sobota, 28 września 2019

Green Book: O rasizmie i przyjaźni w lekki sposób





Nowy Jork, lata 60. Choć Tony Lip (Viggo Mortensen) nie jest szczególnie inteligentny, to na pewno nie brakuje mi sprytu i lojalności. Kocha swoją rodzinę i chce zapewnić jej jak najlepszy byt. Gdy przez kilka miesięcy ma być pozbawiony pracy, dostaje nietypową ofertę. Ma być szoferem i ochroniarzem czarnoskórego muzyka, dr Dona Shirley’a (Mahershala Ali), w trakcie jego trafy po południowych stanach USA. Mimo uprzedzeń związanych z artysta, Lip przyjmuje posadę, skuszony wysoką płacą.



„Green Book” (2018)
reż. Peter Farrelly
dramat, komedia, biograficzny
Oscar za najlepszy film w roku 2018 powędrował do „Green Book” – filmu opowiadającego o przyjaźni dwóch mężczyzny z innych sfer oraz o kwestii rasizmu w USA. To z resztą nie jedyna nagroda, jaką to dzieło w reżyserii Petear Farrelly’a zdobyło. Czy słusznie? Nie uważam się wprawdzie za znawcę kina, ale choć to całkiem przyjemne dzieło to nie jestem pewna, czy aby na pewno jest aż tak niezwykłe.
Niezaprzeczalne jednak jest to, że „Green Book” porusza wrażliwe tematy w przyjemny, lekki sposób. Opowieść o przyjaźni Tony’ego i Dona ma w sobie sporą dawkę humoru i w całości podana jest naprawdę zgrabnie. Bez zbędnych dłużyzn i nadmiernego dramatyzmu. Sprawa związana z rasizmem jest tu jednak na drugim planie. To nasi bohaterowie są tu najważniejsi i to oni, a nie kraj, który przemierzają, mają przejść przemianę.
Tyle tylko, że ta przemiana niekoniecznie dotyczy podejścia do samego koloru skóry. Lip, jako prosty cwaniak, ma na początku uprzedzenia co do Dona, ale miałam wrażenie, że to raczej wynika z różnicy w ich zachowaniu. Bo i nasz muzyk nie jest człowiekiem idealnym. Nie zna „normalnego” świata i traktuje wszystkich z wyższością, a chyba nikt z nas nie lubi takich ludzi. Jeden więc musi zrozumieć, że „wyższe sfery” rządzą się swoimi prawami, do drugiego zaś musi dotrzeć, że nie zawsze musi postępować zgodnie ze swoimi własnymi, wymyślonymi zasadami.
Oczywiście sprawa rasizmu bezustannie przewija się przez „Green Book” i w pewnym sensie jest motorem napędowym do rozgrywających się na ekranie wydarzeń, jednak po seansie absolutnie nie czułam, bym dowiedziała się na ten temat czegoś więcej. By w mojej głowie zaczęła kiełkować jakaś zmieniająca życie myśl – ten film gra na zbyt prostych motywach, by był w stanie coś takiego zrobić, przynajmniej dla mnie samej.
Warto też zwrócić uwagę na to, że „Green Book” jest dość typowym kinem drogi. Nasi bohaterowie spędzają większość czasu, jadąc przez Stany, rozmawiając i stopniowo zmieniając swoje światopoglądy. Stopniowo buduje się między nimi relacja, powoli zaczynają coraz lepiej się rozumieć. Trasa koncertowa jest jednak właściwie jedyną osią fabularną tego filmu. Nie mamy tu innego oficjalnego celu podróży, niż odbycie wszystkich wydarzeń. „Green Book” pozbawiony jest zagadki, intensywnej przygody, czy wyjątkowo dramatycznych, „dużych” scen. Oczywiście w trakcie podróży pojawiają się mniejsze, bądź większe problemy, ale dość szybko orientujemy się, że nie zagrożą w jakiś szczególny sposób naszym postaciom, bo to po prostu nie jest celem tej historii.
„Green Book” to naprawdę przyjemny, dobrze nakręcony i zagrany film. Nie wydaje mi się jednak, by był szczególnie przełomowy czy wyjątkowy. Ot, to miły film drogi, który można sobie włączyć w wolny wieczór, gdy z jednej strony nie szukamy na ekranie wybuchów i pościgów, a z drugiej – nie mamy ochoty na bardzo ambitne, trudne do zrozumienia kino.

środa, 25 września 2019

Buffy: postrach wampirów. Sezon 1: Klasyka z końca lat 90.





W świecie, w którym czają się wampiry, musi istnieć równowaga. Szesnastoletnie Buffy (Sarah Michelle Gellar), wybrana na pogromczynie wampirów, musi pogodzić szkolne życie z wykonywaniem swojego przeznaczenia.



