Tommy
Wiseau zasłynął dzięki swojemu kultowemu już, „najgorszemu filmowi świata” – „The
Room” z 2003 roku. Współtworzył go ze swoim najlepszym przyjacielem, Gregiem,
gdy Hollywood odrzuciło ich, nie pozwalając im spełnić swoich marzeń o byciu
gwiazdami kina. Współpraca z tak ekscentrycznym artystą jak Wiseau nie była
jednak prosta.
![]() |
„The Disaster Artist” (2017) reż. James Franco tragikomedia, biograficzny |
O
„The Room” słyszałam już lata temu. Mimo jednak próby obejrzenia go, nigdy nie
udało mi się przebrnąć przez ten film w całości. Oglądając, bezustannie mam
wrażenie, że po prostu nie mam pojęcia, o czym to dzieło jest, a że nie należę
do osób szczególnie cierpliwych wytrzymuje najwyżej pół godziny seansu. Wiem
jednak, jak kultowym jest dziełem, a o „Disaster Artist” słyszałam wiele
dobrych opinii. Więc spróbowałam sięgnąć po film Jamesa Franco i absolutnie nie
żałuje tego wyboru.
To
jednocześnie ciepła, dziwna, śmieszna i tragiczna historia. Ciepła, bo relacja
Tommy’ego i Grega ma swój niezaprzeczalny urok, mimo dużej różnicy wieku
dzielącą tę dwójkę. Dziwna – bo Wiseau trudno zrozumieć. Jego wybory życiowe i
poczynania wymykają się prawom logiki. Śmieszna, bo oderwanie tego artysty od
świata po prostu musi czasem wzbudzić śmiech. Tragiczna… cóż, to mimo wszystko
historia niezrozumiałego artysty. Śmiech wywoływany przez „Disaster artist”
czasem jest śmiechem przez łzy.
Przy
tym film Franco wciąga i fascynuje. Bo jak można być jednocześnie tak bogatym i
tak nieugiętym, by właściwie w pojedynkę stworzyć film? Napisać scenariusz,
opłacić plan zdjęciowy, aktorów, być reżyserem i jednocześnie grać główną rolę?
James
Franco w „Disaster artist” próbuje może nie odpowiedzieć na pytania, ale
zastanowić się nad kwestiami związanymi z głównym bohaterem. Nie tylko nad
sprawą tego finansów (do dziś nie wiadomo, skąd Wiseau wziął swoje miliony), ale
też niezbyt chwalebnym podejściem do kobiet, przyjaźni, czy jego pilnie strzeżonej
prywatności. Przy tym gra w filmie jako Wiseau, w roli Grega obsadzając swojego
młodszego brata. Chyba nie mógł wybrać lepiej: nie wątpię, że Dave i James są
sobie bliscy i dobrze rozumieją się nawzajem. Dzięki temu chemia między postacią
Tommy’ego i Grega naprawdę działa i pozwala wciągnąć się w tę historię. W końcu
to przede wszystkim film o przyjaźni tej dwójki.
Przy
tym wszystkim film w naprawdę dobry sposób odtwarza przedstawianą
rzeczywistość. Fragmenty z „The Room” nagrane ponownie wyglądają naprawdę
autentycznie, a James Franco mocno wczuwa się w swoją postać. Dobrze oddaje manierę
z jaką mówi Wiseau, jego ruchy i mimikę. Osobiście dopiero, gdy porównałam twarze
obydwu panów zorientowałam się, jak są od siebie różni. Franco mimo wszystko
jest od Wiseau młodszy, przystojniejszy… i o wiele mniej odpychający.
Choć
zabawny, „The Disaster Artist” nie jest parodią, która chce tylko wyśmiać dziwaka,
jakim niewątpliwie jest Tommy Wiseau. Naprawdę próbuje zrozumieć tę postać,
choć w dalszym ciągu pozostawia nam więcej pytań, niż odpowiedzi dotyczących
tej postaci. To ciekawy film o fascynującej osobie i niezwykłej przyjaźni,
który warto zobaczyć.
Totalnie nie moje klimaty, choć mi generalnie z filmami jest raczej nie po drodze :)
OdpowiedzUsuń