niedziela, 31 marca 2019
czwartek, 28 marca 2019
poniedziałek, 25 marca 2019
Te złe księgarniane wybory
Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Są takie książki, które posiadam przez
przypadek. Czasem to był konkurs, czasem świetna oferta cenowa, albo księgarski
„wypadek przy pracy”. Wiele z tych tytułów to książki, które przynajmniej trochę
lubię, bo zwykle pozwalają mi po prostu poznać nieco inny punkt widzenia od
tego, do którego przywykłam w literaturze na co dzień. Zdarzają się jednak
koszmarki…
Koszmarki, których najchętniej nie
widziałabym u siebie na półce. Z drugiej – sprzedaż to jeszcze gorsze wyjście
(nikt tego nie powinien poznawać!), a wyrzucić mimo wszystko też żal. To to,
jakby nie patrzeć, książka, którą lubię za fakt bycia tym przedmiotem. Jakie pozycje
właśnie przez to zalegają na moich półkach? Już je Wam przedstawiam. I jednocześnie:
absolutnie nie polecam.
O. S. Winterfield, „Kobieta w czerni”
Idziecie do kiosku kupić sobie „Fantastykę”
(bo to jedyne, co tam kupujecie). Oczywiście przy okazji sprawdzacie, czy nie
ma przypadkiem jakiś ciekawych promocji, bo jednak czasem się zdarzają. W oczy
rzuca się Wam wyjątkowo cienka i tania książeczka. Cena to może 3-4 złote (a
może i mniej?). Ani ona, ani okładka nie sugerują niczego dobrego, ale… to
przecież grosze. Więc kupujecie, czytacie. Książka długa nie jest i wszystko w
niej sugeruje, że to powieść dla starszych, niedowidzących pań, ale dajecie jej
szansę.
Wkrótce okazuje się, że jednak
niepotrzebnie. Jakość tekstu kulała, powieść nie wniosła w Wasze życie żadnych
konkretnych emocji i właściwie nadaje się doskonale do podarcia i wyrzucenia do
śmietnika. Ale Wam szkoda, więc zalega na waszej półce. No cóż. Czasem tak
bywa. U mnie tak było z „Kobietą w czerni”. To po prostu kiepska i niepotrzebna
książka, która jednocześnie niczego nie obiecuje więc… po prostu to, że jest
zła chyba nikogo szczególnie nie obchodzi.
Felix J. Palma, „Mapa czasu”
Ta książka to akurat nie przypadek. Ja
CHCIAŁAM by do mnie przyszła. Widziałam ją na wielu blogach. Zainteresowała
mnie. Stała się „książkowym celem”, czyli następnym tytułem, który na 100%
trafi do koszyka, gdy będę robiła porządne (a nie przypadkowe) zakupy.
Niestety, jej aktualny pobyt na mojej
półce też jest raczej wymuszony. Nie chcę tej książki; nie podobała mi się. Mam
z nią tylko negatywne skojarzenia. Czemu? Teraz nawet do końca nie wiem. Czy
nie zrozumiałam treści? Czy ta naprawdę nie ma sensu? Nie jestem w stanie teraz
tego ocenić, jako że czytałam ją w sierpniu 2016 i… absolutnie nie pamiętam, o
czym była. I chyba nie chcę wiedzieć.
Nie oddam jej – bo nie uważam, że jest czym
się tu dzielić. Nie wyrzucę – bo ma twardą oprawę i jest całkiem ładna. Więc
sobie stoi… jako przestroga, że to co pojawia się w blogsferze niekoniecznie
będzie mi się podobało. Nawet, jeśli wydaje mi się, że jest inaczej.
Krzysztof Kochańczyk, „Mageot”
Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja,
często w trakcie zamawiania książek online, szukam przy okazji jakiś tanich
książek (do 10zł), które mogę dorzucić do koszyka, aby sprawdzić ich zawartość.
Na „Mageota” natrafiłam właśnie w ten sposób. Polskie dzieło, nieznany
człowiek, ale całkiem sensowny wydawca – pomyślałam, że to może być dobre spotkanie.
Może dzięki mnie ktoś usłyszy o Kochańczyku, który stworzył epickie dzieło… czy
coś?
Nie, nie usłyszy, a przynajmniej nie w
pozytywnym sensie. Pamiętam, że w tej książce chodziło o coś związanego ze
zbroją. I że nie była najgorszą książką, jaką czytałam, ale na pewno mnie przy
tym wymęczyła. To naprawdę wszystko co mogę o tym tytule powiedzieć bez
przypominania sobie i jej, i swojej opinii, którą wtedy napisałam. „Mageot”
jest niewielki, więc nie zajmuje mi na półce wiele miejsca, ale gdy przeglądam
swoje książki nie raz przychodzi mi do głowy myśl: „ale w sumie po co mi to?”.