Buffy: postrach wampirów
sezon 1
serial fantasy, młodzieżowy
Stworzony w drugiej połowie lat 90. serial „Buffy: postrach wampirów” przeszedł już właściwie do pewnych klasyków, do których w powieściach urban fantasy, czy tych w inny sposób związanych z wampirami (np. paranormal romance) często się nawiązuje. Do tej pory jednak jedynie o nim słyszałam. Gdy wychodził, byłam zbyt mała, by zainteresować się serialem o istotach z piekła rodem, a potem po prostu nigdy na niego nie trafiłam. Źle jednak nie znać takich produkcji, gdy człowiek skupia się na literaturze fantastycznej, więc postanowiłam nadrobić przynajmniej pierwszy sezon.
Gdy zaczęłam oglądać tę produkcję przeszła mi przez myśl jedna, może głupia, ale przynajmniej dla mnie istotna rzecz. Dziewczynki będące w wieku nastoletnim na przełomie wieków mogły uwielbiać i podziwiać wyjątkową dziewczynę, która walczy z siłami ciemności. Te jednak, które – jak ja – w ten wiek weszły jakieś 10-15 lat później dostały papkę pod postacią paranormalnych romansów, w których co prawda występowały wampiry, ale raczej tylko w formie obiektów westchnień. Trochę szkoda, że ten konkretny rodzaj fantastycznego stworzenia ewoluował w tym kierunku, czyż nie?
Nie oznacza to oczywiście, że historia Buffy jest perfekcyjna. Po pierwsze, to stary serial, który dość mocno się zestarzał. Efekty specjalne często wyglądają raczej zabawnie, niż strasznie. Jego formuła jest typowo telewizyjna. Odcinki są krótkie i raczej opowiadają zamknięte historie, dlatego jeśli opuścicie jeden czy dwa odcinki, nic się nie stanie. Kluczowa fabuła rozgrywa się w tle, a relacje między postaciami nie są za mocno rozbudowywane. Nie ma w końcu nic dziwnego w tym, że w poprzednim odcinku Buffy nie wspominała słowem o jakimś chłopaku, a w następnym już go uwielbia i jest w nim zakochana, prawda?
Postacie też są raczej schematyczne. Nasza główna bohaterka to Mary Sue. Ładna, mądra, wysportowana, miła. Buffy nie ma właściwie jakiś bardzo konkretnych zainteresowań, czy cech. Jest po prostu pogromczynią wampirów, która czasem zachowuje się jak zbuntowana nastolatka, a czasem – jak rasowy zabójca. Wszystko zależy od tego, czego wymaga od niej scenariusz.
Buffy oczywiście otaczają przyjaciele. Giles (Anthony Head), bibliotekarz zajmujący się zbieraniem informacji dla naszej pogromczyni niby ma ją szkolić, ale w praktyce – tylko grzebie w książkach i czasem próbuje zastępować jej rodziców, bo mama bohaterki spychana jest na piętnasty plan. Xander (Nicholas Brendon) odgrywa rolę chłopaka zakochanego nie w tej osobie co trzeba, prędko lądując w friends zonie. Jest głupkowaty, ale odważny, gdy scenariusz tego wymaga. Willow (Alyson Hannigan) to chyba moja ulubiona postać z kręgu Buffy. Jest tą najnormalniejszą, cichą, ale miłą dziewczyną, której nie brakuje oleju w głowie i która raczej interesuje się tym, czym ma. Każdy w drużynie ma więc konkretne zadanie i konkretne miejsce, raczej nie próbując wychodzić ze swojego schematu.
Oczywiście mamy też Angela (David Boreanaz). Tego tajemniczego mężczyznę, który niewątpliwie był (i może dalej jest?) obiektem westchnień nastolatek. Mrukliwy, ale pomocny. Niby doskonały, ale jednak – też potrafiący się bać. Skomplikowany… ale właściwie to nie, widziałyśmy tego typa miliony razy na ekranie i w książkach, prawda, dziewczyny?
[SOPILER] Wątek z nim i Buffy skupia się oczywiście na wzajemnym zauroczeniu, które nie może nigdy się w pełni spełnić z powodu wampiryzmu zainteresowanego. Można byłoby rzec – w scenach, w których występuje ta dwójka dostajemy po prostu „Zmierzch”. Jednakże, z kilkoma zmianami, z których część wypada lepiej, a część gorzej od powieści Meyer.
Gorzej na pewno wypada samo budowanie relacji między tą dwójką, bo poza wymianą pojedynczych zdań, nic się między nimi nie dzieje. Gorzej, bo Angel ma ponad 200, a nie ponad 100 lat i przeżył więcej, niż Edward, a wciąż zakochuje się w niekoniecznie bardzo dojrzałem 16 latce. Lepiej – bo sam koncept wampiryzmu w „Buffy…” jest o wiele ciekawszy i gdyby ten serial był tworzony dzisiaj, wyobrażam sobie furtkę, w której z tego mogłoby wyjść coś naprawdę ciekawego. [KONIEC SPOILERA]
Współcześnie „Buffy: postrach wampirów” jest bardzo, bardzo sztampowym serialem młodzieżowym, który nie wygląda za dobrze w obrazku i który dostosowany jest to oglądania raz na tydzień w tle, przy odrabianiu zadań domowych, a nie do połykania wszystkich sezonów na raz w pełnym skupieniu. Co najmniej połowa odcinków w sezonie pierwszym to zapychacze, w którym to bohaterowie muszą borykać się z typowymi, szkolnymi problemami i z pomniejszymi zjawami, demonami, duchami itd., itp. Zgaduję jednak, że gdy wychodził, był jednym z niewielu tego typu produkcji dla nastolatków i mógł robić wrażenie. Dziś więc jest to raczek produkcja, którą można nadrobić w ramach poszerzenia popkulturowej świadomości, ale nie pasjonująca historia, którą człowiek pochłonie w całości. W każdym razie, jeśli będę miała chwilę, chętnie nadrobię kolejne sezony, puszczając je w „tle”. Być może im nasza bohaterka będzie starsza, tym poważniejsza stanie się ta produkcja?



niedziela, 22 września 2019

The Disaster Artist: Próba zrozumienia niezrozumianego



Tommy Wiseau zasłynął dzięki swojemu kultowemu już, „najgorszemu filmowi świata” – „The Room” z 2003 roku. Współtworzył go ze swoim najlepszym przyjacielem, Gregiem, gdy Hollywood odrzuciło ich, nie pozwalając im spełnić swoich marzeń o byciu gwiazdami kina. Współpraca z tak ekscentrycznym artystą jak Wiseau nie była jednak prosta.



