wtorek, 18 lipca 2017

Maszyna Szeherezada: Opowieści snute przez mechanizm

Wybaczcie mi za tą „starą”, czy raczej „niedostępną” fantastykę, ale... pojawiło mi się jej trochę na półce, muszę ją przeczytać, a potem o większości z tych książek chce zapomnieć.  Liczę, że przynajmniej po takich postach czegoś się „nauczycie”, a tymczasem... zapraszam na kolejną recenzje niekoniecznie znanego science-fiction.

Tytuł: Maszyna Szeherezada
Autor: Robert Sheckley
 Liczba stron: 268
Gatunek: science-fiction

Martindale wchodzi do antykwariatu, marząc o tym, by snuć opowieści. Natrafia tam na niezwykłą maszynę z talentem właśnie do tego: duma nad zakupem jej, by w końcu się zdecydować i zabrać ją ze sobą do domu. Wystarczy tylko chwila, by Maszyna Szeherezada wciągnęła go w magiczny świat swoich opowieści.

Najpierw poczułam się zaintrygowana. Potem nie wiedziałam, co do końca mam w rękach, a gdy już myślałam, że złapałam meritum sprawy, znów traciłam wątek. Ostatecznie więc „Maszyna Szeherezada” była dla mnie zarówno męczarnia, jak i ciekawą wycieczką. Chociaż jednak ostatecznie przeważyło to pierwsze.
Naprawdę, pierwsze strony bardzo intrygują. Jakiś losowy człowiek, kupuje maszynę, która jest tu narratorem, by zabrać ją do domu i próbować coś z nią począć. Styl autora nie wydaje się tak tępy jak często przy starszych tłumaczeniach, a nawiązanie do postaci, jaką jest Szeherezada ciekawi samo w sobie. Niestety, potem jest po prostu gorzej, przynajmniej w moim odczuciu – bo to, co dostajemy to zbiór totalnie losowych i absurdalnych opowiadań z których właściwie trudno cokolwiek wyciągnąć. Bohaterzy co chwilę się zmieniają, o linearną rozrywkę trudno, jak to połączyć? Też nie wiem, mimo że opis z okładki obiecuje mi, że będę w stanie to zrobić.
Poza samym początkiem i nawiązaniami do Szeherezady ciekawiło mnie chyba przede wszystkim opowiadanie o Hadesie i Persefonie, bo z niego przynajmniej coś wyciągnęłam. Nie było wybitne, nie oczarowało mnie, ale w tym przypadku fakt, ze coś rozumiem był już dla mnie sporą zaletą :D Poza tym mamy jakiś obcych, mamy Rzymian, Marsjan i dużo innych motywów, które nijak nie łączą się w jedną całość i które są tak różnorodne, że aż głowa potrafi od nich rozboleć.
Lektura tej książki sprawiła, że w mojej głowie pojawiły się dwie konkluzje. Pierwsza: nawiązania do baśni i innych takich nie są wcale nowością. „Maszyna Szeherezada” została wydana w 1997 roku i tak jak obecnie wydawana literatura fantastyczna próbuje bawić się tym, co już znamy. Druga: obecnie idzie się w dość proste, linearne historie; te dwadzieścia lat temu i wcześniej to chyba nie było aż tak istotne, jak sama kreatywność autora, której tu nie brakuje, mimo że osobiście mam wrażenie, że w tej książce sama fabuła i świat przedstawiony po prostu leży, a styl autora też nie jest aż tak wyjątkowy, by ratował całość.

Szczerze przyznam, że gdybym mogła bez problemu i być może z radością o tej lekturze bym po prostu zapomniała. Nie wniosła do mojego życia właściwie nic, choć wiem, że coś w jej formie może ująć. Nie była to być może najgorsza książka wszech czasów, ale mnie po prostu trochę wynudziła i sprawiła, że więcej szukać książek tego autora nie będę.

* * *

O czym myśli maszyna, gdy zastanawia się nad swoim pochodzeniem? Nie wie, skąd się wzięła. Ma jakieś wspomnienia oczywiście. Czasami staje się nawet narratorem własnych opowieści, czasami zaś narratorem cudzych. Niekiedy wydaje jej się, że ludzie mówią o niej różne rzeczy, a niekiedy, że w ogóle nie zawracają sobie nią głowy. A ona bez trudu przechodzi z rąk do rąk i donosi o poczynaniach innych ludzi.
Fragment „Maszyny Szeherezady” Roberta Sheckley’a

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie, nie zaobserwuje Twojego bloga w zamian za obserwację mojego - wolę mieć garstkę zainteresowanych blogiem czytelników, niż tysiąc zapychaczy.
Usuwam spam.

Nomida zaczarowane-szablony