Tomasz Lis, „Polska, głupcze!”
Nie wiem, czy wiecie, ale studiuje
dziennikarstwo. W związku z tym obracam się wśród ludzi, którzy doskonale znają
topowych dziennikarzy i reportażystów. Ja zaś nie jestem do końca na bieżąco
zainteresowana całym tym światkiem. Staram się wiedzieć jak najwięcej, ale czas
ludzki jest ograniczony, a ja zwykle spędzam go przy fantastyce i popkulturze,
a nie grzebiąc przy mocno upolitycznionych dziennikarzach. Dlatego gdy w kosztu
z książkami za 2zł trafiłam na książkę Tomasza Lisa po prostu ją wzięłam.
Liczyłam, że dowiem się czegoś o tym panu, że poszerzę horyzonty i będę mogła
to z kimś przedyskutować.
Nigdy nie przeczytałam jej w całości. Przejrzałam,
zorientowałam się o co chodzi – i zostawiłam. Przede wszystkim wydało mi się,
że ta pochodząca z 2006 roku książka jest już mocno przestarzała. Jeśli ktoś
nie interesował się wtedy polityką (a że miałam wtedy 9 lat to raczej nie było
o tym mowy) raczej nie do końca się w niej odnajdzie. Ponadto miałam wrażenie,
że Tomasz Lis raczej po prostu pisze bzdury. I serio, nie chodzi mi o poglądy
polityczne, ani nic z tych rzeczy – dobrze uargumentowany pogląd to wszak dobry
pogląd, bo otwiera drogę do dyskusji – to po prostu wydawało mi się głupie.
Więc odłożyłam. Czytanie tej książki w całości nie miało sensu. No i tak sobie
stoi… mój nieudany romans z dziennikarską książką.
Macie na półkach jakieś swoje złe wybory? A może znacie jakiś z tych tytułów i możecie podzielić się zupełnie odmiennym zdaniem niż moje?
piątek, 22 marca 2019
środa, 20 marca 2019
poniedziałek, 18 marca 2019
sobota, 16 marca 2019
Jakie serie ostatnio skończyłam czytać? - podsumowane cz. III
Tu mnie spotkasz: https://fantastykacodzienna.pl/
Czytanie
serii idzie mi zwykle raczej powoli: nie śpieszę się z tym, wolę dłużej cieszyć
się prozą ulubionych autorów. Ale prędzej czy później przychodzi czas, gdy moja
przygoda z nimi się kończy i wtedy właśnie dzielę się nimi z Wami w „grupowej”
formie. To już trzecia odsłona tego wpisu: poprzednie części możecie zobaczyć
TUTAJ oraz TUTAJ. Mam nadzieję, że
znajdziecie coś dla siebie, choć muszę przyznać, że w tej odsłonie pojawi się dość
dużo serii, za którymi niekoniecznie przepadam.
Przypomnę
może jednak najpierw zasady pojawiania się tu tego typu wpisów: serię musiałam
albo zakończyć w całości i autor nie zapowiada kolejnych tomów, albo
przeczytałam więcej, niż jeden tom, ale mimo to nie mam zamiaru kontynuować
przygody z daną historią. A więc – zaczynajmy!
„Wspomnienie o przeszłości Ziemi” Cixina Liu
Po
pierwszym tomie tej chińskiej hard SF byłam przekonana, że poznam tę trylogię w
całości: nagrodzony Hugo „Problem trzech ciał” nie był powieścią najłatwiejszą
i chwilami potrafił mnie zmęczyć, jednak nie potrafiłam nie docenić twórczości
autora. Niestety, „Ciemny las” był dla mnie prawdziwą katorgą. Choć same
pomysły autora dalej były dobre i książka zawierała dobre elementy to po prostu
nie mam ochoty znów męczyć się z twórczością tego autora, mimo że jeśli ktoś
szuka literatury tego typu to nie waham się polecać części pierwszej.
„Trylogia husycka” Andrzeja Sapkowksiego
Tę
serię przeczytałam w całości tylko dlatego, że po prostu od razu miałam na
półce wszystkie trzy części. Pierwszy tom serii, „Narrenturm”, był książką o
dobrym języku, ale bardzo powtarzalnej, wręcz nudnej fabule. Kolejne tomy być
może były pod tym względem lepsze, ale przez właśnie część pierwszą nie czułam
się absolutnie związana ze światem przedstawionym i bohaterami, w związku z czym
dwie kolejne części najzwyczajniej w świecie wymęczyłam i choć trylogia ładnie
wygląda na mojej półce to nie mogę powiedzieć, aby czytanie jej było dla mnie
czymś przyjemnym.