„The Disaster Artist” (2017)
reż. James Franco
tragikomedia, biograficzny
O „The Room” słyszałam już lata temu. Mimo jednak próby obejrzenia go, nigdy nie udało mi się przebrnąć przez ten film w całości. Oglądając, bezustannie mam wrażenie, że po prostu nie mam pojęcia, o czym to dzieło jest, a że nie należę do osób szczególnie cierpliwych wytrzymuje najwyżej pół godziny seansu. Wiem jednak, jak kultowym jest dziełem, a o „Disaster Artist” słyszałam wiele dobrych opinii. Więc spróbowałam sięgnąć po film Jamesa Franco i absolutnie nie żałuje tego wyboru.
To jednocześnie ciepła, dziwna, śmieszna i tragiczna historia. Ciepła, bo relacja Tommy’ego i Grega ma swój niezaprzeczalny urok, mimo dużej różnicy wieku dzielącą tę dwójkę. Dziwna – bo Wiseau trudno zrozumieć. Jego wybory życiowe i poczynania wymykają się prawom logiki. Śmieszna, bo oderwanie tego artysty od świata po prostu musi czasem wzbudzić śmiech. Tragiczna… cóż, to mimo wszystko historia niezrozumiałego artysty. Śmiech wywoływany przez „Disaster artist” czasem jest śmiechem przez łzy.
Przy tym film Franco wciąga i fascynuje. Bo jak można być jednocześnie tak bogatym i tak nieugiętym, by właściwie w pojedynkę stworzyć film? Napisać scenariusz, opłacić plan zdjęciowy, aktorów, być reżyserem i jednocześnie grać główną rolę?


James Franco w „Disaster artist” próbuje może nie odpowiedzieć na pytania, ale zastanowić się nad kwestiami związanymi z głównym bohaterem. Nie tylko nad sprawą tego finansów (do dziś nie wiadomo, skąd Wiseau wziął swoje miliony), ale też niezbyt chwalebnym podejściem do kobiet, przyjaźni, czy jego pilnie strzeżonej prywatności. Przy tym gra w filmie jako Wiseau, w roli Grega obsadzając swojego młodszego brata. Chyba nie mógł wybrać lepiej: nie wątpię, że Dave i James są sobie bliscy i dobrze rozumieją się nawzajem. Dzięki temu chemia między postacią Tommy’ego i Grega naprawdę działa i pozwala wciągnąć się w tę historię. W końcu to przede wszystkim film o przyjaźni tej dwójki.
Przy tym wszystkim film w naprawdę dobry sposób odtwarza przedstawianą rzeczywistość. Fragmenty z „The Room” nagrane ponownie wyglądają naprawdę autentycznie, a James Franco mocno wczuwa się w swoją postać. Dobrze oddaje manierę z jaką mówi Wiseau, jego ruchy i mimikę. Osobiście dopiero, gdy porównałam twarze obydwu panów zorientowałam się, jak są od siebie różni. Franco mimo wszystko jest od Wiseau młodszy, przystojniejszy… i o wiele mniej odpychający.
Choć zabawny, „The Disaster Artist” nie jest parodią, która chce tylko wyśmiać dziwaka, jakim niewątpliwie jest Tommy Wiseau. Naprawdę próbuje zrozumieć tę postać, choć w dalszym ciągu pozostawia nam więcej pytań, niż odpowiedzi dotyczących tej postaci. To ciekawy film o fascynującej osobie i niezwykłej przyjaźni, który warto zobaczyć.

czwartek, 19 września 2019

Stranger things. Ciemność nad miastem: Tania sensacja z przyklejoną marką


Trwa Boże Narodzenie. Znudzona Nastka wyciąga starą skrzynie i wymusza na swoim przybranym ojcu zwierzenia. Hopper opowiada o tym, jak po powrocie z Wietnamu został policjantem w Nowym Jorku i przypadkiem wplątał się w sprawę prowadzoną przed agentów federalnych.

