa... Cóż, jestem niemal w pełni pewna, że po tej lekturze poczujesz tylko zniesmaczenie, dlatego takim osobom z czystym sercem nie polecam!

czwartek, 24 kwietnia 2014

Radość Pisania?


Jest więc taki świat,
nad którym los sprawuję niezależny?
Czas, który wiążę łańcuchami znaków?
Istnienie na mój rozkaz nieustanne?

Radość pisania.
Możność utrwalania.
Zemsta ręki śmiertelnej.

Radość Pisania, W. Szymborska

Pisanie... Wymyślanie... Marzenie... Pozornie może przy osobne słowa, łączące się jednak w wyjątkowo oczywisty sposób. Gdy byłam mała zawsze wymyślałam, mój umysł często uciekał do krain i miejsc, które widziałam na żywo, w filmie, o których tylko słyszałam, o których czytała mi mama... Nie zmieniło się to za bardzo od tamtego czasu wprawdzie, jednak odkąd odkryłam magię pisania (gdzie, tak na marginesie, na początku uczyć się ani pisać, ani czytać nie chciałam, uznając to za nudne) i poczułam, jak łatwo można wyrażać siebie za pomocom słów towarzyszy mi ona od lat. Pisząc, mogę oczyścić głowę ze zbędnych myśli, mogę innym pokazać to, co tworzy się w mojej głowie, mogę być bogiem, który tworzy, zabija, zsyła klęski, czy jest nadzwyczaj miłosierny.. oj tak, pisząc mogę wszystko. A jeśli nie wszystko... to cóż, wiele, bardzo, bardzo wiele.
Problem polega na tym, że choć pisać uwielbiam, piszę stosunkowo długo - jestem perfekcjonistką, każda linijka musi być idealna, musi mnie satysfakcjonować, inaczej uważam cały tekst za kompletną klapę. Jeden tekst na ok. dwa tysiące słów potrafię pisać nawet około roku. Bo ma być idealnie. Bo ma satysfakcjonować przede wszystkim mnie, nie ludzi wokół, czyż jest inaczej? Dlatego... nie powiem, trochę boli mnie, gdy widzę, jak ludzie publikują na blogach rozdział za rozdziałem, jak wysyłają prace na konkurs, mimo, że ja nie jestem w stanie zdążyć napisać tekstu na czas, jak są za to chwaleni... Mimo, że ich teksty zwykle mają masę wad, są często bardzo niedopracowane - zarówno pod względem fabularny, stylistycznym jak i językowym.
Ale... ale nie mogę zachowywać się jak dziecko... Zazdrość o taką bzdurę? Toż to tak nieprofesjonalne... Nie mówię o tym głośno, żałuje tylko tego, w jaki sposób pisze, jak często nie mogę otworzyć worda, bo nie wiem, co mam teraz napisać, by było dobrze, po nie potrawie wejść znów w "ciąg", podczas którego stworze coś niezwykłego.
Mam tylko nadzieję, że kiedyś uda mi się tą satysfakcjonującą mnie w pełni powieść wydać, co marzy mi się już od lat, pokazać ją światu...  I kto wie, może nawet zebrać trochę pochlebnych opinii innych? Bo choć fakt, przede wszystkim w pisaniu liczy się dla mnie moja własna satysfakcja to miłe słowa na pewno do pracy motywują. Krytyka, i owszem, również na swój sposób jest budująca, również motywuje... ale na pewno nie w tak cukierkowy sposób.
Wiecie co? Zrobię to. Wydam książkę. Za dziesięć, czy dwadzieścia lat. Całkiem sama, czy z pomocą bliskich, wydawnictw, całej ekipy ludzi, która będzie przy tym siedzieć. Bez różnicy. Chcę żyć, podróżując, robiąc zdjęcia i pisząc. Nie obchodzi mnie, że marzenie dość irracjonalne i ryzykowne. Zrobię to i osiągnę sukces - nie ważne, czy będzie duży, czy mały.

środa, 23 kwietnia 2014

"Muzyka rozpala noc namiętnym ogniem"