„Pęknięta Ziemia” Nory K. Jemisin
Połączenie
science-fantasy z post-apokalipsą, osadzone w niezwykle oryginalnym świecie z
bardzo ciekawą narracją i pięknym stylem – tak w skrócie mogłabym opisać tę
trylogię Jemisin. To seria, która wymaga od czytelnika sporej dawki
cierpliwości, bo autorka nie ma w zwyczaju podawać wyjaśnień dotyczących świata
od razu na tacy, ale na pewno jest przynajmniej warta sprawdzenia. „Pęknięta Ziemia”
to naprawdę pomysłowa trylogia, która nie bez powodu trzy razy pod rząd została
nagrodzona Nagrodą Hugo.
„Czerwień” Lindy Nagaty
To
chyba pierwsze militarne science-fiction, po które sięgnęłam i muszę przyznać,
że zdecydowanie nie jestem osobą, która uwielbia taki typ literatury. To znaczy
– potrafiłam przy tej trylogii dobrze się bawić, zwłaszcza na tomie pierwszym.
Rozumiem też, że to seria, która na pewno spodoba się czytelnikom lubiącym
akcje militarne połączone z niezwykłą technologią. Raczej jednak do samej serii
nie wrócę: zabrakło mi w nich odrobiny emocji, które pozwoliłyby mi się
naprawdę związać ze światem przedstawionym. W tej historii główny bohater
właściwie spędza czas od zadania, do zadania i wszystko poza tym spychane jest
na dalszy plan.
„The perfect game” J. Sterling
Historia
Jacka i Cassie została zamknięta w trzech tomach, lecz autorka na tym nie
poprzestała: za granicą ukazała się kolejna część z cyklu opowiadająca o ich
przyjaciołach. Jeśli jednak ta książka nawet ukaże się w Polsce ja nie mam zamiaru
jej kontynuować. Tak pustej i głupiej serii po prostu dawno nie miałam w swoich
rękach. Może to romans, który sprawdzi się u osób zaczynających przygodę z czytaniem
czegokolwiek, ale ja nie mam zamiaru tej serii polecać. Naprawdę – szkoda czasu.
„Legendy Świata Wynurzonego” Licii Troisi
Po
latach ponownie sięgnęłam po prozę Troisi, kupując na promocji dwa tomy „Legend”.
Nie sądzę jednak, bym skończyła tę serię. Trzeci tom nie jest za dobrze
dostępny, a po prostu nie czuje się zbyt zainteresowana kontynuacją. Ta trylogia
to włoskie, młodzieżowe high fantasy, które może nie należy do najgorszych na
świecie, ale cierpi na wiele problemów. Nie mam więc szczególnie wielkiej
ochoty, aby tę serię kończyć. Niemniej, jeśli szukacie lekkiej, przygodowej
prozy to można się z tą serią zapoznać, bo mimo wszystko zwłaszcza w tomie
pierwszym autorka pokazuje kilka dobrych pomysłów.
„Cykl o Nikicie” Anety Jadowskiej
Historia
Nikity jest w blogsferze dość dobrze znana. Ja sama mam z nią dziwną relację.
Tom pierwszy wspominam raczej neutralnie. Potrafił mnie irytować, ale raczej po
prostu mnie nie obchodził. Druga część tej trylogii śmiertelnie mnie wynudziła
i dopiero trzecia okazała się czymś raczej przyjemnym. Niemniej, młodszym, lub
mniej wymagającym czytelnikom ode mnie mam w zwyczaju ją polecać, bo jako pierwsze
spotkanie z urban fantasy ma szansę dość dobrze się sprawdzić. Na pewno jednak
nie jest to dzieło, które znalazłoby się wśród moich ulubionych.
„Kraina Martwej Ziemi” Jacka Łukawskiego
Gdy
sięgałam po tom pierwszy miałam względem debiutu autora ogromne nadzieje.
Niestety, mocno się na nim wynudziłam. Pierwsza połowa książki zawierała
bohatera zbiorowego, a późniejsze przygody głównej postaci niekoniecznie mnie
interesowały. Sięgnęłam po tom drugi licząc, że będzie lepiej. Niestety, nie
było – ta seria zdecydowanie mi „nie siadła”. Nie planuje więc jej ani nikomu
polecać, ani sama kończyć przygody z trylogią. Na świecie jest zbyt dużo
ciekawych historii, aby nudzić się na czymś takim.
środa, 13 marca 2019
niedziela, 10 marca 2019
czwartek, 7 marca 2019
poniedziałek, 4 marca 2019
piątek, 1 marca 2019
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