Tytuł: Ciemność nad miastem
Tytuł serii: Stranger things
Autor: Adam Christopher
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Liczba stron: 350
Gatunek: kryminał, sensacja
Wydanie: Poradnia K, Warszawa 2019
„Stranger things” to serial o niezwykle przyjemnym klimacie. Ciekawe postacie, opowieść bazująca na przyjaźni i odrobina horroru sprawiły, że ta historia po prostu działa. Nic dziwnego, że wokół niej urosło grono fanów na tyle duże, aby twórcom opłacało się rozwijać świat przedstawiony. Tak też dostaliśmy kilka książek stworzonych na bazie serialu, rozwijających znajdujące się w nich wątku. Nie rzuciłam się na wszystkie z nich, ale udało mi się zapoznać z „Ciemnością nad miastem” i w moich oczach ta lektura wypada po prostu… bardzo, bardzo przeciętnie.
Jeśli miałabym jednym słowem określić, jaka jest ta powieść, wybrałabym słowo „tania”. To dzieło Adama Christophera kojarzy mi się z tymi książkami, które można wygrzebać w wielkich koszach z tanią literaturą. Ale może przejdźmy do rzeczy.
Wielki napis „Stranger things” na okładce sugeruje, że historia rozwinie nam wątki z serialu, albo powie coś więcej o postaciach, które mogliśmy oglądać na ekranie kina. I niby „Ciemność nad miastem” próbuje to robić. Dostajemy przecież opis przeszłości Hoppera, a także kilka scenek z Nastką, którą chyba większość widzów uwielbia. Tyle tylko, że ja osobiście w tych książkowych charakterach widziałam co najwyżej jakieś szkielety bohaterów, a nie postacie z krwi i kości. Gdyby ktoś podmienił te dwa imiona na inne naprawdę nic by się nie zmieniło. Ponadto scenki z Jedenastką nie są wcale tej historii potrzebne: przetykają jedynie główną fabułę, sprawiając, że ta gubi tempo. Jakby tego było mało, właśnie przez nie szybko możemy domyślić się zakończenia historii, a przynajmniej nie musimy martwić się o życie Hoppera, bo po prostu wiemy, że dożył lat 80. XX-wieku.
Styl, jakim napisana jest powieść, jest bardzo prosty i mało charakterystyczny. Lekki, ale w ten niezaskakujący, nudny sposób. Chciałabym zrzucić winę na tłumaczenie, ale tą powieścią zajmowała się doświadczona anglistka, zajmująca się fantastyką. Wydaje mi się więc, że problem jednak leży w oryginale. W moim odczuciu to po prostu książka napisana przez rzemieślnika, który dostał na nią zlecenie, a nie – chciał opowiedzieć ciekawą historię.
Pod kątem fabularnym „Ciemność nad miastem” także wypada nijak. Dostajemy tu książkowy odpowiednik niezbyt udanego filmu sensacyjno-kryminalnego. Niby obserwujemy śledztwo, niby są wybuchy, zagadki i tajemnice, ale niekoniecznie nas to wciąga i niekoniecznie ma sens. Z takim zastrzeżeniem, że film trwa około dwóch godzin i swobodnie można oglądać go „w tle”. Czytanie powieści nie dość, że zabiera więcej czasu to wymaga pełnego skupienia.
„Ciemność nad miastem” jest po prostu tanią książką. Jeśli czytelnik nie wymaga zbyt wiele, może i będzie się przy niej dobrze bawił. Da się ją szybko pochłonąć, a znajome imiona bohaterów mogą zachęcić do lektury osoby, która na co dzień nie sięgają po literaturę. Wydaje mi się jednak, że jeśli czytelnik wymaga czegokolwiek więcej… to chyba lepiej zrobi, jeśli sięgnie po jakikolwiek inny kryminał bądź też po prostu jeszcze raz obejrzy „Stranger things”.


* * *

Witamy w Nowym Jorku w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym roku. Nie żeby Hopper żałował decyzji o przeprowadzce. Wręcz przeciwnie. Dla niego był to zdecydowanie najlepszy możliwy ruch w najlepszym możliwym czasie. Powrót z Wietnamu do Hawkins w stanie Indiana przypominał przejście do równoległego wszechświata. Włożył krew, pot i czasami, jak mu się zdawało, część zdrowia psychicznego w walkę na wojnie, która nie mogła się skończyć i która toczyła się bez żadnych zrozumiałych powodów. A tymczasem życie w pipidówce w Stanach uwięzło w czymś w rodzaju pętli czasu i po powrocie nie dostrzegł żadnych zmian. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek się zmieni, czy w ogóle może się zmienić?
Fragment „Stranger things. Ciemność nad miastem” Adama Christophera



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

poniedziałek, 16 września 2019

Titans. Sezon 1: Mhrok i depresja przeciwko złu tego świata





Matka Reachel (Teagan Croft) zostaje zamordowana. Nastolatce udaje się uciec i przypadkiem trafia na Dicka Graysona (Brenton Thwaites), dawnego pomocnika Batmana. Ten, widząc, że dziewczynie grozi niebezpieczeństwo, próbuje pomóc Reachel. W tym samym czasie znajdująca się w Europie i pozbawiona pamięci Kory (Anna Diop) próbuje przypomnieć sobie, kim jest i wyrusza na poszukiwanie kogoś, kto jej w tym pomoże.



„Titans
sezon 1
serial superbohaterski, fantastyczno-naukowy
Na fali oglądania superbohaterskich seriali, sięgnęłam także po „Titans”. Serial jest prequelem lubianego przeze mnie „Doom Patrolu”, a jakby tego było mało, lata temu oglądałam animowaną historię tej drużyny. Niewiele pamiętam z „Teen Titans”, lecz mam raczej pozytywne skojarzenia z tą kreskówka. Sięgnięcie po tę historię wydawało mi się więc całkiem dobrym pomysłem.
Niestety, to jak na razie chyba najsłabszy z oglądanych przeze mnie seriali superbohaterskich. Już sam klimat „Titans” nie zachęca. Jest mroczny w ten depresyjny i nieprzyjemny sposób. Reachel bezustannie narzeka na swoje życie, Dick również nie jest zbyt szczęśliwą osobą. Kory  i Gar (Ryan Potter) to postacie nieco bardziej pozytywne, jednak mimo wszystko, całość opiera się raczej na relacji Robina z Raven. Poza tym sam wygląd serialu, muzyka i obecny w nim patetyzm próbują podkreślać dramatyzm całej sytuacji. Przez to tych negatywnych emocji, które biją od „Titans” jest po prostu zbyt wiele.
Jak na serial przystało, tak i ten nie ma zbyt dużego budżetu, co widać po jakości efektów specjalnych. Te niestety, w kontraście z „realistycznym” i dość poważnym klimatem serialu, po prostu wyglądają źle. O ile w takim absurdalnym „Doom Patrolu” gorsze efekty pasują do całości, o tyle w „Titans” po prostu kłują w oczy.
Jakby tego było mało, właściwie w co drugim odcinku serialu pojawiają się postacie z innych produkcji DC. „Titans” nie skupia się więc za bardzo na swoich postaciach, a stara się przedstawić widzom jak najwięcej innych bohaterów, co w takiej ilości po prostu przytłacza. To nie jest kreskówka, w której nieuzasadnione, gościnne występy w jakikolwiek sposób działają.
Ponadto „Titans” nie jest właściwie historią o drużynie, a raczej o grupie losowych ludzi, których z jakiś powodów połączyła Reachel i którzy próbują ją chronić. To nie wyszkoleni Avengers. Właściwie jedynie Dick wie, jak powinno się walczyć, ale w całym serialu mamy aż jedną scenę, w której próbuje tę wiedzę przekazać reszcie… i w gruncie rzeczy nic z tego nie wynika.
Ponieważ obejrzałam „Titans” w całości to cóż, nie był to aż tak zły sezon. Byłam w stanie go skończyć i podążać za bohaterami, ale im dalej w las, tym po prostu było gorzej. Nudniej, bardziej depresyjnie. Coraz mniej interesowały mnie postacie i ich marudzenie, mimo że początkowo uznałam Robina za całkiem ciekawą postać. Temu serialowi po prostu brakuje balansu, pomiędzy komiksową lekkością, a odpowiednią dawką dramatyzmu, przez co on sam wypada dość nieprzyjemnie i karykaturalnie.


