czwartek, 24 lutego 2022

Endymion: przygodówka czy jednak coś więcej?

Trzysta lat po upadku Hegemonii, na Hyperionie rządzi kościół katolicki. Dzięki podróżom w czasie na planecie pojawia się dwunastolatka, która ma stać się nowym mesjaszem ludzkości. Raul Endymion zostaje zaś wyznaczony, aby ją chronić. Są jednak ścigani przez Pax, zbrojną organizację kościoła.


„Upadek Hyperiona”, czyli poprzednią część cyklu Dana Simmonsa, czytałam we wrześniu 2018. I choć chciałam kontynuować ją dość szybko, to ponieważ ostatni tom nie był dostępny, cały czas zwlekałam z lekturą. Na szczęście w końcu udało mi się go zakupić, więc nie miałam już wymówek: trzeba było czytać „Endymiona”. Po takim czasie nie pamiętam jednak na tyle detalicznie dwóch poprzednich tomów, aczkolwiek przyznaję – ci, którzy uważają, że poprzednie części są lepsze, mają rację.

Endymion
Dan Simmons
wyd. Mag, 2018

Absolutnie nie oznacza to jednak, że ta powieść jest książką złą. Co to, to nie. „Endymion” to kawał dobrego, rozrywkowego SF. Tylko właśnie – rozrywkowego. Nie odbieram tej powieści jako czegoś więcej, a tak miałam w przypadku poprzednich tomów. To najzwyczajniej w świecie space opera, podróż drogi, w której bohaterowie muszą uciec tym złym, przeżyć i zrealizować swoje cele. 

Simmons przy tym nieźle buduje relacje między postaciami i ma bardzo przystępny styl, w związku z czym przynajmniej mi tę historię po prostu dobrze się czytało. Ponadto to ten typ fantastyki naukowej, który skupia się raczej na aspektach kulturowych, a nie naukowych. A sama preferuje takie podejście, mało tego – to takie powieści polecałabym na początek przygody z gatunkiem np. czytelnikom powieści fantasy. Dlatego uważam, że to naprawdę porządna, rozrywkowa pozycja. Ale! Bo zawsze musi być „ale”, prawda?

Mam ostatnio uczulenie na powieści, które są przegadane. Które bez problemu dałoby się skrócić i nie stracić nic na fabule. I niestety, ta historia właśnie do takowych się zalicza. W gruncie rzeczy tu niewiele się dzieje. Po prawdzie nic się tu nie rozwiązuje. To pewnie zdarzy się dopiero w kolejnym tomie. Dlatego te ponad sześćset stron lektury to tak naprawdę podróż bohaterów. Interesująca przez ich wzajemne relacje, rozmowy i przemyślenia, ale nie fascynująca sama w sobie. A jednak lepiej byłoby, gdyby te wydarzenia po prostu bardziej chwytały.

Poza tym to historia bardzo prosta w konstrukcji. Tak naprawdę mamy tu dwie perspektywy. Jedna należy do Raula, druga do jednego z członków Kościoła. Jeden ucieka, drugi go goni, dlatego wątki wzajemnie się przenikają. I tyle – żadnych wielkich przeskoków w czasie, żadnej wielowątkowości. W tym po prostu nie da się zagubić. 

Gdyby Dan Simmons najpierw stworzył „Endymiona” jako wstęp do swojej historii, a potem dopisał „Hyperiona”, pewnie byłabym całym cyklem absolutnie zachwycona. W takiej sytuacji jednak trzeci tom z cyklu po prostu lubię. To porządna książka, którą dobrze się czyta. Naprawdę, bawiłam się na niej dobrze. Ale nie jest to coś, co będę polecała jako najlepsze SF, które dane było mi poznać, bo do takiego jest mu po prostu bardzo daleko.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie, nie zaobserwuje Twojego bloga w zamian za obserwację mojego - wolę mieć garstkę zainteresowanych blogiem czytelników, niż tysiąc zapychaczy.
Usuwam spam.

Nomida zaczarowane-szablony