Słowa widniejące w tytule postu pochodzą z utworu Rent, jednej z głównych piosenek musicalu o tym samym tytule. Co prawda obecnie nocy w Polsce nie mamy, ale co tam :D
 Ciężko zaprzeczyć, że wręcz niemożliwe jest znalezienie osoby, która w życiu nie słuchałaby muzyki i która nie lubi choć jednego utworu. W końcu, muzyka jest od tego aby łączyć, bawić, być tłem do niektórych ważnych wydarzeń. Szkoda tylko, że mimo wszystko czasem nas dzieli... Ale cóż, istnieją przeróżna gusta, a to, że niektórzy nie potrafią tego zrozumieć jest co najmniej smutne.
Jako, że Wielki Post nie dawno się skończył, uznałam, że teraz jest chyba najlepsza okazja, aby zacząć co jakiś czas wrzucać na mojego bloga utwory, które lubię, z moim krótkim komentarzem. Ach, może najpierw zaznaczę, że w żadnym razie nie jestem znawcą muzyki. Od dawna powtarzam, że krowa nadepnęła mi na ucho i pod tym względem jestem kompletnym beztalenciem. Ale muzyki słuchać uwielbiam i bardzo często robi mi za tło przy nauce, sprzątaniu, pisaniu...
 Z tego miejsca chciałabym również zaprosić do tego Was - jeśli tylko macie ochotę, zapraszam do wrzucania pod tym postem swoich ulubionych kawałków :)

Avantasia - Dweller in a Dream
Sammet i Kiske... dwoje genialnych wokalistów w świetnym duecie, z bardzo dobrym tekstem. W sumie, nic więcej chyba nie muszę dodawać. Osobiście uwielbiam Avantasie, dlatego dla tych, którzy choć trochę mnie znają fakt, że wklejam tu ten kawałek nie powinien być zaskoczeniem.

Revolution Renaissance - Last Night on Earth
Kolejna piosenka z Michelem Kiske w roli głównej. To właśnie od tego kawałka zaczęła się moja przygoda z "ciężką" muzyką, dlatego mam do niej niezwykle nostalgiczne podejście. Prosta, nieskomplikowana... ale prawdziwa i za to właśnie ją uwielbiam.

Bryan Adams - Summer of '69
Zdecydowanie lżejszy od poprzednich, rockowy kawałek. Odkąd poznałam piosenki Adamsa z Mustanga z Dzikiej Doliny bardzo lubię jego wokal :)

El Rey Leon - Es la noche del Amor
Uwielbiam Disney'a z całą jego magią, a hiszpańska filmowa wersja tej piosenki (pl - Miłość rośnie wokół nas) jest, przynajmniej według mnie, lepsza od polskiej wersji.

Taniec Wampirów - Finał II aktu
Typowo musicalowa piosenka: nie wiesz, o co chodzi nie znając fabuły historii, z której pochodzi, dobra do tańca i, przynajmniej w moim odbiorze, dość chwytliwa. 

Adrian von Ziegler - Sinister Shores
Kojarzący się z Piratami z Karaibów utwór. Bardzo ciekawa kompozycja, w moim przypadku idealnie nadająca się do nauki ;P

wtorek, 22 kwietnia 2014

Gwiezdne Wojny. Noce Coruscant: Ścieżki Mocy

Witam wszystkich po świętach. Mam nadzieję, że spędziliście je miło i spokojnie :)
Uwielbiam konstruktywnie oceniać, a że pisanie to moja silna strona, pisanie recenzji jest czymś, co na prawdę lubię, mimo, że swego czasu zostałam za to bardzo skrytykowana - kilka lat dość długo prowadziłam bloga o takowej tematyce, jednak po słabej obecnie bloga usunęłam go i długo do tego typu wypowiedzi nie chciałam wrócić. Postanowiłam jednak, że postaram się tu umieszczać trochę takich ocen - kto wie, może kogoś zainteresują. Dziś pod lupę postanowiłam wziąć książkę z serii Gwiezdnych Wojen.
Ta recenzja znalazła się już na portalu LubimyCzytać w lato i od tej pory wcale jej nie zmieniałam, dlatego wybaczcie za styl.
Na wstępie muszę przyznać, że nigdy nie byłam fanką Gwiezdnych Wojen. Nie oglądałam ani jednego filmu, nie interesowałam się wcale tą tematyką. Nic z resztą dziwnego, science-ficcion to nie moja bajka :) Prawdopodobnie na tą książkę nigdy bym nie spojrzała, gdyby nie to, że znalazłam ją na promocji za jakieś 2-3zł i postanowiłam w końcu z Gwiezdnymi Wojnami choć trochę się zapoznać.
Pierwsze wrażenie było dość... nijakie. Okładka jest dość typowa, jak dla tanich wydań: prosta grafika, bez jakiś ozdobników, w środku "papier toaletowy" drący się przy lekkim pociągnięciu... Ogólnie mówiąc, nic szczególnego. Ale czego można wymagać od wyprzedawanych książek? Wiele po niej się nie spodziewałam :)

Seria: Star Wars
Cykl: Noce Coruscant
Tytuł: Ścieżki Mocy
Autor: Michael Reaves
Liczba stron: 288
Gatunek: science-ficion