piątek, 13 września 2019

Unicestwienie: Wyprawa do Strefy X



To już dwunasta wyprawa, której zadaniem jest zbadanie tajemniczej Strefy X. Cztery kobiety wyruszają do odizolowanego od reszty świata rejonu, próbując zdobyć jakiekolwiek informacje pozwalające zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie czym to miejsce w ogóle jest i w jaki sposób powstało.

Tytuł: Unicestwienie
Tytuł serii: Southern Reach
Numer tomu: 1
Autor: Jeff VanderMeer
Tłumaczenie: Anna Gralak
Liczba stron: 232
Gatunek: weird fiction
Wydanie: Otwarte, Warszawa 2014
Poznałam Jeffa VanderMeera już dawno, przypadkiem sięgając po „Podziemia Veniss”. Gdy w zeszłym roku ukazała się „Anihilacja”, film na podstawie książki tego autora, doskonale wiedziałam, że prędzej czy później sprawdzę kolejną jego powieść. „Podziemia…” miały coś w sobie, a sam obraz po prostu mnie zaintrygował. I tak pewnego wieczoru po prostu kupiłam całą trylogię „Southern Reach”, a ostatnio w końcu zapoznałam się z pierwszym tomem, czyli „Unicestwieniem”.
I choć to książka o dość wysokim progu wejścia to jednocześnie jest powieścią, którą bardzo dobrze się czyta. VanderMeer używa prostych zdań, krótkich zdań. „Unicestwienie” jest książką niedługą, bardzo treściwą i pozbawioną zbędnych elementów, dzięki czemu utrzymuje bardzo dobre tempo, a choć należy do nurtu new weird to naprawdę nie jest trudna w pojęciu, a przynajmniej nie pod kątem językowym.
Po pod innym kątem… może być trochę trudniej. Albo raczej: dziwniej. Przede wszystkim „Unicestwienie” nie jest powieścią dla tych, którzy szukają tylko relacji między postaciami, barwnych dialogów i wspólnych przygód, bo choć pozornie dostajemy grupę bohaterek, to nie one są w tej historii najbardziej istotne. W przeciwieństwie do ekranizacji, w której położono pewien nacisk na postacie, w powieści VanderMeera o bohaterkach dostajemy tylko tyle informacji, ile jest nam absolutnie potrzebne. Autor skupia się raczej na głównej bohaterce, jej przemyśleniach, postrzeganiu otaczającego ją świata.
„Unicestwienie” to więc przede wszystkim opisy, skupione na wnętrzu Biolożki (bo tak też postać jest cały czas nazywana, nie poznajemy jej imienia). Oczywiście mamy tu pewne elementy akcji, jednak te raczej dłużą jako przerywniki, które popychają fabułę do przodu. To pozornie może brzmieć odstraszająco, ale w przypadku powieści VanderMeera naprawdę działa. Jak wspominałam, to powieść o naprawdę dobrym tempie, którą świetnie się czyta, o ile czytelnik da się porwać przez świat przedstawiony.
Właściwie trudno tu określić dokładny gatunek powieści. Owszem, na pewno mamy tu do czynienia z fantastyką, która znajduje się gdzieś na pograniczu science-fiction z weird fiction. Bo choć mamy tu naukowe podejście do przedstawionej sytuacji to mimo wszystko, ta książka ma w sobie sporo dziwności. Z drugiej jednak strony VanderMeer bardzo dobrze buduje napięcie, chwilami wręcz serwując nam horror, w którym to przyroda otaczająca nasze bohaterki jest czającym się wokół „złem”.
Pisząc o tej powieści po prostu muszę wspomnieć o wydaniu. Nie dość, że okładki serii są całkiem przyciągające to wewnątrz „Unicestwienia” mamy kilka naprawdę ciekawych, kolorowych, graficznych ilustracji. Nie jest ich wiele, ale wystarczają, by książkę przyjemniej trzymało się w dłoni.
„Unicestwienie” było dla mnie kolejnym dobrym spotkaniem z porządnie napisaną fantastyką. Taką, która jest dziwna, czasem niezrozumiała, ale jednocześnie stworzona przez zręcznego człowieka, z dobrym warsztatem i olbrzymią wyobraźnią, który zdecydowanie ma coś do powiedzenia. To książka, która nie potrzebuje nadmiaru słów. Moim zdaniem, broni się sama, o ile tylko czytelnik da jej szansę, nie bojąc się odrobiny dziwności i nieco mniej przygodowego podejścia do fantastyki.


