Jedna książka i dwie różne historie. Pierwsza– o perypetiach nastolatków, których wychowuje samotna matka i których życie zdecydowanie nie należy do normalnych. Druga – o wiedźmie z całkiem wścibską zgrają sąsiadów.
Istnieje spora rzesza autorów, o których
obecnie się już nie mówi. To jednych z takich twórców należy Mirosława
Sędzikowska. Związana z Toruniem pisarka, która na swoim kącie ma zaledwie dwie
lub trzy powieści oraz jeden „zbiór opowiadań”, po który to właśnie mi dane
było sięgnąć – „Gandziolatki. Wizyta u wiedźmy”. To naprawdę niewiele, zważając
na to, że zadebiutowała jeszcze w latach 80. Ja usłyszałam o niej po raz
pierwszy dzięki „Fantastycznym opowieściom wigilijnym”, gdzie zostało
zamieszczone jedno z jej opowiadań. Było lekkie, przyjemne, ot, sympatyczne –
liczyłam więc, że będzie i tak w tym przypadku. Ale troszeczkę się jednak
pomyliłam.
![]() |
Gandziolatki. Wizyta u wiedźmy Mirosława Sędzikowska wyd. SuperNowa, 2002 |
Zacznijmy może najpierw od tego, czym „Gandziolatki.
Wizyta u wiedźmy” w ogóle jest. To książka wydana „dwustronnie”, zawierająca
dwa teksty. Pierwszy, długi na 180 stron jest podawany czytelnikowi jako
powieść dla młodzieży. Mówię tu o „Gandziolatkach”, czyli tej bardziej obyczajowej
części książki. „Wizyta u wiedźmy” jest zaś (podobno) nowelką, mającą 120 stron
długości, opowiadającą właśnie o perypetiach pewnej wiedźmy.
Zaczęłam od „Gandziolatek” i przyznam,
że początkowo byłam całkiem tą historią zainteresowana. Bo początek był całkiem
absurdalny i nawet uroczy. Miałam więc nadzieję na coś pokroju „Dożywocia”
Marty Kisiel – na obyczajową sielankę, z ciekawymi dialogami i jakąś lekką
linią fabularną. Niestety, choć forma przynajmniej w teorii właśnie taka jest
to historia, po prostu prędko zaczęła mnie męczyć. To nie był „mój” poziom
absurdalnego żartu. Prędko zaczął mnie irytować i raczej trochę zniesmaczał, a
jeśli dodamy do tego właściwie minimalną ilość fabuły… Te 180 stron po prostu
dość mocno wymęczyłam.
![]() |
Wygląd książki na odwrocie |
Wzięłam się więc za „Wizytę u wiedźmy”,
licząc, że fantasy po prostu będzie dla mnie lekturą milszą. Co to, to nie!
Ponownie, zaczęło się całkiem sympatycznie, ale szybko zaczęło historii
brakować jakiejkolwiek ciągłości fabularnej. Żart znów prędko stał się dość irytujący,
a ja straciłam ochotę na jakiekolwiek śledzenie fabuły. Niestety, spotkanie z
tą książką po prostu nie było dla mnie czymś dobrym.
Wydaje mi się, że częściowo problem leży
w wieku książki, zwłaszcza jeśli chodzi o „Gandziolatki”. Choć nie lubię tego
słowa, tu zdaje mi się pasować. Ta historia po prostu brzmi „boomersko”. Ma
młodzieżowe stwierdzenia jakby z innej epoki, poruszane tematy zdają się nie być
szczególnie aktualne, a przynajmniej często nie, zaś całość wygląda tak, jakby
były pisane dla RODZICA, a nie dzieciaków, które powinny być w tym przypadku
targetem.
Dopiero po lekturze zorientowałam się,
że sporo z tekstów z tej książki to w gruncie rzeczy… opowiadania. Spięte w
całość, ale jednak OPOWIADANIA, które powinno się czytać i oceniać osobno.
Ukazywały się np. w „Fenixie” i część z nich powstawała właśnie w latach 90.,
toteż nie dziw, że czasem zdają się przestarzałe nieco bardziej, niż
sugerowałaby data wydania tej książki (2002 rok).
Szczerze zastanawiam się, czy powinnam polować
na inne książki tej autorki, ale obawiam się, że… nie, nie będę tego robić, chyba
że ktoś mi przysięgnie, że będą napisane w trochę innym stylu. Nie odpowiada mi
absurd serwowany przez Sędzikowską, „nie kupuję” ani jej żartu, ani nieco „dydaktycznego”
podejścia do pisania. Cieszę się, że mogłam zapoznać się z nieco już zapomnianą
polską pisarką, ale to jedno spotkanie zdaje się być wystarczające.
Poza tym – SuperNowa chyba strzeliła sobie trochę w kolano takim wydaniem, bo w tym momencie, gdy króluje Instagram i fotografie książek, naprawdę trudno pokazać ją w całym majestacie. No i jednak to pomysł na wydanie nieco mniej wygodny, niż standardowe wydania zbiorów opowiadań.
Ktoś niedawno pisał też o tej książce, ale nie pamiętam kto :D Ja tam lubiłem opowiadania Sędzikowskiej z cyklu wiedźmiego, ale czytałem je w czasopismach, a nie w tym fixupie. W ogóle nie przepadam za fixupami, jakoś zawsze trącą mi sztucznotą, nawet "Ostatnie życzenie" Sapkowskiego.