Noce Coruscant są jedną z wielu serii, których świat przedstawiony pochodzi z Gwiezdnych Wojen. Ja sama porównuje takie książki do fanfiction - część bohaterów jest już gotowa, tak samo, jak otaczająca ich rzeczywistość, jednak autorami są różni ludzie, w jakiś sposób zainteresowani Star Wars. Nie przepadam za czymś takim, ale nie jestem też do takiego rozwiązania szczególnie źle nastawiona. Po prostu z reguły nie wybieram takich książek. "Ścieżki Mocy" trafiły do mnie przez czysty przypadek, dlatego posiadam tylko właśnie tą, ostatnią, część z serii. 
Nigdy nie ciągnęło mnie do Gwiezdnych Wojen: nie oglądałam ani jednego filmu o tej tematyce i do tej pory kojarzyła mi się ona tylko z mieczami świetlnymi oraz dziwnymi stworkami przechadzającymi się po odległych przestworzach. Z tego powodu moje podejście do tej lektury było dość neutralne, jeśli nie - negatywne. 
Polskie wydanie Ścieżek Mocy zaczyna się dopiskiem pochodzącym od redakcji i zawiera opis ogromnej części historii świata przedstawionego w Gwiezdnych Wojnach. Zaczęłam to czytać i po kilku stronach przewertowałam kartki, aby zapoznać się tylko z końcówką.Dla mnie to wystarczyło, aby zobrazować sobie historię świata Star Wars i przy tym nie zasnąć, bo szczerze powiedziawszy, ten opis jest najzwyczajniej w świecie nudny i zbyt długi - zajmuje aż 22 strony, a biorąc pod uwagę fakt, że jest pisane na prawdę drobnym drukiem. Na dodatek wszystko jak maksymalnie skrócone, przez co nazwy pojawiają się i znikają bardzo szybko, dlatego ciężko jest je spamiętać. 
Po dojściu do głównej części powieści spodobał mi się fakt, że wszyscy ważni w fabule bohaterowie pojawili się w małym spisie postaci. W nim zaś znajduje się imię i nazwisko postaci oraz krótki przypis, informujący, kim ona jest. Co prawda może nie jest to potrzebne w każdej książce, ale jak już wspominałam wcześniej nigdy nie sięgnęłam po nic związanego z Gwiezdnymi Wojnami i strasznie gubiłam się we wszystkich nietypowych nazwach, dlatego dla mnie było to na prawdę dużym ułatwieniem.
Opis znajdujący się z tyłu okładki nie jest w żadnym razie trafny: odnosi się prawdopodobnie do poprzednich części tej serii, o których w Ścieżkach Mocy nie ma prawie ani słowa. Dlatego też przeczytanie od razu trzeciej części nie było dla mnie większym problemem - mimo, że bohaterowie i ogólny problem jest taki sam, główny wątek jest czymś zupełnie oddzielnym. Głównym bohaterem całej serii jest młody Jaks Pavan (nie wiem, czy to błąd w tłumaczeniu, czy specjalny zabieg, ale w polskim wydaniu jego imię raz pisane jest przez "ks", a raz przez "x"). Zakon Jedi, czyli wrażliwych na Moc, do którego przynależał mężczyzna został zniszczony, a jego członkowie zostali w większości wymordowani na polecenie Imperatora. Jaks współpracuje ze stowarzyszeniem Whiplash, które walczy z tyranią aktualnego władcy. Na co dzień ukrywa się wraz ze swoją grupą przed Inkwizytorami, który ścigają ocalałych Jedi i wykonuje różne zadania dla stowarzyszenia. Do bliskich Jaksa należą między innymi: android obdarzony uczuciami, były współpracownik Dartha Wadera, Czarnego Lorda Sithów (zły odpowiednik zakonu Jedi), oraz zeltronka Dejah Duare. Pewnego dnia grupa młodego Jedi dostaje od Whiplasha propozycję zamordowania Imperatora. Jaks musi podjąć bardzo trudną decyzje: z jednej strony, plan wydaje się być szalony i niewykonalny, z drugiej jednak to może być jedyna szansa na odbudowanie Zakonu Jedi. W tym samym czasie na planecie Coruscant, na której przebywa nasza grupa, ujawnia się młody i nieszkolony adept Mocy, który szybko zwraca na siebie uwagę Dartha Wadera oraz Jaksa. 
Fabuła jest pełna akcji, nic nie stoi w miejscu. Autor wyraźnie skupia się na samej fabule, a nie opisach, dzięki czemu całość jest na prawdę bardzo płynna. Na dodatek czytając Ścieżki Mocy miałam wrażenie, że trzymam w rękach jakiś kryminał, a nie książkę science-fiction, którą kojarzę głównie z podróżami międzyplanetarnymi, dziwnie nazwanymi maszynami oraz nazwami, których nie dość, że nie da się wymówić, to jeszcze mają okropne brzmienie.
Niestety, całość nie jest idealna. Narrator zbyt często omija ważne wydarzenia, aby potem bohaterzy mogli o tym sobie opowiedzieć. Pomysł może i dobry, ale gdy dzieje się tak cały to bywa dość irytujące. Brakło mi tu też porządnej tajemnicy: fabuła była dość łatwa do przewidzenia. Sam styl Michaela Reavesa jest w miarę przyjemny, dzięki czemu Ścieżki Mocy czyta się dość szybko, jednak brakło mi tu żartu, czy ironii, którą cenie sobie w powieściach.
Całość napisana jest w trzeciej osobie, a perspektywa co chwilę ulega zmianie. Niektórzy tego nie lubią, ale mi to w żadnym razie nie przeszkadza. W tej powieści akurat wyszło to autorowi zdecydowanie na plus: wiemy, co mniej więcej panuje i dobra, i zła strona. Widzimy, jakie błędy popełniają bohaterowie i wiemy do czego to może doprowadzić, co podbudowuje trochę napięcie. 
Ścieżki Mocy zdecydowanie nie są wybitną powieścią, która na długo zapada w pamięć. Do ideału brakuje jej na prawdę sporo. Traci przede wszystkim na szczegółach, czasem wydaje się niedopracowana.  Mimo to na lekturę, która ma po prostu zabić czas jest jak najbardziej odpowiednia. Myślę, że osoby, których interesuje tematyka "Gwiezdnych Wojen" powinna jak najbardziej zadowolić, a i dla kogoś, kto interesuje się kryminałami może być dobrym wyborem.