* * *

Istnieją jednak granice rozmyślania nawet o małym skrawku czegoś tak doniosłego. Wciąż widzisz wznoszący się za tobą cień całości i gubisz się w myślach, po części dlatego, że w panice uświadamiasz sobie rozmiary tego wyobrażonego lewiatana.
Fragment „Unicestwienia” Jeffa VanderMeera



wtorek, 10 września 2019

Rana: Pozorne 10/10



Klmentyna zdobywa pracę w jednej z prywatnych, warszawskich szkół. Prędko zaprzyjaźnia się z Elą, młodą nauczycielką języka polskiego. Mimo różnicy wieku, kobiety odnajdują wspólny język. W kolejnych dniach ginie nastoletnia Marcelina. Jak się okazuje, dziewczyna była w ciąży. Ela nie wierzy jednak w przypadek bądź samobójstwo uczennicy i zaczyna analizować ten przypadek.

Tytuł: Rana
Autor: Wojciech Chmielarz
Liczba stron: 414
Gatunek: kryminał
Wydanie: Marginesy, Warszawa 2019 
Zeszłoroczne „Żmijowisko” Chmielarza po prostu pochłonęłam. Ten tytuł po prostu zaskakująco dobrze się czytało, mimo że moje przygody z polskim kryminałem/sensacją niekoniecznie kończą się najlepiej. Sięgając po najnowszą powieść tego autora, „Ranę”, liczyłam na to samo i nie zawiodłam się. Książki tego pisarza czyta się błyskawicznie.
Chmielarz tym razem serwuje nam kryminał, który właściwie kryminałem nie jest, a przynajmniej – nie w klasycznym sensie. Bo choć mamy i morderstwo, i śledztwo, to jednak autor skupia się raczej na przeszłości bohaterów. Pozwala nam ich poznać, dowiedzieć się kim są i jacy są. Sprawa morderstwa w wielu momentach schodzi na dalszy plan.
Jednocześnie autor sięga po motywy, które dla wielu osób mogą okazać się bliskie. Kto w końcu nie chodził do szkoły? Kto nie słyszał o tym, jakie dzieciaki chodzą do prywatnych szkół? Większość ludzi ma bądź będzie miała potomstwo, a to wszystko w „Ranie” po prostu jest głównym tematem. Chmielarz wręcz próbuje potwierdzać stereotypy, które panują w społeczeństwie, przez co wielu czytelników może skinąć głową i uznać, że hej, ta książka pokazuje prawdę.
Tyle że, choć „Ranę” czytało mi się naprawdę dobrze, to nagromadzenie tych negatywnych kwestii (kobiety zdradzają, bogaci są szujami, szkoły prywatne tylko z nazwy są dobre itd. itp.) sprawia, że świat w niej przedstawiony w pewnym momencie traci na realizmie, przynajmniej w moich oczach. Tego jest w tej historii po prostu za dużo. Zwłaszcza, jeśli do historii dodamy, obecne z resztą w fabule, zbiegi okoliczności.
Widzę też pewne podobieństwo w stosunku do „Żmijowiska”. Tak jak i tam, i tu rozwiązanie jest nagłe i raczej niespodziewane. [możliwy SPOILER] W tym przypadku jedyna postać, którą początkowo naprawdę polubiłam (bo był tą jedyną postacią „bez skazy”), okazała się tym złym człowiekiem, aczkolwiek… szczerze przyznam, że finał wydaje mi się grubymi nićmi szyty.  A że mimo wszystko, to jest kryminał, to chyba nie jest najlepsza rekomendacja [koniec SPOILERA].
Mimo tego, mi po prostu czytanie „Rany” dobrze umiliło czas. To powieść, którą czyta się szybko i płynnie, do której postaci w pewnym sensie się przywiązałam i których motywacje rozumiem. Jedynie ta główna linia fabularna wydaje się być po prostu sklecona na siłę. Jakby Chmielarz, po udanym „Żmijowisku”, chciał za bardzo, za mocno i za dobrze.
Jeśli szukacie niekoniecznie bardzo realistycznego pod względem fabuły, ale za to przyjemnego kryminału, poruszającego kwestię rodziny i wychowania dzieci to myślę, że po „Ranę” można sięgnąć. Gdybym miała oceniać sam proces czytania to pewnie od razu wystawiłabym temu tytułowi 10/10 i poszła dalej, nie oglądając się. Tyle tylko, że nie na tym polega wyrażanie opinii o poznanej literaturze, a gdy wchodzę głębiej to naprawdę mam z tą książką Chmielarza małą zagwozdkę. Bo mimo wszystko pod lupą wydaje się zbyt przekompilowana.

* * *


Znowu śniła ten sam sen. Miała w nim sześć lat. Leżała w łóżku, z kołdrą podciągniętą pod samą szyję i otaczała ją ciemność. Leżała płasko, sztywno. Jak żołnierz w pozycji na baczność. Albo ciało w trumnie. Tylko w trumnie nie jest tak ciepło, lepko i parno. Oddychała płytko, cichutko, ledwo, ledwo. Za to serce jej waliło. Raz, dwa, trzy. W tempie szalonej perkusji. Raz, dwa, trzy. Jak młot pneumatyczny. Za mocno, za głośno. Zamknęła oczy. Zaciskała powieki z całych sił. Jakby to mogło pomóc.
Fragment „Rany” Wojciecha Chmielarza



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

sobota, 7 września 2019

Zapowiedziane zwierzaki, czyli dżungla w moim domu



Cześć. Nie wiem, czy pamiętacie, ale gdy odzywałam się do Was poza recenzjami w czerwcu, wspominałam, że  w moim domu w sierpniu pojawią się zwierzaki. Tak też się z resztą stało: moich pupili przedstawiłam już na Instagramie i Ci, którzy mnie tam obserwują, pewnie mieli okazje się z nimi już zapoznać.
Nie każdy jednak tam zagląda, więc uznałam, że w końcu nadszedł czas, aby powiedzieć o nich trochę tutaj. Są też ze mną nieco dłużej, więc mogę też więcej o nich powiedzieć. Po zdjęciach już pewnie widzicie, co to za maluchy – do mojego domu trafiły dwie amazonki białoczelne.

