poniedziałek, 5 lutego 2018

Science-fiction się starzeje


Początek przygody z science-fiction potrafi być bardzo trudny. Nie dość, że do gatunku łatwo się zrazić – w końcu trudnych książek w nim nie brakuje – to jeszcze ma jedną niezaprzeczalną cechę: starzeje się. I to dość szybko. Dlatego często trudno jest dobrać dobrą lekturę na start.
Nie mówię tu o starzeniu się filmów. W ich przypadku to fantasy po kilku latach potrafi wyglądać po prostu źle. Science-fiction częściej się broni: plany filmowe są zbudowane od podstaw i po prostu po latach dalej dobrze wyglądają, a wygenerowanych komputerowo stworków jest w nich najzwyczajniej w świecie mniej. Książki jednak tak dobrze się nie mają. O ile fantasy będzie aktualne nawet i po setce lat, o tyle po takim czasie trudno stwierdzić, czy science-fiction dziejące się np. na początku XXI-wieku, dalej jest częścią tego gatunku.
Starzenie się widać na różnych płaszczyznach. „Dzień tryfidów” Wyndhama będzie dla nas nieco absurdalny, bo w końcu dziś raczej „typowy” czytelnik nie kupi bez zastrzeżeń armii zabójczych roślinek. „Planeta małp” Boulle też wydaje się absurdalna. Błagam, planeta, na której wszystko wygląda jak „u nas” i jedyną różnica polega na tym, że zamiast ludzi, mamy małpy? Nawet w „Diunie” Herberta coś nie do końca może nam grać, choć akurat ta pozycja mocno broni się dzięki temu, że tak naprawdę jest tworem na pograniczu science-fiction z fantasy.
Nie zpaominajmy także o tym, że gdyby „Rok 1984” Orwella powstał dzisiaj (choć wtedy mógłby nosić tytuł „Rok 2084”) to od razu wrzucilibyśmy go do worka z science-fiction właśnie. A przez to, że podana data już dawno jest za nami, zaś książka stała się światowym klasykiem literatury, wydaje mi się, że mało kto myśli o niej w tych właśnie kategoriach.
To wszystko sprawia, że osobiście nie polecałabym zaczynania przygody z tym gatunkiem od klasyków. Nie chodzi tu nawet o ciężki styl autora, a właśnie o to starzenie się tekstu. Zwykle trzeba podejść do niego z pewnym dystansem,  przymykając oko na pewne dziwne nazwy przedmiotów, albo dziś absurdalne pomysłu dotyczące technologii. A by to zrobić, najpierw warto po prostu zapoznać się z czymś współczesnym, aby nauczyć się przekładać świat przyszłości na ten „nasz”, a dopiero później próbować zrobić to z tworami mającymi na karku kilka dziesięcioleci.
Książki fantastyczno-naukowe starzeją się na szczęście zwykle tylko na tej jednej płaszczyźnie, dotyczącej technologii i wynalazków. Ta ważniejsza, dotycząca funkcjonowania społeczeństwa, czy jednostki, jest raczej nieprzemijalna, a nie znam innego gatunki literackiego, który poruszałby te tematy w lepszy sposób. Dlatego po te starsze książki także naprawdę warto sięgać. Do naszego życia mogą wiele wnieść i okazać się nirzwykłymi przygodami. Na sam początek jednak lepiej najpierw zaznajomić się z twórczością z kilku ostatnich lat, by po prostu zrozumieć samo działanie sciencer-fiction oraz tematykę, która lubi się w takich książkach przewijać.

Czytacie klasykę science-fiction? A może ktoś z Was zraził się na tym gatunku właśnie przez czytanie starszych książek? Od siebie mogę dodać, że nieco się zraziłam do naszego Lema przez szkołę, która postanowiła w podstawówce zmusić mnie do przeczytania „Bajek robotów” – książki już nie bardzo aktualnej, której wtedy po prostu nie potrafiłam przełożyć sobie na codzienny „język”.  Na całe szczęście, nie dotyczyło to całego gatunku, a do tego pana po latach jednak się przekonałam. Tylko musiałam dorosnąć literacko, by zrozumieć, w czym tkwi sedno tworzonego przez niego gatunku.


