Maksym trafia do świata obok – nieznanej
sobie dzielnicy miasta, która od XIX wieku zapętlona jest w jednym, konkretnym
momencie. Jest jednym z niewielu, którzy potrafią się z niego wyrwać. Gdy
trafia do władającej dzielnicą księżnej, zostaje poproszony o pomoc w pozbyciu
się niebezpieczeństwa, jakie jej zagraża.
Krzysztof Piskorski nie bez powodu jest
znany jako twórca fantastycznych światów. Nie tylko swego czasu prowadził na
ten temat prelekcje, czy pisał artykuły do „Nowej fantastyki”, ale też stworzył
kilka ciekawych konceptów. Zaczynając klasycznym, ale konkretnym high fantasy,
jakim były „Opowiesci piasków”, następnie zaczął swoje eksperymenty. „Krawędź
czasu”, wydana w 2011 roku, obecnie jest książką trudno dostępną, ale
jednocześnie – bez wątpienia pokazującą, jak oryginalnym twórcą na polskim
rynku jest tenże autor.
![]() |
Krawędź czasu Krzysztof Piskorski wyd. Runa, 2011 |
Podobnie jak „Zadra” czy „Czterdzieści i
cztery”, „Krawędź czasu” jest utrzymana w steampunkowej stylistyce. Kluczowe
jest jednak to, że Piskorski wykorzystuje właśnie ową stylistykę, a nie
steampunk jako steampunk. Sięga do XIX wieku, tworzy estetykę tamtych czasów,
ale pary jako pary zbyt wiele tu nie ma, bo też nie zawsze w tym nurcie o to
chodzi. Autor miesza przy tym kabałę, magię, sięga do baśni i tworzy powieść z
pogranicza fantastycznych podgatunków, choć chyba gdybym musiała ją
zakwalifikować, uznałabym, że jednak mamy do czynienia z fantasy.
To nie jest powieść, która stoi bohaterem
czy fabułą samą w sobie. Nie mam tu wprawdzie nic do zarzucenia, ale w tym
przypadku istotniejszy jest sam koncept związany z zabawą z czasoprzestrzenią. Przyznaję, zwykle motywu podróży w czasie nie
lubię, a przynajmniej nie w chwili, w której jest wykorzystywany w „klasyczny”
sposób, związany z konkretnymi przeskokami w czasoprzestrzeni. Tu jednak pomysł
Piskorskiego jest najzwyczajniej w świecie po prostu intrygujący i ciekawy.
Przyznać jednak muszę, że potrzebowałam
dłuższej chwili, aby wskoczyć do tego świata i „zaczaić”, o co autorowi
chodziło. Bo całość zaczyna się stosunkowo baśniowo, nieco dziwnie i
niepokojąco. Czytelnik, który o książce wcześniej nie słyszał i być może
sięgnął po nią tylko przez wzgląd na okładkę, czy tytuł, może czuć się nią
wręcz zszokowany czy nieco zniesmaczony. Ten pomysł, by zaczął działać, potrzebuje trochę czasu. Dlatego nawet jeśli ta historia nie wciąga od
pierwszej strony – polecam dać jej chwilę. Może dwie. A może nawet czas mniej
więcej do połowy powieści, bo prawdziwa zabawa w jej przypadku zaczyna się, gdy
wszystko zaczyna wskakiwać na swoje miejsce.
Muszę wspomnieć też o stylu oraz o masie
pracy, jaką Piskorski musiał w tę historię włożyć. Język, jakim się posługuje,
zdaje się być „w sam raz”. Jest odpowiednio stylizowany, ma dobry klimat. Jest
w miarę przystępny, ale nie brakuje w nim inteligentnych czy czasem wręcz poetyckich
zwrotów, stwierdzeń, metafor. Ponadto napisanie takiej książki wymaga wiedzy, i
to nie tylko z samej XIX-wiecznej polski, ale również z judaistycznych wierzeń,
których – przyznaję – przed lekturą w tej powieści w ogóle się nie
spodziewałam.
Znam trochę polskiej fantastyki i muszę
przyznać, że to dość unikatowa powieść. Steampunku nie mamy zbyt wiele. Podróży
w czasie, i to dobrze rozpisanych – również nie. Nawiązań do żydowskiej
kultury, która przecież jest szalenie ciekawa także brakuje. Tą powieścią
Piskorski wypełnił pewną lukę wśród polskiej literatury, a przecież o to części
chodzi. Fantastyka ma nie tylko bawić samą historią, ale także zachwycać
kreatywnymi pomysłami. „Krawędź czasu” jest zaś po prostu dość konkretnym
pomysłem, który został zamknięty w sensownie dopasowanej fabularnie powieści.
Dobrze wiem, że czytelnik szukający zwykłej i rozrywkowej fantastyki może się od niej odbić. „Krawędź czasu” wymaga jednak odrobiny cierpliwości i kredytu zaufania, a także chęci poznania czegoś ponad kompletnie klasyczną opowieść. Ale nie zmienia to faktu, że chciałabym jej wznowienia. Bo szkoda, że tak dobra rzecz jest obecnie zapomniana i trudno dostępna.
Moja ulubiona powieść Piskorskiego. Szkoda, że Literackie tego nie wznawia, a to już 10 lat od wydania I. No i szkoda, że Piskorski przestał pisać - już pięć lat ciszy, w 2019 nawet "zamroził" stronę autorską na Facebooku...
OdpowiedzUsuńNo szkoda, bo nie wierzę, że to by się nie sprzedało, gdyby porządnie ją wypromować. No przestał, ale może mu się za jakiś czas odwidzi, a na pewno przy planszówkach da się więcej zarobić, także nie dziwię się.
Usuń