Czemu akurat takie zwierzaki? Cóż… po pierwsze, jestem szalona. Po drugie, z psem trzeba wychodzić rano na spacer. A mi się nie chce.
No dobrze, może nieco bardziej na poważnie. Naprawdę nie wyobrażałabym sobie psa w mieszkaniu pozbawionym ogródka. Choć je uwielbiam i lubię z nimi spacerować to jednak po prostu wydało mi się to zbyt problematyczne, zwłaszcza na małej, mieszkalnej przestrzeni. No i… lubię duże psy. Wolę z zakupem poczekać, aż będę miała do dyspozycji większą przestrzeń.
Nie chciałam kota. Nie dlatego, że ich nie lubię, a dlatego, że wolę mieć pod swoją opieką stadne zwierzęta. Takie, które chcą za mną podążać, chcą się uczyć i uczestniczyć w tym, co robię. Kot więc odpadł, podobnie jak gady. Prędko odpadły też gryzonie: większość z nich żyje krótko, a ja nie lubię, gdy mój podopieczny ma przewidywaną długość życia w okolicy trzech lat. To po prostu zbyt bolesne.
I w ten sposób w zeszłe wakacje doszłam do wniosku, że… chcę papugę. Nie wiedziałam jeszcze jaką, ale… papugę. Miałam już takie zwierzęta, więc wiem, z czym to się je. Papugi żyją długo. Chętnie się uczą. Są bardzo aktywne i przywiązujące się. Jednocześnie śmiecą, hałasują i są jednymi z najtrudniejszych pupili domowych, ale po prostu wydało mi się, że najlepiej wpasowują się w moje „zachcianki”.
Spędziłam rok na edukacji, wybieraniu odpowiedniego gatunku i innych takich. No i w końcu stało się, pod mój dach trafiły dwie papugi. Dwie – bo to stadne zwierzęta, dla których katorgą jest życie w samotności. Serio, nie kupujcie jednej papugi. Generalnie, nie kupujcie papugi wcale (to naprawdę trudne zwierzęta), ale jeśli już musicie, weźcie dwie. Albo cztery, sześć, osiem. Byle nie jedną.

Obecne pod moim dachem papugi to – jak wspominałam – amazonki białoczelne. Jedne z najmniejszych przedstawicieli swojego rodzaju. Żyjące 30-40 lat, dominujące, aktywne, często też gadające, choć to nie jest dla mnie kluczowe.  Psujące i wariujące, ale hej, to amazonki. One tak mają. Ten konkretny gatunek wydał mi się dobry z kilku powodów, ale wśród nich był fakt, że to ptaki krótkoogonowe, które raczej wspinają się, niż latają. Drugą istotną kwestią był właśnie ich rozmiar. Są dość małe, ale jednocześnie mają dusze większych ptaków. Ponadto są mniej fobiczne od na przykład całkiem popularnych żako.

Mój duet to Mera i Iorweth. Są ptakami z drugiej ręki. Jak podają właściciele Birdtrick.com, papugi są trzecim najpopularniejszym typem pupila, ale pierwszym, który najczęściej szuka nowego domu i cóż… przy odpowiedniej ilości wiedzy chyba jednak lepiej dać im drugi dom, niż kupować zwierzę od hodowcy. Ale to analiza na zupełnie inny wpis. W każdym razie, zakup nawet 5 letniego ptaka to nic przy przewidywanej długości życia większych gatunków, czego na przykład nie można powiedzieć o psie, którzy przeżyje może 10, może 15, a może i 20 lat, ale jednak – istnieje opcja, że połowę życia ma już za sobą.

A moje maluchy nawet tylu nie mają. O Merze wiem mniej. Prawdopodobnie wykluła się w 2016/2017 roku. To samica, dużo mniejsza od Iorwetha. Ma też na głowie mniej białych, a więcej niebieskich piórek. Prawdopodobnie nie jest ręcznie karmiona, ale w praktyce… nie mam pojęcia, czy jest, czy nie. W każdym razie jest stosunkowo nerwowym ptakiem, który raczej unika bezpośrednich starć z ludźmi. Niemniej, jest łasa na jedzenie i szybko się uczy. Po prostu potrzebuje więcej czasu od swojego towarzysza, by się do kogoś lub czegoś przekonać.

Iorweth wykluł się na wiosnę 2018. To młodziutki chłopak, który zdążył się już do mnie przykleić i przywłaszczyć. Cóż, papugi pod tym względem są trochę jak koty. Wciąż pracujemy nad współpracą, ale na pewno jest dużo odważniejszy i bardziej żywiołowy od Mery. Jest też od niej głośniejszy, chociaż właściwie ani on, ani ona nie przesadzają za bardzo z krzykiem. Potrafi wydawać z siebie dźwięki zbliżone do ludzkiego śmiechu, ale tak jak jego koleżanka, nie mówi. Jak wspominałam, nie jest to dla mnie kluczowe, ale wiem, że dla wielu osób postronnych to ważna informacja.

No więc tak. Mam papugi. Dwie. Jakby pojawiały się gdzieś na zdjęciach – to po prostu miejsce świadomość, że to nie przypadek.

