sobota, 20 stycznia 2024

Bóg maszyna: historia początku wielkiego naukowca



Antian to królestwo, w którym panuje Wola, magiczna siła, którą władać może jedynie władca. Urodzony w dobrej rodzinie Tagard Logor Szalan odkrywa w sobie pasję do nauki. Pragnie nie tylko tworzyć unikatowe wynalazki, ale również chce zostawić świat lepszym, niż zastał. Nie jest jednak świadom, jakich poświęceń będzie to wymagać.


Bóg maszyna
Joanna W. Gajzler
wyd. Lira, 2021
Są książki, które zdobywają nominacje do nagród i człowiek zastanawia się, jakim cudem to się zdarzyło. Na całe szczęście, są też takie, które te nominacje zdobywają w sposób całkowicie zasłużony. „Bóg Maszyna” to debiut Joanny Gajzler, który w 2021 roku miał szansę zdobyć Zajdla. I choć uważam, że nagrodzony wówczas „Płomień” zdecydowanie na to zasłużył, to cieszę się, że i ta powieść została zauważona, bo to naprawdę solidny, rozrywkowy steampunk.

Jak to z debiutami bywa, jest wprawdzie trochę nieoszlifowany. Pojedyncze słowa być może wymagałyby podmienienia na inne, czy lekką zmianę szyku, by tekst był nieco płynniejszy. Powieść ma również drobne problemy z tempem. To są jednak naprawdę nieduże problemy w stosunku do tego, co „Bóg maszyna” jako całość oferuje.

To tak naprawdę typowe „orgin story”: historia jednego bohatera, które pokazuje jego dorastanie i dojrzewanie, docieranie do momentu, w którym ma ostatecznie się znaleźć. To sprawia, że historia toczy się raczej powoli. Mnie jednak raczej to nie przeszkadzało. Co prawda, jak już wspominałam, w niektórych momentach być może lepiej byłoby, gdyby tempo troszeczkę przyśpieszyło, bądź gdyby COŚ więcej się zadziało, jednak generalnie mimo ogólnie spokojnej narracji, powieść Gajzler całkiem nieźle trzymała mnie w napięciu.

A to najpewniej przez sam styl autorki, który jest tym, co w rozrywkowej fantastyce lubię. Jest lekki, ale ma w sobie wystarczająco kolorytu i ciężaru, by jednak móc się troszeczkę w mojej głowie i emocjach zakotwiczyć historii. Oczywiście jest w nim jeszcze troszeczkę do poprawy (a przynajmniej było na etapie pisania tej powieści), ale mam poczucie, że autorka i tak pisze w sposób zdecydowanie ciekawszy, niż większość typowych twórców fantastyki, skupiających się bardziej na rozrywkowej stronie tego gatunku.

Bohaterzy w powieści w moim odczuciu są prowadzone trochę tak, jak RPG-owe postacie, ale w dobrym znaczeniu tych słów. Miałam poczucie, że autorka zna i lubi swoich bohaterów; rozumie ich i podchodzi do nich z empatią, nawet jeśli popełniają swoje błędy wynikające z charakterów, jakie im nadała. Osobiście bardzo lubię mieć poczucie, że autor wykreował świat, wrzucił do niego jakieś wymyślone postacie i po prostu trochę pozwolił im żyć „po swojemu”. Niełatwo czasem nad takim tekstem zapanować, zwłaszcza jeśli nie zaplanowało się go porządnie od początku do końca (nie mam pojęcia, jak to było w tym przypadku), ale wydaje mi się, że w „Bogu maszynie” to po prostu zostało zrobione i zadziałało

Przy tym wszystkim uważam, że to jedna z niewielu książek od dawna, w której naprawdę wciągnęłam się w dworskie intrygi. Autorzy często próbują to robić, starają się tym bawić, bo jest to niewątpliwie interesujący motyw, ale naprawdę nieczęsto czuje się w nie zaangażowana, a tu po prostu się to udało. Zdecydowanie podoba mi się też ogólna dynamika pomiędzy bohaterami, którzy po prostu wzajemnie się uzupełniają.