OdpowiedzUsuńJa byłam przekonania, że to jest nowelka i czekałam na jednolitą historię. Chyba dlatego tak się od tego odbiłam.
UsuńJa w ogóle wolę heheszki w mniejszej dawce, rzadko zdarza mi się przeczytać na raz coś dłuższego niż 50 standardowych stron.
Usuń>Poza tym – SuperNowa chyba strzeliła sobie trochę w kolano takim wydaniem, bo w tym momencie, gdy króluje Instagram i fotografie książek, naprawdę trudno pokazać ją w całym majestacie<.
No, ale ta książka była wydana w 2002 roku. Wiem, że to wydaje się niedawno, ale pod pewnymi względami to pradawna epoka :D Przypomnę:
2001 r. - powstaje Neostrada.
2002 r. (30 sierpnia!) - wojsko zwalnia pewne częstotliwości, dzięki czemu możliwy staje się rozwój internetu radiowego.
Te dwa wydarzenia umożliwiły rozwój internetu, wcześniej to była zabawka, z której korzystało niewielu. Tak dopiero od 2003 roku internet stał się istotny, w 2005 r. korzystało z niego już (albo dopiero) 27% Polaków - dziś ok. 82% (dotyczy osób w wieku 16-74 lata).
A Instagram powstał w 2010.
W 2020 kupiłem sporo książek antykwarycznych z lat 1980-2015, i te sprzed 2010 mają dziwną przypadłość - wiele z nich trudno sfotografować lub znaleźć dobre foto okładki w necie. Dlatego że te okładki mają źle dobrane kolory pod monitor, naciepielone szczegółów, słabo widoczny tytuł i nazwisko autora na okładce. Za to często mają dobrze zrobione grzbiety, bo te widać na regale w księgami stacjonarnej. Taka ilustracja tego o czym piszę - to akurat drastyczny przypadek:
https://1.bp.blogspot.com/-MTEuXLm-1Ig/X57z0XVnh6I/AAAAAAAADlo/Sei7SdzIKs4gWlRYxqnni5ZZRuTS7V4lgCLcBGAsYHQ/s2048/02%2BTrillium%2B1-2%2BCzarne%2BTrillium.jpg
Z komedii to w ogóle chyba jak na razie akceptuje tylko Martę Kisiel. Nie przepadam za czymś takim za bardzo zazwyczaj. Odbijam się od żartów.
UsuńFakt, tu trochę się zagalopowałam po prostu. Zapomniałam, z którego roku to jest wydanie. Ale choć przyszłości przewidzieć nie mogli to jednak no... współcześnie naprawdę trudno o tej książce ponownie mówić, skoro wygląda, jak wygląda.
W ogóle chyba tak do 2004/2005 fantastyka po prostu zwykle miała brzydkie okładki. Nawet nie to, że w starym stylu: one po prostu są niezbyt estetyczne. XD
>W ogóle chyba tak do 2004/2005 fantastyka po prostu zwykle miała brzydkie okładki<
UsuńWłaśnie przez to, że książki stoją na regale i widzę tylko grzbiety - nie jestem w stanie ani potwierdzić, ani zaprzeczyć :D Acz przypuszczam, że masz rację, bo w PRL okładki były bardzo dobre, ale chyba dość jednokopytne (wzorowane na tzw. polskiej szkole plakatu) i pewnie nie do końca trafiające w gust masowego odbiorcy. To kiedy już komuny nie było, pojawiła się nagle masa okładek zachodnich lub - co gorsza - wzorowanych na zachodnich. Co gorsza, bo talent polskich twórców bywał dość wątpliwy.
I te okładki też były jednokopytne: fantasy - goła baba i chłop z mieczem, SF - baba i chłop z giwerami, w obu przypadkach alternatywnie mogły być jakieś pejzaże. Więc rzeczywiście niewiele kojarzę dobrych okładek z tego okresu. A swoje dołożyła jeszcze SuperNowa, czyli główny wydawca polskiej fantastyki - tam dawano okładki Polcha i na Polchu wzorowane a niekoniecznie dobry komiksiarz jest dobrym okładkowcem. Polch nie był.
A nawet jak się trafiła dobra grafika, to dobór kolorów w napisach był słaby (zwłaszcza z dzisiejszego punktu widzenia, czyli robienia okładek pod sklepy internetowe).
Jednak dobre okładki też się pojawiały. Mnie np. podobają się te do dylogii takiej nieco zapomnianej pisarki Teresy Edgerton - a sama pisarka ciekawa, pewnie jedna z pierwszych mieszających fantasy ze steampunkiem (właśnie w tej wydanej u nas dylogii: "Księżyc goblinów" + "Maszyna gnomów", to powieści z 1991 r., u nas wydane w 1994).
Niezłe okładki miała czasami Alfa, być może dlatego że to wydawnictwo istniejące od czasów PRL-owskich, więc nie zawsze się poddawało nowym tryndom, a jeśli nawet się poddawało to sięgając do najlepszych, jak Luis Royo, Vincente Segrelles czy Esteban Maroto (lubię też okładkę do "Dzieci wodnika" Andresona - autorem jest David Martin), a i nasi jak Janusz Obłucki czy Jacek Tofil dawali radę.