poniedziałek, 25 marca 2019

Te złe księgarniane wybory


Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/


Są takie książki, które posiadam przez przypadek. Czasem to był konkurs, czasem świetna oferta cenowa, albo księgarski „wypadek przy pracy”. Wiele z tych tytułów to książki, które przynajmniej trochę lubię, bo zwykle pozwalają mi po prostu poznać nieco inny punkt widzenia od tego, do którego przywykłam w literaturze na co dzień. Zdarzają się jednak koszmarki…
Koszmarki, których najchętniej nie widziałabym u siebie na półce. Z drugiej – sprzedaż to jeszcze gorsze wyjście (nikt tego nie powinien poznawać!), a wyrzucić mimo wszystko też żal. To to, jakby nie patrzeć, książka, którą lubię za fakt bycia tym przedmiotem. Jakie pozycje właśnie przez to zalegają na moich półkach? Już je Wam przedstawiam. I jednocześnie: absolutnie nie polecam.


O. S. Winterfield, „Kobieta w czerni”
Idziecie do kiosku kupić sobie „Fantastykę” (bo to jedyne, co tam kupujecie). Oczywiście przy okazji sprawdzacie, czy nie ma przypadkiem jakiś ciekawych promocji, bo jednak czasem się zdarzają. W oczy rzuca się Wam wyjątkowo cienka i tania książeczka. Cena to może 3-4 złote (a może i mniej?). Ani ona, ani okładka nie sugerują niczego dobrego, ale… to przecież grosze. Więc kupujecie, czytacie. Książka długa nie jest i wszystko w niej sugeruje, że to powieść dla starszych, niedowidzących pań, ale dajecie jej szansę.
Wkrótce okazuje się, że jednak niepotrzebnie. Jakość tekstu kulała, powieść nie wniosła w Wasze życie żadnych konkretnych emocji i właściwie nadaje się doskonale do podarcia i wyrzucenia do śmietnika. Ale Wam szkoda, więc zalega na waszej półce. No cóż. Czasem tak bywa. U mnie tak było z „Kobietą w czerni”. To po prostu kiepska i niepotrzebna książka, która jednocześnie niczego nie obiecuje więc… po prostu to, że jest zła chyba nikogo szczególnie nie obchodzi.

Felix J. Palma, „Mapa czasu”
Ta książka to akurat nie przypadek. Ja CHCIAŁAM by do mnie przyszła. Widziałam ją na wielu blogach. Zainteresowała mnie. Stała się „książkowym celem”, czyli następnym tytułem, który na 100% trafi do koszyka, gdy będę robiła porządne (a nie przypadkowe) zakupy.
Niestety, jej aktualny pobyt na mojej półce też jest raczej wymuszony. Nie chcę tej książki; nie podobała mi się. Mam z nią tylko negatywne skojarzenia. Czemu? Teraz nawet do końca nie wiem. Czy nie zrozumiałam treści? Czy ta naprawdę nie ma sensu? Nie jestem w stanie teraz tego ocenić, jako że czytałam ją w sierpniu 2016 i… absolutnie nie pamiętam, o czym była. I chyba nie chcę wiedzieć.
Nie oddam jej – bo nie uważam, że jest czym się tu dzielić. Nie wyrzucę – bo ma twardą oprawę i jest całkiem ładna. Więc sobie stoi… jako przestroga, że to co pojawia się w blogsferze niekoniecznie będzie mi się podobało. Nawet, jeśli wydaje mi się, że jest inaczej.

Krzysztof Kochańczyk, „Mageot”
Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja, często w trakcie zamawiania książek online, szukam przy okazji jakiś tanich książek (do 10zł), które mogę dorzucić do koszyka, aby sprawdzić ich zawartość. Na „Mageota” natrafiłam właśnie w ten sposób. Polskie dzieło, nieznany człowiek, ale całkiem sensowny wydawca – pomyślałam, że to może być dobre spotkanie. Może dzięki mnie ktoś usłyszy o Kochańczyku, który stworzył epickie dzieło… czy coś?
Nie, nie usłyszy, a przynajmniej nie w pozytywnym sensie. Pamiętam, że w tej książce chodziło o coś związanego ze zbroją. I że nie była najgorszą książką, jaką czytałam, ale na pewno mnie przy tym wymęczyła. To naprawdę wszystko co mogę o tym tytule powiedzieć bez przypominania sobie i jej, i swojej opinii, którą wtedy napisałam. „Mageot” jest niewielki, więc nie zajmuje mi na półce wiele miejsca, ale gdy przeglądam swoje książki nie raz przychodzi mi do głowy myśl: „ale w sumie po co mi to?”.