piątek, 18 kwietnia 2014

Kurczaki, kolorowe jajka i zające

Święta, święta... Już za chwilę kolejna Wielkanoc, pierwsza spędzona w pełni w moim domu na wsi.
Ostatnimi czasy nie potrafię się wczuć w żadne święta. Boże Narodzenie również było i minęło, nic szczególnego, teraz szykuje to samo, mimo, że rok temu na obydwa wydarzenia czekałam z niecierpliwością. Wynika to z przyzwyczajenia, takiego okresu, czy może po prostu z tego, że dorosłam do świadomości, że to tylko tradycja, pamiątka? Że to nie dzieje się TERAZ, tylko jest pamiątką wydarzeń z PRZESZŁOŚCI? Nie, raczej nie. To pewnie po prostu taki okres.
Mieszkając w mieście, w Wielkim Tygodniu można było robić praktycznie wszystko: sprzątać, hałasować, ignorować fakt, że w ogóle jakieś święta są. Tutaj, na wiosce... jest inaczej, zupełnie inaczej. Dziś, w Wielki Piątek, wokół panuje cisza jak makiem zasiał. Taka tradycja, nikt nie waży się jej łamać.
W domu, jak zawsze, jest dużo do zrobienia. Ja zajmuje się głównie deserami, mimo, że cukiernik ze mnie żaden, ale ktoś zająć się tym musi, a ja czasem lubię wymodzić coś nowego. Poza tym sprzątanie, zajmowanie się stadem psów i próba ucieczki z miejsc, gdzie akurat dotarł świąteczny zamęt, aby mimo wszystko, móc leniuchować jak najdłużej. Nie sądzę, bym tylko ja tak miała. Mylę się? :P
Jeśli ktoś ma ochotę na zobaczenie kilku świątecznych zdjęć i grafik zapraszam tutaj - zebrałam je rok temu, z nudów i większość z tych prac jest na prawdę fajna :D Teraz żegnam i życzę spokojnych, wesołych świąt :)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Bo zacząć jakoś trzeba...

Serdecznie witam wszystkich na moim pół godziny temu założonym  blogu - nowym, własnym śmietniku, mającym pełnić funkcje integracyjną dla moich wszystkich kont na portalach, myśloodsiewni i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze. Zapraszam wszystkich do zapoznania się z podstronami, które znajdziecie u góry: "O blogu" oraz "O Autorce".
Z racji pierwszego postu nie mam zamiaru się tu zbytnio rozpisywać. Mam jednak wielką prośbę do wszystkich, którym uda się tu trafić: jako, że od dłuższego czasu nie prowadziłam żadnego bloga na blogspocie, nie bardzo wiem, które blogi są warte polecenia i zajrzenia raz na jakiś czas. Jeśli tylko ktoś z Was takiego bloga posiada, bądź zna, prosiłabym o link :D Ale uwaga, spamerom dziękuję - to coś, czego bardzo nie lubię i tępię na ile tylko mogę.
Zapraszam już wkrótce, a tymczasem oznajmiam iż drewniany-most jest oficjalnie otwarty :)
Nomida zaczarowane-szablony