12 komentarzy:

  1. O tak, ja ostatnio czytam Drogę do science fiction Gunna i tam są fragmenty tych najstarszych dzieł sf sprzed prawie dwóch wieków i aż człowieka śmiech bierze jak czyta, co też ludzie wymyślali :) najbardziej irytuje to, że przepowiadanie rozwoju nauki lub techniki w ogóle się nie sprawdziło i to, co kiedyś było brane jako pewnik teraz przy wszystkich odkryciach my postrzegamy jako dziecięce wyobrażenia. Zdecydowanie jak ktoś zaczyna z sf to od części takich dyrdymałów może się zrazić
    Niemniej uważam, że mnóstwo klasyki sf się świetnie broni do dziś, Dick, Herbert, Asimov, Le Guin pisali książki ponadczasowe. A na to, że czasem coś trąci myszką można przymknąć oko zwłaszcza w soft sf ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że tak! Tylko... po prostu często lepiej od takich rzeczy nie zaczynać, albo najpierw mieć świadomość tego, na co się piszemy. Niestety, mam wrażenie, że sporo "początkujących" jej nie posiada, a potem boi się SF jak ognia :c

      Usuń
    2. No to racja, klasyka sf jest zdecydowanie dla zaawansowanych :O poza tym ogólnie w tym gatunku jest bardzo dużo lipnych książek

      Usuń
    3. A w którym takich nie ma w dużych ilościach? ;P

      Usuń
  2. Rzeczywiście to nie jest latwy gatunek do polubienia, ale ja znam wielu zapaleńców:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niw czytam, ale oglądam ten gatunek, i bardzo lubię. Jednak mam małe zboczenie, dużą uwagę przykówam do strony technicznej. Film musi wyglądać realistycznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Filmy science-fiction oglądam coraz częściej, ale po książki sięgam rzadziej. Jest to dość trudny gatunek i nie każdy lubi takie klimaty, ale ja powoli się do niego przekonuję. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. S-f broni się przede wszystkim w strefie psychologicznej oraz społecznej, oczywiście jeśli nie jest całkowicie nastawione na akcję i tylko akcję. Tak jak napisałaś, starzeje się przede wszystkim technologia, która po prostu nie wytrzymuje upływu czasu (zresztą trudno się dziwić, skoro nawet w rzeczywistości najmłodsze pokolenia dziwią się, jakim sposobem magnetofon kasetowy mógł być kiedyś niezwykle nowoczesnym wynalazkiem). Spostrzeżenia dotyczące społeczeństw natomiast to zupełnie inna bajka. Dlatego warto dać szansę "starszym" dziełom, bo niekiedy potrafią one zadziwić swoją aktualnością pod tym względem.

    Pozdrawiam,
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie lubię tego gatunku, no po prostu jakoś mnie odrzuca i nawet nie potrafię powiedzieć, dlaczego :/ Uwielbiam fantasy, ale na widok sci-fi robi mi się niedobrze :/
    Mimo to recenzję czytało się przyjemnie, czyli wyczyn :D
    Pozdrawiam ciepło :)
    Kasia z niekulturalnie.pl

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja od razu widząc tytuł, domyślałam się, o czym będziesz mówiła :D
    Ale ja tego problemu nie mam, bo jak wiesz, nie przepadam za klasyką czy s-f :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja bardzo lubię :), zwłaszcza jak dorzucą jakieś spotkania różnych kultur lub podróże w czasie <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej.

    Tak, to prawda, science fiction się starzeje. Bardzo widać to w przypadku ukochanego przeze mnie cyberpunku. Przeczytałem nawet zarzut odnośnie „Neuromancera” Williama Gibsona, że to śmieszne, iż na tamtejszym czarnym rynku 64 megabajty pamięci RAM były sporo warte, skoro dzisiejsze telefony mają już często i gęsto cztery gigabajty takiej pamięci. Szkoda tylko, że autor tego komentarza nie wziął pod uwagę, iż w latach osiemdziesiątych komputery miały zaledwie kilka megabajtów. ; )

    Powyższy przykład potwierdza tezę, że klasyka science fiction w rzeczywistości może być zbyt stara dla dzisiejszego czytelnika, który dopiero zaczyna przygodę z tym podgatunkiem fantastyki. Jednak lepiej zapoznać się właśnie z klasykami, żeby później łatwiej wyłapywać wszelakie nawiązania. Kto nie obejrzał filmu „Obcy - ósmy pasażer Nostromo”, ten nie dostrzeże, do czego pije Dukaj w swoim „Oku potwora” et cetera.

    Starsze dzieła mają jakiś swój urok, który, przynajmniej mnie, bardzo do siebie przyciąga.

    Pozdrawiam serdecznie,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń

Nie, nie zaobserwuje Twojego bloga w zamian za obserwację mojego - wolę mieć garstkę zainteresowanych blogiem czytelników, niż tysiąc zapychaczy.
Usuwam spam.

Nomida zaczarowane-szablony