Tomasz Lis, „Polska, głupcze!”
Nie wiem, czy wiecie, ale studiuje dziennikarstwo. W związku z tym obracam się wśród ludzi, którzy doskonale znają topowych dziennikarzy i reportażystów. Ja zaś nie jestem do końca na bieżąco zainteresowana całym tym światkiem. Staram się wiedzieć jak najwięcej, ale czas ludzki jest ograniczony, a ja zwykle spędzam go przy fantastyce i popkulturze, a nie grzebiąc przy mocno upolitycznionych dziennikarzach. Dlatego gdy w kosztu z książkami za 2zł trafiłam na książkę Tomasza Lisa po prostu ją wzięłam. Liczyłam, że dowiem się czegoś o tym panu, że poszerzę horyzonty i będę mogła to z kimś przedyskutować.
Nigdy nie przeczytałam jej w całości. Przejrzałam, zorientowałam się o co chodzi – i zostawiłam. Przede wszystkim wydało mi się, że ta pochodząca z 2006 roku książka jest już mocno przestarzała. Jeśli ktoś nie interesował się wtedy polityką (a że miałam wtedy 9 lat to raczej nie było o tym mowy) raczej nie do końca się w niej odnajdzie. Ponadto miałam wrażenie, że Tomasz Lis raczej po prostu pisze bzdury. I serio, nie chodzi mi o poglądy polityczne, ani nic z tych rzeczy – dobrze uargumentowany pogląd to wszak dobry pogląd, bo otwiera drogę do dyskusji – to po prostu wydawało mi się głupie. Więc odłożyłam. Czytanie tej książki w całości nie miało sensu. No i tak sobie stoi… mój nieudany romans z dziennikarską książką.

Macie na półkach jakieś swoje złe wybory? A może znacie jakiś z tych tytułów i możecie podzielić się zupełnie odmiennym zdaniem niż moje?

sobota, 16 marca 2019

Jakie serie ostatnio skończyłam czytać? - podsumowane cz. III



Czytanie serii idzie mi zwykle raczej powoli: nie śpieszę się z tym, wolę dłużej cieszyć się prozą ulubionych autorów. Ale prędzej czy później przychodzi czas, gdy moja przygoda z nimi się kończy i wtedy właśnie dzielę się nimi z Wami w „grupowej” formie. To już trzecia odsłona tego wpisu: poprzednie części możecie zobaczyć TUTAJ oraz TUTAJ.  Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie, choć muszę przyznać, że w tej odsłonie pojawi się dość dużo serii, za którymi niekoniecznie przepadam.
Przypomnę może jednak najpierw zasady pojawiania się tu tego typu wpisów: serię musiałam albo zakończyć w całości i autor nie zapowiada kolejnych tomów, albo przeczytałam więcej, niż jeden tom, ale mimo to nie mam zamiaru kontynuować przygody z daną historią. A więc – zaczynajmy!

„Wspomnienie o przeszłości Ziemi” Cixina Liu

Po pierwszym tomie tej chińskiej hard SF byłam przekonana, że poznam tę trylogię w całości: nagrodzony Hugo „Problem trzech ciał” nie był powieścią najłatwiejszą i chwilami potrafił mnie zmęczyć, jednak nie potrafiłam nie docenić twórczości autora. Niestety, „Ciemny las” był dla mnie prawdziwą katorgą. Choć same pomysły autora dalej były dobre i książka zawierała dobre elementy to po prostu nie mam ochoty znów męczyć się z twórczością tego autora, mimo że jeśli ktoś szuka literatury tego typu to nie waham się polecać części pierwszej.

„Trylogia husycka” Andrzeja Sapkowksiego

Tę serię przeczytałam w całości tylko dlatego, że po prostu od razu miałam na półce wszystkie trzy części. Pierwszy tom serii, „Narrenturm”, był książką o dobrym języku, ale bardzo powtarzalnej, wręcz nudnej fabule. Kolejne tomy być może były pod tym względem lepsze, ale przez właśnie część pierwszą nie czułam się absolutnie związana ze światem przedstawionym i bohaterami, w związku z czym dwie kolejne części najzwyczajniej w świecie wymęczyłam i choć trylogia ładnie wygląda na mojej półce to nie mogę powiedzieć, aby czytanie jej było dla mnie czymś przyjemnym.