Sama książka, jak i świat przedstawiony mają przyjemny, steampunkowy klimat. Całość jest wystarczająco oryginalna, by nie wydawała się kopią czegoś, ale jednocześnie jest na tyle typowa dla gatunku, aby czytelnik po prostu rozumiał, co czyta, bez konieczności nadmiernego wysiłku umysłowego. I mi osobiście tego typu kompromis jak najbardziej odpowiada.

Przez wolne tempo oraz fakt, że jest to po prostu historia początku (nie zakończenia!) bohatera doskonale wiem, że nie będzie to opowieść, która „siądzie” każdemu w tym samym stopniu, co mi. Jednocześnie sama sobie życzyłabym większej ilości właśnie tego typu fantastyki – takiej, co wciąga i bawi,  ale jednocześnie wcale nie męczy nadmiernie głowy i nie nudzi zupełną wtórnością, czy zupełnie przezroczystym stylem.


PS Jeśli lubicie Victora z  „Arcane” to w tej historii znajdziecie trochę punktów wspólnych.


środa, 17 stycznia 2024

Głodna puszcza: rynsztokowy humor i przygoda bez ciężaru


Do karczmy Kociołka przyjeżdżają lokalni władcy. Okazuje się, że Pogorzałek, jedyna osoba będąca w stanie pertraktować z trollami zaginęła. Dlatego też kucharz oraz jego drużyna wyruszają, aby go odnaleźć. 

Głodna puszcza
Cykl Drużyna do zadań specjalnych, t. 2
Marcin Mortka
wyd. SQN, 2021


Marcin Mortka jak na razie mnie swoją twórczością nie zachwycał, ale w końcu do trzech razy sztuka. „Głodna puszcza”, czyli kontynuacją „Nie ma tego Złego” pojawiła się na mojej półce, więc w końcu nadszedł czas na zapoznanie się z kolejnym tomem. Nie okazał się on na szczęście słabszy od poprzedniego, ale i lepszy również nie jest.

Schemat tej części jest bardzo podobny do tego, jak była zbudowana część pierwsza. Ot, mamy drużynę wyjętą z rozgrywki RPG, bez jakiś szczególnych charakterów, a raczej opierającą się na znanych schematach, która podróżuje i przeżywa przygody. Tak jak i w pierwszej części, tak i tutaj nie czułam jednak ciężaru całej sytuacji. Ot, idą na przygodę, często popełniając błędy, ale i tak wyjdą z tego cało, więc jest zabawnie – no nie, mnie to samo w sobie po prostu nie bawi.

Nie bawi również przez wzgląd na żart, jakim Mortka operuje. Wiele osób właśnie za to go chwali i dlatego na tych książkach dobrze się bawi, ale dla mnie kompletnie on nie przemawia. Dlatego że polega on na wzajemnym wyzywaniu się i używaniu brzydkich słów, bo hehe, takie to śmieszne, że ktoś kurwą rzuci. Nie powiem, taki ostrzejszy żart MOŻE być śmieszny, jeśli jest traktowany z umiarem i wyczuciem, a i jednego, i drugiego w tej narracji moim zdaniem brakuje. To po prostu rynsztokowy humor w nieco wygładzonej wersji.

Jeśli coś wypada tu nieco lepiej w stosunku do części pierwszej to być może ustanowienie bohaterów. W tomie pierwszym nie czułam kompletnie ich charakterów i byli dla mnie raczej niepotrzebną masą – gdyby Kociołek wędrował tylko z jednym towarzyszem, efekt byłby ten sam lub podobny. Tutaj w końcu troszeczkę ich poczułam, faktycznie ta drużyna się tutaj jest widoczna nieco bardziej, ale jak na powieść właśnie o zespole dalej jest dość marnie. Te postacie są swoimi klasami postaci, a nie indywidualnymi charakterami. Nie mam nic przeciwko, by bohaterów tworzyć wokół jakiś ogólnych konceptów, ale jednak jakaś odrobinka głębi jednak by im się przydała. 