środa, 4 września 2019

Szwindel: Artyści przekrętów okiem Ćwieka



Krąg zrzesza nadzwyczajnych artystów. Artystów oszustw, którzy ze swojego fachu zrobili niemalże sztukę. W zakładzie opiekuńczym umiera jeden z jego byłych przywódców, przekazując swojemu synowi zeszyt z tajnymi, nielegalnymi informacjami. Młody mężczyzna kontaktuje się z dawnym krewnym swojego ojca, przygotowując taki szwindel, jakiego świat jeszcze nie widział.




Tytuł: Szwindel
Autor: Jakub Ćwiek
Liczba stron: 400
Gatunek: kryminał, sensacja
Wydanie: Marginesy, Warszawa 2019
Mam na swoim koncie już piętnaście książek Ćwieka. Myślę, że mogę więc uznać, że całkiem dobrze znam pióro tego autora, zwłaszcza, że sięgałam po jego dzieła z różnorakich gatunków. „Szwindel” jednak jest dla mnie dość dużą zagwozdką i nie do końca wiem, jak mam go ocenić. Bo choć to nie jest książka zupełnie zła… to nie powiedziałabym, że sprawiła mi szczególnie dużo radości.
„Kłamca” i „Chłopcy” tego autora były lekkimi, ale przyjemnymi urban fantasy. „Dreszcza” nie lubię, „Ciemność płonie” była naprawdę cudnym horrorem. „Grimm city” uwielbiam za klimat, „Drobinki nieśmiertelności” wyleciały mi z pamięci, podobnie jak zeszłoroczny „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”. Wynika z tego tyle, że fantastyka tego autora przynajmniej zostaje mi w głowie, a dwie pozycje z innego gatunku nie do końca sprawiły mi tyle przyjemności, ile oczekiwałabym po autorze z raczej lekkim piórem, który lubi zabawy z popkultrurą. Ze „Szwindlem” chyba będzie podobnie: nie sądzę, bym ten tytuł zapamiętała na dłużej.
To w pewnym sensie kolejny „debiut” Ćwieka. Na okładce „Szwindla” widzimy napis „kryminał” i książka też w ten sposób była promowana. To miała być pierwsza powieść z tego gatunku Kuby, która nie zawiera elementów fantastycznych (nie zapominajmy, że po kryminał jako taki Ćwiek już sięgał, choćby przy okazji „Grimm city”). Tyle, że ja w życiu nie określiłabym „Szwindla” mianem typowego, generycznego kryminału. To bardziej powieść sensacyjna, kojarząca mi się z filmem „Vabank” Machulskiego.
Pod względem stylu „Szwindel” wypada po prostu przyzwoicie. Ćwiek ma wyrobione pióro – nie jedną książkę już napisał i wie, jak to się robi. Tekst raczej wchodzi dość lekko i bez większego problemu. Przy okazji dostajemy sporo, typowych dla tego twórcy, nawiązań do popkultury.
Nie wątpię też w to, że Ćwiek do pisania tej książki porządnie się przygotował. To, jak wygląda Krąg i jak funkcjonuje przynajmniej sprawia wrażenie czegoś całkiem realistycznego. Jestem w stanie uwierzyć, że faktycznie może istnieć grupa przestępcza, która swoje akcje uznaje za sztukę i podchodzi do nich w niezwykle teatralny sposób. Niestety, sama linia fabularna, konstrukcja powieści i postacie moim zdaniem nie wypadają szczególnie dobrze.

To nie jest szczególnie długa powieść. Dostajemy czterysta stron, zapisanych wcale nie takim małym drukiem. A mimo to autor przedstawia nam naprawdę wielu bohaterów, bezustannie pomiędzy nimi skacząc. Trudno było mi więc przywiązać się szczególnie do kogoś z nich, zwłaszcza, że właściwie w „Szwindlu” po prostu nie ma pozytywnych, albo przynajmniej wyjątkowo intrygujących postaci. Bohaterowie w tej książce po prostu są, działają w ramach historii, ale nie sądzę, by to były postacie, z którymi ktoś chciałby spędzić kolejne kilka tomów.
Ponadto przez to skakanie pomiędzy postaciami początkowo czytelnik może mieć drobny problem z odnalezieniem się w historii. Mam wrażenie, jakby konstrukcja tej książki była zbyt skomplikowana dla autora, który po raz pierwszy sięgnął po ten gatunek, pozbawiony fantastycznych elementów. Gdy zaś szwankuje i konstrukcja, i postacie, którym się nie kibicuje… to i fabuła przestaje być angażująca.
Gdybym miała krótko opisać „Szwindel” to użyłabym jednego słowa – „meh”. To nie jest zupełnie zła książka. Da się ją płynnie i szybko przeczytać, nie wątpię, że da się go też polubić. Autor też dobrze przygotował się do samego pisania, a jego powieść porusza całkiem istotny (choć niezbyt krwawy) problem. Tyle, że to po prostu nie jest to, co miałabym ochotę czytać. Po wstępie, który był w miarę interesujący, moja uwaga związana z tą książką zaczynała opadać, aż znikła niemal zupełnie, gdzie to przecież zakończenie powinno wbić mnie w fotel. Sprawdzić ten tytuł jak najbardziej można, ale na pewno „Szwindel” nie dołączy do moich ulubionych książek napisanych przez Ćwieka.

* * *

Wiesz, że prawie każdy człowiek szuka kogoś, kto go zrozumie, kto będzie drugą połówką zdolną ukończyć nasze zdania. Kluczem do sukcesu jest więc układanie swojej opowieści wyłącznie z takich zdań, które druga strona umie skończyć i tylko czeka, by to zrobić. Wtedy stworzysz iluzję, że od początku spoglądacie w tym samym kierunku.
Fragment „Szwindla” Jakuba Ćwieka


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl
Nomida zaczarowane-szablony