„Pęknięta Ziemia” Nory K. Jemisin
 
Połączenie science-fantasy z post-apokalipsą, osadzone w niezwykle oryginalnym świecie z bardzo ciekawą narracją i pięknym stylem – tak w skrócie mogłabym opisać tę trylogię Jemisin. To seria, która wymaga od czytelnika sporej dawki cierpliwości, bo autorka nie ma w zwyczaju podawać wyjaśnień dotyczących świata od razu na tacy, ale na pewno jest przynajmniej warta sprawdzenia. „Pęknięta Ziemia” to naprawdę pomysłowa trylogia, która nie bez powodu trzy razy pod rząd została nagrodzona Nagrodą Hugo.

„Czerwień” Lindy Nagaty
To chyba pierwsze militarne science-fiction, po które sięgnęłam i muszę przyznać, że zdecydowanie nie jestem osobą, która uwielbia taki typ literatury. To znaczy – potrafiłam przy tej trylogii dobrze się bawić, zwłaszcza na tomie pierwszym. Rozumiem też, że to seria, która na pewno spodoba się czytelnikom lubiącym akcje militarne połączone z niezwykłą technologią. Raczej jednak do samej serii nie wrócę: zabrakło mi w nich odrobiny emocji, które pozwoliłyby mi się naprawdę związać ze światem przedstawionym. W tej historii główny bohater właściwie spędza czas od zadania, do zadania i wszystko poza tym spychane jest na dalszy plan.

„The perfect game” J. Sterling

Historia Jacka i Cassie została zamknięta w trzech tomach, lecz autorka na tym nie poprzestała: za granicą ukazała się kolejna część z cyklu opowiadająca o ich przyjaciołach. Jeśli jednak ta książka nawet ukaże się w Polsce ja nie mam zamiaru jej kontynuować. Tak pustej i głupiej serii po prostu dawno nie miałam w swoich rękach. Może to romans, który sprawdzi się u osób zaczynających przygodę z czytaniem czegokolwiek, ale ja nie mam zamiaru tej serii polecać. Naprawdę – szkoda czasu.

„Legendy Świata Wynurzonego” Licii Troisi

Po latach ponownie sięgnęłam po prozę Troisi, kupując na promocji dwa tomy „Legend”. Nie sądzę jednak, bym skończyła tę serię. Trzeci tom nie jest za dobrze dostępny, a po prostu nie czuje się zbyt zainteresowana kontynuacją. Ta trylogia to włoskie, młodzieżowe high fantasy, które może nie należy do najgorszych na świecie, ale cierpi na wiele problemów. Nie mam więc szczególnie wielkiej ochoty, aby tę serię kończyć. Niemniej, jeśli szukacie lekkiej, przygodowej prozy to można się z tą serią zapoznać, bo mimo wszystko zwłaszcza w tomie pierwszym autorka pokazuje kilka dobrych pomysłów.

„Cykl o Nikicie” Anety Jadowskiej

Historia Nikity jest w blogsferze dość dobrze znana. Ja sama mam z nią dziwną relację. Tom pierwszy wspominam raczej neutralnie. Potrafił mnie irytować, ale raczej po prostu mnie nie obchodził. Druga część tej trylogii śmiertelnie mnie wynudziła i dopiero trzecia okazała się czymś raczej przyjemnym. Niemniej, młodszym, lub mniej wymagającym czytelnikom ode mnie mam w zwyczaju ją polecać, bo jako pierwsze spotkanie z urban fantasy ma szansę dość dobrze się sprawdzić. Na pewno jednak nie jest to dzieło, które znalazłoby się wśród moich ulubionych.


„Kraina Martwej Ziemi” Jacka Łukawskiego

Gdy sięgałam po tom pierwszy miałam względem debiutu autora ogromne nadzieje. Niestety, mocno się na nim wynudziłam. Pierwsza połowa książki zawierała bohatera zbiorowego, a późniejsze przygody głównej postaci niekoniecznie mnie interesowały. Sięgnęłam po tom drugi licząc, że będzie lepiej. Niestety, nie było – ta seria zdecydowanie mi „nie siadła”. Nie planuje więc jej ani nikomu polecać, ani sama kończyć przygody z trylogią. Na świecie jest zbyt dużo ciekawych historii, aby nudzić się na czymś takim.


Nomida zaczarowane-szablony