Elle (Reese Witherspoon) jest ładna,
bogata i otoczona ludźmi, którzy ją kochają. Gdy Warner (Matthew Davis) zamiast
się jej oświadczyć, rzuca ją, dziewczyna postanawia pokazać mu, że jest warta
jego uwagi i postanawia dostać się na studia prawnicze na Harvardzie.
Gdy
przypadkiem wpadłam na piosenkę z musicalu „Legally Blonde” ta wpadła mi w
ucho. Uznałam, że chce poznać ich więcej, ale by mieć kontekst, wolałabym
najpierw poznać historię, którą konkretne utwory opowiadają. I w ten sposób
włączyłam w tle „Legalną blondynkę” – film z 2001 roku, którego nigdy wcześniej
nie było dane mi oglądać.
![]() |
„Legalna blondynka” (2001) ang. „Legally blonde” reż. Robert Luketic komedia |
„Legalna
blondynka” to komedia: przerysowana do granic, bardzo kolorowa i o bardzo radosnym,
wręcz „letnim” klimacie. To film bardzo naiwny i niekoniecznie inteligentny,
ale przy tym na swój sposób uroczy.
Nie
jest to najbardziej zabawna komedia, zwłaszcza teraz: większość żartów po
prostu już dawno wyszła z użycia, a przynajmniej ja miałam takie wrażenie. Widzieliśmy
je już tyle razy, że po prostu trudno jest dać się nimi zaskoczyć. Bo w końcu
kogo śmieszy choćby stereotypowa blondynka z pieskiem, który bezustannie jej
towarzyszy? To tak ograny motyw, że może wzbudzić co najwyżej sympatię i
nostalgię, a nie śmiech.
Sama
postać Elle była dla mnie bardzo przerysowana i jednocześnie trochę
niekonsekwentna. Gdy wydawało się, że dziewczyna już zmądrzała i przestała być
na zawsze głupiutką studentką to nagle wracała do starych zwyczajów. Niemniej,
jeśli przymknie się na to oko i spróbuje „usunąć” przerysowanie, dostajemy
całkiem ciekawą postać: dziewczynę, która za bardzo przejmuje się tym, co myślą
o niej inni. Osobę, która myśli, że jest pewna siebie, ale tak naprawdę wiele
jej do tego brakuje, zaś droga, którą musi przejść ma doprowadzić właśnie do
zdobycia pewności siebie i zrozumienia swojej wartości.
Nie
oszukujmy się: to historia bazująca na stereotypach. Oczywiste jest, że student
prawa, czyli były Elle musi być nudnym i wrednym ślicznym chłopcem, a na
Harvardzie wszyscy cię nienawidzą, jeśli nie jesteś kujonem z doktoratem.
Niemniej, ze swojego założenia ten jeden, „główny” stereotyp przełamuje: w
końcu mimo wszystko Elle nie jest wcale tak głupia, jak wszystkim wokół się
wydaje.
„Legalna
blondynka” to film o bardzo prostej, czasami nieco naciąganej konstrukcji.
Wprawdzie kreatywnie korzysta z umiejętności Elle i pokazuje, że wiedza z
zakresu mody, czy pielęgnacji może przydać się w każdej możliwej sytuacji
życiowej, ale często wszystko szyte jest dość grubymi nićmi. Niemniej, lekki
klimat filmu i jego brak pretensjonalności sprawiają, że… właściwie nie mam mu
tego za złe.
Przy
okazji film absolutnie nie jest romansem, choć można byłoby się tego spodziewać.
Choć owszem, pojawia się nam tu drugi pretendent do ręki Elle, co bez problemu
da się wyczuć od razu, gdy tylko pojawi się na ekranie, to tak naprawdę film
absolutnie nie na tym się skupia, co sprawia, że relacja dziewczyny z owym
panem wypada naprawdę całkiem uroczo. Zwłaszcza, że Elle wcale nie jest typem
postaci, która skacze z kwiatka na kwiatek: ona jest naprawdę bardzo mocno zaangażowana
emocjonalnie w związek z Warnerem.
„Legalna
blondynka” wydaje mi się doskonałym filmem na letni, babski wieczór. Nie
zapewni może nadzwyczaj dobrej rozrywki i absolutnie nie jest kinem wybitnym,
ale przy okazji po prostu jest w swojej formule bardzo sympatyczny.
Oglądałam ten film kilkanaście razy, przyjemna komedyjka ;). To film nie tylko na lato, sprawdzi się też świetnie w ponure, deszczowe, zimowe wieczory ;)
OdpowiedzUsuńJasne, chociaż mam wrażenie, że na jesień wiele osób chętniej sięga po cięższe rzeczy. :D Klimat i długie wieczory sprzyjają.
UsuńJa również kilkanaście razy - bardzo przyjemny i lekki :)
UsuńOglądałam :) Komedia, przy której można się pośmiać. Najfajniejsze są te ich ciuchy... :D
OdpowiedzUsuńUwielbiam 😃
OdpowiedzUsuńOglądałam pierwszy raz z przyjaciółką na studiach, spodziewając się zupełnie innego filmu. To prawda wszystko, co piszesz. Produkcja już się zestarzała (różowiutkie, głupiutkie blondynki z miniaturowym pieskiem to domena pierwszych lat XXI wieku, w 2018 roku zupełnie oklepana i trochę zapomniana), nie jest to wybitne kino, raczej lekka komedyjka, czerpiąca garściami ze stereotypów. Ale mimo wszystko, w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych filmów, jest o czymś, ma jakieś przesłanie. Wcale nie takie głupie i oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Podoba mi się to, czego główna bohaterka uczy się, jak również to, że tym razem nie ukazano "babskich spraw" jako rzeczy, które są w porównaniu z tymi męskimi niepotrzebne, niewarte uwagi, związane jedynie z próżnością. Nawet, jeśli ujęto je w dość przerysowany sposób. Ale czego w tym filmie tak nie pokazano?
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, że brakuje obecnie trochę takich komedii. Niby lekkich, ale jednak - z charakterem i pewnym morałem. :D
UsuńZgadzam się. Większość "współczesnych" komedii wywołuje łzy i to nie są łzy śmiechu a raczej zażenowania. Nie wiadomo z czego się śmiać...
UsuńMoże i produkcja się zestarzała, ale wciąż uwielbiam ją oglądać. Zabawny, pełen motywacji film, którego wiele dialogów znam na pamięć :D
OdpowiedzUsuńByć może gdybym obejrzała go bliżej premiery też często bym do niego wracała choćby przez nostalgię. :D
Usuń