Ja naprawdę rozumiem, czemu ta książka się może podobać. Jest napisana lekkim stylem. Nie jest zbyt wymagająca i pozwala na pewne odcięcie się, jeśli kogoś akurat wciągnie. To bezpieczny wybór, w którym raczej nikt nie zginie, będzie (mimo humoru) dość puchato i klasycznie, bez królujących obecnie w fantasy romansów/erotyków. I jeśli ktoś właśnie tego szuka – proszę bardzo, to jest taka książka. 

Mnie jednak brakuje w niej jakiegoś ciężaru, czegokolwiek więcej, czy to w stylu, fabule, czy kreacji bohaterów. Oczekuje od fantastyki, że zaskoczy mnie czymś kreatywnym, ładnym, ciekawym – a w „Głodnej puszczy”, tak jak i w poprzedniej części z serii tego nie znalazłam. Dlatego przynajmniej na razie twórczość tego autora odpuszczam… chyba że znów „przypadkiem” kupię jego książkę w dużej promocji, jak to było z tym tomem. 



niedziela, 14 stycznia 2024

Mitologie Andrzeja Sapkowskiego: podstawy mitologii w Wiedźminie


Fani fantastyki stosunkowo często ruszając na studia, chcą pisać o swoim ulubionym gatunku. Wtedy jednak pojawia się problem dotyczący źródeł, których aż tak dużo znowu nie ma, zwłaszcza jeśli chodzi o polską literaturę. I tak na pomoc przychodzą takie książki jak „Mitologie Andrzeja Sapkowskiego” Elżbiety Żukowskiej.

Mitologie Andrzeja Sapkowskiego
Elżbieta Żukowska
wyd. Gdański Klub Fantastyki, 2011

Tak po prawdzie ta niedługa książeczka to właśnie jest… praca magisterska z 2006 roku. Została wydana przez Gdański Klub Fantastyki w ramach cyklu Anatomia Fantastyki i to u nich tę książkę można dostać; osobiście kupowałam ją przez portal Allegro i z tego co widzę, jest tam wciąż dostępna. 

To nie jest żadne wybitnie odkrywcze dzieło, czy wchodzące w tematykę szczególnie głęboko. Autorka omawia pokrótce mitologię słowiańską, celtycką i germańską, a także charakteryzuje ogólne mityczne założenia i pokazuje elementy, które Sapkowski wykorzystał w swoim cyklu o Wiedźminie. Mam więc poczucie, że to praca skierowana do dwóch typów osób.

Po pierwsze, do osób, które kompletnie nie są w temacie i nie wgłębiały się nigdy bardziej w mitologię. Dla których historia o Geralcie to synonim mitologii słowiańskiej, albo po prostu chcą wiecieć więcej, będąc np. świeżo po lekturze cyklu. Wówczas prosto, jasno i na temat zdobędą podstawowe informacje, które pozwolą przejść w poszukiwaniach dalej.

Po drugie, dla osób, które same podobną pracę piszą i potrzebują źródeł. Wówczas nie tylko po prostu można podać tę książkę w liście przypisów i wykorzystać Żukowską w swojej pracy, ale również zainspirować się jej przypisami i sprawdzić źródła, do których autorka dotarła. A dzięki temu, że nie jest to pozycja długa, to na pewno przebrnięcie przez nią nie zajmie zbyt dużo czasu, co przecież przy pisaniu tego typu prac jest niezmiernie istotne.

Sama nie czuje, bym dowiedziała się z tej książki czegoś szczególnie nowego, ale że tego typu źródła zbieram i czasem nawet do nich wracam, to cieszę się, że mam ten tytuł na półce.



Nomida zaczarowane-szablony